31 lipca 2014

Wyzwaniowo - odsłona kolejna

Z przyczyn czysto życiowych (obowiązki, lenistwo, krótkość doby) przez ostatnie miesiące (dwa chyba) nie uczestniczyłam w wyzwaniu. Mam jednak nadzieję, że powoli może uda mi się wrócić do zabawy. W imię tego powrotu w lipcu mogę opowiedzieć coś o książce

(źródło zdjęcia: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/143863/tajemnica-noelle)

Chwila, kiedy ściągałam ją z bibliotecznej półki była też chwilą, w której po raz pierwszy ujrzałam nazwisko autorki - i ten tytuł również. Więc jak łatwo można wywnioskować, elementem, który mnie skusił, była okładka - nastrojowa, trochę tajemnicza, sugerująca wielowątkowość - bo krajobraz niby sielski-anielski, ale ten surowy dom i upór (we wpatrywaniu się w niego) kobiety ze zdjęcia świadczą, że tak bajecznie być nie może.
I nie jest.
Bo oto już na samym początku, na pierwszych stronach, dowiadujemy się o samobójstwie cenionej, zasłużonej i skromnej, unikającej pochwał akuszerki; na następnych możemy przeczytać o tragicznej śmierci męża i wielopłaszczyznowym buncie córki jej najlepszej przyjaciółki; zaraz po tym mamy dawkę informacji o finansowym awansie innej z jej koleżanek koleżanki, a na miano największej bomby może zasłużyć testament wspomnianej pielęgniarki - jest w nim coś, co ma zadatki na sporą kość niezgody między pozostałymi przy życiu przyjaciółkami.
Czy aby jednak na pewno te wątki są głównymi i dominującymi? Czy aby na pewno one - choć rozbudowane - stworzą siatkę intryg i rozliczeń?
Na to należy sobie samemu odpowiedzieć.
Tajemnica... jest typową powieścią obyczajową (z dreszczykiem emocji) - o "klubie" kobiet bez jednej z nich, o mężczyznach (może nawet na chybił-trafił dobranych) obok nich i rożnych ich sprawach tzw. codziennych. I jest to klucz, który niczym nie wyróżnia tej pozycji od całej masy tego typu. Tym, co zasługuje na uwagę jest sposób opowiadania - narracja bowiem jest pierwszoosobowa - i w dodatku mówi każda z osób: ilu bohaterów (-ek) tylu opowiadaczy! Każdy z nich ma głos, może dodać coś od siebie i mieć pewność, że zostanie przytoczony jego punkt widzenia, że słowa nie zostaną przetworzone i być może może zmienione. By chwyt ten mógł zaistnieć i się sprawdzić, autorka wprowadził podział fabuły na krótkie rozdziały. Każdy z nich opowiada inna postać. Przypomina to trochę krótkie monologi teatralne - postać wypowiada kwestię i odchodzi, na scenę wchodzi kolejna - dokłada swój epizod, schodzi z planu, by mogła wejść jeszcze inna. I tak przez prawie 500 stron tekstu. Nie powiem - jest to bardzo ciekawy zabieg. Wymaga skupienia oraz kojarzenia poszczególnych wątków. A by sprawie nadać jeszcze więcej koloru użyta została też retrospekcja - wątki współczesne mieszają się z wydarzeniami z lat 70. XX wieku.
Tajemnica... nie jest tekstem, który stawia intelektualne wyzwania czytelnikowi, nie jest też literackim banałem dlatego uważam, że w sam raz nadaje się na wakacyjne leniuchowanie:)


TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:




28 lipca 2014

Wciąż...

niezrażona zastraszająco szybko kurczącym się w domu miejscem na licznych półkach i regalach, gromadzę książki.
Ostatnio, w puli tych, co poszukiwały nowego domu, znalazło się pięć - nowe to one, wiadomo, nie są, ale to nie jest najważniejsze:


W grupie tych nowych znalazły się dwie: obie otrzymane imieninowo od Męża:

                                                     

(źródło zdjęć: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,4267,Beksinscy-Portret-podwojny oraz: http://www.empik.com/pan-mercedes-king-stephen,p1095304637,ksiazka-p?gclid=Cj0KEQjw6deeBRCswoauquC8haUBEiQAdq5zh_7cwx6ZL_bxjQylVl2UwU4xju-KEerD_jCbXc4SDO4aAk108P8HAQ)

Ale, że wciąż mi mało, wciąż zapisuję tytuły znalezione na Waszych blogach, w prasie, magazynach; gromadzę, dokonuję weryfikacji i pędzę do biblioteki - tam mówią, że trzeba czekać w kolejce (bo chętnych sporo, a egzemplarzy mało) - i tak lista rośnie w nieskończoność:


Ale co tam, nie zrażam się i tkwię w tym obłędzie już kilkanaście lat:)

Cztery...

Całkiem dobre, ciekawe i przejmujące filmy oglądnęłam w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Jak dla mnie (a nie jestem znawcą kina, nie umiem mówić o filmach filmowym językiem, obrazy oceniam kluczem: podoba mi się, dotyka mnie - lub nie) są to filmy niszowe, nie trafiające do licznego grona odbiorców, pozbawione wielkiej, hucznej kampanii reklamowej, ale mocne - mają w sobie coś, co mnie przy nich zatrzymało, co sprawia, że o nich myślę, a przy jednemu nawet mój Mąż poświecił wczorajsze popołudnie.
Ten pierwszy może jest, a może nie jest, na faktach - jest w nim coś, co każe się nad tą kwestią zastanowić (jedno z ostatnich zdań, podane już przez narratora), ale nie chciałam sobie wrażeń zepsuć szperaniem po sieci, więc rozstrzygnięcie poziomu faktograficznego pozostawiam sobie na później. Na pewno jest klimatyczny, nastrojowy i trzymający w napięciu, a już sam tytuł powie, kto jest głównym bohaterem:


Trzeci - oglądnięty właśnie wczoraj - ma w sobie uwielbianą przeze mnie retrospekcje. Akcja rozgrywa się na trzech płaszczyznach - a kluczem do nich jest nie tyle człowiek, co rzecz - książka; to ona jest główną postacią, o niej opowiadają wszystkie płaszczyzny czasowe, o nią toczy się bój, ona ma silę sprawczą niszczyciela, miażdżącego wszystko, co ją przyćmiewa. A autor? kimże jest autor? To w sumie chyba nieważne...


O tym z kolei nie umiem nic napisać - jest tak pełen emocji, zawirowań, napięcia, że mówienie, że akcja toczy się podczas drugiej wojny światowej, że opowiada o trójce starych znajomych uwikłanych w miłosny trójkąt, że wszystko sprowadza się do zazdrości, a przyjaźń okazuje się silniejsza od pożądania,  to wciąż za mało; to w sumie mówienie nic o tym obrazie. Trzeba zobaczyć:


A na koniec zostawiłam pewnego dość ekscentrycznego, zafascynowanego swoją pracą - nie, nie pracą: eksponatami, z którymi w niej obcuje - pana. Do czasu, aż poznaje bardziej od siebie zdziwaczałą spadkobierczynię starej miejskiej rezydencji, skupia się na tajnikach domu aukcyjnego, wycenie dzieł sztuki i licznych licytacjach. Dopiero ta młoda dama, jej fobia i kryjąca się za nią tajemniczość każą bohaterowi wyjść ze swojej cennej szklanej kuli. Ale czy to mu się opłaci?


Jeśli jeszcze nie oglądaliście - polecam.
Nie są to może banalne opowiastki, takie w sam raz na popołudnie pod gruszą ze szklanką udekorowaną palemką, ale mogą aspirować do roli tych, które się oglądnie i na długo zapamięta.

18 lipca 2014

Dwaj mężczyźni – jedna historia

Ten tytuł ma w sobie coś takiego, co sprawie że chodzę koło niej, poznaję, „obwąchuję” jak zdobycz przyniesioną z polowania, trochę się jej wciąż boję ale nie umiem przestać o niej myśleć.
I jak do tej pory to jeden z dwóch najważniejszych dla mnie tytułów tego roku.
Nie jest to łatwa książka i niełatwo o niej mówić/pisać.

       
Beksińscy. Portret podwójny to biografia dwóch sławnych Beksińskich: ojca - cenionego i nietuzinkowego malarza i syna – dziennikarza muzycznego (choć to trochę sztampowe określenie). Ale jest to też książka nie tylko o mężczyznach-indywiduach, ale i o kobietach z ich otoczenia, o sztuce i artyzmie, o natchnieniu, drodze do sukcesu, o małym miasteczku (Sanoku), jego historii i przemianach tam zapadających, o historii naszego kraju, o półświatku historyków i krytyków sztuki, o rytmie pracy dziennikarza muzycznego, o… Sporo tych tematów pobocznych. Ale najważniejsze jest to, że z każdej strony wyłaniają się prawdziwe, wiarygodne obrazy ojca i syna, pozbawione cukierkowości, powierzchowności, banalności – zawsze autentyczne, nawet jeśli mało szlachetne i rycerskie. I powiedzieć, że prace Beksińskiego są mistyczne, czy magiczne a osobowość Tomka zakrawała na neurotyczną to wciąż mało. A to wszystko podane językiem prostym, przystępnym, pozbawionym patosu (o który łatwo w mówieniu o Wielkich) i „wszechwiedzy”, miejscami ze spora dozą humoru i swoistego przymrużenia oka.
Autorka zadała sobie sporo trudu, by ten obraz panów Beksińskich był obiektywny i wszechstronny. Materiałem dowodowym są rozmowy z dawnymi współpracownikami, przyjaciółmi i kolegami (by jak najwięcej ich było - we wstępnym etapie dokumentalizmu – umieszcza w lokalnych gazetach ogłoszenie, że szuka dawnych znajomych Beksińskich), zachowane listy, nagrania rodzinnego dziennika, fragmenty opowiadań i piosenek Tomka, szkice krytyczne znalezione w archiwach prasowych. Jej głównym celem raczej nie była chęć przypomnienia najbardziej popularnych obrazów ojca czy upodobań muzycznych syna, a raczej potrzeba zestawienia ze sobą tych dwóch - tak bardzo silnych, charyzmatycznych, nietuzinkowych i tragicznych - charakterów, czynników, które je kształtowały i podtrzymywały oraz to, jak na siebie wpływali, motywowali.
Sporą część pozycji zajmują reprodukcje zdjęć, grafik, obrazów – nie tylko ojca, a ogromnym walorem są rozbudowana bibliografia oraz indeks osobowy – pozwala to rzetelnie ocenić wartość pozycji.
Beksińscy. Portret podwójny to jedna z najważniejszych, doskonale opracowanych pozycji dokumentalnych ostatnich lat – ze względu na sposób podania wiedzy, ze względu na temat, jak i na tzw. materiał dowodowy.


11 lipca 2014

Chcę żyć. Chcę czuć, że żyję. (s. 33)

Trudno jest w opowiadaniu zawrzeć kwintesencję emocji, stanów, myśli i uczyć – w krótkiej formie rozpisać to, co inni rozkładają na kilkaset stronach powieści.

               Opowiadania Kasi Meres mają to do siebie, że mówią o skrajnych emocjach: radości, szczęściu, spokoju, harmonii, rozpaczy, smutku, nieszczęściu, leku, nadziei i wierze. Choć krótkie, są tak rozpisane, że miejsce w nich znajdzie każdy ze stanów – a czytelnik nie ma wrażenia, że jest w pędzącej bez kontroli kolejce. Autorka tak poprowadziła narrację, że każdy epizod pozostaje spójny z poprzednim i następnym.

               
  Mini zbiór „Opowiem Ci” zawiera dwa teksty: tytułowe „Opowiem Ci” oraz „Lepszy początek”. Pierwszy porusza kwestię rozrachunku z przeszłością, z samym sobą, dopowiedzenia wszystkiego, by nie zostawić po sobie pustych kart, uporządkowania „swoich spraw”, wykazania się szczerością względem siebie i innych - a w płaszczyźnie fabularnej: nieszczęśliwej „(…)miłości nawet w czasach zagłady”. Jest to historia z retrospekcją, opowiedziana głosami dwóch narratorów: trzecio- i pierwszoosobowego (choć ten drugi jest dla mnie bardziej wiarygodny, autentyczniejszy – bo w końcu zaangażowany w historię), urwana jakby w połowie – jeśli nie na początku (bo ja bardzo bym się chciała dowiedzieć, jaką decyzję podejmie wnuczka), a przez to każąca o sobie myśleć i snuć różne zakończenia. Jedyną sprawą, która mi (subiektywnie!!) „zgrzytła” jest – w dwóch miejscach - minimalna niespójność miedzy akapitami, jakiś zbyt szybki przeskok do następnej kwestii. Ale jest to tak drobne, minimalne, że aż się prosi, by każdy początkujący pisarz miał takie problemy i nieciągłości!
               Z kolei drugi tekst – znacznie mi bliższy, może dlatego, że aż do bólu osadzony we współczesności – opowiada o porzuconym macierzyństwie, akceptacji śmierci, własnych słabości i odwiecznym konflikcie pokoleń (z tym, że w tym przypadku przyjął skrajną formę). W dwuwątkową retrospekcję wpleciono tyle emocji, buntu, rozpaczy, złości i żalu, tak wiarygodnie o tym opowiedziano, że chwilami ma się wrażenie, że czyta się (niestety) o samym sobie – emocje bohaterki udzielają się innym.
               Choć to drugi zbiór opowiadań Kasi Meres, muszę stwierdzić, że umiejętność posługiwania się słowem, żonglowania nim, tworzenia fraz i zwrotów posiada ona na wysokim poziomie. Układa zdania, które same czytelnika niosą po kolejnych watkach i epizodach. Może i są chwilami naiwne, proste i oczywiste (miłość od pierwszego wejrzenia, chytry plan ucieczki, spotkanie z córką), ale czyż życie takie czasem nie jest? Może to nam wydaje się, że wszystko zawsze musi być skomplikowane i długofalowe…
               Tym samym pozostaje mieć nadzieję, że to dopiero początek pisarskiej drogi Kasi Meres! 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA TEKSTU DZIĘKUJĘ AUTORCE:)!

8 lipca 2014

Ile Munro w Munro?

Zbiory opowiadań mają to do siebie, że gromadzą w sobie teksty różnej długości, o różnej tematyce i o różnym stopniu emocjonalności. Wymaga to od czytelnika dużego skupienia, umiejętności nadążania za tekstem i „przestrajania się” z jednego na drugi. Nie inaczej ma się sprawa z Księżycami Jowisza Alice Munro. 

     
        Zbiór zawiera 11 historii, z których pierwsza dzieli się na dwie części wyraźnie zaznaczone już w spisie treści. Ich tematyka jest przeróżna – od próby opisania skrajnych stylów życia dwóch rodzin, której potomkowie dali początek trzeciej, przez losy kobiet uwikłanych w skomplikowane relacje damsko-męskie, próbujące się z nich wyleczyć czy wyplątać, po opowiedzenie trudnych historii nieobcych żadnemu człowiekowi. Również miejsce akcji bywa przeróżne: wieś, duże miasto, kurort wypoczynkowy, dom spokojnej starości, szpital – jakby tym samym pokazywała autorka, że każde miejsce, każdy moment, zaobserwowana sytuacja czy uchwycona emocja mogą stanowić punkt wyjścia dla opowiedzenia ciekawej historii.
        Sama autorka we Wstępie zauważyła:
„Niektóre opowiadania w tym zbiorze mają więcej wspólnego z moim życiem niż inne, ale żadne
aż tak wiele, jak się powszechnie sądzi. Opowiadanie tytułowe zawiera pewne okoliczności śmierci mojego ojca (…). Punktem wyjścia jednych (…) było doświadczenie osobiste, w innych (…) w znacznie większym stopniu obserwacja. (s.7-8)
        Bohaterami opowiadań Munro są osoby wykształcone, jak i ludzie prości; światowi, mieszkańcy wielkich metropolii, jak i rdzenni mieszkańcy wsi, z dziada pradziada hołdujący życiu na farmie; w swym zestawie ma też Munro osoby samotne z wybory, jak i na skutek kolei losu, ma też postacie rodzinne; są osoby zgorzkniałe i otwarte na inne, tradycjonaliści, jak i postępowi w stylu życia, czy poglądach. Nie boi się autorka serwować czytelnikowi skrajnie różnych postaw czy poglądów,  podawać opinie czy zasady diametralnie różne od tych z tekstu wcześniejszego. Jak dla mnie jest to cecha godna pochwały – czytając
tom opowiadań trudno orzec, które jest bardziej osobiste, a które stanowi efekt czysto literacki, które wyrosło z osobistych przekonań a które jest tylko i wyłącznie literacką kreacją (nie udało mi się wychwycić jakiejś formy ironii czy kpiny z tej czy innej postawy/bohatera, choć wydaje mi się, że mogę wskazać, którego z bohaterów autorka lubi, a którego nie – bo i ja kogoś polubiłam a ktoś inny wydał mi się niesympatyczny).
      Ciekawym zjawiskiem jest też figura narratora – raz pierwszoosobowy, raz trzecio-; raz
konsekwentnie opowiada o postaci, którą wprowadza już na początku, a w niektórych przypadkach porzuca taką osobę, by skupić się na zupełnie innej, czyniąc ją tym samym bohaterem głównym danego tekstu (mnie na przykład o wiele ciekawsi wydają się Herb czy Kay niż „opowiadacze”). Narrator bywa też osobą dorosłą, dojrzałą, świadomą świata o którym opowiada, ale bywa też nastolatką, która nie do końca pojmuje reguły gry, której stała się uczestnikiem. By lepiej zrozumieć niektóre mechanizmy, dać pełen obraz niektórych spraw, przekonać do czegoś siebie i czytelnika, posługuje się narrator retrospekcją – i to w odniesieniu do różnych faz: teraz, dawno temu, kiedyś – w nieodległej przeszłości. Zabieg taki przypomina mi czasem gaworzenie, bajanie, opowiadanie „na żywo” w zależności, jaki element układanki się
przypomniał, która emocja zaczyna dominować. Takie przeskoki również świadczą o zaangażowaniu narratora w dany tekst.
         Ze względu na różnorodną tematykę, na skrajnie różnych bohaterów, miejsc akcji oraz konstrukcji narratora różnoraki jest język wypowiedzi. Raz delikatny, poetycki wręcz, innym
razem dosadny i wulgarny, raz refleksyjny czy filozoficzny a za chwilę ubogi i rzeczowy.
      Osobiście po raz kolejny muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem talentu i techniki
pisarskiej Munro. Umiejętność tworzenie odrębnych, definitywnie różnych światów, opowiadanie
o nich zupełnie różnymi językami, na wiele sposobów, kreowania totalnie równych
charakterologicznie postaci, utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to autorka niezwykła. Może
wstyd się przyznać, ale chyba nie spotkałam do tej pory pisarza, który z każdym kolejnym tekstem
pokazywałby mi zupełnie innego siebie. I naprawdę nie umiem powiedzieć ile jest Munro w tym
tomie jej opowiadań. A może jej nie ma wcale? Bo nawet dla tytułowych Księżyców… sytuacja osobista stała się tylko punktem wyjścia, pretekstem.

Ps – a powyższy szkic napisała osoba, która właściwie nie przepada za krótkimi formami narratorskimi J


Za możliwość przeczytania książki dziękuję: 



7 lipca 2014

Nabytki

Dziś krótko - pora powoli finalizować kolejną recenzję, więc szkoda czasu na czczą gadaninę:). Tak przy początku nowego tygodnia, pokażę kilka ostatnich nabytków książkowych. Wszystkie dzielą się na mini-kupki, a w sumie nie jest ich tak tragicznie mało:)
Jako pierwsza: imieninowy zestaw Męża:


Dwa tytuły o Afryce, jeden o Australii - czyli podróżniczy/reportażowy zbiór, jakie P. najbardziej lubi. 
Z kolei ja mam kupkę "zawodową", kupioną z myślą o pracy:


Obok tego tytuły otrzymane do recenzji od WL:


Jest też pozycja naukowa, powstała z konferencyjnych tekstów (pod szyldem Uniwersytetu Rzeszowskiego):


Oraz prezent-niespodzianka wygrana u Kasi- serdecznie dziękuję:)!!


Mam jeszcze spory stosik z biblioteki, ale że to nie moja własność, nie ma się co chwalić:(  
Póki co - zmykam:) Czas się wziąć za jutrzejszą recenzję:)
Papa:)

ps - u Was też taki skwar? Mój pies przyjął - biedak - pozę nieszczęśnika i prosi o ratunek - więc co, ogolić go mam???

1 lipca 2014

"Historia to zło. Zło. Zło wielkie (...)". (s. 182)

Niesamowite emocje towarzyszyły mi, kiedy otwierałam Sońkę, niesamowite, kiedy książkę czytałam i odczuwam je też teraz – kiedy ją skończyłam.


Trudno jednoznacznie powiedzieć o czym jest ta książka. Jest o starej kobiecie, czyniącej rozrachunek z własnego życia; jest o niesamowitej - wyrosłej wbrew klasowym, społecznym, językowym i narodowym uprzedzeniom – miłości; jest o sile ludzkiej nienawiści; o nagonce na drugiego człowieka; o zemście w jej różnych przejawach; o przebaczeniu; o wsparciu; o powrocie do korzeni; jest też o próbie opowiedzenia Wielkiej Historii na przykładzie życia jednej rodziny – a później jednostki. Jakby jej nie zaklasyfikować, jest to książka, która boli, którą się czyta ze ściśniętym sercem, o której nie można przestać myśleć, która wciąż i wciąż uświadamia, że granica okrucieństwa nie jest jeszcze ustalona. 
Karpowicz przedstawia nam tytułową Sonią, starą, styraną przez życie i historię kobietę, której tuż przed śmiercią los zsyła Igora-Ignacego. Z pozoru dzieli ich wszystko: wiek, wykształcenie, status społeczny, miejsce zamieszkania, życiowe doświadczenia i sposób odbierania rzeczywistości. Ale nie dzieli ich pochodzenie – jak Sonię, również Igora-Ignacego urodziła ta ziemia ni to polska, ni białoruska. Takim sposobem rozumie jej mowę – ni to polską, ni białoruską; rozumie też jej kodeks i wartości moralne – a co najważniejsze (pytanie czy z punktu widzenia Sonii czy Igora) ma w sobie tę niedomkniętą furtkę, która otwiera jego wrażliwość na dzieje kobiety. I w tym miejscu dochodzimy do sedna: los regularnie gwałconej przez ojca kobiety, kobiety ukaranej – za zakazaną miłość – zbiorowym gwałtem, kobiety, której Wielka Historia zabrała męża, dziecko i najbliższych, stał się tematem Wielkiej Sztuki – Dzieła Życia. Ignacy-Igor widzi w Sonii nie staruszkę bez zębów, częstującą gościa przeterminowanymi czekoladkami i przyjmującą podróżnego w domu bez sprawnego telewizora, a kobietę niosąca na swych barkach los całego narodu, maksimum tego, co przewaliło się przez Europę w 1. połowie ubiegłego wieku i stało się udziałem jednej kobiety. Sonia była jak ta jej odświętna, a splamiona krwią sukienka – poszarpana i poplamiona „(…) jak XX wiek”. (s. 183)
Taka Sonia i takie jej życie znaleźli rację bytu poza zapomnianą przez ludzi wsią – na deskach Wielkiego Teatru. Już sam Igor-reżyser założył: „(…) muszę położyć nacisk na uniwersalny charakter tej historii, tej opowieści, którą przeczuwam (…). Ta historia misi być zrozumiała przede wszystkim dla innych, wtedy stanie się zrozumiała też dla mnie”. (s. 34) 
I w tym miejscu pojawia się druga kwestia: granica między życiem a teatrem, rzeczywistością, a sztuką; ścierania się autentyczności z ułudą, oryginału z falsyfikatem oraz kwestia prawa do przesuwania granicy wiarygodności sztuki.  Nie raz jeden pojawiają się w tekście uwagi typu: „ (…) to ona wydawała się młodsza. Charakteryzatorzy doprawdy spisali się na medal” (s. 67), „ Cóż jest złego w byciu późniejszym niż oryginał? (s. 79), „Igor pragnął dokonać korekty, dokonać ostatniej redakcji, nawet wbrew woli bohaterów. (s. 148)
Obok tego, poddaje autor miażdżącej krytyce tzw. świat krytyki literackiej/artystycznej. Odsłania jego fałsz, próżność, dostosowywanie się do sytuacji, działanie pod dyktando publiki i potrzebę zaistnienia. „Już po roku opiniotwórcze dzienniki i tygodniki uznały, że skoro ich negatywna opinia nie zniechęca widzów, to trzeba opinię dostosować do opinii czytelników. Królowe Stojło awansowało do rangi dzieła wiekopomnego: stało się polskie, białoruskie, niemieckie i żydowskie (…)” (s. 78).
Poza fabułą: próbą opowiedzenia historii przez pryzmat nie wielkich, narodowych wydarzeń, bez powszechnego martyrologizmu, lecz przez los zwykłej prostej, wiejskiej kobiety oraz wizji życia podniesionego do godności sztuki, ciekawe są jeszcze trzy aspekty najnowszej książki Karpowicza – forma, język i nawiązania literackie.
Chcąc mówić o gatunku literackim, należy powiedzieć, że jest to powieść – ale nie w czystej postaci. Zawiera bowiem fragmenty dramatyczne – wskazujące na upodobania zawodowe Igora-Ignacego, są też wstawki bajkowe – jak ta powtarzająca się początkowa fraza: „Dawno, dawno temu…”, która pod koniec ksiązki przybiera między innymi kształty: „(…) wcześniej i później, na dawno i dawno temu, ale przede wszystkim na nigdy i nigdy więcej” (s. 134 – 135) oraz: Wiele lat później (…) za wieloma pagórkami i zmeliorowanymi bagnami (…) s. 180 oraz fragmenty czysto liryczne – jak choćby ten o miłosnym zespoleniu po powrocie Joachima. Ten brak czystości gatunkowej dość jednoznacznie wskazuje na różnorodność problemową Sońki.
Podobnie rzecz ma się z językiem. Raz liryczny, nastrojowy, refleksyjny, to znów brutalny, ocierający się o wulgaryzm, by za chwilę przyjąć formę zdań krótkich, urywanych, poszatkowanych fraz lubianych przez sztuki dramatyczne. Obok suchej opowieści wprowadzono groteskę, a obok patosu wojny - ironię mówienia o niej. W warstwie językowej Sońka przybiera postać różnorodną i nie do końca taką, do jakiej tzw. literatura wojenna czytelnika przyzwyczaiła. Mam świadomość, że jest jeden z tych aspektów, który może do tej pozycji zniechęcić (choć osobiście liczę na to, że tak się nie stanie!).
Najciekawsza dla mnie – obok fabuły – jest tu korespondencja z innymi tekstami. Może to moje skrzywienie literackie, ale wspomniane już tu: Dawno, dawno temu… od razu nasunęło mi skojarzenie z ukochanymi Bajkami samograjami, scena popsutego samochodu i nieoczekiwanego spotkania Igora z Sonią przywołały obraz Balladyny (bo przecież Kirkorowi też zaszwankował pojazd i gdyby nie to, dalsza historia nie miałaby miejsca), wystawianie Królowego Stojła przypomniały o pisaniu historii przez Wyspiańskiego czy Wagnera, a interpretowanie przez Igora losów Sonii odesłało do sposobu opowiadania historii przez wspomnianych tu twórców. Obok tego, są też w Sońce odwołania do dzieł naturalistów (choćby scena gwałtu czy rozstrzelania).
Choć porusza kwestię wojny, poniekąd i Holocaustu, relacji polsko-niemieckiej, winy i kary za zło, nie traktuję tej książki jako kolejnej z cyklu „rozrachunkowych”, „rozliczeniowych”. Dla mnie to historia samotnej, nieszczęśliwej kobiety wplątanej w wir historii, która została– niby przetworzonym, zinterpretowanych, ale jednak - tematem sztuki. I choć bez rodziny, stała się bliska tym, którzy na Królowe Stojło walili drzwiami i oknami. Nie wiem co było zamiarem autora, jaką historię chciał podać (świadomie nie przeczytałam jeszcze żadnego wywiadu, nie odsłuchałam archiwalnych nagrań), ale dla mnie to tekst o tym, jak zwykłe-niezwykłe życie może uróść do rangi sztuki. Szkoda tylko, że już przez reżysera poddaj interpretacji. Tak skonstruowana Sońka przekonuje mnie, by przeczytać inne teksty Karpowicza – z Balladynami i romansami oraz ośćmi na czele.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ: