10 sierpnia 2014

Moja cegiełka w akcji "Moja książka w Waszych rękach"

Jest pewna legenda, zgodnie z którą pierwsza słowiańska czarownica przechytrzyła pogańskiego boga Welesa. Jest też legenda, która opowiada o podziale wpływów między Welesem a Perunem. Ta stanowi próbą określenia ładu w świecie.
I jak wiadomo, granicę między słowiańskimi bogami a obecnym porządkiem wytyczył chrzest przyjęty przez Mieszka. Wprowadzenie na tereny Polski kościoła katolickiego zepchnęło tamte na margines, w cień, co miało zapewnić ich późniejsze wymarcie.
                Jak dziś wiadomo – tak się do końca nie stało. Jest spora grupa osób wciąż wyznających stare religie, kultywująca obrzędy ustalone na długo przed Mieszkiem, żyjąca zasadami określonymi w prastarych mitach i legendach.
                I do tej wiedzy odwołała się w swojej debiutanckiej powieści Zuzanna Gajewska.




Już pierwsze strony tekstu wprowadzają czytelnika w świat Mieszka, na jego pełen (może nie spektakularnych, ale wyczuwalnych)  intryg dwór. A później robi się coraz ciekawiej. Bo - według Gajewskiej - Polska Piastów nie była wcale krajem nudnym i zdziczałym (choć rzeczywiście porośniętym gęstymi lasami). Mieszkały w niej młode, piękne, zbuntowane i zakochane dziewczyny, które w imię wielkiej i oszałamiającej miłości gotowe są uciec od ojca,  wyzbyć się bogactwa i wygody, skryć się w chacie starej kobiety – a wszystko po to, by móc kochać jawnie, otwarcie i z wzajemnością. A błogosławieństwo dla tych wyborów przyszło nie od księdza a wyjętej spod prawa, odsuniętej na margines społeczny (dosłownie!) czarownicy Nawoi.
                I ten wątek jest jednym z dwóch głównych w tej powieści. Bo jest i drugi – współczesny (aż do bólu!). W nim głównymi bohaterkami są młode, energiczne i charakterne dziewczyny. Właśnie pełną piersią wchodzą w dorosłe życie czego symbolem mają być rozpoczynane studia na olsztyńskiej uczelni. Ale studenckie – pełne imprez, nowych kolegów i doświadczeń – życie nie jest do końca ich udziałem. Bo oto na scenę wchodzi morderstwo, napad na jedną z koleżanek, miłosne problemy innej, rozkwitający romans następnej, rodzinne szpiegostwo ojca jednej z dziewczyn, jak i pełne dramatyzmu porwanie. Wiele tych wątków i motywów. Tak jak i wielu jest bohaterów – właściwie co strona pojawia się ktoś nowy. Ale wszystko jest podawane czytelnikowi powoli, sukcesywnie, z umiarem (a nie wszystko naraz). Sprawia to, że intryga zacieśnia się powoli, delikatnie a te liczne – pozornie pozbawione sensu, porozrzucane – elementy, układają się w całość i konsekwentnie prowadzą do finału. Takim sposobem powieść trzyma w napięciu, czytelnik głowi się, po co tych okruszków – niby bez związku – aż tyle; więc chce się poznać finał, który powinien przynieść odpowiedź na niejedno pytanie.
                Jak widać, autorka należy do grona osób, które mają dar snucia opowieści, kreowania historii, budowania napięcia i wprowadzania czytelnika w swój świat.
                Nie zmienia to jednak faktu, że są w Potomkach pierwszej czarownicy wątki, które wydają mi się zbędne; które – zamiast historię dynamicznie rozwijać – rozmywają ją, rozwlekają, odsuwają czytelnika od istoty sprawy, jakby chodziło jedynie o zapełnienie odpowiedniej ilości stron (wątek chcianej/niechcianej ciąży, zjazd rodzinny u Magdy). A powieść nie powinna sobie pozwolić na zbędne, bez związku i kontynuacji słowa. Bo takie – zamiast zaciekawiać – budzą irytację i kojarzą się z „paplaniem”.
                Innym uchybieniem jest brak jednoznacznego wyjaśnienia niektórych motywów: kto ostatecznie napadł (zdaje się, że Justyna, ale nie wiadomo na pewno, ani też z kim odbyła już po napadzie – jeśli to ona – tajemnicze spotkanie), jakie były losy ojca Basi i jakie łączyły ich relacje (spotkanie ich odbyło się w dość dramatycznej scenerii), jakim sposobem Artur znalazł się pod wpływem Justyny… Obok tego wprowadzono kilka dość naiwnych rozwiązań - choćby: porwanie w środku dnia i na środku ulicy, doskonała znajomość historii rodziny przez kogoś, kto - na skutek dramatycznych wydarzeń - od wczesnego dzieciństwa był wychowankiem domu dziecka, cudowne ocalenie babci Jagody, nieoczekiwane rozwiązanie zagadki kryminalnej…
                Nie mogę też powiedzieć, że zachwycił mnie język powieści. Z nim miałam najwięcej problemów. Niejednokrotnie wprowadzono błędny szyk wyrazów w zdaniu (na przykład na stronach: 22, 65, 87, 90, 114, 117), niektóre zdania są nielogiczne („Czekała na przystanku dla wysiadających prywatnych przewozów autokarowych” – s. 93, „(…) to właśnie on pomógł jej uciec i robił to tylko dlatego, ponieważ został do tego zmuszony.” – s. 161 (dla zainteresowanych: pomoc w ucieczce była dobrowolna, ale udział w spisku był pod wpływem szantażu)), występują też powtórzenia (na przykład strony: 47, 68, 100, 116).  Między niektórymi akapitami brak związku, płynnego - choćby zdawkowego – połączenia, co wiązałoby tekst w całość (np. strony 22, 61); z drugiej strony są też całe partie pozbawione akapitów, które aż się proszą o zastosowanie; na stronie 66 użyto podwójnego tabulatora, co poskutkowało „podwójnym akapitem”.
Muszę powiedzieć, że te uchybienia (podane tutaj przykładowo) sprawiły, że niektóre partie czytało mi się ciężko, wracałam do akapitów, przedzierałam się przez zdania. A niedociągnięcia zaskakują o tyle, że książka przeszła podwójne korektę i redakcję oraz wygrała jeden z konkursów literackich – a w takich warsztat językowy jest zazwyczaj jednym z kryteriów. Takim sposobem płaszczyzna stylistyczna przysporzyła niemało kłopotów i zamiast pozwolić się cieszyć z naprawdę ciekawej historii – irytowała.
Nie zmienia to jednak faktu, że historia o słowiańskiej czarownicy, fikcyjnej córce Mieszka i ich potomkach, którzy nawet w XXI wieku nie banalizują swoich korzeni jest ciekawą, trzymającą w napięciu opowieścią. I nawet (a może przede wszystkim) jako temat debiutu literackiego ma prawo mieć swoich sympatyków.  

Korzystając z okazji przypominam, że chętni mogą się do mnie zgłaszać po odbiór tejże książki. Szczegóły - tutaj

8 komentarzy:

  1. Już o tej książce słyszałam. Brzmi ciekawie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Największym atutem jest wprowadzenie słowiańskich mitów- rzadkość w Polsce.

      Usuń
    2. Zgadzam się. Nie potrafimy docenić naszej przedchrześcijańskiej historii i kultury i skupiamy się jedynie na tej zaczynającej się pod koniec X wieku.

      Usuń
  2. Książka ciekawa, szkoda, że wkradły się błędy językowe...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam i przyznam szczerze, że nie zauważyłam nawet tych wszystkich powtórzeń i błędów stylistycznych, a teraz, przytoczone w Twojej recenzji, wręcz mnie rażą. Sama historia bardzo przypadła mi do gustu i czekam na kontynuację:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerze mówiąc nie zawracałam sobie głowy tymi błędami. Zdawałam sobie sprawę z istnienia tylko niektórych z nich. Nie raziły mnie zbytnio chyba dlatego, że często spotykam tragiczne babole w książkach redagowanych przez wydawnictwa, w książkach, które zostały wydane, a teraz ludzie za nie płacą i dostają niedoskonałe wersje. Uważam, że atutem i talentem pisarzy nie jest zdolność do poprawnego pisania, tylko do snucia niesamowitych historii. Hans Christian Andersen, Agatha Chrisie i wielu innych byli dyslektykami, a popatrz jaki osiągnęli sukces. Do książki Zuzanny wkradły się błędy, ale czyja to wina, że ich nie poprawiono? Uważam, że w swojej opinii zawarłaś całkiem ciekawy temat, który zasługuje na wyróżnienie w postaci rozwinięcia. Muszę jeszcze powiedzieć, po prostu muszę... Uważam, że szkoła, która uczy poprawnej polszczyzny, jednocześnie zabija kreatywność, zapomina o rozwijaniu niekonwencjonalnego myślenia. Zamiast tego uczniowie dostają szablon językowy, którego muszą się wyuczyć. 10% z nich później mówi poprawnie, w przypadku reszty nauka idzie w las i nie zostaje nic ani z pięknej polskiej mowy, ani z wyobraźni 9 a język, ciągle żywy i tak później się zmienia). Wiem, że ze względu na swoje wykształcenie nie mogłaś pozostawić tych błędów bez odpowiedzi i słuszne. Niewielu blogerów ma kompetencje do tego, by dotykać tematu stylistyki, gramatyki, ortografii itp., uważam po prostu, że książka napisana od deski do deski idealną, poprawną polszczyzną będzie leżała na półce i się kurzyła, jeśli zabraknie jej fantazji rozmachu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wszystko prawda: że bez talentu i umiejętności snucia opowieści nigdy nie powstanie dobra książka, bo język musi mieć CO opowiedzieć. I sama również o tym pisałam, i o tym, że błędy dziwią zawsze, gdy tekst przechodzi korektę (i to podwójną) też. A co do szkolnictwa - wybacz, ale ze względu na zawód nie będę się wypowiadać; jako nauczyciel wiem, że to problem wielopłaszczyznowy.

      Usuń
    2. Oczywiście. Nie miałam na myśli tego, że problem rozgrywa się na płaszczyźnie relacji uczeń- nauczyciel. Są dobrzy i źli nauczyciele, niektórzy z powołania, inni z braku wyboru. Problem rodzi się wyżej i pozbawia ludzi pełnych chęci, narzędzi do realizacji misji, która na szczęście jeszcze dosyć często przyświeca osobom wykonującym Twój zawód. Nie chciałam, żebyś odebrała to jako atak. Moja krytyka dotyczy wyłącznie schematów, jakie stosuje "szkoła" w ogólnym rozumieniu i niekoniecznie związanych z językiem polskim.
      Zauważyłam Twoją uwagę dotyczącą podwójnej korekty i też uważam za dziwne, że mimo wszytko błędy zdołały się przedostać do tekstu. Zazdroszczę wprawnego oka :)

      Usuń