7 listopada 2013

Sztuka - życia...

W jednym z tekstów Schopenhauera przeczytałam:

„Przed obrazem powinno się stać jak przed władcą, w oczekiwaniu czy i jak się odezwie, i tak jak w tamtym przypadku nie należy odzywać się samemu, bo wówczas słyszy się tylko własny głos.”

Bo jakby przy okazji czytam do poduszki Córkę Rembrandta – niby fikcja a raczej dobrze udokumentowana. Nie jestem znawcą, ale okoliczności powstania niektórych obrazów wydają się prawdopodobne; i to jego szaleństwo – bardzo wiarygodne. Już gdzieś na samym początku było zdanie typu: czemu mój ojciec nie może być jak inni/ nie może się zachowywać jak inni ojcowie?

Większe od tupetu tego człowieka jest jedynie jego szaleństwo. (s.70)

I obok opisów tego szaleństwa perełki mądrości – niby oczywistości a jednak w kontekście tej opowieści brzmią odkrywczo, wyjątkowo.
Dlaczego ludzie z takim spokojem przyjmują wiadomość, że to, co mają w środku, tak istotnie różni się od tego, co noszą na zewnątrz? Ja się tego boję. Boję się i nie śpię tej nocy w trwodze, że brzydkie stworzenie ze środka wyjdzie ze mnie na świat. (s. 31)
Kiedy kaleczy obraz, to tak jakby kaleczył mnie. Każde pociągnięcie pędzla. Wszystkie one są częścią jednej opowieści. (s. 87) 
 

Jak przejść obojętnie obok książki o obrazach? O ich powstawaniu? Jak nie zadawać pytań czy szaleństwo bohatera nie jest wyolbrzymione? Jak nie zastanawiać się ile w tej opowieści jest prawdy a ile fantazji autora? Jak już się zacznie, nie można nie skończyć – pytać i czytać.



A obok uczty duchowej – ta cielesna.
Nie wiem na ile to przejaw mojego szaleństwa a na ile szaleństwa męża:):):) No i pewnie nie mało w tym próżności...

                                                  ...być kobietą, być kobietą...


ps – henna tej firmy beznadziejna; nałożyłam 3x i mam rude brwi...:(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz