30 października 2014

Dawkowanie - cz. 3.

Dziś ciut o bogatym i barwnym świecie przedstawionym. I o tym, jak – mino braku samolotów, samochodów i autostrad – ten świat był mały a ludzie żyli blisko siebie. I jak kultury, języki i obyczaje nie dzieliły, nie były solą w oku a funkcjonowały obok siebie.

To karawana, która kilka dni temu ruszyła ze Smyrny i zdąża na północ, przez Konstantynopol, i potem przez Bukareszt. Po drodze będzie rozdzielać się i łączyć. Część kupców odbije już za kilka dni, w Stambule, ci powędrują przez Saloniki i Sofię do Grecji i Macedonii, inni pozostaną aż do Bukaresztu, a jeszcze inni pójdą do koń ca, wzdłuż Prutu, do polskiej granicy i przekroczą ją, pokonując płytki Dniestr.                                                                                      
                                                                                                                                        (s. 825)

Najwięcej jest w mieście dzielnic tureckich, trochę mniej żydowskich i chrześcijańskich. Na rynku nikopolskim zawsze bywa tłoczno, bo jest tam aż tysiąc pięknych kramów. Rzemieślnicy mają warsztaty w porządnie zbudowanych halach, sąsiadujących z kramami. Szczególnie liczni są tam krawcy (…) najlepiej im wychodzą stroje na czerkieską modę. A ileż tam narodów na bazarze! Wołosi, Turcy, Mołdawianie i Bułgarzy, Żydzi i Ormianie, a nieraz można i zobaczyć kupców z Gdańska.                                                                                                                      (s. 799)

Są tu też fara, klasztor Dominikanów, kościół Świętej Barbary przy rynku, a dalej dwie synagogi i pięć cerkwi.                                                                                                                        (s. 900)


Najpierw zwraca się do dwóch kobiet z koszami, ale one chichoczą i uciekają, gadając między sobą po rusińsku, potem chwyta za rękaw Żyda w czapie i płaszczu – ten stara się ją zrozumieć (…). Niby to jedno królestwo, ta sama Rzeczypospolita, ale tutaj jakaś zupełnie inna niż w Wielkopolsce (…). 
                                                                                                                                    (s. 883) 


28 października 2014

Dawkowanie - cz. 2.

Ważne postacie. Dziś dwie.

Elżbieta Drużbacka – późnobarokowa polska poetka, która stroniła od popularnego w tamtej epoce stylu kwiecistego na rzecz prostoty i czystości wypowiedzi. Fakt, że jej Zbiór rytmów duchownych… wydali bracia Załuscy najlepiej świadczy o jej talencie i popularności, do którego przekonał się choćby Krasicki. Jej rękopisy spłonęły w powstaniu warszawskim. W Księgach… przedstawiona jest jako osoba rzeczowa, obiektywna, spostrzegawcza, otwarta ale i ciepła oraz opiekuńcza. Zastanawia mnie czy jej list do księdza dziekana jest autentyczny (w końcu słynęła z licznej korespondencji) czy to wytwór wyobraźni autorki?
Oto próbka jej talentu:

(…) Ja w równość z żadnym uczonym nie wchodzę,
Bojąc się porwać na słońce z motyką,
Po niskiej ziemi, nie po niebie chodzę,
Ni się pochwalić z tą mogę praktyką,
Żebym wiedziała, czego dowcip chciwy
Z astrologicznej dojrzy perspektywy.

Dosyć tu będzie na mój rozum podły,
Nie potrafiwszy gwiazd na niebie zliczyć,
Przynajmniej w lesie dęby, sosny, jodły
Rachować, w tej się artmetyce ćwiczyć,
A co na ziemi Bóg dał widzieć oku,
Chwalić go zacznę w czterech częściach roku (…)
Ksiądz Benedykt Chmielowski – autor wznawianego ponad 20 razy modlitewnika Bieg roku całego oraz Nowych Aten albo Akademii… czyli pierwszej polskiej encyklopedii, której dziś można zarzucić to czy tamto. W „powieściowym” liście od Drużbackiej na temat swojego opus magnum przeczytał:
(…) książka jest dziwnie magiczna – można ją czytać bez przerwy, to tu, to tam, i zawsze coś ciekawego w głowie zostaje, i ma się wszelkie preteksta do pomyślenia, jaki to świat jest wielki i skomplikowany, że myślą się go nijak objąć nie da, chyba tylko wyrywkami, drobinami małych zrozumień.                                                                                     (s. 837)
A wszystkich tych, którzy chcą zakosztować tej magii odsyłam tu:)


27 października 2014

Dawkowanie - cz.1.

Minie trochę czasu zanim pojawi się recenzja tej książki - nie tak łatwo mi od razu przeczytać ponad 900. I sprawy też nie ułatwia moje uwielbienie dla pióra Autorki - czasem dawkuję niektóre akapity, delektuję się zdaniami, frazami, uwagami. Nie umiem Jej książek czytać w biegu... Dlatego o niektórych wrażeniach może będę opowiadać na bieżąco...
Dziś to, co większość z nas najbardziej lubi oraz ceni - książki. Więc oddajmy głos bohaterowi i narratorowi:)

(...) jest to (...) dzieło wielkie zarówno pod względem treści, jak i formatu, i ksiądz wiele ryzykował, targając je tutaj. A gdyby upadła w to rohatyńskie błoto? A gdyby wyrwał mu ją jaki rzezimieszek na targu? Bez niej ksiądz dziekan nie byłby tym, kim jest, ale raczej stałby się jakimś ograniczonym proboszczem, jezuickim nauczycielem na pańskim dworze, próżnym urzędnikiem Kościoła, upierścienionym i niechętnym światu?                                                                                                                                                                                                 (s. 891 - 890)

(...) właściwie nie wie, dlaczego to mówi milczącemu Żydowi. Chce żeby tamten go wziął za przyjaciela, nie wroga. (...) więc może da się porozumieć za pomocą książek? Czy to właśnie nie jest jedyna możliwa droga? Gdyby ludzie czytali takie same książki, żyliby w tym samym świecie, tymczasem żyją w innych (...). A są i tacy, całe mnóstwo, co nie czytają wcale i mają umysł uśpiony, myśli proste, zwierzęce, jak owi chłopi o pustych oczach. Gdyby on, ksiądz, był królem, nakazałby jeden dzień pańszczyzny na czytanie przeznaczyć, cały stan chłopski zagoniłby do ksiąg i od razu inaczej wyglądałaby Rzeczypospolita.            (s. 890)                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          

I co wy na to? Książka łagodzi obyczaje?
I dodać trzeba: w powieści jest sporo takich refleksyjnych perełek.


                                                                        (Powyższe cytaty pochodzą z: O. Tokarczuk, Księgi Jakubowe, Kraków 2014.)

24 października 2014

Szczypta humoru

Od kilku dni szaro, buro i ponuro – a najgorsze jest to okropne ziiiiiiiiiimno!!!! Chwilami już nie wiem co na siebie włożyć oraz gdzie się schować – i jakby na złość, Bilbo postanowił pokazywać, jaki z niego zuch i nie myśli się chować do garażu, tylko dzielnie leżakuje w szopce z drzewem – a chwilami na mokrej od deszczu trawie. Dwa dni temu siłą próbowałam go do domu zaciągnąć – nie dało rady! Ale ja też mam swój sposób na chlupę i niepogodę: dobrą książkę:)

Dziś o króciutkiej pozycji – Dzięki za każdy nowy ranek. Muszę szczerze przyznać, że nie wiem jak o tej książce opowiedzieć, jakiego języka użyć - mino swych skromnych rozmiarów jest wielopoziomowa.


Ale najpierw fabuła: rzecz opowiada kilkanaście lat (tego się można domyślić, śledząc losy postaci) z życia pewnej Czeszki, która wychowana w rodzinie raczej inteligenckiej (matka – absolwentka prawa, ojciec – poeta) i mieszanej (ojciec – Ukrainiec) dość wnikliwym okiem obserwuje świat absurdów Czechosłowackiego komunizmu. Bez jakiegokolwiek sentymentu czy oskarżycielskiego tonu prowadzi czytelnika po meandrach tamtego ustroju, atmosfery politycznej czy kulturowej, po zmianach obyczajowych – i ustrojowych też. Takim sposobem mamy tu motyw tajniaka, podsłuchu, inwigilacji, dyskryminacji ze względu na pochodzenie i przeszłość nawet dalszej rodziny, pojawia się Karta 77,  lęk przed donosicielami i przymus wstępowania do partii. Wszystko to okraszone jest językiem zabawnym, śmiesznym, z przymrużeniem oka – co pozbawia tekst tej częstej powagi w mówieniu o-tamtych-czasach. Myślę, że w Dzięki… jest sporo obyczajowych czy politycznych aluzji, które dla laika (mnie) są raczej nieuchwytne i nieuświadomione. Wydaje mi się, że pomiędzy zdaniami, pół frazami autorka przemyciła niejedną informację, której mnie nie udało się wyłowić – bo prawie w ogóle nie znam Czech, ich kultury, historycznych perypetii czy ludzkiej mentalności.
Jednak te dość smutne i szare wątki pozostają jakby w tle zwykłego życia zwykłej dziewczyny, która chce się uczyć (wydalenie z uczelni za polityczną przeszłość wuja raczej w tym nie pomoże), ma liczne grono przyjaciół, przeżywa nieszczęśliwe miłości i zawody, marzy o podróżach (po zarekwirowaniu paszportu rzecz niemożliwa), raczej bez większych emocji przyjmuje do wiadomości istnienie przyrodniego brata, zmaga się z ekscentrycznym ojcem-zapomnianym/niedocenionym poetą i jego wciąż napływającą z Ukrainy rodziną. I to właśnie konstrukcje postaci są niezmiernie ciekawe. Bo z tych lakonicznych zdań, pourywanych wątków, luźno, bez związku i większej spójności podawanych informacji wyłania się cała paleta niebanalnych postaci. A wybuchowy, nerwowy, krzykliwy, skory do wypitki i wybiktki oraz na siłę kultywujący „ukraińskość” (nie znalazłam lepszego słowa:() – słynne kiełbasy i zapasy w spiżarce - ojciec jest ich wodzem.
Dzięki… pełne jest jakiejś dusznej i przytłaczającej atmosfery, ale ten prześmiewczy ton, z nieukrywaną kpiną sprawia, że komunizm jawi się czytelnikowi nie jak osaczające, pozbawiające prawa do wolności zło, lecz jako idiotyczny twór zjedzony przez własną głupotę.
Może to te cechy sprawiły, że na podstawie książki już w latach 90. nakręcono film z Pieczką w roli ojca:) Bo Dzięki… to kawał humoru dla tych, co chcą (ja) lub umieją czytać miedzy wierszami:)






TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:





17 października 2014

...wpadł na pomysł, jak może uspokoić swój umysł. (s. 81)

Swoisty szał na punkcie kryminałów rodem ze Skandynawii trwa – i ma się dobrze, i nic nie wskazuje, że miałaby minąć. Sama mu uległam już jakiś czas temu – wystarczy przypomnieć o namiętnie oglądanych przeze mnie serialach: Komisarz Winter, Wallander, Forbrydelsen: The killing, Most nad Sundem, Z rubryki kryminalnej i górujące nad tym trzy części Millennium (wersja szwedzka). A teraz do tej zacnej grupy doszła pierwsza część fińskiej trylogii o ogólnym tytule Miasteczko Palokaski. Dziś o tomie 1. - Laura.


By ogólnie zarysować fabułę wystarczy powiedzieć, że pod koniec pewnego lata tytułowe miasteczko Palokaski (gdzieś w okolicach Helsinek) zamiast szykować się do nowego roku szkolnego, żyje tajemniczym zaginięciem nastoletniej Laury, która ostatniego wieczoru lata nie wróciła do domu z imprezy na plaży. I dorośli i dzieci, i policja, i nauczyciele, i przeciętni mieszkańcy snują przypuszczenia, co mogło się stać z Laurą, gdzie się podziała, co skłoniło ją do zniknięcia – bo ważne jest, że przez dłuższy okres czasu nawet policja nie chce wierzyć, że powszechnie lubiana i utalentowana Laura może nie żyć (przecież gwałtownie przeżywany okres buntu mógł być najwyżej powodem ucieczki z domu a nie przyczyną śmierci). W tak ponurym miasteczku zjawia się Miia – była policjantka, ekspert od Internetu, która z początkiem roku szkolnego ma rozpocząć pracę pedagoga w szkole Laury. Jej zawodowa przeszłość oraz fakt, że jest siostrą szkolnego psychologa, który dziwnie blisko związany był z zaginioną nastolatką nie ułatwiają jej pracy. Dodatkową przeszkodą jest policyjne skrzywienie, które każe Mii węszyć tam, gdzie powinien być raczej policjant, a nie nauczyciel. Takim sposobem odkrywa ona, że hasłem przewodnim życia mieszkańców zdaje się być: pilnuj swojego nosa, niech cię inni nie obchodzą, a wszystko będzie OK.
Czego na temat zaginionej dziewczyny dowie się Miia? Co ukrywa brat-psycholog? Kim w tej historii okaże się być Tiina – miejscowa bogaczka? Co nagle zniechęci Miię do nowo poznanego namiętnego kochanka? Czemu znajdzie się w polu zainteresowania majętnego marynarza? Są to niby niepowiązane ze sobą pytania, ale w finale okaże się, że całkiem uzasadnione.
Lura to typowy kryminał, który obok głównego wątku, wprowadza szereg pobocznych - detali wręcz - w mistrzowski sposób łączących się w całość. Pozwalają one czytelnikowi snuć własne przypuszczenia, prowadzić prywatne śledztwo i wskazywać swoich podejrzanych. Każdy element świata przedstawionego lub osobowości poszczególnych bohaterów ma fundamentalne wręcz znaczenie dla finału sprawy. Nie ma fabularnego drobiazgu, który nie miałby kontynuacji, lub nie miałby być rozwinięty w części kolejnej (mają być jeszcze dwie – Nora i Venla; już po lekturze tego tomu, sporo wiemy o bohaterkach następnych) – bo powracająca przeszłość Mii i jej brata, obraz wisiorka ich zaginionej siostry, czy biznesowa działalność Tiiny nie mogą być jedynie zapychaczem kolejnych rozdziałów. Już nawet banalny finał śledztwa sugeruje, że musi być coś więcej, musi być drugie – znacznie głębsze i mroczniejsze – dno. Bo przecież żadna – choćby skrajnie zbuntowana - nastolatka nie zmienia się bez powodu w kogoś zupełnie obcego. Choć poznajemy w Laurze finał tajemniczego zaginięcia, to wcale nie wiemy co tak naprawdę do niego doprowadziło.
Atmosfera książki – jak wszystkich jej podobnych – jest tajemnicza, mroczna i pewna niedomówień, trzyma w napięciu a skryte i nieraz poranione osobowości postaci nie czynią jej jaśniejszej. Każdy z bohaterów – choć całkiem nieźle zsocjalizowany – kryje coś przez bliskimi.
Powieść ta została porównana do Miasteczka Twin Peaks, ale dla mnie są tu przede wszystkim odwołania do Top of the lake. W obu przypadkach mamy duszne, zamknięte środowisko, w którym każdy o każdym coś wie, ale obcych, z zewnątrz nie wyjawi; mamy niby swoją - ale obcą, bo powracającą po latach do korzeni – policjantkę/speca od dzieci; jest też i podziemna działalność kilku wpływowych, do której najlepiej się nie wtrącać; i co najważniejsze: są też i dzieci – niby objęte opieką dorosłych, ale przez nich wykorzystywane oraz nierozumiane. Skoro zło w miasteczku z Top… zostało wykryte i zduszone należy mieć nadzieję, że to z Palokaski również spotka podobny los. Pora ze zniecierpliwieniem czekać na kolejne tomy.

***



15 października 2014

Naprawdę wielkie drobiazgi

Dziś się chwalę: kilkoma nowymi tytułami literackimi (otrzymane od wydawnictw i Matry oraz zakupione ) a na końcu postępy społeczne mojej Siostrzenicy - jej mini-zoo:)

Te tutaj są od wydawnictwa Literackiego - recenzja Muzy... już się ukazała, a Laury będzie na dniach.

Te są od Wydawnictwa AMBER - wszystkie już zrecenzowane a nawet skomentowane. Najwięcej Waszych emocji wzbudziła książka W niewoli... (nie powiem, mnie jej toksyczna treść do dziś prześladuje), a najbardziej pozytywnie przyjęliście jednak Księgrania... - pytania o możliwość odkupienia jej ode mnie naprawdę rozczuliły:)

 To są już moje zakupy - zanim dodarłam na narodowe wykupowanie książek w sieci sklepów na "B", znalazłam się w sklepie na "R" i tam upolowałam powyższe egzemplarze. Nie wiem kiedy do nich zasiądę, ale jako pierwszą wezmę do ręki biografię Millennium... - zauważyłam ją już jakiś czas temu ale cena w typowej księgarni przestraszyła (biorąc pod uwagę niewielką liczbę stron i tekstu - sporo miejsca zajmują zdjęcia).

A to już książkowa perełka wygrana u Marty - nie powiem, bonusy niesamowicie zaskoczyły - takich fikuśnych spinaczy do papieru jeszcze nigdzie nie spotkałam:):)

I pora na mój ukochany - i jedyny, jaki teraz czytam - magazyn:

A na końcu moja mała Siostrzenica - coś mi się wydaje, że zamiłowaniem do zwierząt dorówna cioci (czyli mi:)):



















Wczorajszej zabawie towarzyszyły prośby typu:
- Kiciu, nie drap.
- Kiciu, chodź do nas...

A dalszy etap spaceru urozmaicony został przez tego oto osobnika:
Jakby nigdy nic maszerował sobie wzdłuż fundamentu domu mojej mamy:) Nic sobie nie robił z wylegującego się w słońcu kota, przysypiającego psa i piszczącego dziecka:) Taka oto zagubiona myszka:)
Jesiennie wszystkich pozdrawiam:)!

13 października 2014

Co to znaczy BYĆ rodzicem?

Od kilku dni zastanawiam się jak zacząć i poprowadzić tę recenzję. Ale im dłużej o niej myślę, tym większą mam w głowie pustkę. I nie dlatego, że książka jest beznadziejna lecz dlatego, że jest tak wstrząsająca, smutna, straszna, a co najgorsze – napisana przez życie. Mam tu na myśli W niewoli ambicji.

 Chyba po raz pierwszy w życiu czytałam tekst, który napawałby mnie takim obrzydzeniem (!) do tego, co może wymyślić człowiek, jak wyrachowany może być w wymyślaniu tortur, jak pomysłowe mogą być psychiczne cięgi i jak wielkie może być jego okrucieństwo względem drugiego – zwłaszcza, że jest nim małe, bezbronne dziecko. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że nie każdy zasługuje na miano rodzica.
W swojej stosunkowo niedługiej autobiografii, napisanej - o dziwo! – suchym, rzeczowym, pozbawionym emocji językiem, opowiada Celine Raphael o kilkunastu latach tortur i kaźni, jakie wymyślał dla niej ojciec tylko po to, by uczynić z niej światowej sławy pianistkę. Już kilka z początkowych zdań: Mam dwa i pół roku (…). Przez drzwi (…) wtargnęło piekło, ukryte pod pozorami harmonii. (s.11) oraz: (…) ćwiczenia na pianinie najpierw przez pół godziny, potem przez godzinę dziennie. Mam dopiero trzy lata (…). (s. 14 – 15) daje do zrozumienia, że to historia gorzka i wstrząsająca. I taka rzeczywiście jest. Im dłużej poznajemy życie Celine, tym mocniej odczuwamy jej cierpienie, rozpacz, uległość, lęk, bierność i zniewolenie, jakie odczuwała względem ojca-tyrana. By zdyscyplinować dziecko, kopie je, głodzi, zamyka w piwnicy, bije, niszczy osobiste drobiazgi, goli do łysa głowę i każe zakładać łachmany (co jest szokujące biorąc pod uwagę, że jest on dyrektorem pewnej fabryki). Tekst aż roi się od słów typu:
(…) miałam wtedy cztery i pół roku (…) dostałam trzy razy pasem (…). (s. 19)
(…) pierwszy krajowy konkurs pianistyczny. Miałam wówczas siedem i pół roku (…). (s. 43)
Jeden cios pasem za każdą uwagę. Ojciec naliczył trzydzieści dwie uwagi, wstał i zdjął pas. (…) Słychać było tylko odgłos trzaskania pasem po moim ciele. (s. 47 - 48)
- Nawet pies jest lepiej traktowany ode mnie (…).
- Jesteś gorsza od psa. (s.72)
Będziesz zdychać ale cię dopadnę. (s.87)
Kiedy była w pierwszej klasie liceum ćwiczyła mniej więcej ponad czterdzieści pięć godzin tygodniowo (wszystko pod czujnym okiem zawziętego i patologicznie ambitnego ojca), do tego dochodziły cotygodniowe zajęcia z prywatnymi nauczycielami i bezustanne przygotowania do konkursów krajowych i międzynarodowych. Najtrudniejszym aktem oporu była decyzje o przestaniu przyjmowania posiłków. Celine popadła w anoreksję (Od września do lutego straciłam dziesięć kilo (…). (s. 99)), a jedyną rzeczą, którą faktycznie namiętnie jadła już później, jako studentka pierwszego roku medycyny, był mus jabłkowy przygotowywany jej przez matkę. Doprowadzona do ostateczności, chcąc uniknąć startowania w konkursie chopinowskim (finaliści skazani byli na międzynarodową karierę) zgłosiła przeciw ojcu oskarżenie, przedstawiła dokumenty z kilkunastu obdukcji na skutek czego rozpoczęła się wędrówka po sądach, ośrodkach interwencyjnych, domach dziecka, rodzinach zastępczych… Wyzwolona od ojca-tyrana i znienawidzonego pianina wpadła w trybiki bezdusznej machiny socjalnej, dla której była nie cierpiącym dzieckiem, a numerem sprawy.
Choć W niewoli… jest autobiografią cenionej dziś lekarki i obrończyni praw dziecka, zwiera w sobie również diagnozę współczesnego człowieczeństwa. I zadaję sobie pytanie: W którym miejscu jest granica szacunku do prywatności drugiego człowieka, a powinno się zacząć zainteresowanie nim, jego rodziną, sytuacją życiową? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale mała Celine nieraz wysyłała obcym znaki z prośbą o pomoc, a nikt nie zareagował. Nikogo nie dziwiła „dziwna” fryzura dziewczynki, czy poniżający ją strój, notoryczna nieobecność na zajęciach z wychowania fizycznego (jak tu pokazać posiniaczone ciało?). Nikt nie chciał (?), nie miał odwagi (?) zastanowić się dłużej nad tymi kwestiami. Z drugiej strony W niewoli… to też surowa ocena państwowości, systemu, który nie pomagał, a zbywał problem, który miast stosować zdecydowane kroki zaradcze, lub te rozwiązujące problem, zaspokajał się półśrodkami, zapominając o ludzkich uczuciach.
Lektury tej nie można ocenić, jak nie da się ocenić czyjegoś życia, problemów, wyborów. To nie lektura dla rozrywki, a wstrząsająca historia nieszczęśliwego dziecka. I jako taka zaległa kamieniem w mojej głowie.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ 

6 października 2014

Jesień

W tak słoneczny, ciepły i błogi pogodowo dzień nie pozostaje nic innego jak cieszyć się kolorami jesieni. Dziś tylko fotorelacja:) Zapraszam do mojego ogrodu i z wizytą do kilku jego mieszkańców:)




































5 października 2014

Muzą być...

Życie wielkich postaci, silnych osobowości, niebanalnych artystów zachwycało, zachwyca i nieraz jeszcze zachwycać będzie. Ale jest coś jeszcze poza zachwytem – ciekawość, jakie to życie naprawdę było, ile jest prawdy w tej czy tamtej plotce i legendzie oraz czy osoba faktycznie na wspomniany zachwyt zasługuje.
Nie inaczej sprawa się ma z Paulem Claudelem. Otrzymanie przeze mnie książki o nim zbiegło się w czasie z oglądnięciem filmu o jego siostrze Camilli. Kinowa wersja Paula i zdawkowe informacje wyczytane z aneksu książki już na wstępie ustosunkowały mnie negatywnie do tego francuskiego pisarza-polityka. Bo jak można pałać sympatią do kogoś, kto pozostaje głuchy na prośby siostry, wbrew sugestiom lekarzy trzyma ją w zamkniętym zakładzie dla obłąkanych, w między czasie wdaje się w romans z mężatką, a gdy zostaje przez nią porzucony – wchodzi w dziwny sojusz z jej mężem tylko po to, by kobietę „ukarać”? 

Ale sprawa nie jest wcale taka oczywista i jednoznaczna. Bo książka Muza Claudela dużo wyjaśnia ale nie wszystko.


W skrócie można powiedzieć, że jest to książka o tytułowym Paulu Claudel – jednym z większych, ale za życia niedocenionych w pełni pisarzy francuskich – jego burzliwym, co-nieco tajemniczym i owocnym związku z piękną i dystyngowaną pół-Polką, którą poznał podczas pewnej podróży z Europy do Chin. Jednak jest to zbyt wielkie uproszczenie. Bo książka Therese Mourlevat faktycznie opowiada o tym romansie, o ich córce, o losach Róży, o trudnych sytuacjach życiowych, w jakich raz za razem się znalazła, ale wątek ten zdaje się być kroplą w morzu – a morzem zdają się być te wszystkie liczne i jakże różnorodne osoby oraz sprawy, z którymi stykali się Róża Vetch (z domu Ścibor-Rylska) i Paul Claudel.
Są tam rodzice Polki – polski powstaniec i zamożna Angielka, których więcej dzieliło niż łączyło i nawet dzieci nie były w stanie zespolić rodziny, jest też pierwszy mąż, dla którego Róża była ładną ozdobą i narzędziem do powiększania rodziny i najlepiej było, by ta ładna ozdoba została w oddaleniu i zechciał siedzieć cicho (no, chyba, że chodziło o oczarowanie konsula – wtedy mogła zająć miejsce przy mężu, byleby jej obecność przyniosła efekty w postaci pomocy przy kolejnych jakże wątpliwych interesach), są też i dzieci Róży – zdaje się, że liczne, początkowo chciane, potomstwo wcale nie raduje jak powinno, jest tęsknota za ojcem-spiskowcem, polskim patriotą, są niekończące się problemy finansowe, wizyty komorników i kłopoty fundowane przez pierwszego męża, jest też i spora doza naiwności, kokieterii i potrzeby zainteresowania, jaką odczuwała samotna Róża. I taka niepewna czegokolwiek, skołatana, zaniedbywana i ignorowana kobieta pozwoliła sobie na romans z troskliwym, sumiennym i zdawałoby się słownym pisarzem, politykiem, konsulem, przedstawicielem Francji w dalekich Chinach – Paulem Claudelem. Nie ulega wątpliwości, że Paul dał jej tę namiastkę poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji, której mąż – wywiózłszy ją do dalekich Chin – nie zamierzał okazać.
Ale historia Róży i Paula to nie banalna powieść fabularna, nie ma tu kwestii: I żyli długo i szczęśliwie… Jest za to kwestia nieślubnego dziecka, jest silna, pełna burz, religijność Francuza, który nie szczędził kochance gorzkich słów o potępieniu (z drugiej strony „ciekawa” to sytuacji: zaraz po tym, jak Paul nie został przyjęty do zakonu, jak odmówiono mu wstępu do klasztoru, wdał się w dość burzliwy romans), jest też i odczuwana przez nią zdrada z jego strony, jak i potrzask, w którym się znalazła po opuszczeniu Chin. To chaotyczne życie Róży raz za razem schodziło ze znanych torów, by wejść na nowe: ślub, wyjazd z Europy, narodziny dzieci, opuszczenie Chin, rozwód, kolejny ślub, rozstanie z mężem, wojny, nieoczekiwane spotkania z Paulem – wydaje się, że w jej życiu nie było ani jednego spokojnego okresu, po jednej burzy przychodziła kolejna (choćby porwanie dzieci).  
Trudno dziś odpowiedzieć na pytanie, co było przyczyną wszystkich tych jakże tragicznych perypetii – styl wychowania, małżeństwa zawierane przy powierzchownej znajomości, niedomówienia i powierzchowność relacji, wyniosłość i duma, w jakich wychowywane były kobiety, przyzwyczajenie do wygód, przekonanie o niezaradności kobiet? Z dzisiejszej perspektywy - bez głębokiej znajomości ducha i nastrojów Europy oraz Azji przełomów wielu - trudno o jednoznaczną odpowiedz. Niemniej niejedna decyzja Róży wydaje się dość nieoczekiwana i kontrowersyjna, choć myślę, że można ją usprawiedliwić poczuciem zdrady, które pewnie nieraz jej towarzyszyło.
Ale Muza… nie jest tylko książką o burzliwej relacji pięknej Polki i utalentowanym pisarzu. To też książka o Europie końca XIX wieku i pierwszej połowie wieku XX, to też książka o Polsce, jako tajemniczym, trochę dzikim i dalekim kraju widzianym oczami Francuzów, o Azji - głównie Chinach - które pod koniec XIX wieku stanęły otworem dla Europejczyków, to wizja ich orientalizmu i egzotyki, to mini-historia kolonializmu, niewolnictwa, handlu herbatą, spółek handlowych, jak i Towarzystwa Przesyłek Morskich oraz Red Star, to też obraz dwóch wojen widzianych oczami kobiety, która poznała życie od przepychu po skrajną biedę. To też książka o tym, jak rodzi się pisarz. Bo fragmenty dramatów Claudela są ważny elementem narracji tej książki; stanowią podsumowanie, odwołanie do konkretnych wydarzeń/emocji, co każe zauważyć, że Róża faktycznie była inspiratorką twórczości Paula.
Poza warstwą językową, ciekawą, płynną opowieścią, którą czyta się jak świetną powieść fabularną, Muza… jest książką dobrze udokumentowaną. Już w Przedmowie autorka zaznaczyła: (…) pisałam wyłącznie o zdarzeniach, których autentyczność udało mi się potwierdzić (…). Jeśli coś przemilczałam, to dlatego, że nie mogę tego udowodnić. (s. 15) To znajomość z córką Róży i Paula, dostęp do rodzinnych pamiątek, dokumentów i wspomnień, pozwoliło uczynić tę pozycję bardzo wiarygodną i rzetelną, a ciekawi życia tych dwojga oraz twórczości Claudela mogą wspomóc się rozbudowanymi przypisami czy bibliografią.
                Choć Muza… niewątpliwie jest biografią, pozycją dokumentalną nie czyta się jej jak książki historycznej, gdzie nazwiska mieszają się z datami i wydarzeniami. To barwna książka o konkretnych, z krwi i kości ludziach, którym przyszło żyć w konkretnych realiach i konkretnej atmosferze XIX/XX wieku.




ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH: