29 kwietnia 2014

Dziś tylko tyle...

Dnia 29.04.14, we wczesnych godzinach porannych,
w dzielnicy Poręba (w okolicy ul. Juranda)
ZAGINĄŁ PIES.
Rasa: Alaskan Malamute.
Wiek: Lat 4.
Znaki szczególne: „zamglone” prawe oko.
Pies jest przyjacielski, ufny, skory do zabawy, energiczny i lubi dzieci.
Wszelkie informacje o miejscu pobytu psa lub miejscu, w którym był widziany prosimy kierować pod numer 
...

Na znalazcę czeka nagroda.


Dziś inaczej nie mogę. 
Czuję jakbym śniła koszmar - już sporo ponad 12 godzina bez Bilba!!!!
Wybiegł i przepadł - nikt nie widział, nie zauważył - pies jakby się pod ziemię zapadł!!
To chyba sen...

28 kwietnia 2014

Co mnie określa?

Nastrojona wzmianką Agaty Adelajdy (http://sprawydomowe.blogspot.com/2014/04/przedmioty-ktore-mnie-okreslaja.html) postanowiłam się przyłączyć do zabawy:)
Więc to, co jest chyba moim atrybutem to:
spódnica maxi (zresztą spódnice w ogóle - spodni mam 5 sztuk (z jeansami i eleganckimi, "mundurkowymi" licząc) a spódnic/sukienek dwa lata temu doliczyłam się około 60 sztuk!!!!!!!!!! - w każdej długości, fakturze, modelu i na każdą porę roku; no, spódnica to moja obsesja:):)), bluzka koszulowa/tunikowata - wzorzysta, ozdobiona może być i oczywiście marynarka - dopiero w tym roku przyznałam sama przed sobą, że swetrów nie lubię, uważam za niepraktyczne i dlatego tuż po wyjęciu z szafy znów tam wędrują:) Za to marynarki uwielbiam:) Bez względu na grubość, długość i najlepiej by miały rękawy 3/4 i były ciemne:)
To tyle z ubrań:


Co do atrybutów "codziennych" to:
krem do rąk i wazelina do ust (oto mój cały "domowy" makijaż:)), coś  do czytania (magazyn,powieść lub opracowanie naukowe - wiadomo: teraz z Platonem i Herbertem w roli głównej:)), okulary przeciwsłoneczne - noszę je w torebce nawet jak z nieba deszcz kapie:), biżuteria - kolczyki/wisiorek/opaska na rękę, no i oczywiście notatnik/kalendarz - miejsce, gdzie można zapisać coś ważnego/mądrego...


Mam jeszcze dwie rzeczy (a w sumie to trzy), które mnie określają, a które trudno tu pokazać: zawsze pomalowane paznokcie (choćby lakierem bezbarwnym) - kolory wszelkie (dziś ciemna śliwka), wysoka intensywność (jest w ogóle takie sformułowanie????????) słuchania TRÓJKI - a jeśli nie tej stacji radiowej, to muzyki w ogóle:). W ten weekend znów królował ubóstwiany Ray:  http://www.raywilson.net/.

To tyle o mnie:)

Ktoś jeszcze dołączy do zabawy zapoczątkowanej przez Agatę:)?

Pozdrawiam!

25 kwietnia 2014

Natchnienie z przeszłości

Tak, wiem - miało być o kolejnej przeczytanej przeze mnie powieści, ale jest we mnie jeszcze tyle emocji, że muszę dać sobie ciut-ciut czasu i ogarnąć rozwiane myśli:)

Tym sposobem będzie o związkach muzyki z literaturą. Ale o współczesnych związkach muzyki współczesnej z literaturą jedynie troszkę starszą.
Więc Wagner i Nibelungi miejsca tu nie znajdą.
Będzie za to Buldog i jego interpretacja wierszy Tuwima, Świetliki i poezja Świetlickiego, SDM ze Stachurą oraz moja ukochana Poświatowska w interpretacji Radka i Szafran.
Zapraszam do zasłuchania:)









Buldog nie jest może moim ulubionym (a nawet lubianym!) zespołem - jak na mnie jest tam za dużo podobieństw do reggae - ale ich podejście do Tuwima, ich interpretacja ukochanego przeze mnie Deszczu jesiennego Staffa, każą mi się zatrzymać i na nowo zastanowić nad wymową polskiej poezji międzywojnia:).

A do Was który ze związków literacko-muzycznych najbardziej przemawia?

24 kwietnia 2014

..................

Tadeusz Różewicz nie żyje!

I pozostaną wiersze, i dramaty, i ironia w nich ukryta....
A kto nie sięgnął po Stara kobieta... czy Matka odchodzi niech szybko nadrobi...
Naprawdę warto!!
Tych wrażeń się nigdy nie zapomni!

Niby wiadomo - nikt z nas nie jest wieczny, ale gdy odchodzi ktoś naprawdę wielki nie można tego nie zauważyć, nie da się przemilczeć, obojętnie machnąć ręką...



ps - zachęcam, by zaglądnąć tu:
http://www.polskieradio.pl/9/29/Artykul/1107828,Zmarl-Tadeusz-Rozewicz-To-wielka-strata-dla-polskiej-kultury

22 kwietnia 2014

Nawyki czytelnicze:)

Dziś na lubimy czytać znalazłam odnośnik do tekstu a temat dziwnych nawyków czytelniczych: http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/3864/dziwne-nawyki-czytelnika.

Muszę się przyznać, że i u siebie znalazłam kilka z wymienionych tam cech:) Mam ich dokładnie 7 - to więcej niż połowa:)

A jak z Waszymi nawykami czytelniczymi/cechami czytelnika:)?

Pozdrawiam ze skąpanego słońcem ogrodu:)

ps - już za kilkadziesiąt godzin będzie kolejna recenzja świetnej książki:)!

21 kwietnia 2014

Znaki naszych czasów

Dziś szkic o książce, która dopiero wchodzi do księgarń i opinie czytelników mogą być dla niej istotne, a przede wszystkim o książce, która może być cudowną przygodą.


I już teraz mogę powiedzieć, że przygoda okazała się wyśmienita!!
Znak ostrzegawczy, jak można przeczytać na okładce, opowiada o dwóch koleżankach – Kamili i Agacie, które targane różnymi kolejami losu i wciąż poddawane przez życie próbom, potrafią być dla siebie naprawdę bliskie i znajdują sposoby, by tę relację pielęgnować. Każda z nich ma swoje małe i większe dylematy (a to toksyczna przełożona, a to nieregularne zarobki, nieczuły mąż, rodzinne konflikty i niedopowiedzenia, czy wreszcie niespełnione macierzyństwo – opowiedziane tu i teraz oraz moją ulubioną retrospekcją), ale drogę do koleżanki znajduje. Pomimo, że jest to książka o dziewczynach na pewno nie jest tylko dla dziewczyn – i stanowi to jej wieki atut. Pozbawiono ją cukierkowości, tkliwości i komunałów tak charakterystycznych dla tekstów czysto rozrywkowych. Codzienność nie jest banalną bajką, blichtrem, wyższą sferą a zwyczajnym życiem pełnym wzlotów i upadków.
A jest to życie w Krakowie, Beskidzie Sądeckim (z Krynicą i jej Słotwinami w roli głównej) oraz w Stuttgarcie. I może to kolejny walor książki. Bo Kraków znam jak jedną ze swoich torebek. Do dziś (choć już jako gość, nie mieszkaniec) czuję się w nim jak u siebie (więc i czasem nawet znudzona), a dzięki książce znów z przyjemnością wędrowałam ulicami - nie tak dawno jeszcze mojego - miasta. A Beskid Sądecki to przecież mój dom! Znam tu każdy szlak, każde miasteczko, muzeum pewnie a nawet i niejedną kawiarnię. Więc jak tu nie cieszyć się książką tak barwnie, wiarygodnie i z nutą sentymentu przedstawiającą mój dom? Porwały mnie te opisy małopolskiej zimy z siarczystym mrozem w roli głównej, góralskiej gościnności, krakowskich korków i zabytków.
Ciekawi są też bohaterowie. To postacie (pokolenie 30+) wyraziste, obdarzone indywidualnymi, osobistymi cechami. Każda z nich jest błyskotliwa, nietuzinkowa, klarowna i oczywista. Od początku albo się kogoś lubi albo i nie – a Jarek wcale nie jest tym najpodlejszym, bo nieczułym. Jakoś najbardziej drażni ten ckliwy i egoistyczny Gerard (to osobista uwaga – spokojnie można z nią polemizować!). Są to osoby wykształcone, oczytane, obyte w świecie szeroko rozumianej kultury, cytujące mądrości życiowe Tischnera, snujące niebanalne rozważania na temat życia i co jakiś czas spotykanych w nim kłopotów oraz posługujące się najczystszą polszczyzną i bogatym językiem.
A język jest kolejnym atutem książki. Błyskotliwy, przenikliwy, trafny, wysublimowany i pozbawiony najdrobniejszych kolokwializmów – nawet w dialogach! A rzadko spotyka się, by ktoś pięknym i starannym językiem mówił o najprostszych sprawach – jak w zwyczaju mają bohaterowie Bińczyckiej-Kołacz.
Na zakończenie należy powiedzieć, że nie jest to powieść filozoficzna ale na pewno z filozoficzną podbudową i głęboko ukrytą puentą. Bo kreowaną historią próbuje odpowiedzieć na pytania: Czym jest życie? Co jest w nim najważniejsze? Do którego momentu relacji interpersonalnej jestem jeszcze ja, a w którym zaczyna się drugi człowiek? Ile można z siebie dać i poświęcić? Czym w tym zwariowanym świecie są rodzina i przyjaciele?
I by za autorką choć spróbować odpowiedzieć na te pytania, należy dotrwać do końca. Bo okazuje się, że najlepsza perełka jest w finale, w epilogu! I nawet podczytywanie zakończenia nie nasunęło na myśl takiego rozwiązania. By je rozszyfrować, należy poznać całość ostatniej części – nie tylko jej fragment, jak kilka dni temu uczyniłam ja:).
Jednak ja jej nie zdradzę! Odsyłam do tekstu i przyjemności z czytania życzę! 


KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:


19 kwietnia 2014

Totalnie świątecznie

W imię tego zaprezentuję część wypiekowych efektów:


Jak widać, właściwie to jeszcze nie udekorowane, nie posypane, nie podane - estetyzm będzie jutro:) Ale już dziś mogę powiedzieć, że muffinki cytrynowe podobno ekstra - Koleżanka była, skosztowała i palce oblizała:) 
Ja jestem o tyle zadowolona, że moja pierwsza w życiu, osobista babka wyszła spora i rumiana - smakowe efekty poznam jutro:)

Mili moi, 
życzę Wam spokojnych, rodzinnych, radosnych Świąt - niech to będzie czas wolny od smutków, zgryzot, za to pełen bliskości z Drugim człowiekiem!


16 kwietnia 2014

Kwiatowo po raz drugi:)

Dziś  zapowiedziane wczoraj akcenty kwiatowe:)
Ze względu na pogodę (leje i wieje!!) plenery są ubogie, szare, mgliste, a na jednym zdjęciu nawet kawałek mnie widać (odbita w zamoczonym deszczem oknie kuchennym).
Niemniej jest zielono i kolorowo:)
Uważam, że Matka Natura potrafi nas rozpieszczać!





































I jeszcze takie dwie perełki:
























ps - następnym razem będzie coś poważniejszego - o skończonej wczoraj książce i może jeszcze o zaczętej wczoraj książce:)
Pozdrawiam!!

15 kwietnia 2014

Kwiatowo

Skoro mowa o upiększaniu i wprowadzaniu odświętnego ducha, to i dziś mam kilka akcentów - póki co jest to wersja robocza a jutro może uda się uwiecznić tę ostateczną (i jeśli pogoda pozwoli, dodam obrazy z całkowicie obudzonego już ogrodu:)).


Butelki po tajemniczym dla mnie napoju już tu prezentowałam. Teraz służą jako flakony - dziś dla pigwy przywiezionej od mamy przy okazji jednej z ekspresowych wizyt:)
Podobizna królika z rzeżuchą jest świeczką (na czubku głowy futrzaka jest knot) a w zagłębieniu, gdzie teraz jest roślinka,dawno temu była świeczka o kształcie jajka:). Kompozycja ta jest autorskim pomysłem mojej Siostry - niezmiernie utalentowanej Młodej Damy:) - ma ona dar wyczarowania CZEGOŚ z niczego!!


A tu już inne gałązki w innym flakonie. I oczywiście nie mogło się obyć bez Pana Ciekawskiego - Bilba:-D. Należy on do tych towarzyszy, którzy w każdym przedsięwzięciu muszą uczestniczyć i wszystko swym psim okiem zaaprobować:):).

Czy ktoś jeszcze lubi mieć ogród w domu? Bo ja uwielbiam!! I nie muszą to być rośliny kwitnące! Ważne, by rosły, swą intensywną zielenią oko cieszyły a wzrostem pokazywały, że im u nas dobrze! Ten stolik-maszyna (pokazywany ty w pierwszym wpisie, jeszcze w październiku tamtego roku) tak obrósł doniczkami, gałązkami i liśćmi, że jedynie wypukłe dno stanowi dowód wcześniejszego zastosowania mebla:)! Ha...!
Dobrej nocy życzę:)!!

14 kwietnia 2014

W przedświątecznym już nastroju...

pokażę co to u mnie znaczy "przedświątecznie":)
Po pierwsze: Palma:)!! W tym roku zrobiona po raz pierwszy w życiu SAMODZIELNIE (choć z zakupionych materiałów:)) i wygląda tak:























Może nie jest jakaś wybitnie spektakularna, czy wybitnie piękna - ale jest moja:) I robienie jej przyniosło mi wiele radości - bananowego uśmiechu wręcz:)!!

Poi drugie: życzenie świąteczne:)!! Tradycyjnie, dwa razy do roku, udaję się do pewnej księgarni, kupuję plik kartek, uzupełniam je życzeniami, adresuję i wysyłam:) Teraz uzbierało się ich pięć:


Dziś udam się na pocztę - i... :)
Może ie jest to zwyczaj archaiczny wręcz, ale bardzo osobliwy i bez wypełnienia tej tradycji czułabym się jakaś wybrakowana...

Po trzecie: lista zakupów poczyniona pod listę wypieków:) Tym razem będą to: oczywiście babki, muffinki (na prośbę P.), może sernik, a przede wszystkim myśli mojej uczepił się chleb:) W domu u Jagi (http://wdomuujagi.blogspot.com/) znalazłam taki boski przepis i wędruje za mną, wędruje...
Co by mi nie wyszło, co by to nie było - na pewno pokażę:)

A u Was jak? Pach nie już Świętami?

11 kwietnia 2014

Nawyk

...taki mam, że jak spodoba mi się jakaś książka, oswoję się z bohaterami, wejdę w realia powieści, w tzw. świat przedstawiony, ciągnie mnie, by zaglądnąć na ostatnią stronę, poznać finał i zobaczyć, jak bardzo odbiega od sytuacji, w której obecnie znajdują się bohaterowie....
I tak też zrobiłam teraz.
Dzięki Autorce czytam Znak ostrzegawczy (http://zaczytani.pl/ksiazka/znak_ostrzegawczy,druk) i tak głęboko wczułam się w fabułę, że nie umiałam nie zaglądnąć na koniec.
A wtedy poczułam się, jak w innej rzeczywistości.
Koniec wskazuje, że fabuła jeszcze nie jeden raz zmieni bieg, a to, co obecnie wydaje się oczywiste na pewno takie nie jest.
No, po raz pierwszy nie mogę doczekać się finału i opinii, jaką napiszę.
Ale już teraz mogę powiedzieć - czas z tą książką to nie są zmarnowane chwile:)


A dziś ustały deszcze, słońce próbuje sforsować chmury, więc i ja zasłuchana w Głosy Perisnera idę walczyć z chwastami, których ogrom zakrył kolory moich roślinek.
Uśmiechniętego początku weekendu wszystkim życzę:)!!



10 kwietnia 2014

Oglądnęłam...

...dziś przypadkowo namierzoną końcówkę odcinka - Pewnego Pana boso przemierzającego świat - poświęconego słoniom domowym (ha! niektórzy mają pieski, a niektórzy - szczęściarze!!! -
mają słoniki:-D).

(zdjęcie ze strony: https://www.google.pl/search?q=Boso+przez+%C5%9Bwiat+/+Boso+przez+%C5%9Bwiat,+S%C5%82o%C5%84+domowy&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=d7dHU7elOYjYtQa8p4HABA&ved=0CAcQ_AUoAg&biw=1280&bih=709#facrc=_&imgdii=_&imgrc=hNkdfV1yZOmhPM%253A%3BrMvoYchW_Y9wcM%3Bhttps%253A%252F%252Fi1.ytimg.com%252Fvi%252FcScHHdQHUlM%252Fhqdefault.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.kinofabryka.pl%252Fbosoprzezswiat%252Fslon.php%3B480%3B360)

Że uwielbiam słonie (żywe - nie porcelanowe!) nie mogłam się nie zatrzymać. Więc oglądnęłam te ostanie minuty i dowiedziałam się, że:
- słonie takie najczęściej jedzą arbuzy, a częstując się nimi w całości (tymi olbrzymimi zielonymi piłkami), zasysają je tym swoim śmiesznym noskiem i ich radość z uczty można poznać po charakterystycznym chrupaniu;
- najrzadziej jedzą kapustę - bo droga, właściciela takiego słonia niejednokrotnie na nią nie stać;
- efekty swego obżarstwa oddają Matce Naturze 16 x (!!!!) na dobę (średnio co godzinę!!) i jest w tym sporo niestrawionych części, bo organizm ponoć nie radzi sobie z takimi ilościami pokarmu;
-  słonie domowe mieszkają w szopach na kształt naszych stajen; i niejednokrotnie mieszczą się one w środku miasta;
- w środowisku naturalnym stadem rządzi samica-protoplasta (babka), gromadząca wokół siebie córki, siostry, ciotki, kuzynki, wnuczki; dojrzałe już samce - w odpowiednim momencie - usuwane są ze stada (by nie przyszło im do głowy rozmnażać się z krewniaczkami) i szukać muszą nowej, obcej rodziny - ten aspekt czystości krwi najbardziej mnie zachwycił; bo to niby zwierzęta a takie mądralińskie:)!! no, no...

Nigdy nie oglądnęłam ani kawałka filmu z tej serii, ale muszę powiedzieć, że spodobał mi się nieziemsko!!
Było to raptem kilkanaście minut filmu, a tyle rzeczy się dowiedziałam:)
I wzruszyła mnie ostatnia scena - kiedy właściciel stał pomiędzy dwoma takimi kolosami, trzymał je za uszy i starał się (jak dzieci!!) przeprowadzić przez ruchliwą ulicę:)!!!
Bajka normalnie...!!!

Ps - kto jeszcze kocha słonie?

9 kwietnia 2014

Wracam...

...powoli do blogowego świata.
A wewnętrznie czuję się, jakbym powracała do świata żywych!!
Ostatnie dni (tygodnie) były czasem intensywnym, pracowitym, pełnym różnych obowiązków, emocji, załatwień, spraw zawodowo - mam nadzieję!!!! - przyszłościowych, przez co dziś czuję się, jakbym w ogóle nie spała, nie kontrolowała przemijających dnia i naprawdę była trybikiem w rękach ogromnej machiny świata.

Ale mam nadzieję, że choć na chwilę nadchodzą dni wytchnienia.
W końcu mogę zauważyć, że ogromnymi krokami zbliżają się Święta, że o palmie czas pomyśleć, że z czeluści schowków, magazynów i komórek miotły, ścierki i odkurzacze pora wyszperać, że czas wybrać produkty na babkę, jak i białą (do koszyczka:)!!) serwetkę należy wyprasować (moja Babcia pewnie i krochmalenie by zapodała:-D)... Jej... jak ja ten ceremoniał lubię:):)

A póki co, jedynie mój mini kwietniczek ogarniam - co najgorsze chwasty wyrwałam i obecny deszcz zaklinam, by odszedł i prace pozwolił skończyć. W tym kwiatkowym amoku (dosłownie - bo ostatnio na targu dostałam oczopląsów:)) znalazłam perełkę, która niezrażona surowym, zimnym i dosłownie kamiennym otoczeniem postanowiła buźkę w słońcu pogrzać.
Oto ona:


Wyrosła w szparze miedzy kostką na tarasie. Oczywiście pozwolono jej pozostać i obdarzono ludzką opieką.

Tym miłym, kolorowym akcentem wszystkich pozdrawiam i mentalne uśmiechy ślę:):)!! To niesamowite, że mimo mojego milczenia zaglądacie do mnie i pozostawiacie ślady obecności.

Papa:):)!!

1 kwietnia 2014

Moje pierwsze podsumowanie

Marzec okazał się miesiącem pracowitym, intensywnym i wielobarwnym. A jego finał przerósł moje najśmielsze oczekiwania:):)
Tym samym pora na – przede wszystkim literackie - podsumowania:)
Książkami zgłoszonymi do wyzwania: Grunt to okładka (w tym miesiącu wizerunek kobiety) są:
Z. Herbert, Wiersze zebrane: http://zielonomi939.blogspot.com/2014/03/poetycko.html;
E. Wolicka, Mimetyka i mitologia Platona…: http://zielonomi939.blogspot.com/2014/03/z-praca-w-tle.html;
Marilyn Monroe, Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy: http://zielonomi939.blogspot.com/2014/03/bogini-seksu-i-ez.html;
M. Benjamin, Alicja w krainie rzeczywistości: http://zielonomi939.blogspot.com/2014/03/ile-magii-w-historii-i-magii.html.



Z kolei zgłoszonymi do Wyzwania Bibliotecznego są:
Z. Herbert, Wiersze zebrane: http://zielonomi939.blogspot.com/2014/03/poetycko.html;
E. Wolicka, Mimetyka i mitologia Platona…: http://zielonomi939.blogspot.com/2014/03/z-praca-w-tle.html;


Jakoś tak dziwnie mało mi się ich tu wydaje:(. Muszę się poprawić. I zdyscyplinować! Bo wciąż nie omówiony Miłosz czeka w kolejce:( 

A wszystkie one - czyli 5 pozycji - biorą udział w zabawie o haśle:


Ile magii w historii i magii?

U autorek Zwiedzam Wszechświat i Zielona Cytryna już dawno temu czytałam recenzję Alicji w krainie rzeczywistości. Były to tak poprowadzone szkice, że nie mogłam przejść obojętnie wokół tej pozycji. A przewijający się duch sensacji i skandalu spotęgował tę potrzebę.

I wczoraj udało mi się ją wreszcie skończyć.


Że jest to historia powstania Alicji w Krainie Czarów, że opowiada o związkach Lewisa Carrolla z rodziną tytułowej Alicji, że próbuje zdemaskować postacie, kryjące się w tej przepełnionej magią opowieści, że stawia sobie za cel w sposób aluzyjny przedstawić - mgliste wręcz - fascynacje pewnego matematyka z Oxfordu, że na wskroś przesiąknięta jest duchem epoki wiktoriańskiej już wiadomo. Nie ma co powtarzać obiegowych już informacji.
Ja spróbuję przedstawić moje rozumienie powieści Benjamin.
Dla mnie jest to powieść o intrygach angielskiej klasy średniej, o życiu pozorami i plotkami, o nachalnym poszukiwaniu sensacji, o namiętnym gromadzeniu informacji na temat innych, o życiu życiem innych, kryjąc za wszelką cenę swoje.
A przede wszystkim jest to powieść o traceniu złudzeń.
Bo kim się okazałą główna bohaterka? Z energicznej, pewnej siebie, zbuntowanej, trzeźwo oceniającej zakłamany i pozorancki świat dorosłych oraz zachłannej życia dziewczyny stała się matroną hołdującą wszelkim zasadom tzw. dobrego wychowania.
Według mnie młodociana Alicja jest dziewczyną, którą można lubić – a nawet lubić trzeba. Ma odwagę stawić czoła układom panującym w świecie dorosłych, wyciska z życia ile się da – nawet kosztem falbaniastych spódnic; ma śmiałość marzyć i wierzyć w te marzenia; ma czelność się zakochać i wierzyć w tę miłość tak, jak wcześniej pozwalała się sobie cieszyć z przyjaźni.
Ale dorosła Alicja jest jakby zupełnie kimś innym – pozwoliła, by ta wyrwa w sercu, powstałe - między innymi po śmierci Elżbiety - pęknięcie, położyło się cieniem na całym jej życiu. Alicja pozwoliła sobie już nie marzyć i nie śnic na jawie. Stała się rzeczowa, konkretna, oschła i wyniosła jak jej matka. Jedynie drobne gesty (np. ścieranie synowskiej krwi z podłogi) przypominają, że była kiedyś Tą Alicją. Ale w dorosłości nie zdobyła się nawet na odwagę przeczytania Alicja w…, nie mówiąc o wprowadzeniu synów w świat jej magii i niesamowitości. Jedyne, co była w stanie zrobić to zlicytować unikatowy egzemplarz tylko po to, by ratować dobytek. Z dzisiejszej perspektywy mało chlubne.
Tym samym okazało się, że po drugiej stronie lustra jest Alicja jak rzesze innych dziewcząt-kobiet.
Owszem, może i była zmęczona byciem pierwowzorem. Ale nikt już nie kazał jej być wzorem – a kimś takim chciała zostać. Może i bała się, że stanie się pośmiewiskiem w oczach synów. Ale Tamta Alicja o czymś tak pospolitym nawet by nie pomyślała.
Melanie Benjamin z delikatnością i wypracowaną finezją wprowadza czytelnika w świat matrymonialnych intryg, wiktoriańskiej etyki i moralności, ciężkich sukien i jeszcze cięższych, duszących wręcz perfum – takich, jak ówczesne konwenanse. Ale tym, co najbardziej uderza w tej historii jest pokazanie, z jaką łatwością porzucamy świat Dziecka, stając się Dorosłym.
Jest to straszna ocena. 

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH: