25 stycznia 2014

Ostateczność - na pewno?

         
źródło zdjęcia: http://www.tvp.pl/hbbtv/aplikacje/teleexpress/przedzial/wieslaw-mysliwski-ostatnie-rozdanie/12367188

      Kiedy w księgarniach pojawiła się najnowsza powieść Myśliwskiego, nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Jednak nie było łatwo ją zdobyć: w księgarni droga – znacznie ponad 40 zł., w miejskiej bibliotece wszystkie egzemplarze wypożyczone, jednak przyjazna osoba doradziła, by popytać w bibliotekach osiedlowych. Zaopatrzona w spis numerów telefonów podzwoniłam po mieście – i znalazłam jedną wolną sztukę. Zarezerwowałam, wysłałam tam P. i kilka godzin później miałam tekst w dłoniJ.
I takim sposobem mogłam zacząć delektować się piękną i ważną powieścią – o czym już wiecie. I wiecie też, że dzięki wyprzedaży w ZNAKU mam już swój egzemplarz – co niezmiernie cieszy.
      Ale przecież nie o tym miało tu dziś być.
      Dziś ocena tego tekstu.
      Najpierw narracja. Moja ulubiona. Z retrospekcjami, przeskokami, pozornie bez związku przyczynowo-skutkowego – dopiero przy finale okazuje się, że wszystko ma logiczną całość; jest też pierwszoosobowa, z licznymi monologami – czasem wewnętrznymi głównego bohatera, w które wprowadza wypowiedzi innych postaci; to też narracja z mową pozornie zależną, która nie dba o interpunkcje (jak na rasowy słowotok przystało) ale za to wymaga od czytelnika dyscypliny, uwagi i kontroli tekstu, który się czyta.
      I w tak skonstruowanym tekście pojawia się figura trochę sfrustrowanego swoją niepamięcią bohatera-narratora. Wertując leciwy już notes z adresami, próbuje – z jakichś przyczyn – opowiedzieć życie swoje i osób z nim związanych. Tym samym dowiadujemy się, że przez całe życie otrzymywał listy od swojej pierwszej miłości, że porzuciwszy studia na ASP zmuszony był uczyć się krawiectwa, że obsesją było doskonalenie gry w pokera, że imał się tylu różnych (czasem sprzecznych) zajęć, jak często zmieniał mieszkania, że obsesyjnie uzupełniał notes adresami osób znanych sobie, matce a nawet adresami przedwojennych klientów Radzikowskiego, a do swojego miejsca zamieszkania nie przywiązywał najmniejszej nawet wagi. Dowiadujemy się również, że przez całe życie miał sentyment do sztuki: słuchał Schuberta, przejął się wojennym losem rzeźbiarza - późniejszego budowniczego szkoły, rozróżniał prace uczniów Rembrandta od prac samego mistrza itd.
      Ale myli się ten, kto uważa, że jest to typowa powieść rozrachunkowo-wspomnieniowa. Bo choć tytuł nawiązuje do rzeczy ostatnich, to nie dowiemy się nic o ostateczności bohatera. Wręcz przeciwnie: poznajemy jego pierwszą miłość i pierwsza kochankę, widzimy go z pierwszym kieliszkiem wódki i znamy pierwszy adres po opuszczeniu domu. Ale nie znamy za to ostatniej miłości i ostatniej kochanki, ani ostatniego adresu, ani ostatniego biznesu, czy ostatecznej decyzji, co zrobić z kłopotliwym notesem.
      Tym samym tekst ten wpisuje się, moim zdaniem, w grupę powieści inicjacyjnych – widzimy w niej różne aspekty wchodzenia w życie a nie podsumowywania go czy wręcz żegnania się z nim. A mnogością postaci wydaje się nam autor mówić, że ich los i los głównego bohatera mógłby być losem każdego z nas.   
      Choć powieść liczy ponad 400 stron, jest to objętość ani za długa, ani nudna. Wręcz przeciwnie: po jej zakończeniu robi się aż przykro, że to już koniec i wszystko stało się jasne. 

2 komentarze:

  1. Acha... (wiesz jakim tonem to mówię/piszę?) ciekawe czy by mnie zainteresowało... wszak krew nie leje się strugami i nie dzieje się tu nic nieobyczajnego jak w "Grze o tron" ;) przyjemnie się czyta Twoją ocenę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak, intrygi nie ma, mordu/-ów nie ma, pościgów nie ma, nawet namiętnego romansu nie ma:) Jest za to próba analiza własnego życia. Tyle - aż tyle. No ale dla niektórych może być nudno - nawet bardzo:)

    OdpowiedzUsuń