2 grudnia 2013

Około-literacka wycieczka

W październiku tego roku ukazał się w Polsce 2. tom dzienników amerykańskiej pisarki Susan Sontag.
Ale nie chcę w tym miejscu przypominać o jej dorobku pisarskim, światopoglądzie, biografii a już tym bardziej życiu seksualnym.

Interesuje mnie tu przede wszystkim Sontag widziana oczami syna – David’a Rieff’a. Właśnie taką, jaką oglądamy na kartach W morzu śmierci… Pozycja ta ukazała się w Polsce w 2009 roku nakładem Wydawnictwa Czarnego. 
 I jaką postacią jest ta pisarka?
Na pewno to osoba chora, cierpiąca, z podpisanym już wyrokiem śmierci, walcząca o każdy kolejny dzień; jest to Sontag, dla której: Przeszłość była dla niej wszystkim. Życie było wszystkim. Powrót do pracy był wszystkim. (s. 84)  To też osoba, która czekała (…) na to, na co mają nadzieję skazańcy – na złagodzenie wyroku albo wręcz ułaskawienie. (s. 51) oraz osoba która (…) umarła tak samo, jak żyła: (…)  niepogodzona ze śmiertelnością. (s.18).
Bo w jej świadomości zawsze widniało jutro, dzień następny, kolejna chwila, nowy początek, konieczność zmiany: sposobu pisania, ludzi wokół siebie, upodobań i codzienności.
To tez pisarka, która nie ignorowała innych pisarzy, rozczytywała się w Elisie Canettim, Philipie Larkinie, Johnie Gay’em a intelektualnym wzorcem była Skłodowska. W tych wspomnieniach widzimy też tytana pracy: autorkę W Ameryce, Miłośnika…, eseistkę, reżysera snującego kolejne plany (np. o wystawieniu Opery żebraczej), osobę studiującą jeden z podręczników medycyny.
Ale Sontag to też osoba o otwartym umyśle, zrywającą ze stereotypami, dobierająca sobie przyjaciół nie ze względu na poglądy lecz ze względu na walory intelektualne – potrzebowała partnerów do dyskusji, wymiany zdań, poszerzania horyzontów myślowych. Dlatego wśród jej znajomych byli wyznawcy New Age, buddyści, katolicy i ateiści – cały wachlarz osobowości.
Pod warstwą medycznych pojęć, nazwisk amerykańskich lekarzy, nazw tamtejszych szpitali i klinik ze wspomnień Reiffa wyłania się barwna postać nowojorskiego świata literackiego i kulturowego w ogóle. Książka ta może i jest z deka monotonna, chwilami ckliwa, monotematyczna i czytelnik może odnieść wrażenie, że przez prawie 150 stron czyta jedno i to samo zdanie w wielu konfiguracjach. Jednak z tego literackiego monochromatyzmu wylania się osoba silna, konsekwentna i wciąż wadząca się z życiem, jakby za wszelka cenę chciała pokazać, że ostatnie słowo na pewno należeć będzie właśnie do niej.


A po tych około-literackich rozważaniach czas na dobrą piosenkę:) Dziś W siódmym niebie Astona. 


Bo nie ma to, jak rozmarzyć się wśród słodkich dźwięków. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz