29 listopada 2014

(...) ci, którzy nie mają horyzontów, pragną zniszczyć nasze. (s. 394)

Z trzech jakże różnorodnych tekstów kultury: Córki Rembrandta, Dziewczyny z perłą oraz licznych obrazów Vermeera wyłania się Amsterdam kolorowy, bogaty, pełen blasku, przepychu, bogobojny i mimo wielu kontaktów z innymi kulturami, czy obyczajami – wciąż tradycyjny i zamknięty społecznie; to miasto długich sukien i wyjątkowo przyciasnych gorsetów, koszul zapinanych pod szyję i długich płaszczy, jak i miasto wielodzietnych rodzin, kobiet, których dzieci bardziej chowane były w trumnach niż w kołyskach i mężczyzn, którzy za punkt honoru wzięli sobie wyżywienie rodziny; a już na pewno Amsterdam był miastem ciężkiej pracy, pracy, pracy – czy to malarza, czy ucznia – czeladnika - terminującego u mistrza, czy cukiernika, gońca, sprzątaczki, pomywaczki. Patrząc na artystyczny obraz tego miasta, ma się wrażenia, że tam wszyscy i zawsze pracowali, a słowa „lenistwo” i „odpoczynek” nie istniały w słowniku siedemnastowiecznych mieszkańców Amsterdamu. 
Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się kolejna pozycja o Amsterdamie XVII wieku – Miniaturzystka. Jej Autorka, raptem 32-ltnia Brytyjka, to raczej sporych rozmiarów dzieło pisała (niejednokrotnie w godzinach pacy, potajemnie, wykorzystując każdą wolną chwilę) przez 4 lata, 17 razy je przeredagowywała, a ten perfekcjonizm doprowadził do sytuacji, kiedy to w 2013 roku podczas Targów Książki w Londynie prawa do druku powieści kupiło prawie 30 krajów i otwarła się perspektywa sfilmowania historii. Nie powiem – pisarka z przytupem i w wielkim stylu weszła w świat wydawniczy! 

A i sam debiut spokojnie można zaliczyć do tych udanych!


Pomysł na napisanie powieści zrodził się podczas pobytu autorki w Amsterdamie, kiedy to w Rijksmuseum – tuż obok największych holenderskich malowideł – zauważyła mebel z kręgu rzemiosła artystycznego: drewniany miniaturowy domek-kredens, który w najdrobniejszym szczególe każdego z elementów odzwierciedlał ten rzeczywisty. W głowie autorki zrodziła się cała seria pytań: kim była jego właścicielka? jak wyglądała jej codzienność? jak zrodziło się w niej to nietypowe dziś zamiłowanie do kompletowania zabawkowej wręcz miniatury swego domu? kim był autor tych drewnianych (i nie tylko) figurek?
Ale książka nie jest jedynie literacką wersją fragmentu biografii Petronelli Oortman, czy historią jej prawie zabawkowego domku.
Jak dla mnie ta powieść osnuta jest wokół dwóch głównych tematów: losów Petronelli i tej nowej rodziny, której członkiem stała się po ślubie z Johannesem Brandtem oraz panoramy miasta w epoce największego jego rozkwitu.
Amsterdam Butron zamieszkany jest przez całą rzeszę anonimowych, nieznanych z imienia czy nazwiska postaci; to: stróżowie prawa, burmistrzowie, kupcy, czeladnicy, handlarze, dozorcy, rzemieślnicy. Jak w Lalce Prusa, tworzą oni zwarte tło, budują atmosferę tego gęstego od emocji i tłocznego od ludzi miasta, kreują przestrzeń dla głównych bohaterów dramatu: Petronelli, jej męża i szwagierki, ich dwojga oddanych, wiernych i pełnych wdzięczności służących, pewnego posłańca-byłego aktora, zawziętych starych przyjaciół, którzy z przyjaźnią i wiernością nie mają już nic do czynienia, pary cukierników, którzy okazali się sprzymierzeńcami, kiedy ci wysoko postawieni i wcześniej oddani zdawałoby się przyjaciele, zawiedli w chwili próby oraz anonimowego twórcy-rękodzielnika, który miniatury przysyłał, nie przyjmując zapłaty.
Choć paleta czołowych postaci jest raczej uboga, dzięki szerokiemu oglądowi, zmieniających się perspektyw czy poziomów opowieści, zmiennych miejsc akcji, kilku drobnym retrospekcjom czy próbie wprowadzenia mowy pozornie zależnej, czytelnikowi wydaje się, że bohaterów tej powieści nie sposób zliczyć, że jedne milczą, gdy inne mówią, by wnet ucichnąć i pozwolić mówić kolejnym – nawet matka Petronelli, która nie wypowiada w powieści ani zdania, zdaje się wysyłać kolejne małżeńskie rady, a urojone wizje w szalonej głowa Agnes aż huczą od zgorzknienia i oskarżeń. Ten chwyt z konstrukcją postaci przypomina trochę teatr Szekspira – pierwszy plan wypełnia raczej niewiele osób i gdyby nie to rozbudowane, wielopoziomowe tło, nie byłyby tak istotne oraz wyraziste.
W tej tak szerokiej, perspektywicznej powieści widzimy, jak Petronella – młodziutka, początkowo dość prostolinijna, naiwna i delikatna, ale wielce bystra mieszkanka wsi zmienia się w stanowczą, zdecydowaną, konsekwentną, odważną i upartą gospodynię, orędowniczkę interesów męża, tolerancyjną, pozbawioną uprzedzeń i generalizowania żonę oraz pracodawczynię; Petronella z powieści Butron to zawsze kobieta delikatna i rozważna w wypowiadaniu sądów, ale i obiektywna, samodzielnie myśląca, krytyczna i szybko przystosowująca się do nowych warunków, wtapiająca się w atmosferę i reguły dyktowane przez Amsterdam. Jednym słowem: szybko stała się dzieckiem swojej nowej małej ojczyzny; szybko przestała być dzieckiem, które oszałamia koloryt miasta, a stała się godną żoną najbogatszego kupca, członka Kompani Wschodnioindyjskiej. I jak jej mąż zwiedzał cały świat, nie bał się wypraw w najdziksze rejony, tak ona zrozumiała, że ich dom musi odbijać ten wielki mężowski świat. Stąd pełno tam map, gobelinów z najdalszych zakątków globu, czaszek dzikich zwierząt, przypraw rozsiewających czasem wręcz duszny zapach. Z podziwem należy patrzeć, jak ta kobieta szybko weszła w orientalny świat męża.
Wszystkie te powieściowe historie o: nietypowej miłości małżeńskiej, nieoczywistej sympatii między żoną a siostrą Johannesa, smutnych losów ich służących, zaplątania się Brandta w tragiczne, toksyczne wręcz relacje, obłudy i pozorności w wyznawaniu wiary czy wartości, jaką jest lojalność, przedstawione są językiem barwnym, dopracowanym, pełnym odniesień do maniery stylistycznej języka siedemnastowiecznego (np. zmieniony szyk wyrazów w zdaniu; myślę tu o polskim tłumaczeniu). Autorka wplotła w swą opowieść wyrażenia typowe dla ówczesnej kultury (kuchni!) czy ducha epoki, co nie pozwala czytelnikowi zapomnieć, w jakim okresie się znajduje. Wszystkie te zabiegi świadczą o dopracowanym pod względem faktograficznym i historycznym warsztacie pracy. Opisy są barwne, szczegółowe, oddają koloryt, ducha i manierę epoki jakby obrazy holenderskich mistrzów przekuto na słowa.
I myliłby się ten, kto sądzi, że tytuł odnosi się do głównej bohaterki, upodobaniu, z jakim kompletowała swój minidomek, treści, które chciała wyczytać z miniaturowej wersji jej rodziny. To nie Petronella jest tytułową postacią, a dziewczyna (sic!), która dla niej wykonywała te drewniane cudeńka. To w postaci anonimowej kobiety skumulowały się jedne z największych przewinień siedemnastowiecznej Europy: zakaz zawodowej pracy kobiet, represje wobec niestosujących się do tej zasady i tych, którzy z nimi sympatyzują, prześladowania względem wyznawców nowatorskich poglądów, zabobonność, lęk przed obcymi, czasem przybyszami z niewiadomo-skąd. Ale choć tak nietolerowana, później wręcz zaszczuta, miniaturzystka mocno wryła się w świat bohaterów Burton; choć całkowicie usunięta na margines społeczeństwa, nie dała o sobie zapomnieć, nie przestała mówić swoimi figurkami, stając się czymś nawet na kształt wyrzutu sumienia, świadkiem największych z przewinień (z przyjacielską zdradą na czele) czy zawiedzionych nadziei i marzeń.
Warto zauważyć, że mamy w tej powieści kilka miniatur. Dom Brandtów jest miniaturą wielkiego świata podróżników i kupców. Zabawka-kredens jest miniaturą domu małżonków, a i ta szafa ma swoją mini-wersję, która może zmieścić się nawet do kieszeni. Skoro zabawkowa wersja domu wcale nie dowodziła istnienia idealnego świata bez skazy; skoro ten realny świat okazał się pełen obłudy, zakłamania, fałszu, pozorności, interesowności i potęgi pieniądza, jako wartości nadrzędnej, jej dom musiał schylić się ku upadkowi, a zabawka poddać się zniszczeniu. Jak początek powieści, jest pełen kolorytu i bajecznego przepychu, tak jej finał to raczej gorzka prawda o tym, kim jest człowiek i jaki koniec może spotkać prawdziwych marzycieli czy kreacjonistów (wystarczy spojrzeć na Brandta czy miniaturzystkę).  
Wbrew początkowym przypuszczeniom to wcale nie jest historia o znudzonej życiem bogatej mieszczki, która dla zabicia czasu kompletuje domek dla lalek, a historia tego, jak nie stać się konformistą i nie zwariować w świecie pełnym obłudy, pozorów i powierzchowności. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


ps - teraz mogę przeczytać wszystkie zaległe Wasze recenzje tej książki:)

8 komentarzy:

  1. Widać, że to mądra i pouczająca książki, po której można wysnuć odpowiednie wnioski. Zazdroszczę Ci jej lektury :) Nie wiedziałam, że to taka cegła i że inspirację autorka znalazła w pięknym Amsterdamie (ah, zatęskniłam za tym miastem).

    OdpowiedzUsuń
  2. W ogóle mi nie przeszkadza, że nie ma wielu bohaterów, zapewne historia pasowała autorce do tak kameralnego nastroju... Przeczytam z przyjemnością:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaprosiłaś mnie do świata, który ciągle jest dla mnie tajemnicą, nieodkrytą mapą ludzkich namiętności, pasji i przewinień. XVII wieczna Holandia skupia to, co w tamtym czasie było najbardziej intrygujące.
    Z wielką ciekawości sięgnę po tę powieść, aby odkryć podwójne "życie" miniatur.
    Piękna recenzja!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem już pod urokiem książki, bo nie mogła bym nawet być po przeczytaniu Twojej znakomitej opinii. Jestem pod wrażeniem Twej umiejętności wydobycia z książki tego co najistotniejsze i co sprawia, że książkę koniecznie chce się przeczytać.
    Amsterdam sam w sobie przyciąga ...jestem nim zaintrygowana....

    OdpowiedzUsuń
  5. W Amsterdamie zakochałam się od pierwszego pobytu? ;) dziś sięgam po wszystko, co pozwoli mi wrócić do tych krętych uliczek choć na chwilę. Między innymi dlatego "Gwiazd naszych wina" miało dodatkowy walor ze względu na wyjazd do Amsterdamu. I teraz Miniaturzystka. Poczekam jednak aż blogosfera ucichnie na jej temat i dopiero po nią sięgnę ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzę, że też jesteś po lekturze tej książki. Niezapomniane wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Poluję za tą książką, a Twoja recenzja tylko utwierdziła mnie w tym, że warto po nią sięgnąć :-D

    OdpowiedzUsuń
  8. O, jak miło tu zajrzeć i znaleźć recenzję (i to tak dobrą!) książki, która sama niedawno skończyłam czytać. :) Świetne spostrzeżenia z tymi miniaturami - rzeczywiście jest ich tutaj wiele (oprócz wymienionych jeszcze np. serwis to miniatura świata handlowego Johannesa, Amsterdam to miniatura społeczeństwa pełnego uprzedzeń, zawiści i chciwości, los Petronelli to miniatura życia ówczesnych kobiet, można tak długo wymieniać). Podobała mi się też, o czym zresztą wspomniałam u siebie, leksyka i frazeologia związana z morzem. Ciągle ktoś nabierał wody w usta, coś przeciekało przez palce itd. A, i jeszcze Agnes! Na początku martwiłam się, że będzie jedynie antagonistką (no a takich trójkątów typu wredna żona - mąż wciąż zakochany w dawnej ukochanej - dawna ukochana, nieprzystępna, lecz namiętna, na co się w pewnym momencie zapowiadało, mam już dość), ale cała ta sprawa z jej domkiem i jej lalkami pokazuje, że każda bohaterka ma własny świat, własną opowieść, która nie zawsze jest opowiedziana - i wygląda to na świadomy zabieg autorki.
    Wybacz za chaos, naprawdę właśnie skończyłam lekturę. ;)

    OdpowiedzUsuń