11 listopada 2013

…razem ze mną Kundel bury…

Kilka dni temu Iza przysłała taki list (na tutejsze potrzeby ciut przeredagowany):

A ja Ci opowiem o kotku którego (…) wyrzucili takiego małego, bo niby agresywny etc. A my się zajęliśmy z wujkiem, dokarmialiśmy i wujek umościł spanie w piwnicy gdzie jest piec... Kotek w ciepłych porankach spijał rosę z listków... Dziś po 5 tej rano miauczał pod drzwiami o śniadanie:) Coraz raniej, a ja prosto z łóżka do piwnicy...


Skoro Ona ma taką historię, ja przedstawię Wam Bilba - oto On…



Nie wiadomo jak tak naprawdę ma na imię, ile ma lat, gdzie mieszkał ani kim był (byli) właściciel (właściciele). My wiemy, że wycieńczony, głodny i odwodniony, resztkami sił doczołgał się pod szkołę męża. Powiadomieni SM, odpowiedzialny za bezdomne zwierzęta ośrodek weterynaryjny i schronisko odmówiły zajęcia się psiakiem. Nie pozostało nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce. Najcięższym motywem była diagnoza zaprzyjaźnionego weterynarza, że ten pies to się nie wyliże i jego dni są policzone. Finał jednak jest taki, że po czterech dniach trafił do nas i tak jest do dziś. To prawdziwy Malamut, więc przed zimą musimy mu znaleźć szelki, coś na kształt zaprzęgu – no i budę (choć on może nawet nie wiedzieć do czego ona służyJ).   

Mamy z nim trochę kłopotów: uwalnia się ze smyczy, przeskakuje ogrodzenie, ucieka, włóczy się po okolicy, musimy go szukać, czasem siłą sprowadzać do domu, za oswojeniem z nowym miejscem przyszły rasowe nawyki – potrafi godzinami wyć a jak już wejdzie do domu to nie ma sposobu, by go z niego usunąć: leży plackiem na panelach, smycz trzeszczy w szwach a on szyje naciąga, naciąga – i nic, nie ma sposobu, by go wyprosićJ Teraz całe ogrodzenie podpinamy pastuchem, bo aż żal ściska, że mamy tak duży, ogromny ogród, a on nie może/nie chce z niego korzystać…

Oto BilboJ - nasz piesJ






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz