31 października 2015

Co się działo....

pomiędzy ostatnimi wzmiankami o książkach? Całkiem sympatyczne wydarzenia. Po pierwsze: wciąż czytam. Różne książki - i podręczniki szkolne, i lektury szkolne (obecnie: etap Króla Edypa), jak i tytuły podesłane przez Zaprzyjaźnione Wydawnictwa. I pomimo napiętego kalendarza, wciąż książki gromadzę - bo zakładam, że starość mnie czeka długa, piękna i spokojna...:)
Ostatnio może i nie udało mi się wyjątkowo wiele książek pozyskać, ale grubość kilku z nich robi wrażenie:)
Oto książki kupione sobie i Mężowi (oczywiście "Stasiuki") w arosie:

Poniższe to efekt wizyt w kilku marketach i polowania na kioskowe dodatki:

A te z kolei to tytuły nadesłane przez Wydawnictwa ("Excentrycy" to wygrana w konkursie:)):
"Małe..." były opisywane tutaj, a "Narzeczona..." tutaj. Na tym zdjęciu brakuje "Opactwa..." oraz "Kalendarzy", które - pożyczone - wędrują od domu do domu:) Już wnet notatka o "Ścieżkach...", a zaraz później zasiądę do Pamuka - aż sama siebie pytam, czego tym razem dowiem się o Stambule (po moim pierwszym spotkaniu z inną książką autora, długo nie mogłam się otrząsnąć). 

Ale nie tylko książkami żyję - do pracy chodzić trzeba. I kiedy uporałyśmy się (polonistki-wychowawczynie) z obowiązkami biurokratycznymi, z powinnościami wychowawcy u początku roku szkolnego,a pierwszoklasiści stali się pełnoprawnymi uczniami szkoły, udaliśmy się na wycieczkę do Krakowa. Był to dzień długi i intensywny. Najpierw: warsztaty w Muzeum Archeologicznym (tajniki pisania na glinianych tabliczkach i ręczne wyrabianie biżuterii):
- piszemy




- a tu nawlekamy

















                                         

Później poszliśmy do kamienicy Szołayskich na wystawę "Szuflada Szymborskiej" (Trójka "robiła" o niej program) - o największych skarbach (w tym książkach - kupowanych, nie pisanych) i najważniejszych bibelotach Noblistki. Bardzo fajny pomysł, tylko mało miejsca i nasza dość spora grupa miała problem, by na spokojnie, bez ścisku wszystko sobie oglądnąć (więc i zdjęcia kiepskie:()











A później, już wieczorem, był spektakl w Teatrze im. Juliusza Słowackiego - "Arszenik i stare koronki".












Muszę przyznać, że dawno tak się nie uśmiałam, a młodzież wyszła wręcz zachwycona i już dwa dni później pytali, kiedy kolejny wyjazd z teatrem w roli głównej - bardzo mnie to podbudowało... I mimo późnego powrotu do domu, był to fantastyczny wyjazd, który odchorowałam jedynie niewielkim katarem:)
A na podsumowanie ostatniego tygodnia był jeszcze konkurs recytatorski poezji Wojtyły, z którego moje uczennice wróciły z dyplomami i niewielkimi upominkami pocieszenia, co je nie zniechęciło a utwierdziło w postanowieniu, że za rok znów się zgłoszą:)

Ot, takie moje dni... Praca oparta również na kontakcie z książką, czas wolny z książkami oraz dom zawalany książkami i papierami - moimi i Męża... I może dlatego B. już nie chce w nim spać i woli budę????

Do blogowego zobaczenia:)

4 komentarze:

  1. Świetne warsztaty, szkoda ze moja młodzież nie byłaby zainteresowana ;) zazdroszczę wycieczki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne książki!!!!!! A i warsztaty też.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zadie Smith i "Ścieżki północy" koniecznie muszę przeczytać. Fajne te warsztaty w muzeum, a i do teatru chętnie bym się wybrała. Na razie czekam aż pojawi się repertuar na przyszły rok, bo ogromnie chcę iść na "Evitę" do Teatru Muzycznego.

    OdpowiedzUsuń
  4. ścieżki Północy właśnie czytam - i mam to samo wydanie Quo vadis!: )


    P.S. Organizuję u siebie wymiankę świąteczną z akcentem książkowym. Będzie mi bardzo miło, jeśli dołączysz do zabawy. W tamtym roku było super! :)

    OdpowiedzUsuń