6 listopada 2013

...to był dobry dzień...

Ze spokojem mogę powiedzieć, że to fajny czas:)

Czekając wczoraj na męża zaszyłam się w zaprzyjaźnionej księgarni i całą godzinę wypełniłam sobie wertowaniem jednej książki – niejednemu doskonale znanej a mi po prostu przypomnianej – przez nią samą:) Poczytałam sobie jeden rozdział – perełkę po prostu i jakoś tak nie mogłam się oderwać – samo się czytało! I nawet nie przeszkadzało mi, że jestem w miejscu publicznym, że pełno obcych ludzi, że jest głośno, że może śmiesznie wyglądam – bo obok literatury dzierżę torbę pełną banalnych, prozaicznych zakupów, że na tej wąskiej a wysokiej kanapie to w sumie niewygodnie, że za oknem mega deszcz i przenikliwe zimno – ja po prostu czytałam, czytałam, czytałam… Co jakiś czas ktoś się przysiadł, przeglądnął gazetę, sprawdził spis treści w jakiejś pozycji i poszedł – a ja siedziałam i czytałam… Bo bohater interesujący, bo ciekawie przedstawiony, bo tekst sprawny językowo…

Więc czekałam – i czytałam:)
















                                                    
                                                      
...Haśka -  i trzeba coś jeszcze dodawać?:)


A później poszliśmy do kina na Idę


Film niesamowity (czysto subiektywna ocena!). Fabuła sama w sobie raczej banalna – bo po wojnie pewnie niejedna taka Ida szukała swej historii – ale sposób jej opowiedzenia zapiera dech.
Ta ubogość scenografii, rekwizytów, ta surowa czerń taśmy powala i zachwyca – bo w dużej mierze tworzy ten film. Bo tam ważne jest to, czego nie widać, co nie jest wypowiedziane, co zostaje przemilczane.
Jest w nim taka scena, kiedy tytułowa bohaterka wychodzi z klasztoru do świata – na tę „pożegnalną” (a w tym wypadku może właśnie „przywitalną”) wyprawę. Kadr w 95% pokazuje monumentalne, zimne, surowe gmaszysko klasztoru a osoba, którą widz ma poznać znajduje się niczym większa plama w prawym dolnym rogu. Jakby to nie o Idę chodziło a o szary świat, z którego wychodzi (i bezduszny, do którego zmierza).
W ogóle dużo jest takich ujęć: z uciętymi, zamazanymi postaciami, z osobami wciśniętymi w kadr - jakby znalazły się tam przez przypadek, od niechcenia; jakby nie o ludzi chodziło a o przedmioty, przestrzenie, zjawiska (i zjawy przeszłości też).
To naprawdę ciekawie zrobiony, opowiedziany film. 

I jeszcze nie mogłam się powstrzymać przed zakupem kalendarza z plenerami Nowego Jorku – bo jak przejść obok ukochanego, wymarzonego miasta? Skoro nie mogę tam być fizycznie to choć emocjonalnie się w niego wtopię.



...móc tam choć pół roku pomieszkać:):)...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz