30 stycznia 2014

Po Babsku:):)

Dzięki Bogu przychodzą takie dni, kiedy można oderwać się od codzienności, zrobić coś innego niż zazwyczaj. I tak było wczorajJ
Koleżanki wyciągnęły mnie do kina HELIOS na tzw. kino kobiet. Akcja promocyjna, imprezy z atrakcjami były raczej słabe, ale pomysł fajny a że u nas w mieście po raz pierwszy wybacza niedociągnięcia.
Więc takim sposobem była sala kinowa pełna bab, był super film o babach w roli głównej – choć trudny i raczej mało pozytywny, była też babska kolacja w pobliskiej restauracjiJ
Jak to fajnie tak czasem inaczej, w innym niż zwykle towarzystwie i z babskim spokojem w sercu, że nie muszę się spieszyć, że P. też dobrze się bawi, że Bilbo nie czuje się opuszczony, że te około 50 rybek zostaną nakarmione. Dobrze czasem tak zmienić rytm i spędzić czas inaczej niż zazwyczaj.


A film, który zobaczyłam to ten:


Wszystkim polecam. To naprawdę dobry, mocny film; zostawia ślad. A takie lubię najbardziej!




ps – trzeba mi coś wyjaśnić: w jesieni pokazywałam krem marki SORAYA, który aktualnie używam. Teraz trzeba  mi uzupełnić, że jest bardzo fajny, wydajny, odpowiednio nawilża, ale na silne mrozy się nie nadaje. Kiedy temperatura spada poniżej -7 st. C stosuję niezawodny DERMOSAN. 

29 stycznia 2014

Podejmując wyzwanie!

Nieraz już, przy kilku okazjach, wspominałam tu o mojej Ukochanej Poetce – Halinie Poświatowskiej. Dość, że sięgam po nią z czystej przyjemności (estetycznej też) to jeszcze poznaję jej osobę od strony „teoretycznej” – interesuję się jej życiem, pracą, zainteresowaniami, warsztatem poetyckim. W tym celu sięgam po opracowania, wspomnienia i teksty teoretycznoliterackie na jej temat.
Takim oto sposobem w moje ręce trafiła książka Katarzyny Karaskiewicz Halina Poświatowska w zwierciadle swej kobiecości.
źródło zdjęcia: http://solarisnet.pl/biografie-wspomnienia/96479-halina-poswiatowska-w-zwierciadle-swej-kobiecosci.html

Jest to taka praca, która próbuje odpowiedzieć na pytanie: Jaką kobietą była Poświatowska? Czyli nie jaki z niej był naukowiec, nie jaką była pacjentką, nie jakim była tłumaczem, ale przede wszystkim jaką była córką, siostrą, żoną, kochanką, przyjaciółką – choć to cały czas była córka, siostra, żona, kochanka, przyjaciółka, pacjentka, doktorantka, wykładowczyni, pisarka bardzo chora i nierozerwalnie związana ze swoją chorobą.
I tym sposobem poznajemy jaki, w przypadku tej kobiety, był rytm pracy, jego tempo, mnogość zadań zawodowych, deklaracji wydawniczych, czy też jak kształtowała się jej lista osobistych lektur. Widać tam też jej zawziętą surowość względem siebie, brak kompromisowości względem swojej osoby. Możemy poznać jej system wartości, podejście do zasad społecznych i obyczajowych – a w jej przypadku granica była nie tam, gdzie postawiło ją społeczeństwo, lecz tam, gdzie umieściła ją ona sama. Wyłania się z tych analiz obraz kobiety, której postawę określały trzy przymioty: erotyzm, bunt przeciw pruderyjności i oswajanie śmierci. I nie jest to kobieta zasmucona, przerażona przemijającym dniem, lecz kobieta zakochana w każdej podarowanej jej chwili. I może właśnie dlatego przywiązywała wagę do swojego wyglądu, seksapilu, godności, ogłady i klasy – bo Poświatowska, również zewnętrznymi przymiotami, pokazywała na czym polega wielkość każdej kobiety. A choroba nigdy nie była – i być nie miała prawa! – jakimkolwiek usprawiedliwieniem.
Książka Karaskiewicz jest o tyle ciekawa, że nie skupia się na psychologicznych uwarunkowaniach postawy tej powojennej poetki, nie próbuje odpowiedzieć na to tendencyjne pytanie: DLACZEGO była taka, jaka była? lecz próbuje opowiedzieć o niej jako o kobiecie; kobiecie, która kocha, się kocha, marzy, płacze, snuje plany, pracuje i stawia sobie kolejne wyzwania - i ładnie wygląda też.
Jak dla mnie minusem tej pracy są sporadyczne niedociągnięcia językowe (np. powtórzenia, słaba składnia). Rażą one tym bardziej, że autorka ma tytuł naukowy doktora a w pracy zawodowej zajmuje się między innymi antropologią języka i rolą języka w rozwoju kultury.
Jednak każdy, kto chciałby odpowiedzieć na pytanie ile w Poświatowskiej było kobiety hardej a ile delikatnej i kruchej może sięgnąć po tę pozycję (tym bardziej, że spora bibliografia odsyła do innych opracowań).

                           Niniejszy szkic bierze udział w wyzwaniu:


27 stycznia 2014

Ósemkowo-filmowo:)

Dziś będzie o kilku filmach. Trzy widziałam a resztę mam zamiar zobaczyć – w kinie albo pożyczymy od kolego P. – ma kinotekę jak ja bibliotekęJ
Ubiegły tydzień mieliśmy kinowy – taki prawie totalnie kinowyJ
Najpierw zobaczyliśmy 2. część Hobbita… - na prośbę P. w 3D. 


Historia fajna, akcja jest, przygoda goni przygodę, w wiadomych partiach wierność powieści jest. Nie był to czas, który by mi się nudził czy rozczarował. Nic z tych rzeczy. Od pewnego czasu jestem fanką Tolkiena a Jackson ekranizuje jego powieści ze sporą dozą szacunku dla pierwowzoru, więc nie ma przekłamania, rażącej nadinterpretacji, czy skrajnej fantazji scenarzysty/reżysera. Jedyne co mi przeszkadzało, to nadmiar wątków zaczerpniętych z innych tekstów autora a jedynie luźno związanych z trzonem powieści Hobbit… A drugą kwestią jest ścieżka dźwiękowa. W sposobie zrealizowania Władcy… Jackson przyzwyczaił nas, że przez wszystkie części przewijają się stałe motywy dźwiękowe – są te ściśle związane z konkretnym obrazem, jak i charakterystyczne dla całej serii. W Hobbicie… brak takiego utworu. Przez część 1. regularnie przewija się motyw z The Misty Mountains Cold.


Miałam nadzieję, że tak też będzie z 2. Niestety tak nie jest. W tym obrazie brak stałego motywu muzycznego i brak też motywu łączącego ten obraz z poprzednim.


Kilka dni później oglądnęliśmy Wkręconych

Komedia super! Lekka, przyjemna, z wieloma językowymi gagami, bez seksistowskich tekstów czy prymitywnych scen. Dawno się tak nie uśmiałam – aż P. powiedział, że mu za mnie wstyd i on idzie do domu. Oczywiście nie poszedł – nie mógł oderwać się od filmu.


Ostatnim oglądniętym w tamtym tygodniu filmem był Pod mocnym aniołem – kolejny mocny obraz Smarzowskiego - tym razem na podstawie powieści Pilcha. 


Film zapada w pamięć. W skrócie można powiedzieć, że to studium alkoholika. Jednak to za wielkie uogólnienie. O nim nie można nic więcej napisać, bo łatwo zdradzić sedno. Na pewno szokuje, obdziera z całego słowotoku, który niektórzy stosują w kontekście tej choroby – bo nie trzeba gadać, trzeba to poczuć. A ten film na to pozwala. Widz, aż na sobie odczuwa co to znaczy pić, pić, pić i odnosić tego skutki – wszystkie! Nie mieć rodziny, budować pozorne układy, żyć „na krechę”, zapaskudzać całe mieszkanie – i nie tylko.
I prawdą jest, że po obejrzeniu tego filmu nie ma się ochoty nawet na łyk swojego ulubionego wina. Polecam każdemu kto ceni Pilcha, Smarzowskiego, nie boi się dosadnego, obdzierającego z pozorów kina i chce zobaczyć ile jest w stanie dać z siebie aktor, do czego jest zdolny, by być doskonałym w swej sztuce aktorskiej.



A teraz kilka filmów, które chcę zobaczyć. Prym oczywiście wiodą biografie. Pierwsza…

Druga...

Trzecia...

A na koniec ekranizacja super powieści.


To kto idzie ze mną do kina? Osiem jest symbolem nieskończoności – jak widać takie filmowe perełki mogę mnożyć i mnożyćJ
Popołudnia mam zasadniczo wolneJ

ps – dzisiejszy tytuł jest parafrazą radiowej audycji: Trójkowo-Filmowo (NIED, godz. 14., prowadzenie: Ryszard Jaźwiński). 

25 stycznia 2014

Ostateczność - na pewno?

         
źródło zdjęcia: http://www.tvp.pl/hbbtv/aplikacje/teleexpress/przedzial/wieslaw-mysliwski-ostatnie-rozdanie/12367188

      Kiedy w księgarniach pojawiła się najnowsza powieść Myśliwskiego, nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Jednak nie było łatwo ją zdobyć: w księgarni droga – znacznie ponad 40 zł., w miejskiej bibliotece wszystkie egzemplarze wypożyczone, jednak przyjazna osoba doradziła, by popytać w bibliotekach osiedlowych. Zaopatrzona w spis numerów telefonów podzwoniłam po mieście – i znalazłam jedną wolną sztukę. Zarezerwowałam, wysłałam tam P. i kilka godzin później miałam tekst w dłoniJ.
I takim sposobem mogłam zacząć delektować się piękną i ważną powieścią – o czym już wiecie. I wiecie też, że dzięki wyprzedaży w ZNAKU mam już swój egzemplarz – co niezmiernie cieszy.
      Ale przecież nie o tym miało tu dziś być.
      Dziś ocena tego tekstu.
      Najpierw narracja. Moja ulubiona. Z retrospekcjami, przeskokami, pozornie bez związku przyczynowo-skutkowego – dopiero przy finale okazuje się, że wszystko ma logiczną całość; jest też pierwszoosobowa, z licznymi monologami – czasem wewnętrznymi głównego bohatera, w które wprowadza wypowiedzi innych postaci; to też narracja z mową pozornie zależną, która nie dba o interpunkcje (jak na rasowy słowotok przystało) ale za to wymaga od czytelnika dyscypliny, uwagi i kontroli tekstu, który się czyta.
      I w tak skonstruowanym tekście pojawia się figura trochę sfrustrowanego swoją niepamięcią bohatera-narratora. Wertując leciwy już notes z adresami, próbuje – z jakichś przyczyn – opowiedzieć życie swoje i osób z nim związanych. Tym samym dowiadujemy się, że przez całe życie otrzymywał listy od swojej pierwszej miłości, że porzuciwszy studia na ASP zmuszony był uczyć się krawiectwa, że obsesją było doskonalenie gry w pokera, że imał się tylu różnych (czasem sprzecznych) zajęć, jak często zmieniał mieszkania, że obsesyjnie uzupełniał notes adresami osób znanych sobie, matce a nawet adresami przedwojennych klientów Radzikowskiego, a do swojego miejsca zamieszkania nie przywiązywał najmniejszej nawet wagi. Dowiadujemy się również, że przez całe życie miał sentyment do sztuki: słuchał Schuberta, przejął się wojennym losem rzeźbiarza - późniejszego budowniczego szkoły, rozróżniał prace uczniów Rembrandta od prac samego mistrza itd.
      Ale myli się ten, kto uważa, że jest to typowa powieść rozrachunkowo-wspomnieniowa. Bo choć tytuł nawiązuje do rzeczy ostatnich, to nie dowiemy się nic o ostateczności bohatera. Wręcz przeciwnie: poznajemy jego pierwszą miłość i pierwsza kochankę, widzimy go z pierwszym kieliszkiem wódki i znamy pierwszy adres po opuszczeniu domu. Ale nie znamy za to ostatniej miłości i ostatniej kochanki, ani ostatniego adresu, ani ostatniego biznesu, czy ostatecznej decyzji, co zrobić z kłopotliwym notesem.
      Tym samym tekst ten wpisuje się, moim zdaniem, w grupę powieści inicjacyjnych – widzimy w niej różne aspekty wchodzenia w życie a nie podsumowywania go czy wręcz żegnania się z nim. A mnogością postaci wydaje się nam autor mówić, że ich los i los głównego bohatera mógłby być losem każdego z nas.   
      Choć powieść liczy ponad 400 stron, jest to objętość ani za długa, ani nudna. Wręcz przeciwnie: po jej zakończeniu robi się aż przykro, że to już koniec i wszystko stało się jasne. 

24 stycznia 2014

Zły(?)

Dziś coś o albumie wszech czasów – jednym z wielu, ale to taki, o którym wiedzą chyba wszyscy!
W przerwie pracy nad Ostatnim rozdaniem oglądnęłam wczoraj to:


Choć to krótki film, na pewno napisał ważną kartę w historii muzyki rozrywkowej. I to nie ważne czy ktoś jest fanem MJ, czy do kogoś takie rytmy/aranżacje/pomysły zachwycają - każdy, bez względu na upodobania muzyczne, doceni ten talent, pomysłowość, otwartość na nowości a przede wszystkim bezkompromisowość i odwagę w wytyczaniu nowych szlaków. Bo jak nikt tworzył coś z niczego - lub jedynie (aż) z odwołań do odległej historii. 
Naprawdę polecam! Nikt nie pożałuje! A może nawet szczerze doceni dorobek MJ:)

23 stycznia 2014

Pracowicie

Dziś dzień z komputerem, papierami, książką, wcześniej zrobionymi ołówkiem, luźnymi i pozornie byle-jakimi notatkami.
Bo własnie ogarniam zawodową recenzję Ostatniego rozdania! Jest pierwszą tego typu, więc nie wiem na ile ma kształt profesjonalnej, rzeczowej i wartościowej a na ile to czcze gadanie. Ale brnę dalej. Jeśli mi się coś nie spodoba, zawsze mogę przeredagować, zmienić, poprawić:)
Gdyby się okazało, że po jej napisaniu zostaną w głowie jakieś niewykorzystane uwagi i sugestie - napiszę drugą rekomendację dla Was. Bo chciałabym powiedzieć dlaczego tak naprawdę ta książka jest ważną, wielką i dlaczego naprawdę warto ją przeczytać!
A oto moje dzisiejsze stanowisko pracy:):


















Jeszcze nigdy wcześniej - przygotowując się do jakiegoś tekstu - nie zrobiłam tyle co teraz notatek wstępnych. Niesamowita sprawa:)!

22 stycznia 2014

Chwalenie (się).

Dziś kilka spraw – taki życiowy misz-masz:)

Na początek o świeżym powietrzu:)
Wyszłam dziś z Bilbem na pierwszy poranny spacer (przed 7.) a tam miła, przemiła, urocza wręcz niespodzianka - biały puch na tym, co do nocy było zielone, mokre, błotniste a nawet brudne. Wreszcie się doczekałam - mamy wytęskniony, dający tyle radości śnieg:)

I tak świat wygląda - wiem, zdjęcia kiepskie, bo aparatem, i z marszu, i światło mdłe, ale uwieczniłam, co tak z rana radość sprawiło:


A to nasza świąteczna choinka – w domu wyglądała bajecznie i taka też jest w ogrodzie. Wsadzona kiedy za oknem było sporo na plusie, więc może się i przyjmie :)


Białą pogodą ja się cieszę i Bilbo się cieszy:) Dziś tarza się w śniegu:) Ilekroć bym nie wyszła z domu – on albo leży w śniegu, albo leży w śniegu i gromadzi kolejne gramy śniegu na swoim jakże uroczym nosie. Chciałam mu zrobić kilka zdjęć w tej pokazowej pozie ale nie pozwolił – podchodziłam z telefonem a on nosem robił:
- Puch…
I śnieg odfruwał :)
Tym samym jest tylko zdjęcie Bilba w śniegu.


Skoro już wiecie, jak ładnie wyglądają moje przedmieścia w śniegu, pochwalę się książkowymi zdobyczami. Oczywiście nie wszystkie są dla mnie (kto odgadnie które dwie dla mamy:)?) ale i tak chcę się pochwalić:)
Dziś kurier przyniósł taki zestaw – wyprzedaż w ZNAKU okazała się cudowna:) Gdyby nie ona, znów długo nic bym nie kupiła. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do strony Wydawnictwa – tam można porównać chwilowe ceny z tymi stałymi: cenowy szok normalnie! A jak widać, ja mam i swoje ukochane ostatnio Ostatnie... i zawodowo wymagany Tischner:)



















W ostatnie dni zdobyłam jeszcze: Słodki zapach brzoskwiń, W blasku diamentów, Sunset Park, Poniedziałkowe dzieci.
Żal mi tylko, że nie są to wersje tradycyjne: moje, papierowe i takie pachnące tuszem drukarskim lub zużyciem.


A teraz pora na chwalenie innych.
Iza przysłała trzy meile takim samodzielnie wykonanym cudeńkiem – no, wygląda to niczym z bajki o wspomnianych już tu dziś Jasiu i Małgosi!!!!!!!!






















Nie mogłam się powstrzymać i nie umieszczać tego tutaj!
A poniżej fragment listu z opisem powstania dzieła – usunęłam te części, przy których mogłabym zostać posądzona o kryptoreklamę (no i poprawiłam pisownię).

Gosia, domek ma wysokość 96 cm, szerokość 81/60 do tego okno w dachu i komin. 
Pomysł był abstrakcyjny, nawet nie wiedziałam, jak to się robi, czysta improwizacja. Powstał z kartonów (…), kilkanaście ich pewnie, wycinałam środki, z boków kleiłam umocnienia, żeby nie był giętki. Najpierw poszły ściany boczne - ściana z oknem i szybą: między dwa kartony wklejone są plastikowe arkusze do bindowania, jak w skoroszycie. Komin: oklejony zastygłą masą papierową. Cegiełki: powycinane i przyklejone osobno, potem muśnięte białą farbą. Domek oklejony okleiną, jak do parapetów. Wnętrze oklejone krepiną i różnokolorową bibułą. Ptaki, biedronki etc namalowane i przyklejone. Brzegi domku na zewnątrz oklejone dla stabilności dyktą – to niewykorzystane "tyły" do regału i komody. Dach to czerwony brystol, od szklanki odmalowałam dachówki, musnęłam białą farbą. Z płotkiem był problem, bo oklejałam go krepiną, a ona jest straszna do klejenia...Gałka w płotku i okienku pochodzi ze starych szafek. Hmm...
To chyba tyle.
Nie jest to profesjonalna robota, bo trzeba było po małych kosztach - najdrożej wyszło na klejach, bo zużyłam ich kilka opakowań...Wykupiłam wszystkie w pewnym papierniczym:) Okleinę miałam...Kartony gratis:) Chciałam dorobić karmniczek, parapety etc, ale mój siostrzeniec ma dopiero dwa latka i to za drobne dla niego:) 

Na dziś to tyle. Było o mnie, moim psie i Izie co ma w dłoniach bajeczny wręcz talent. Jeśli wyczaruje coś jeszcze – pokażę. Bo słyszałam coś o kartonowym samochodziku:)
Na dziś - 
papa:)!!

21 stycznia 2014

Za autorytetem:)

Autorka "Zwiedzam Wszechświat " zaserwowała dziś Alfabet książek bliskich/ważnych.
No to i ja się dopiszę (choć myślę, że nie skompletuję całego alfabetu, za to pod niektórymi literami pewnie będzie kilka tytułów):)

Zaczynamy:

A - Akademia Pana Kleksa - pierwsza książka, którą przeczytałam sama, całą, przez nikogo nie zmuszana (a niektórzy wiedzą, że swego czasu nienawidziłam czytać!!!) i to z wypiekami na twarzy; ten historyczny egzemplarz mam do dziś:); no i oczywiście jeszcze Anna Karenina; Angielski pacjent;

B – 

C – Cień wiatru; Cmentarz w Pradze; Czekając na Godota – cieszę się, że go nie ma w kanonie!

D – Dom dzienny, dom nocny; Dziady cz. III – mocniejszego polskiego dramatu chyba nie czytałam (fakt, dużo to ich nie poznałamJ)

E – E.E.;

F – Ferdydurke – bo mnie tak kiedyś zirytowała, że ze złości na język przekazu zawzięłam się w sobie i przeczytałam!, a co tam!;

G – Godziny;

H –

I – Idiota – i jego niezapomniana wersja w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego!

J – Joy Division i Ian Curtis. Przejmujący z oddali; ja minę, ty miniesz. Wspomnienia

K – Kamienie na szaniec – to pierwsza książka, przy której beczałam nad niesprawiedliwością świata; Księgą Diny – i wszystko już wiadomoJ

L – Lalka – to naprawdę mądra powieść; niektórzy może by to odkryli, gdyby ją usunięto z kanonu lektur (o co nie zabiegam);

Ł –

M – Mistrz i Małgorzata -  pierwsza, najmądrzejsza, najważniejsza, jedyna i zawsze na piedestale!!! My, dzieci z dworca ZOO;

N –

O – Opowieść dla przyjaciela; Opowieści z Narnii; Ostatnie historie; Ostatnie rozdanie;

P – Prawiek i inne czasy; Pożegnanie z Afryką; Pestka; Prorok, Pamiętnik narkomanki;

R –

S – Sto lat samotności; Szewcy – bo fajnie zobaczyć społeczne przetasowania;

T –

U –

W – Władca Pierścieni; Wichrowe wzgórza – pierwsza „dorosła” książka przeze mnie przeczytana; Widnokrąg; W małym dworku – za grę z konwencją i wycieczki w stronę SzekspiraJ Wspomnienia z niepamięci;

Y – ??; jedyne co mi przychodzi do głowy to Wołanie do yeti JJ

Z – Zbrodnia i kara – kolejny tekst traktowany zbyt po macoszemu tylko dlatego, że jest/był w kanonie lektur szkolnych; Zimna góra – bo z jej filmowej wersji napisałam pierwszą recenzję… - stare dobre czasyJ


Od razu mówię – wielu z tych tytułów nie posiadam w swoich zbiorachJ Za to są to teksty, które zostawiły trwały ślad w mojej głowieJ

Gdy jeszcze coś w niej odkopię – dopiszęJ

19 stycznia 2014

Z "natchnienia".

Tak mnie dziś naszło, że skoro od kilku dni poruszam się po gruncie literatury mogę Wam pokazać pewien portal. Dla tych, którzy go nie znają być może będzie to nie lada gratka.
Oto on:

źródło zdjęcia: http://wolnelektury.pl/

Jak można przeczytać w zakładce tyczącej projektu:

"Wolne Lektury to biblioteka internetowa czynna 24 godziny na dobę, 365 dni w roku, której zasoby dostępne są całkowicie za darmo. W jej zbiorach znajduje się 2351 utworów, w tym wiele lektur szkolnych zalecanych do użytku przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, które trafiły już do domeny publicznej. (...) 
Wszystkie utwory zamieszczone w bibliotece Wolne Lektury można zgodnie z prawem bezpłatnie przeglądać, słuchać, ściągać na swój komputer, a także udostępniać innym i cytować. 
Wolne Lektury to projekt fundacji Nowoczesna Polska realizowany pro publico bono, we współpracy z Biblioteką Narodową, Biblioteką Ślaską oraz Biblioteką Elbląską pod patronatem Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Dla mnie niezmiernie ważną jest informacja, że:

"W Komitecie Honorowym Wolnych Lektur zasiadają: prof. Maria Janion, prof. Grażyna Borkowska, prof. Przemysław Czapliński, prof. Mieczysław Dąbrowski, prof. Ewa Kraskowska, prof. Małgorzata Czermińska, prof. Jerzy Jarzębski i prof. Piotr Śliwiński."

Są to osoby nie tylko znane, o wysokich tytułach naukowych, ale - obok wielu im podobnych - są to autorytety w dziedzinie literaturoznawstwa - dla  nie rzecz święta. Przez cztery lata zajęć o nazwiska Czapliński, Śliwiński, Jarzębski, Janion obijałam się niczym o bezpieczne, sprzyjające boje - więc tym bardziej to ważne, że pojawiają się przy tak ciekawym projekcie.

Osobiście jestem ostrożna jeśli chodzi o poznawanie literatury drogą elektroniczną, wciąż wolę tradycyjne metody i wiem, że należę tym do grupy dinozaurów (Panie Profesorze -  traktuję to jak komplement najwyższego stopnia:)!), ale pokolenie młodsze ode mnie nie mają nic przeciw temu a czasem wydaje mi się wręcz,  że w niektórych sytuacjach jest to jedyna droga by coś zostało przeczytane. 
Dlatego myślę, że Wolne Lektury to dobry, kolejny, sposób na zaprzyjaźnienie się z literaturą.
Wszystkich zachęcam do zaglądnięcia tam:)

18 stycznia 2014

A kuku...

Życie lubi zaskakiwać.
Ostatnio pisałam, że "zawodowo" przymierzam się do napisania recenzji Ostatniego rozdania, aż tu nagle wypłynęły dwie kwestie: dość, że jest zainteresowanie wspomnianą recenzją (jednak bliżej wakacji) to jeszcze na gwałtu-rety trzeba mi napisać coś jeszcze - również ze współczesności i to raczej z pogranicza filozofii/kultury, więc myślę o tym:
źródło zdjęcia: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3636,Rekolekcje-paryskie

Jest to pozycja wydana niecały rok temu (więc raczej świeża) a i z Tischnerem na gruncie religijnym i społecznym (nie dyskusji kulturowej, około literackiej czy antropologicznej) chętnie się zmierzę.
Warto sprawdzić, czy się z nim zgodzę czy nie. A język jego jest dla mnie na tyle przystępny, że nawet jeśli nie poprę tez zawartych w Rekolekcjach... , to z przyjemnością ich posłucham (poczytam).
Trzymajcie kciuki - bym sprostała zadaniu, nie pogubiła się w gąszczu analiz i nie zapomniała o zaglądaniu tu:)

16 stycznia 2014

Czytając...

Wszystkich Tych, Którzy regularnie tu zaglądają przepraszam za milczenie i rozluźnioną intensywność opowieści - w przerwach między obowiązkami domowymi (Bilbo jest czasem wymagającym współlokatorem:)) czytam, pochłaniam, zachwycam się i DELEKTUJĘ ostatnią książka Myśliwskiego.
źródło zdjęcia: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3823,Ostatnie-rozdanie

Jest to lektura niby z obowiązku, deklaracji zawodowych ale jest to tego typu tekst, który dostarcza wiele radości, satysfakcji i cały czas chce się więcej, więcej i więcej.
Wiem, że już niejeden recenzent i niejeden krytyk napisał o tej powieści to-i-owo, ale ja na pewno dołożę do tego swoje trzy grosze:)
Pozwólcie tylko, że najpierw nacieszę się tym tekstem, rozważę w sobie, porozmyślam o nim (bo obok niego nie można przejść obojętnie), zobaczę do jakiego miejsca zaprowadzi ta spiralna, pozornie chaotyczna narracja a na pewno Wam opowiem jaką tajemnicę skrywa Ostanie rozdanie Myśliwskiego.
Już teraz mogę zdradzić tyle, że nie bez powodu dawno temu, po lekturze Widnokręgu, stanął na czołowym miejscu mojego rankingu pisarzy.
I raczej długo nikt go stamtąd nie zrzuci.

14 stycznia 2014

Kraków od kuchni

Nie opowiedziałam Wam jeszcze o mojej ubiegłotygodniowej wizycie w Krakowie.
Jak to ostatnimi czasy bywa, była ona spod znaku Biblioteki Jagiellońskiej i wizyty w tzw. taniej książce (kupiłam Koleżance świetnie zapowiadające się Imperium kobiet - mam nadzieję, że zawartość dorówna opisowi i rekomendacją) ale przecież nie tylko książką człowiek żyje, więc trzeba było coś zjeść.
I takim oto sposobem moje nogi skierowały mnie do nietypowej restauracji (?).
Dość, że hasłem głównym byłą samoobsługa, Pani Kelnerka parzyła kawę domowym sposobem w domowym kubku to wystrój była taki oto (było dużo gości, więc zdjęcia nie oddają specyfiki miejsca - niemniej duch jego jest na nim uchwytny:)):
























Hmm... Jak widać, nie jest to typowy wystrój współczesnej restauracji - minimalizm i nowoczesność jest obce temu miejscu, ale nie można tez powiedzieć, że jest byle-jak i nieestetycznie - estetyka jest jedyna w swoim rodzaju i na pewno nie do podrobienia. I myślę, że niebieski - błękitny wręcz sufit - ma powiedzieć, że serwują tam rajskie smaki:)
Nie powiem - jadłam naleśniki z moim ukochanym szpinakiem i były jak u mamy:)
I co powiecie na obiad w cepelnianym duchu:)?

13 stycznia 2014

Wspomnieniowo...

Dziś myśli krążą wokół dawno temu przeczytanego tekstu i nigdy nie oglądniętego filmu.
Odkąd na trzecim roku studiów wpadła mi w ręce wielce (!!!) obiecująca recenzja książki pełna pozytywnych słów względem jej ekranizacji, chciałam przeczytać powieść i oglądnąć film.
To pierwsze się spełniło (mam nawet własny egzemplarz tekstu) a to drugie do dziś nie.

(źródło zdjęcia: https://www.google.pl/search?q=ksi%C4%99ga+diny&biw=1536&bih=758&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=yfQfVOH-LoneaMOAgaAK&ved=0CAYQ_AUoAQ#facrc=_&imgdii=_&imgrc=Qs5oEHK8CHpRGM%253A%3BMn91I5bEi09b1M%3Bhttp%253A%252F%252Fambinet.pl%252Ffilm%252Fi_%252Fi_am_dina%252Ftapeta3_1280x1024.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fambinet.pl%252Ffilm%252Ftapeta%252F3520%252F3%252Fksiega_diny.htm%3B1280%3B1024)

Jest w Księdze Diny Wassmo (tłum. E. Partyga, wyd. MUZA, Warszawa 1999) coś takiego, co nie pozwala o niej zapomnieć. 
Może to wciąż żywy w literaturze motyw zbrodni, może to skomplikowana, głęboko psychologicznie skonstruowana postać famme fatale, może to kwestia nastrojowej, miejscami lirycznej wręcz narracji, a może tajemnica tkwi w tych trzecioosobowych częściach fabuły, które nieoczekiwanie, bez zapowiedzi ustępują miejsca pierwszoosobowym, a może sugestywne, wiarygodne wręcz opisy surowej i pozornie niesprzyjającej człowiekowi przyrody stanowią o sile tej powieści. 
Trudno mi wciąż zdecydować. 
I może właśnie dzięki temu nie umiem obojętnie przejść obok tak zaczętemu opowiadaniu:
Jam jest Dina, która widzi, jak sanie unoszące człowieka toczą się w dół po stromym zboczu. (s.9.) 
A później jest coraz mocniej:
Ta kobieta miała osiemnaście lat. I oczy stare rak kamienie. (s. 13)
Kiedy po grubo ponad 600 stronach przychodzi zakończenie, możemy przeczytać:
Jam jest Dina, która widzi, jak Benjamin wyłania się ze skały. Zrodzony z chwastów i żelaza. Jego twarz wykrzywił rozdzierający ból.
Jam jest oko Hjertrud, które widzi dziecię, które widzi siebie. Jam jest Dina - która widzi! (s. 633) 
Wszystkim, którzy chcą wiedzieć, kim jest Dina, czemu już za młodu się zestarzała i czemu, miast rozmawiać z ludźmi, woli rozmawiać z sobą a ze światem zewnętrznym porozumiewać się przy pomocy muzyki gorąco polecam tę powieść.
Jeśli o mnie chodzi jedno jest pewne: przez te wszystkie lata wciąż tkwi we mnie przekonanie, że człowiek zespolony ze skandynawską przyrodą nie może pozostać obojętny na jej moc - ktoś, kto obcuje z jej dzikością nie może być dogłębnie ujarzmiony. 

***
I wiem, że choćby nie wiem jak dużo czasu minęło, dopóki nie zobaczę filmu, nie przestanę o nim myśleć:



11 stycznia 2014

Akcja

Przypadkiem trafiłam dziś na blog Pewnej Aneczki ( http://pasjonatkaliteratury.blogspot.com)
a tam pod datą 9 grudnia 2013 wpis o akcji Stowarzyszenia Sztukater, które "(...) ogłasza ogólnopolską zbiórkę książek oraz darowizn, które zostaną przekazane placówkom zajmującym się walką z wykluczeniem społecznym. Dla nas nie ma rzeczy niemożliwych a w tym szczególnym okresie zdziałamy cuda..." 
Że z jakichś powodów (choć powodem pewnie jest moja techniczna ułomność) nie może się tu pojawić odnośnik do akcji pozwalam sobie podać odpowiedni link wraz z hasłem i zdjęciem reklamowym Akcji.

„Pamiętacie Bajkę O Dziewczynce Z Zapałkami? Te Święta Dla Wielu Nie Muszą się tak Skończyć!"



Akcja szczytna - i ważna:)
Zainteresowanych zapraszam na stronę Stowarzyszenia.

9 stycznia 2014

Uczta (?) literacka.

Wczorajszy list do Znanej-Nieznanej recenzentki książek nasunął mi pomysł, że przecież i Wam mogłabym polecić na zimowe wieczory kilka umilających czas powieści - zapewniam, że z kubkiem gorącej herbaty stworzą idealny tandem.
Na początek coś lekkiego, niezobowiązującego, ale z ciekawą fabułą, z dreszczykiem emocji i intrygą.
źródło zdjęcia: http://merlin.pl/Grobowiec_Kate-Mosse/browse/product/1,613262.html

Fabuła Grobowca łączy przeszłość (życie i twórczość C. Debusssy'ego) z zawiłą teraźniejszością. Do tego dochodzi jeszcze motyw tajemniczej śmierci. Konsekwentnie prowadzona intryga rekompensuje niedociągnięcia językowe czy może zbytnie uproszczenie niektórych wątków. Nie jest to literatura wysokich lotów, z odpowiednim ładunkiem ideologicznym, ale rozrywki na pewno dostarczy. Pamiętam to odprężenie, radość z czytania, kiedy miałam ten tekst w ręce, więc na pewno skuszę się, by przeczytać pozostałe teksty Mosse - Labirynt i Zimowe zjawy.
źródło zdjęcia: http://merlin.pl/Labirynt_Kate-Mosse/browse/product/1,442184.html
                                           
źródło zdjęcia: http://merlin.pl/Zimowe-zjawy_Kate-Mosse/browse/product/1,755785.html

Jako kolejny przychodzi mi do głowy Dom w Riverton.
źródło zdjęcia: http://www.empik.com/dom-w-riverton-morton-kate,2999382,ksiazka-p

Jest to powieść znacznie grubsza, z bardziej zagmatwaną fabułą, z kryminalnym dreszczykiem w tle i szalonymi latami dwudziestymi, jako jednym z głównych bohaterów - plastyczne opisy sprawiają, że tekst aż pachnie modnymi wtedy tiulami a nogi same rwą się na dźwięk skocznej muzyki. I pamiętam to zdziwienie - szok wręcz - kiedy otrzymałam odpowiedź na pytanie: Kto zabił? 
Ostatnia dziś powieść to już klasyka literatury europejskiej.

źródło zdjęcia: http://merlin.pl/Lokatorka-Wildfell-Hall_Anne-Bronte/browse/product/1,979936.html

W tej świetnie skonstruowanej historii zamkniętej w formie powieści epistolarnej jest i intryga i tajemnica; jest los kobiety świadomie żyjącej na marginesie; jest i głęboka analiza świata wewnętrznego bohaterki, która im mniej słów używa, tym więcej o sobie mówi; jest i również duch wiktoriańskich obyczajów tak wszechobecnych oraz surowo wpajanych i przypominanych, jak grubym płaszczem fałszu były przykryte.
A wszystko to osadzone w pierwotnej, zimnej i smaganej wiatrem angielskiej prowincji.
Czyli jest tu wszystko to, do czego siostry Bronte zdążyły nas przyzwyczaić.

8 stycznia 2014

Odkrycie ostatnich dni!

Może się okazać, że wyjdzie tu dziś moja ignorancja, nieznajomość tematu i muzyczna ospałość, ale co tam - i tak podzielę się z Wami moim muzycznym odkryciem ostatnich dni:)
Odbył się on na kilku poziomach - stopniowo.
Najpierw na stronie Trójki znalazłam zakładkę: Marek Niedźwiecki "Muzyka ciszy". 
Później zauważyłam na dole tego artykułu informacje o nowej płycie Kari - "Wounds and Bruises" wraz z piosenką, która ją promuje:


Ten utwór jest pierwszym tej artystki, który poznałam. Słuchałam go od początku do końca i znów raz jeszcze.
Później postanowiłam poszukać innych jej utworów.
Ale wcześniej znalazłam film, zapowiadający wspomnianą wyżej płytę. Jest krótki ale nieziemsko nastrojowy, naszpikowany atmosferą, magiczny i refleksyjny. Byłam - nie, wciąż jestem - nim oczarowana.
Od razy pomyślałam, że ktoś, z kogo tekstów i maniery muzycznej płynie atmosfera Kalewali, Księgi Diny i innych tekstów osadzonych w mrocznej, zimnej, surowej i wciąż tajemniczej Skandynawii musi doskonale znać tamtejsze realia i być "kimś stamtąd".
Bo własnie z wiecznie mroźną Północą skojarzyły mi się te utwory.
Jakież było - jest! - moje ogromne zdziwienie, kiedy okazało się, że Kari jest Polką (!!). Nazywa się Karolina Amirian a odkryta prze ze mnie płyta ukazał się jeszcze w 2013 roku.
Może i nie mam wykształcenia muzycznego, nie jestem krytykiem (jedyne co mogę to wskazać co mi się podoba a co nie:)) ale wiem, że po Mari Boine mało która muzyka - osadzona w klimatach folkowych czy etnicznych - jest w stanie mnie zachwycić. A Kari się to udało:) Utwory są magiczne (chciało by się powiedzieć"mega magiczne"), nastrojowe i głęboko zapadające nie w ucho a w serce.
Polecam wszystkim, którzy lubią jak dźwięki niosą wyobraźnię w dalekie przestworza i niczym jej nie ograniczają.  
Czytelnicy - dziś odsyłam do słuchania:)

4 stycznia 2014

Ukłony...

Moi Drodzy,

chcę Wam dziś jeszcze powiedzieć, że właśnie przekroczyliście ponad 500 "odczytów"
moich wpisów:)
Bardzo, bardzo Wam dziękuję:) 
Myślę, że to dobry wynik - jak na 3 miesiące mojej bytności tu:)
(Ale przecież nie o słupki w tym chodzi)
Najczęściej zaglądają tu osoby z Polski, Stanów Zjednoczonych, Serbii i Niemiec. 
Sporadycznie pojawiają się też Ktosie z Grecji.
Za systematyczne wizyty bardzo Wam dziękuję:)! 
Zapraszam zawsze - i Waszych Bliskich też:)
Serdeczne pozdrowienia ślę - 
G.

"Anioły są takie ciche..."

Dziś już zapowiadane klimaty anielskie.

Oto na początek kilka fragmentów Pewnego Tekstu1:

I.
(...) 
- Od czego zacząć? - rzuciłam w przestrzeń pomiędzy mną a mym Aniołem. - Jak ogarnąć tę przestrzeń myśli, wspomnień?
- Może od początku.... - Podsunął mi z miną odkrywcy mój Anioł.
- Tylko gdzie jest ten początek? Zastanawiałam się.
Uniósł brwi.
(...)

II.
(...)
A teraz... (...) Pierwszy rysunek od wielu lat. Bałam się, że już nie potrafię ani pisać, ani rysować. I wróci jakiś świat z dzieciństwa, z całą spontanicznością, pomysłowością, ciepłem, świat wyobraźni. Koszulka malowana sercem.
    Mój Anioł uśmiechał się. On lubił mnie taką. Lubił, gdy tworzę sercem. Cieszy Go, że anielskie tematy stały się tak obecne w moim życiu.
(...)

III.
(...)
Lubię to. Lubię tworzyć... Z serca. Lubię wkładać w to miłość. Lubię tworzyć dla tych, których kocham.
     Mój Anioł się uśmiecha. I chyba tym uśmiechem żegna. Znika. Zostawia w sercu ciepło. A ja wiem, że wróci. 
(...)


A na końcu coś na połechtanie mej próżności:

mam przyjaciółkę
ona ma dom
i męża ma
i własny kąt

i psa ma co
przybłąkał się
nie chciał go nikt
więc dali mu dom

a wo domu tym
zielono jest 
kwitną kwiaty
i dobro też (...)

1. Mam nadzieję, że autorka nie będzie miała nic przeciw i nie poprosi o usunięcie tego wpisu.

I rysunek z fr. II.




I instrukcja obsługi ("rysunku"):



Iza, bardzo, bardzo dziękuję!

ps - tytuł dzisiejszego wpisu jest początkiem piosenki SDMu "Bieszczadzkie anioły".

1 stycznia 2014

Nowy Rok

Kochani,

Wszystkim Bliskim - znanym i nieznajomym,
Tym, którzy już się tu zadomowili 
i Tym, którzy dopiero oswajają się z moimi wpisami - 
życzę na ten nowy rok błogosławieństwa Nieba i spełnienia wszystkich Marzeń.
Niech każdy dzień będzie niezapomnianą przygodą i najpiękniejszą z bajek!