26 czerwca 2014

„Gdy jednak tłum ujrzał morderców wraz z ich eskortą granatowo umundurowanej policji drogowej, zamilkł, jakby zdumiony, że mają ludzką postać. Skutych mężczyzn, bladych, mrugających oślepionymi oczami, oświetlił blask lamp błyskowych i reflektorów”. (s. 396)

Listopad 1959 roku w miasteczku Holcomb w stanie Kansas był wyjątkowo ciepły, słoneczny i bardziej letni niż zimowy. Ten rolniczy obszar, posegmentowany na areały należące do poszczególnych farm, zamieszkiwany był przez ludzi ufnych, otwartych, szczerych, bogobojnych, przyjaźnie do innych nastawionych oraz o starych i sprawdzonych zasadach moralnych. Naturalnymi zjawiskami było niezamykanie na noc drzwi czy długie, samotne obchody włości.
Tak dobrze zorganizowaną społeczność wstrząsnęła prawdziwa tragedia – w połowie listopada wspomnianego tu już roku właściciel farmy River Valley, Herbert William Clutter, jego żona oraz dwoje dzieci (syn Kenyon i córka Bonnie) zostali brutalnie zamordowani. Sytuacja, jaką policja następnego dnia zastała w domu Clutterów, jednoznacznie dowiodła, że napad był przemyślany, zaplanowany, dopracowany w każdym szczególe – i wykonany z zimną krwią. W tym momencie rozpoczęło się długie i żmudne śledztwo, w które zaangażowana została policja z całego stanu. Godziny rozmów z mieszkańcami Holcom, próby odtworzenia rytmu dnia Clutterów, dotarcie do wszystkich ich znajomych i pracowników początkowo nie dało odpowiedzi na podstawowe pytanie: Kto i dlaczego napadł na jedną z najbardziej szanowanych i najuczciwszych rodzin w okolicy.
Dopiero przypadek przyniósł zmiany. Bo oto jeden z osadzonych w więzieniu, wysłuchawszy wiadomości w radiu, skojarzył, że kilka lat wcześniej opowiadał koledze z celi o wymagającym, pracowitym i uczciwym farmerze z Kansas, który – jak przystało na sprawiedliwego pracodawcę - nie oszczędzał na premiach dla swych pracowników. Takim sposobem nastąpił przełom w śledztwie i kwestią czasu pozostało schwytanie winnych. 



















Z zimna krwią jest (?) – jak w słowie wstępu zauważył sam autor – wiernym, zgodnym z rzeczywistością i faktograficznie udokumentowanym opowiedzeniem tamtych wydarzeń: od dnia poprzedzającego tragiczną noc, przez czas policyjnego śledztwa, ucieczki i maskowania się przestępców, skomplikowanego procesu aż po egzekucję. Tak poprowadzona opowieść ma być niczym innym, jak literaturą faktu – i to w najczystszej postaci, bo jak chciał zaznaczyć Capote, to właśnie on połączył drogi dziennikarstwa i literatury.
Tekst jest naszpikowany szczegółami. Czytelnik poznaje daty poszczególnych wydarzeń, nazwiska ofiar, śledczych, mieszkańców Holcomb i okręgu Garden City oraz losy oprawców – w najdrobniejszych szczegółach: od dzieciństwa, po burzliwą młodość, więzienne epizody, kolejną recydywę, po kończący ich życie proces. Łatwo można zrozumieć pobudki działania nadwrażliwego, niestabilnego emocjonalnie i wewnętrznie pokaleczonego Perry’ego oraz wybuchowego i surowego Dicka. Bez problemu można zrozumieć czym Clutterowie zasłużyli sobie na powszechny szacunek i pamięć całej społeczności.
A to wszystko okraszone jest językiem suchym, rzeczowym, precyzyjnym, pozbawionym emocji, odtwórczym, bez cienia komentarza czy autorskiego stosunku do opowiadanych wydarzeń. Informacje i kolejne szczegóły są tak dozowane i podawane czytelnikowi, że ten nie może się oderwać od lektury, ani przestać o niej myśleć.
Ale książka Capote nie jest tak doskonała jakby chciał sam autor. Owszem: oparto ją na faktach; miejsce, czas zdarzeń i bohaterowie są jak najbardziej prawdziwi, tekst trzyma w napięciu, bombarduje szczegółami, dozuje najistotniejsze informacje, każe analizować najdrobniejsze szczegóły, samemu oceniać bohaterów, ale – jak wykazały niedawne odkrycia – nie jest to taka litera faktu, jakby niektórzy chcieli. Bo okazuje się, że Capote dokonał ingerencji w niektóre dialogi, rysy charakterologiczne niektórych postaci, pominął niektóre akta sprawy – a wszystko pewnie po to, by „źli” byli bardziej wyraziści a „dobrzy” bardziej prawi.

Tym samym Z zimną krwią jest doskonałą powieścią kryminalną, trzyma w napięciu, zaskakuje wnioskami (na przykład co do przyczyny zbrodni), zmusza czytelnika do własnych analiz i ocen, ale ze spreparowanymi źródłami nie można jej niestety traktować jak książki non-fiction. 

Maszyna

Już jakiś czas temu obiecałam pokazać, jak prezentuje się zdobyczna maszyna do pisania w moim pokoju-biurze-bibliotece. Dagmara słusznie zauważyła, że z biegiem czasu, pomieszczenie to - przez sprzęty biurowe - zaczyna przypominać lokum nie retro, a futurystyczny grajdołek, i nie zaprzeczę: trudno mi zorganizować kącik staroci, ale ratuję się jak mogę:) I efekt - choć spektakularny nie jest - oddaje namiastkę tego, co lubię. Takim sposobem zorganizowałam maszynie towarzystwo starych ozdobnych butelek, jeszcze starszych książek i regularnie zapisywanego, podręcznego kalendarza.


Ciasno się zrobiło, ale - jak dla mnie - swojsko:)
Maszynę tę wyprodukowała firma GROMA, a model nosi nazwę Kolibri. Próbowałam znaleźć jakieś informacje na temat firmy i serii, ale mi się nie udało:( Za to w dziale poświęconym maszynom do pisania wyczytałam, że ich pierwszymi użytkownikami byli między innymi: Mark Twain, Lew Tołstoj i Bolesław Prus.
Toż to same sławy:):)

20 czerwca 2014

Skojarzenia

Kilka dni temu Maialis zainicjowała wprowadzenie bloga umożliwiającego wymianę książek pomiędzy ich pasjonatami. Z jego pomocą, można oddać książę już nie chcianą i zabrać coś, co aktualnie interesuje potencjalnego użytkownika.
Ja, jak to ja, od razu uplasowałam się w grupie, której członkowie chętnie książkę przygarną, dadzą jej miejsce na półce, ale niczym ze swoich zbiorów się nie podzielą. No, zachłanna jestem...:)
Jednak wpis Maialis kazał mi się nad sobą zastanowić. I bynajmniej nie z naganą w roli głównej - raczej konstrukcyjnie:) Takim sposobem muszę się przyznać, że już od kilkunastu lat przygarniam niechciane książki:) A wszystko zaczęło się pod koniec studiów, kiedy to na Uczelni trwał gigantyczny remont Głównej Biblioteki. Dla jej pracowników była to doskonała okazja do przeglądnięcia archiwizacyjnych zasobów i usunięcia tych nieaktualnych, zbędnych, zniszczonych i niepełnych. Ale to, co z punktu widzenia bibliotekarzy było nieprzydatne, okazało się bajeczne dla takich świrów jak ja i moje dwie Koleżanki. Tym sposobem zaopatrzyłam się w kilka pozycji z zakresu historii powszechnej (coś o Austro-Węgier, Rewolucji Francuskiej - ale dokładnie nie pamiętam, bo oddałam je Bratu i teraz to On pozwala, by kurzem obrastały:)), teatrologii, historii literatury polskiej i rozwoju języka polskiego. Jak choćby te:


To, że na Uczelni sfinalizowano remont, a ja wróciłam z Krakowa do domu, nie zakończyło mojego "zbieractwa":) 
Bo przecież w rodzinnym mieście też mamy Bibliotekę (całkiem dobrze zaopatrzoną i z sympatycznymi Pracownikami:)!) a w niej strefę pozostawiania niechcianych już książek! Można tam zanieść te pozycje, dla których nie ma się już miejsca lub które najzwyczajniej w świecie już się znudziły. I ja często w ten Magiczny Kącik zaglądam:) Takim sposobem przygarnęłam kilkadziesiąt tytułów - od branżowych (K. Konrad, Światło w filmie) przez wspomnienia i klasykę literatury po pozycje rozrywkowe. Są tam tytuły polskich i zagranicznych pisarzy, docenionych i tych już właściwie zapomnianych. A oto kilka z nich:


Najbardziej chyba jestem dumna z Lorda Jima - w nietuzinkowej, wyjątkowej oprawce:



Moim łupem padają nie tylko książki "dla dorosłych". Równie chętnie zabieram ze sobą tytuły młodzieżowe - jeśli tylko uważam je za ciekawe. Proszę bardzo:


Pollyannę przyniosłam zaledwie w tamtym tygodniu:):) 
A największym hitem jest dla mnie to, że już nie tylko ja znoszę książki. To moje polowanie udzieliło się również mojemu mężowi, który to czy tamto też przyniósł z Miejskiej Biblioteki. Oto kilka z jego łupów: 


Dodać muszę, że Krzyżacy mają tylko 2. tom (wg P. lepsze to niż nic:)!) a i właścicielką pokazanego tu wydania Sklepów... już jestem (od 2005 roku) więc mam 2 identyczne sztuki - choć każda z inną historią i o innych losach. 
Jak widzicie, świr ze mnie nie mały:) 
I pomysł Maialis uważam za ciekawy, ale w zupełności nie dla mnie:):) 

17 czerwca 2014

Misz-masz

         Książkowo u mnie bez zmian - powoli, powolutku czytam sobie Z zimną krwią (rewelacja!) i zastanawiam się od czego zacząć recenzję, ale za to "organizacyjnie" dzieje się nie mało.
         Nastąpi tu właśnie telegraficzny (a raczej fotograficzny) skrót moich poczynań. Chciałabym, by było fajnie, ale mam świadomość, że wielu rzeczy dopiero się uczę, więc będzie raczej banalnie. Ale co tam:)
       Na początek to, czym zajmuję się od tamtego tygodnia - proszę:

Aż żal było dotykać - nie mówiąc o obieraniu i rozgotowywaniu:(




Wczoraj doszła do tego jeszcze partia kompotów - oczywiście też truskawkowych:) 

A teraz proszę - nowe zabawki mojego męża i moja radość: kącik kwiatowy (i nie tylko, bo zaplątały się tam i krzewy pomidorów, i szczypior, i pietrucha, majeranek, i coś czego nazwy nawet nie pamiętam:)). Proszę bardzo:








Wiem, że to powinno być wokół tarasu (i na nim), ale że jeszcze nie zadaszony wykorzystuję przestrzeń wokół wejścia:)
A teraz pora na dzisiejsze nabytki - z biblioteki i od Znajomych:


Książki wiadomo - przeczytam i trzeba oddać, ale maszynę mam na WŁASNOŚĆ:):):)!! I już nawet wiem, gdzie będzie stała:) Jak kącik zorganizuję - wszystko pokażę:)
A na koniec tej galerii dwa miłe akcenty: trochę wiosny pod postacią ziół i dowód, jak się kończy mężowska wyprawa po chleb:



Takim miłym akcentem dziś Was żegnam:) 

12 czerwca 2014

(...) świat istnieje tylko w patrzeniu na świat, a więcej nic nie ma.

Wspominałam już, że u mnie kolejna odsłona spotkań z prozą Tokarczuk. Tym razem na tapetę ponownie wzięłam pierwszy tom (raczej tomik) jej opowiadań – Szafę. Wspominałam już, że nie lubię krótkich form (takim sposobem nawet czytanie „Książek…” odbywa się z przestojami) – jakoś podskórnie mnie drażni, kiedy tekst kończy się nim dobrze się zaczął. Z utworami, które wyszły spod pióra Tokarczuk jest inaczej – po prostu je uwielbiam. Bez względu na długość.
Wszystko zaczęło się od przygotowań do egzaminów wstępnych na polonistykę (tak, bo należę do tego pokolenia, które – mimo ładnie zaliczonej matury – zdawało jeszcze egzaminy wstępne na uczelnie). Wtedy to postanowiłam przyswoić sobie choć kilka nowości wydawniczych. Takim oto sposobem w moje ręce wpadł Prawiek… - i już utonęłam! Szybko stałam się fanką Tokarczuk. Dość tego, że mam prawie wszystkie jej teksty, to jeszcze napisałam o jej bohaterach pracę magisterską (piękny to był czas:)).
Ale dziś będzie o Szafie. Zawiera w sobie zbiór trzech historii. Ich bohaterami kolejno są: para organizująca przestrzeń w swoim nowym domu (nie mogę więcej powiedzieć, bo mogę zdradzić za dużo), pokojówka jednego z ekskluzywnych hoteli, której podejście do obowiązków  bardziej przypomina nadawanie ładu, organizowanie przestrzeni niż banalne sprzątanie. Ostatnią postacią jest programista komputerowy, który sens przede wszystkim widzi w świecie wirtualnym, a nie tym realnym. I jak na tę autorkę przystało, fabuła jest tylko pretekstem do głębszych rozważań. Nie byłaby Tokarczuk sobą, gdyby w zgrabnie rozpisane losy swoich postaci nie wplotła rozważań na temat: ludzkiej tożsamości, sposobu organizacji przestrzeni swojej i drugich, autentyczności i ról granych na potrzeby innych, czystości i dziewiczości, świadczących o nowym, granicy między tym gdzie jestem ja i gdzie jestem-już-nie-ja, godności człowieka, cezury między rzeczywistością a ułudą i irracjonalnością, umownego rozumienia tego, co jest normalne a co normalnym nie jest (i w tym miejscu rodzi się podstawowe pytanie: CZYM jest normalność i skąd mamy pewność, że normalne jest to, co się NAM takim wydaje?), wiarygodnego i sprawiedliwego układu świata oraz ról społecznych, konieczności ruchu, podróży i idącej za tym zmiany perspektywy patrzenia, pozorności relacji międzyludzkich, granicy między jawą a snem. I jak na tę autorkę przypadło, również tutaj ważne miejsce zajmuje figura czasu. Traktuj ją ona nie jako określenie rzeczy (godziny, miesiąca, roku…) lecz jako zjawisko, któremu wszystko i wszyscy podlegają, które wszystko motywuje, generuje, powołuje i zgładza. Idąc za intuicją św. Augustyna (moje skojarzenie!) zauważa ona, że już teraźniejszość jest początkiem przyszłości i to od tego „teraz” zależy każde najmniejsze „potem”.  Czytając Tokarczuk można również spróbować odpowiedzieć sobie samemu na pytanie: Jak czas zmienił społeczeństwa lub jak społeczeństwa zmieniały się w czasie (mnie osobiście ta kwestia umyka i nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi).
Mam świadomość, że mój szkic jest raczej hermeneutyczny a nie jedynie relacjonujący uczucia po lekturze. Nie chciałam, by opowieść o kilku ciekawych - na pewno wykształconych, o otwartych umysłach, wrażliwych, emocjonalnych (bo nikt stojący na prymitywnym (w potocznym rozumieniu tego słowa) poziomie nie jest w stanie dokonywać takich spostrzeżeń i analiz) – ludziach sprowadziła się do analiz pseudo-psychologicznych, czy około-antropologicznych. Przez te wszystkie lata stało się jakoś tak, że w tekstach Tokarczuk widzę coś więcej niż tylko dobrze, ciekawie i konsekwentnie poprowadzoną fabułę. I może nie jeden z Was też to odkryje. Serdecznie tego życzę:).


POZYCJA BERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:



11 czerwca 2014

Skrót wiadomości:)

Kontynuując sobotni wpis na temat: Co robimy w wolnych chwilach? donoszę, że niedziela była dniem totalnie rowerowym:) Wzięliśmy ze sobą Bilbusia i zdobyliśmy najwyższe wzniesienie w naszym mieście (a raczej peryferiach przedmieść - za nim jest już inna rzeczywistość:)). Że poruszam się damką (jest duża, silna i z koszyczkiem - jedyny warunek stawiany mojemu rowerowi:)), miałam problem z wytoczeniem się na szczyt:) Jednak zjazd był rekompensatą wszelkich niedogodności:) - frajda totalna:)!!! A później jeszcze na mszę pojechaliśmy rowerami i wieczorny spacer z psem też.
No, w niedzielę mało kiedy zsiadałam z siodełka:)
Poniedziałek był dniem pielenia grządek, regeneracji sił i kolejnego spotkania z prozą Olgi Tokarczuk.
A wczoraj, no - wczoraj był czad:)
Bo - jako że wtorki bywają krakowskie - udałam się do grodu Kraka, postarałam się o wpisy od Promotora, załatwiłam w sekretariacie co najważniejsze i pędem udałam się na podbój Pewnej Księgarni zlokalizowanej na ul. Grodzkiej:) Wszystkich zdobyczy nie mogę teraz pokazać, bo to niespodzianka dla Męża (ale opublikuję pod koniec VI - po wręczeniu), jednak, co moje i Siostrzenicy, ujawnię:)
Po owocnym polowaniu i chwili na trawce pod Wawelem, przyszedł czas na kawę z koleżanką. Napój nie był tak dobry jak założyłyśmy, ani w połowie godny tych pochwał Pani Kelnerki:(
I tu się zaczyna cały cyrk. Bo jeszcze nie minął zapach ani posmak kawy, a nad Starówką zawisły takie czarne chmury, zerwał się taki wiatr i zahuczały takie grzmoty, że trzeba było się w mig ewakuować! Zanim dobiegłam do Rynku, byłam przemoczona, dostałam gęsiej skórki i zamarzyłam o ciepłym swetrze! W chwili wdarcia się na RDA (płyta górka w remoncie, więc musiałam znów biec w poszukiwaniu mojego autobusu:)) miałam na grzbiecie ubranie przypominające to wyjęte z pralki bez użycia wirowania!
Takim oto sposobem, mój ostatni w tym roku akademickim pobyt w Krakowie przybrał kształt niechcianej kąpieli:)
Co do księgarnianych zdobyczy, to mam takie dwa tytuły:



Oraz:


Jakoś tak inaczej, kiedy sobie pomyślę, że przywiozłam ją z Krakowa:)
Z kolei dla Siostrzenicy mam:


A to dlatego, że wierzę, iż ten reklamowany na pudełku Kot w butach wersją z Bajek samograjek:):)

A na deser wczorajszego dnia, proszę bardzo:
z myślę o MK zrobiłam takie zdjęcie:


Coś czuję, że znalazłaby tu niejedno dla siebie:)

A dziś, że kolejny dzień z tych upalnych i dusznych, z pracą przeniosłam się do ogrodu:) Wspomagam się czym się da i próbuję pisać:)


Wszystkich Was serdecznie pozdrawiam:)

7 czerwca 2014

Sobotni...

... mam nastrój (już tak od czwartkowego późnego popołudnia) więc i muzykę zapodaję sobie sobotnią:)
Jest rzewnie, melancholijnie, nastrojowo, leniwie, trochę sentymentalnie i na pewno spokojnie...
A to wszystko zakrapiane kawą i truskawkami...
Tym sposobem - rzutem na taśmę - odtwarzam sobie:


A później:


I tylko żal mi, że po pierwszej płycie Ive zaszyła się na wsi i już (póki co?) nie nagrywa...

Z kolei dla równowagi sił podaję sobie jeszcze:


I tak mi muzycznie już kolejny dzień...
Co nie zmienia faktu, że w sobotnich planach mam: po Bilbusiu ogarnąć dom i ogród (co jest sprawą beznadziejną, bo za godzinę będzie tak samo, lub gorzej), rowerem skoczyć po zakupy i uporządkować pokój-biuro, co od tygodnia odwlekam w czasie, bo rozgardiasz tu panujący przekracza moją wyobraźnię...

Póki co wszystkich pozdrawiam!  

5 czerwca 2014

Echa Dnia Dziecka

Święto to ma to do siebie, że kojarzy się z radością,  szaleństwem, barwnymi kolorami i oczywiście prezentami. W tym roku mi jednak przyszły na myśl skojarzenia z moim dzieciństwem i tym, co je określało. I okazało się, że obok poździeranych kolan i łokci (na skutek rowerowych popisów i szlifowania kunsztu skakania z drzew - ulubiona była pewna lipa, co do dziś stoi w okolicy ogrodzenia:)), wiecznie napuchniętych stóp (od ugryzień os/pszczół), godzin spędzanych na huśtawce (do dziś moja ulubiona forma leniuchowania) moje dzieciństwo to książki. Ale nie książki w ogóle lecz tylko cztery tytuły. Cztery NAJISTOTNIEJSZE!!!  
Najważniejsza jest książka

(źródło zdjęcia:http://jarmila09.wordpress.com/2009/04/28/wesole-historie/) 

Pamiętam jak dziś scenę, kiedy powoli bujam się na huśtawce zawieszonej na gałęzi starej, karłowatej jabłoni, a Babcia siedzi na wystającym korzeniu i znów, kto wie który raz tego dnia, czyta mi historię o Kogutku Szałaputku i Kurce Złotopiórce. I dziś nachodzi mnie taka refleksja: skoro Babcia miała problemy ze wzrokiem, skoro mało co widziała, na ile faktycznie mi czytała a na ile mówiła z pamięci? Bo przecież Wesołe historie czytane mi były kilka (jeśli nie kilkanaście razy) dziennie efektem czego sama do dziś pamiętam kilka fragmentów. Niestety - mój egzemplarz nie zachował się do dziś, a ten którym dysponuję to jedynie kopia.
A oto kilka obrazków z zawartości książki o przedziwnych bohaterach:

(źródło zdjęcia: http://jarmila09.files.wordpress.com/2009/04/wesole_blog.jpg)


Kolejną książką są Bajki Samograjki. Tu muszę powiedzieć, że mój historyczny egzemplarz zachował się do dziś - brakuje mu jedynie kilku (może 3?) kartek. Nawet dziś często wracam do tej książki i wiem, że gdyby nie fantazja Taty, który kupił nam kasetę magnetofonową (sic!!!!!) z nagranym Kotem w butach całe to szaleństwo w odgrywanie domowego teatrzyku, dzielenie na role i niekończące się próby nie maiłoby miejsca. Książkę tę, jak i Wesołe... można i teraz kupić, ale ich "udoskonalona" szata graficzna nie przemawia do mnie tak, jak ta z wcześniejszych wydań. 
A oto moje Bajki...:)   

(źródło zdjęcia: http://www.atticus.pl/index.php?pag=poz&id=58096)



(źródło trzech powyższych zdjęć: http://www.swistak.pl/a5517761,Bajki-samograjki-Jan-Brzechwa-89-.html)

Z koli teraz będzie książka, której odszukanie zajęło mi sporo czasu. Pamięć podsuwała jedynie obrazy dziwacznych, trochę koślawych rysunków i treść kilku utworów. Przeszukiwanie Internetu pod kątem ich tytułów, czy po nazwisku autora nie przyniosło efektów. Dopiero wpisanie nazwiska wraz z przybliżoną datą wydania (strzelałam!) przyniosło rezultat. W tym wypadku nie mam nawet kopii, ani najmniejszego fragmentu - jako dziecko, moja siostra niszczyła wszystko, co wpadło jej w ręce;  więc i moich książek nie dało się oszczędzić. Ale i tak pokażę Wam

A w środku taka szata graficzna:

(źródło powyższych trzech zdjęcia: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=1216)

Niesamowite to były czasy i niesamowite emocje właśnie się we mnie budzą:):)!!


Ostatnią już dziś książką będzie Akademia pana Kleksa

(źródło zdjęcia: http://www.klaudia_550.republika.pl/ksiazki.html)

Jest to pierwsza książka, którą przeczytałam sama, nie zmuszana, a po zakończeniu - jak i dziś nieraz - czułam niedosyt, że to już koniec. Potrafiła rozbudzić moją wyobraźnię i sprawić, że do dziś czytam, czytam i czytać chcę:) 

A jakie są tytuły Waszego dzieciństwa? Opowiecie mi?

Serdecznie pozdrawiam:)!!