16 maja 2014

Wojna

Dziś spróbuję napisać o książce, na temat której wiele osób już się wypowiedziało, wiele o niej już napisano, a mnie dopiero teraz udało się ją skończyć. Chodzi o Miłość z kamienia Jagielskiej.






















Już kiedyś w jednym z komentarzy napisałam, że jest to tekst „z trzewi”. I zdanie to podtrzymuję. Bez emocji, na sucho i rzeczowo nie można mówić o tym tytule. Nie można też pokusić się o ocenę jego bohaterów. Bo ma oto czytelnik w ręce książkę opartą na faktach – i to nie na faktach-wydarzeniach, faktach-zdarzeniach, faktach-zaistniałych sytuacjach, lecz na faktach-przeżyciach, faktach-emocjach, faktach-uczuciach, tym, co wydarzyło się w sercu i głowie bohaterki-autorki. To, że jest to historia/opowieść żony jednego z najwybitniejszych polskich korespondentów wojennych, że żona ta spędziła niemało czasu w klinice psychiatrycznej ze zdiagnozowanym zespołem stresu bojowego, że czytelnik trzyma w dłoni najintymniejsze jej wyznania, wiedzą już wszyscy. Ale przeczytałam mało recenzji, które spróbowały odpowiedzieć na pytanie, co pod tymi sloganami tak naprawdę się mieści.
Dla mnie ta książka to nie opowieść o mechanizmach wojny, ludziach wojny (choć i ich jest cała plejada), pracy dziennikarza-korespondenta, lecz książka o drodze „z” wojny i o drodze, która doprowadziła bohaterkę-autorkę w miejsce, w którym czytelnik ją spotyka – do szpitala. Cała ta ksiązka jest próbą odpowiedzi na pojawiające się w niej raz za razem pytanie:
(…) pytam dość agresywnie, skąd się wzięła moja choroba, myślę, że już czas mi to wyjaśnić. Jak można mieć zespół stresu bojowego, nie jeżdżąc na wojnę? (s. 196) 
(…) nigdy nie byłam na wojnie, specjalizowałam się w dbaniu o to, żeby dziecko zdawało z klasy do klasy, a kot siedział w domu. (s.74)
Więc autorka wiarygodnie i bez fałszu opowiada o wizji odłączonej od reszty ciała głowie Meraba Kakubawy, o prześladującym ją obrazie Czeczenki Tai, o swoim czekaniu – będąc przytulona do podłogi, wciśniętą między domowe meble - na telefon z wiadomością o śmierci męża, o oderwaniu od bliskich, o przerwanej karierze zawodowej, o krępującym zachowaniu w jednym z miejskich szpitali, o próbie wtopienia się w świat męża – bo czym innym była ich wspólna wyprawa na wojnę w Azji? Wydaje się, że dla autorki najważniejszy jest – utworzony z tych wielkich drobiazgów - obraz powstawania jej choroby. I nie ma w tej historii cienia wstydu czy zażenowania swoim zachowaniem – jest autentyczna, szczera opowieść. Czasem chaotyczna, poszarpana, z nasyconymi błędami językowymi, z powtarzającymi się frazami. Jakby wypowiadający chciał samego siebie do niech przekonać, upewnić się o ich słuszności i mocy. A z drugiej strony mówią o jego stanie ducha.

Obok autorki i postaci związanych z 52 wojnami (agresorzy, broniący, bohaterowie i antybohaterowie), o których przez ponad 20 lat opowiadał Jagielski, mamy tu jeszcze jednego bohatera – Lucjana. Już pierwszego dnia spotkała go bohaterka w jednej z alejek szpitalnego ogrodu i od razu nawiązała nić porozumienia. We mnie rodzi się pytanie na ile to postać autentyczna a na ile fikcyjna? Może to faktycznie jeden z pensjonariuszy – targany wyrzutami sumienia ojciec maltretowanej Mariolki. A może to męski odpowiednik narratorki, jakaś forma jej alter-ego, której ta autentyczna, rzeczywista kobieta próbuje opowiedzieć swój stan ducha, uporządkować tę drogę, która doprowadziła ją do szpitalnego parku; może Lucjan jest jednym ze sposobów dochodzenia do „normalności”? Trudno mi jednoznacznie powiedzieć.

Swoją historią wystawia też autorka cenzurkę współczesnemu dziennikarstwu. Brutalnie rozlicza się z jego brutalnymi mechanizmami, bezdusznością i szukaniem sensacji. A przecież świat nękany wojną w dziennikarzu widzi ostatnią deskę ratunku. 
Wierzyły, że taki dziennikarz ma prawdziwą władzę. (s. 127)
(…) nie wolno ingerować w los tych ludzi – są po prostu dziennikarską zdobyczą. (…) I ryzykowaliśmy życiem, szczęściem bliskim dla zwykłej dziennikarskiej zdobyczy. (s. 205 – 206, passim)

Tekst Jagielskiej naprawdę jest próbą rozliczenia się z własną chorobą, opowiedzenia jej – głównie sobie, ale jest to też opowieść o ludziach wojny – walczących i obserwujących walki, cywilach i żołnierzach, mężczyznach i kobietach. Jest to też opowieść o mechanizmach dziennikarstwa, najskrytszych uczuciach, oczekiwaniach stawianych sobie i innym - a przede wszystkich demonach, mieszkających w człowieczej duszy.  
Nie mogłam na spokojnie czytać tej historii. Książkę poznaczyłam, marginesy zapełniłam uwagami, w lepszym jej zrozumieniu wspomagałam się informacjami zawartymi w Internecie. Jak bardzo ten tekst wrósł we mnie niech świadczy poniższe zdjęcie oraz fakt, że o formie tego tekstu myślałam prawie 4 dni, a pisałam go 2. 

ps – świadomie nie mówię o bohaterce autentycznym imieniem i nazwiskiem, bo historia ta jest tak trudna, tragiczna, irracjonalna, że trudno uwierzyć, że jest historią autentyczną, że wydarzyła się naprawdę i wciąż się „w niej” wydarza.

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:

8 komentarzy:

  1. Trudna lektura to pozycja dla mnie. Przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapisuję tytuł. Jak dla mnie jest obowiązkowy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Do Katarzyny Meres i Agi CM: Dziewczyny, to naprawdę powalający tekst, z tych, co nie da się czytać w kolejce do fryzjera - jest trudny, w jakimś sensie rozrachunkowy, pozostaje w głowie i każe o sobie myśleć, myśleć... Już czytam inny tytuł (tym razem powieść) a na Miłość... wciąż się natykam... Serdecznie pozdrawiam:)!!

    OdpowiedzUsuń
  4. naprawę podoba mi się Twój tekst! jest bardzo emocjonalny, a takie lubię najbardziej, sama nie wiem czy to lektura dla mnie, ale na pewno będę o niej pamiętać dzięki Tobie, no i nie słyszałam o niej wcześniej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo:)!! takie opinie dają mi cień nadziei, że jednak ta moja pisanina tak do końca bezsensowna nie jest:)

      Usuń
  5. Gosia niezwykle zachęcająco to brzmi :) świetnie piszesz. Mam nadzieję, że wyłączyłaś weryfikację, bo mnie zalewa jak wpisuję te liczby/hasła ;)

    OdpowiedzUsuń