28 sierpnia 2014

To, co kobietka lubi najbardziej:)

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że czasem naprawdę lubię te późne popołudnia/wieczory, kiedy mój Mąż mości się na kanapie, łapie za pilot i raczy się meczem piłkarskim (dobrze, że dzieje się to średnio raz w tygodniu, lub i rzadziej:)). W spokoju mogę zaplanować sobie przestrzeń, która z kolei mnie odpręża. Takim sposobem umościłam się wczoraj w łóżku z ulubioną ostatnio herbatką owocową, niezbędnymi kremami, książkami oraz notatnikiem i mogłam się delektować ciszą:) Tak zorganizowana przestrzeń aż się prosiła o uświęcenie jej dobrą literaturą. Skończyłam więc książkę od wydawnictwa Amber (o tym we IX), zrobiłam z niej notatki, pobawiłam się (dosłownie, bo mojego  odkrywania różnych możliwości nie ma końca) funkcjami telefonu (efektem zdjęcia tu), przeczytałam spory rozdział Papuszy i oddałam umysł Halince.











Choć jej Wszystkie wiersze Wydawnictwo Literackie opublikowało w 2007 roku, choć pozycję kilkakrotnie mam przeczytaną od deski do deski, wciąż do niej wracam i się cieszę. 
Zbiór jest spory – ze spisem treści to ponad 650 stron. Zawiera informacje od wydawcy, przedruki wszystkich wcześniej opublikowanych tomików, utwory drukowane w parsie („Życie Literckie”, „Zebra”, „Lewary”, „Gazeta Częstochowska”, „Czas Kultury”) oraz tłumaczenia – tą działalność poetka upodobała sobie szczególnie po powrocie ze Stanów. Takim sposobem w zestawieniu tym nie mogło zabraknąć tej charakterystycznej dla Poświarowskiej prozy poetyckiej, w której na nowo opowiadała mity, legendy i stare bajki, odwoływała się do fascynujących jej dzieł sztuki i na swój sposób tłumaczyła filozofię.
Uważam, że pozycji tej nie można przeczytać jednym tchem. Trzeba ją sobie dozować – nie tylko ze względu na objętość, ale również – a może szczególnie – ze względu na ładunek uczuciowy, tematykę i wyłaniającą się ze słów (bardzo prostych i oczywistych) tematykę (refleksyjną, skomplikowaną i emocjonalną).

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:



26 sierpnia 2014

Historia pięknego miasta i silnej kobiety

Zauroczona panoramą bogatych charakterologicznie postaci, paletą wydarzeń i - wydawałoby się – niekończących się wątków oraz przekrojowo potraktowaną historią (nie tylko Polski) serii o Idze i jej rodzinnej cukierni Pod Amorem, nie mogłam się doczekać kolejnej serii pióra Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Cierpliwie czekałam aż tytuł pojawi się w naszej bibliotece. Kiedy się to stało – zarezerwowałam i liczyłam dni aż dostanę go w swoje ręce. I jest! Przyszedł e-meil, że książki czekają właśnie na mnie i mogę się w spokoju nimi cieszyć. Więc je odebrałam i się cieszyłam. A jakże!


















Ale radość nie trwała długo, bo zafascynowana historią nie byłam w stanie dozować sobie wrażeń. I zamiast delektować się fabułą pożarłam ją całą w ciągu tygodnia!!

Jak poprzednio, tak i tutaj mamy fabułę poprowadzoną dwutorowo – w przeszłości, sięgającej czasów powstania styczniowego oraz współcześnie. Znów do rąk dostałam książkę opracowaną do perfekcji, z przemyślanie poprowadzonym każdym z wątków, opowiedzianą językiem starannym, bez choć jednego nie przemyślanego zdania czy nie dokończonego motywu. Narracja barwna, od początku do końca „równa” i z zachowaniem konsekwencji. Ma się wrażenie, że jest to książka napisana „od razu”, za jednym „zamachem” i jedynie dla wygody czytelnika podzielona na dwie części.
Dwutomowa historia Róży z Wolskich, która – jako dziecko – z Polski pod zaborami wyjechała ze swą matką do Paryża, tam przechodziła terapię u sławnego logopedy i robiła wszystko, by móc żyć po swojemu, bez konwenansów, sztywnych zasad wielkiego świata, niekończącego się pozerstwa i udawania, w którym jedynym „ratunkiem” dla kobiety jest posiadanie bogatego męża. Obdarzona wysoką inteligencją, zmysłem obserwacji, chartem ducha i poczuciem własnej wartości postanowiła Róż żyć nie tak, jak jej każą układy społeczne, a własne serce. Zajmuje się projektowaniem sukien, malowaniem, prowadzeniem galerii, a jakby wciąż jej było mało wrażeń – jako jedna z pierwszych kobiet zakłada spodnie do konnej jazdy a kilkadziesiąt lat później zostaje taksówkarzem (taksówkarską). Tytułowa Róża to prekursorka tego wszystkiego, co dla kobiet dziś jest normą. Może dlatego jej postać została na tyle wiernie i wiarygodnie skonstruowana, że ma się wrażenie jej autentyczności. A jej życie prywatne to pasmo spotkań, znajomości, romansów, podróży i snucia planów.
Z kolei warstwa współczesna porusza dalsze losy Igi Troszyn, jej męża oraz koleżanki-historyka sztuki, którzy próbują odpowiedzieć na pytanie kto i dlaczego kradnie obrazy mało znanej malarki – Róży z Wolskich.  Jest to wątek mniej rozbudowany (choć kłopoty Niny z matką zaskakująco podobne są do relacji Róży i jej matki), mniej szczegółowy, bo też i nie najważniejszy, ale za to miejscami o wiele mocniej trzyma on w napięciu.
Jak przy Cukierni… tak i tutaj, mamy paletę barwnych - z bogato skonstruowanymi charakterami - postaci, wyznającymi zasady zgodne z duchem czasów, w którym przyszło im żyć. Są to czasy kolorowe, pełne blichtru, zabawy, szyku, jak i straszne grozą waśni, mordów i wojen, z echami powstań oraz rewolucyjnych rzezi na dokładkę. Autorka zadała sobie wiele trudu, by wiernie, rzetelnie i wiarygodnie zarysować tło historyczne. Opis rewolucji, komuny paryskiej, losów Francji podczas pierwszej, jak i drugiej wojny światowej opowiedziano rzetelnie i z nauczycielską pasją. Informacje są bogate ale nie nudne – i to też atut. Tyczy się to również tła kulturowego: mody (z rewolucyjną Coco na czele), przemian obyczajowych (palenie papierosów przez kobiety) i rozwoju techniki (wprowadzenie radia).
Ostatnia książka Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk przedstawia ciekawą historię kobiety, która mogła żyć naprawdę i faktycznie zrewolucjonizować życie choć kilku kobiet. Ale jest to tez historia, która opowiada losy Paryża na przestrzeni kilkudziesięciu lat. I jest to Paryż, który żyje, tętni, pulsuje i nigdy nie śpi. I na pewno jest to miasto kochane i podziwiane przez autorkę.

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:





21 sierpnia 2014

Podręcznikowo

Skoro ostatnio nie mogę się opędzić od zadań i wyzwań codzienności, dziś też coś z tej materii. Pokażę moje materiały do uczenia obcokrajowców języka polskiego - moje nie dlatego, że przeze mnie opracowane, lecz z myślą o mnie kupione i na nich bazuję:)
Mam ich cztery:



W zbiorze: podręcznik, zestaw tablic gramatycznych (gruba teczka z tabelkami, wykresami i regułami), poradnik typu "pigułka" oraz zestawy ćwiczeń gramatycznych.
Pierwsza z wymienionych pozycji jest typowym podręcznikiem do uczenia języka obcego - z tym, że tym "obcym" jest nasz rodzinny:) Podręcznik podzielony jest na sekwencje tematyczne (poznawanie naszego kraju, życie codzienne, najbliższe środowisko) oraz bloki gramatyczne (oczywiście od najłatwiejszego po najtrudniejszy), w którym każdy zestaw ćwiczeń poprzedzony jest partią teoretyczną. Jak na podręcznik języków obcych przystało, płyta z dialogami i scenkami rodzajowymi również jest:)




W usystematyzowaniu wiedzy z obszaru gramatycznego pomagają precyzyjne, bogato obudowane przykładami tablice. Są one najbardziej pomocne głównie wzrokowcom i tym, którzy cenią sobie urozmaicone narzędzia pracy.



















Źródłem dodatkowych ćwiczeń, pomysłów na urozmaicenie zajęć oraz wprowadzeniem nowych słówek/fraz i sekwencji językowych jest tzw. repetytorium. Ze względu na skrótowość i oczywistość, z jaką potraktowano w niej niektóre tematy, jest doskonałą pomocą w zajęciach powtórzeniowych i systematyzujących.










Z kolei zestaw suchych ćwiczeń gramatycznych - podzielony na działy polskiej gramatyki - wykorzystuję już jako sprawdzenie i wyegzekwowanie wiedzy. Ze względu na ubogą szatę gramatyczną, brak informacji teoretycznych może służyć jedynie do wyłuszczenia wiedzy - w jej zdobyciu raczej nie pomoże.


Muszę powiedzieć, że trafnie wybrałam sobie podręcznik. Choć tego typu pozycji jest kilka na rynku, ten wydał mi się najbardziej uporządkowany, logiczny i przejrzysty. Widzę, że takie walory sprawdzają się w racy z uczniem. Istotnym elementem jest również szata graficzna, bogata ikonografia, która - dość, że bawi i zaciekawia - to jeszcze stanowi źródło wiedzy przydatnej w codzienności.
Dość na tym - belfer-lektor już się dziś nagadał:)

18 sierpnia 2014

Po raczej długim okresie...

...milczenia nadchodzi - mam nadzieję - era regularnej aktywności.
Pora bym się wytłumaczyła. Ale zanim to muszę powiedzieć: przepraszam. Za nie odwiedzanie Was, zaniedbywanie - zwłaszcza, że (chcąc wierzyć danym) Wyście wiernie zaglądali a niektórzy nawet dokładali swoje koniecznie trzy grosze:):) Bardzo Wam dziękuję:)!!!
A teraz słów kilka o tym, co robiłam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Nie, nie byłam na wczasach, nawet na wycieczkę nie pojechałam (bo wciąż powraca fundamentalne pytanie: Kto przygarnie Bilba?) a zaskórniaki, które mogły być na ten cel przeznaczone utopiliśmy w słoikach (sic!). Bo - uwaga, uwaga - zrobiliśmy z P. 131 słoików z przetworami!! Poza wspomnianymi już w czerwcu truskawkami są: fasolki w zalewie octowej i pasteryzowane, w takiej samej kombinacji ogórki, konserwowa papryka, dodatkowo: soki z aronii i malin, powidła z jabłek (te jeszcze będę robić), sosy pomidorowe i paprykowe, a od sąsiadów dostaliśmy jeszcze butelkę aroniówki:) P. chciałby jeszcze upchnąć do pozostałych słoików czerwoną kapuchę - czemu nie?
(Uwaga: zdjęcia nie oddają rozmiarów przedsięwzięcia:))



Poza tym był to też czas deszczu, deszczu, deszczu, deszczu... O oddalonym o jakieś 3 km od mojego domu Starym Sączu słyszała chyba całą Polska, a za moim oknem było tak:



To, co się wyłania z tych błotnych odmętów to nasz ogród (docelowo na tej brzózce ma zawisnąć mój hamak!) i mój skarpkowy "kwietnik".
W krótkich bezdeszczowych chwilach niczym więźniowie łapaliśmy świeże powietrze i promienie słońca. A część z nas zacieśniała więzy społeczne. Oto Bilbo, Kłębuszek i Psotka. Jak widać, różnica wieku, wzrostu i ras nikogo tu nie odstrasza:










A dziś, kiedy od rana świeci słońce w okolicy można zauważyć znaczny ruch. Do akcji wkroczyły traktory, kombajny, kosiarki, podkaszarki, młotki i siekiery - powietrze aż huczy od pracy. By nie być gorszą, zaszyłam się we wcześniej zalanym "kwietniku" i walczyłam z chwastami. Nie wszystko jest idealne (te na obrzeżach, sięgające mi do kolan zostawiam na pastwę oprysku), ale nie wygląda już jak nieujarzmione chwastowisko.























Wszystko jest zniszczone przez deszcz, połamane,zżółknięte, z opadniętymi kwiatami, ale - póki co - udało mi się wyłowić trzy perełki:















Jakby w nagrodę (nie dla mnie), na polu sąsiadującym z domem koleżanki przysiadł bocian:):


A teraz jest wytęskniony kwadrans na kawę i muzyczny relaks - dziś moja klasyka:). HEY, Nosowka&Osiecka, Nosowska&Przemyk i Baczyński.

10 sierpnia 2014

Moja cegiełka w akcji "Moja książka w Waszych rękach"

Jest pewna legenda, zgodnie z którą pierwsza słowiańska czarownica przechytrzyła pogańskiego boga Welesa. Jest też legenda, która opowiada o podziale wpływów między Welesem a Perunem. Ta stanowi próbą określenia ładu w świecie.
I jak wiadomo, granicę między słowiańskimi bogami a obecnym porządkiem wytyczył chrzest przyjęty przez Mieszka. Wprowadzenie na tereny Polski kościoła katolickiego zepchnęło tamte na margines, w cień, co miało zapewnić ich późniejsze wymarcie.
                Jak dziś wiadomo – tak się do końca nie stało. Jest spora grupa osób wciąż wyznających stare religie, kultywująca obrzędy ustalone na długo przed Mieszkiem, żyjąca zasadami określonymi w prastarych mitach i legendach.
                I do tej wiedzy odwołała się w swojej debiutanckiej powieści Zuzanna Gajewska.




Już pierwsze strony tekstu wprowadzają czytelnika w świat Mieszka, na jego pełen (może nie spektakularnych, ale wyczuwalnych)  intryg dwór. A później robi się coraz ciekawiej. Bo - według Gajewskiej - Polska Piastów nie była wcale krajem nudnym i zdziczałym (choć rzeczywiście porośniętym gęstymi lasami). Mieszkały w niej młode, piękne, zbuntowane i zakochane dziewczyny, które w imię wielkiej i oszałamiającej miłości gotowe są uciec od ojca,  wyzbyć się bogactwa i wygody, skryć się w chacie starej kobiety – a wszystko po to, by móc kochać jawnie, otwarcie i z wzajemnością. A błogosławieństwo dla tych wyborów przyszło nie od księdza a wyjętej spod prawa, odsuniętej na margines społeczny (dosłownie!) czarownicy Nawoi.
                I ten wątek jest jednym z dwóch głównych w tej powieści. Bo jest i drugi – współczesny (aż do bólu!). W nim głównymi bohaterkami są młode, energiczne i charakterne dziewczyny. Właśnie pełną piersią wchodzą w dorosłe życie czego symbolem mają być rozpoczynane studia na olsztyńskiej uczelni. Ale studenckie – pełne imprez, nowych kolegów i doświadczeń – życie nie jest do końca ich udziałem. Bo oto na scenę wchodzi morderstwo, napad na jedną z koleżanek, miłosne problemy innej, rozkwitający romans następnej, rodzinne szpiegostwo ojca jednej z dziewczyn, jak i pełne dramatyzmu porwanie. Wiele tych wątków i motywów. Tak jak i wielu jest bohaterów – właściwie co strona pojawia się ktoś nowy. Ale wszystko jest podawane czytelnikowi powoli, sukcesywnie, z umiarem (a nie wszystko naraz). Sprawia to, że intryga zacieśnia się powoli, delikatnie a te liczne – pozornie pozbawione sensu, porozrzucane – elementy, układają się w całość i konsekwentnie prowadzą do finału. Takim sposobem powieść trzyma w napięciu, czytelnik głowi się, po co tych okruszków – niby bez związku – aż tyle; więc chce się poznać finał, który powinien przynieść odpowiedź na niejedno pytanie.
                Jak widać, autorka należy do grona osób, które mają dar snucia opowieści, kreowania historii, budowania napięcia i wprowadzania czytelnika w swój świat.
                Nie zmienia to jednak faktu, że są w Potomkach pierwszej czarownicy wątki, które wydają mi się zbędne; które – zamiast historię dynamicznie rozwijać – rozmywają ją, rozwlekają, odsuwają czytelnika od istoty sprawy, jakby chodziło jedynie o zapełnienie odpowiedniej ilości stron (wątek chcianej/niechcianej ciąży, zjazd rodzinny u Magdy). A powieść nie powinna sobie pozwolić na zbędne, bez związku i kontynuacji słowa. Bo takie – zamiast zaciekawiać – budzą irytację i kojarzą się z „paplaniem”.
                Innym uchybieniem jest brak jednoznacznego wyjaśnienia niektórych motywów: kto ostatecznie napadł (zdaje się, że Justyna, ale nie wiadomo na pewno, ani też z kim odbyła już po napadzie – jeśli to ona – tajemnicze spotkanie), jakie były losy ojca Basi i jakie łączyły ich relacje (spotkanie ich odbyło się w dość dramatycznej scenerii), jakim sposobem Artur znalazł się pod wpływem Justyny… Obok tego wprowadzono kilka dość naiwnych rozwiązań - choćby: porwanie w środku dnia i na środku ulicy, doskonała znajomość historii rodziny przez kogoś, kto - na skutek dramatycznych wydarzeń - od wczesnego dzieciństwa był wychowankiem domu dziecka, cudowne ocalenie babci Jagody, nieoczekiwane rozwiązanie zagadki kryminalnej…
                Nie mogę też powiedzieć, że zachwycił mnie język powieści. Z nim miałam najwięcej problemów. Niejednokrotnie wprowadzono błędny szyk wyrazów w zdaniu (na przykład na stronach: 22, 65, 87, 90, 114, 117), niektóre zdania są nielogiczne („Czekała na przystanku dla wysiadających prywatnych przewozów autokarowych” – s. 93, „(…) to właśnie on pomógł jej uciec i robił to tylko dlatego, ponieważ został do tego zmuszony.” – s. 161 (dla zainteresowanych: pomoc w ucieczce była dobrowolna, ale udział w spisku był pod wpływem szantażu)), występują też powtórzenia (na przykład strony: 47, 68, 100, 116).  Między niektórymi akapitami brak związku, płynnego - choćby zdawkowego – połączenia, co wiązałoby tekst w całość (np. strony 22, 61); z drugiej strony są też całe partie pozbawione akapitów, które aż się proszą o zastosowanie; na stronie 66 użyto podwójnego tabulatora, co poskutkowało „podwójnym akapitem”.
Muszę powiedzieć, że te uchybienia (podane tutaj przykładowo) sprawiły, że niektóre partie czytało mi się ciężko, wracałam do akapitów, przedzierałam się przez zdania. A niedociągnięcia zaskakują o tyle, że książka przeszła podwójne korektę i redakcję oraz wygrała jeden z konkursów literackich – a w takich warsztat językowy jest zazwyczaj jednym z kryteriów. Takim sposobem płaszczyzna stylistyczna przysporzyła niemało kłopotów i zamiast pozwolić się cieszyć z naprawdę ciekawej historii – irytowała.
Nie zmienia to jednak faktu, że historia o słowiańskiej czarownicy, fikcyjnej córce Mieszka i ich potomkach, którzy nawet w XXI wieku nie banalizują swoich korzeni jest ciekawą, trzymającą w napięciu opowieścią. I nawet (a może przede wszystkim) jako temat debiutu literackiego ma prawo mieć swoich sympatyków.  

Korzystając z okazji przypominam, że chętni mogą się do mnie zgłaszać po odbiór tejże książki. Szczegóły - tutaj

8 sierpnia 2014

Informacje

Dziś wpis czysto informacyjny.
Otóż: zaistniałam sobie na unikanym przeze mnie portalu. Broniłam się przed nim rękami i nogami; twierdziłam, że jego istnienie mnie nie dotyczy, ale stało się: jestem i to na dwa sposoby: prywatny i zawodowy!! Tym samym ogłaszam, że można mnie znaleźć: https://www.facebook.com/ (o rany, Daga, możesz w to uwierzyćJ?)
Jestem tam oczywiście jako Gosia Zielono Mi (w grafice te same zdjęcia co na gogle+) 


oraz zawodowo, z treścią ułożoną pod firmę: Agencja Korekty i Redakcji Tekstów.


Mam to jeszcze w ogóle nie opanowane, ilość ikonek, funkcji i możliwości mnie onieśmiela, pewnie wiele wody upłynie zanim to ogarnę, połapię się „co-do-czego i co-z-czym” oraz uczynię bardziej atrakcyjne, ale chętnych zapraszam J 
Zostawcie swój ślad - bym miała też i większą motywację do zaglądania tamJ

7 sierpnia 2014

Lektura na wakacje (?)

Skuszona wyczytanym gdzieś ciekawym fragmentem przyniosłam z miejskiej biblioteki cały tekst Tego lata, w Zawrociu.

źródło zdjęcia: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/121737/tego-lata-w-zawrociu

Nie powiem, historia w sam raz na czas wakacji: młoda dziewczyna odziedzicza po swojej prawie nieznanej sobie babce stary, zabytkowy dom – można powiedzieć: dom z duszą.  I jest to początek – wydawałoby się – niekończących się konfliktów i niedomówień.
Bo magiczny dom otrzymała w spadku potomkini nikogo innego, jak „córki marnotrawnej”, bo na łożu śmierci Aleksandra podarowała swój pełen tajemnic skarb komuś, kogo właściwie nie znała, kto nie znał atmosfery i tajemnic Zawrocie, bo pozwoliła, by - pożądany przez wielu - fortepian trafił właściwie w obce ręce, bo pełna waśni rodzina kuzynostwa nie oszczędziła sobie gorzkich słów również względem nowej właścicielki majątku babki, bo duszna i skostniała atmosfera miasteczka nijak się ma do młodej dziewczyny z wielkiego miasta, bo wciąż wydaje się jej, że wszyscy wiedzą o niej wszystko – nawet to, czego sama o sobie nie wie.
Nie powiem - historia tej książki jest ciekawa. Pomysł na fabułę – choć często się pojawiający – niczego sobie, sposób prowadzenia narracji: niekończący się monolog do babki Aleksandry (a raczej jej zapisków w pamiętniku), wypowiadany przez powracającą do korzeni wnuczkę - ciekawy i oryginalny. Ale wszystko to odbywa się w sposób tak powolny, senny (jak życie w małym miasteczku), bez cienia dreszczyku czy emocji, że bywały chwile, kiedy nie miałam ochoty ponownie sięgnąć po książkę. Nie umiałam się wszczepić w tę historię, nie została opowiedzenia – według mnie – w sposób niesamowity, jak coś niezwykłego, niepowtarzalnego, godnego uwagi i pamięci.

A takie uczucia miewam rzadko – w końcu sama wybieram sobie lektury, mam już tak wyrobiony gust literacki (i „nosa”), że wyjątkowo rzadko zdarza mi się trafić na niezadowalającą (z mojego punktu widzenia!) pozycję.  

Akcja: Moja książka w waszych rękach - etap kolejny!

Jako kolejne ogniwo w zabawie Moja książka w Waszych rękach zorganizowanej przez  Zuzannę Gajewską, informuję, że nadeszła pora zgłaszania się do mnie po odbiór książki Potomkowie pierwszej czarownicy. Mój egzemplarz pochodzi ze ścieżki ZIMA.


Każdy, kto chce poznać historię pewnego morderstwa, przyjaźni zrodzonej z nieoczekiwanego spotkania w popsutej windzie, odkryć miejsce rodzimowierców w dzisiejszym świecie oraz wczuć się w nie całkiem były świat słowiańskich wierzeń, może pozostawić pod tym wpisem zgłoszenie.
Oto kilka warunków:
  1. W losowaniu mogą wziąć udział jedynie osoby mieszkające na terenie Polski.
  2. Zgłaszający się do mnie chętni, automatycznie zgadzają się przestrzegać warunków konkursu ustalonych przez Zuzannę Gajewską - tutaj.
  3. Wraz ze zgłoszeniem należy pozostawić adres meilowy, bym mogła się później skontaktować ze Zwycięzcą.
  4. Czas przyjmowania zgłoszeń: do najbliższej środy – 13.08.2014.
  5. Ogłoszenie wyników: 14.08.2014.
  6. Jeśli do północy 14.08.2014 Zwycięzca nie odpowie na mojego meila, wyłonię kolejną osobę.
  7. Książkę wyślę w sobotę 16.08 lub najpóźniej w poniedziałek 18.08 (15.08 jest dniem świątecznym). 
Zapraszam do zabawy!

Możesz być kolejnym ogniwem w łańcuszku oplatającym już pewnie cały krajJ