31 stycznia 2015

Czasem się jeszcze zakochuję!

         
Stambuł. Wspomnienia i miasto Orhana Pamuka to książka niezwykła!  Co rusz uświadamiam sobie własną niewiedzę z zakresu kultury tureckiej, tamtejszej literatury, obyczajowości, mentalności, a nawet problemów dnia codziennego. By lepiej wejść w klimat opisywanych miejsc, wychwycić ważne dla autora motywy i tematy, zaglądałam na różne strony internetowe, rozjaśniałam sobie niektóre fakty oraz informacje. I nieraz przyszło mi żałować, że czytany przeze mnie egzemplarz nie jest mój – bo gdyby taki był, mogłabym sobie pozwolić na zaznaczanie co ciekawszych i ważniejszych fragmentów, mogłabym poprzyklejać sobie „indeksiki”, a co najważniejsze: mogłabym do tej książki wracać i wracać. Bo warto! Nie tylko dlatego, że autor jest Noblistą, nie tylko dlatego, że „wszyscy” (a może tylko jaj mam takie wrażenie) go czytają i  wstyd (?) się przyznać, że ja nie, ale przede wszystkim, że to książka NIEZWYKŁA!  

        Niezwykły jest jej język – staranny, oszczędny w emocje, ale za to te emocje (głównie podziw i tęsknotę) przedstawiający; jest to też język miejscami wręcz poetycki, wysublimowany i daleki od kolokwialnego. Z jego pomocą autor prowadzi opowieści o mieście swojego życia, jego zasłużonych dziennikarzach, pisarzach, malarzach i poetach oraz o swoich w nim perypetiach. Ale nie jest to typowa opowieść  autobiograficzna, z której dowiadujemy się o kolejach życia Pamuka, o jego rodzinie, osiągnięciach i porażkach. Jak dla mnie to przede wszystkim książka o jego ukochanym mieście, którego on – Orhan Pamuk – jest jednym z ziarenek, jest jednym z licznych mieszkańców, tym, który miał ZASZCZYT w nim przeżyć to, co najważniejsze, co okazało się być fundamentalne i przełomowe. Stambuł opisywany tym delikatnym, wręcz gawędziarskim językiem, jest miastem bajecznym, a jednocześnie miastem pełnym kontrastów. To miasto – z jednej strony - skłaniające się w stronę nowoczesności, a  - z drugiej – wciąż jeszcze pełne śladów po dawnym Imperium osmańskim, tęsknocie za tamtym urokiem, potęgą, legendą i dawno ustalonym porządkiem społecznym. Nawet rodzina Pamuków – przez lata bardzo majętna, wykształcona i raczej o otwartych umysłach – żyje „… razem (jak wiele osmańskich rodów) w dużej, wzniesionej z kamienia rezydencji” (s.18), którą później zamieniono na kamienicę (gdzie znów żyli wspólnie – każda rodzina na osobnej kondygnacji). 
          Ciekawym zabiegiem jest odwrócony tok opowieści – zazwyczaj niuans, drobnostka z osobistego życia skłania autora do rozważań o naturze szerszej, uniwersalnej. Tu z kolei mamy inaczej – to temat ogólny odsyła do wątków rodzinnych: dzięki opowieściom o starych, podupadających osmańskich rezydencjach dowiadujemy się o odbywanych z matką spacerach po mieście, dzięki historiom o znaczeniu i roli Bosforu czytamy o rodzinnych tam wycieczkach, a skutkiem opowieści o Mellingu (było o nim poprzednim razem) staje się fakt, że wuj Pamuka wydał album z rycinami malarza… Przykłady można by mnożyć. Wniosek zawsze jest ten sam: nie autor i jego życie są najważniejsze, ale liczy się życie tego wielkiego oraz wciąż pulsującego miasta; choć o Orhanie i Pamukach jako rodzie dowiadujemy się sporo (nawet tego, gdzie autor pisał omawianą książkę) to najważniejszym bohaterem – według mnie – jest miasto i wspomnienia o jego przemianach, latach kolejnych potęg oraz upadków. 
          Kolejnym atutem z językiem w roli głównej – poza jego stylem, sposobem opowiadania i hierarchią dobieranych tematów – jest sama jego różnorodność. Bo nie można mówić o dawnym oriencie nie posługując się jego językiem.  Więc tu i ówdzie czytamy o paszach, wezyrach, sułtanach, szejkach, serajach, padyszach, derwiszach, janczarach i wiemy już, że jesteśmy w świecie „z tysiąca i jednej nocy”, a nie w urbanistycznym tworze, który ma swoje bolączki i potrzeby. 
           Stambuł Pamuka to miasto, w którym mogłabym się zakochać. Nie, to miasto w którym już się zakochałam i każdemu tego życzę! Taka przygoda mogłaby się nigdy nie kończyć! 

Wyzwanie 1.

Wyzwanie 2.

Ps – moje kolejne postanowienie na ten rok: Kupić Stambuł. Wspomnienia i miasto Orhana Pamuka:) 

29 stycznia 2015

Zwyczajne miejsca pełne "wysublimowanego piękna"

Lata  1763-1831 to okres życia pewnego malarza i architekta, który – mimo barwnego życia – jednak przede wszystkim  kojarzy się ze Stambułem. Jako rzeźbiarz i rysownik, a przede wszystkim przybysz z Europy centralnej, stał się jednym z najbardziej docenianych i rozchwytywanych artystów wśród wpływowych stambulczyków. Takim sposobem dla Hatice Sultan zaprojektował „(…) ogród w stylu europejskim z labiryntem róż, akacji i bzów (…) (s. 87), później: przypałacowy pawilon z neoklasyczną kolumnadą, letnią rezydencję Selima III, zajął się dekoratorstwem siedziby Haticy Sultan: „Kupował dla niej donice i kwiaty, przygotowywał ozdobne moskitiery, nadzorował wykonanie haftów na koronkowych chustach (…) (s. 88). W tych zażyłościach z wielkimi świata tureckiego pojawił się pewien wyłom i bohater nasz – z powodu zaglądającej biedy – postanowił  opuścić z rodziną Stambuł i wrócić do Europy. To wtedy wpadł na pomysł, by zebrać wszystkie swoje ryciny i wydać je razem jako jeden zbiór - świadectwo piękna i wyjątkowości świata tureckiego. Nie ulega wątpliwości, że – mimo dość oryginalnej tematyki – (…) krytycy zwrócili uwagę na jego mistrzostwo w odwzorowywaniu detali (s. 92). Tyczą się one strojów, architektury, urbanizacji miasta, życia codziennego mieszkańców (na obrazach występują np.: sprzedawca arbuzów, kobiety w haremie, mężczyzna odpoczywający na stołku, matki z dziećmi, handlarze, chłopak łowiący ryby, lub inny – prowadzący konia). I nikt z jego bohaterowi nie jest głównym, centralnym – tworzą oni zwartą grupę mieszkańców miasta, kreują jego swoistą atmosferę, urok i wyjątkowość, bo to miasto jest takie, a nie inne właśnie dzięki tym wszystkim ludziom. Ważne jest też, że: "Artysta patrzył na detale i materiały stosowane przez stambulczyków tak jak oni sami – nie dbał o egzotykę czy orientalny charakter swoich prac w sposób tak typowy dla innych malarzy i rysowników (…) punkt widzenia (…) to spojrzenie osoby będącej wewnątrz (…) tworzył on malarstwo szczere, ale utrzymane w europejskim klimacie. Artysta patrzył na miasto oczami satmbulczyka, ale uwieczniał ręka Europejczyka. (…) widział w nim (…) zwyczajne miejsce, pełne wysublimowanego piękna.” (s. 102 – 103)  
Tym wyjątkowym, tak wychwalanym i docenianym dziś twórcą był Antoine-Ignace Melling. I śmiem twierdzić, że mino swych artystycznych dokonań, dokładnego kunsztu i zmysłu obserwacji szerokiemu gronu jest zupełnie nieznany. A szkoda. 
Oto próbka jego prac:









Zdjęcia pochodzą kolejno ze stron (idąc od lewej):
- http://www.christies.com/lotfinder/prints-multiples/after-antoine-ignace-melling-vue-generale-de-constantinople-5480391-details.aspx
- http://en.wikipedia.org/wiki/Antoine_Ignace_Melling
- http://www.liveauctioneers.com/item/8127740
- http://www.teylersmuseum.nl/index.php?item=73&page=44&lang=nl.

Źródło cytatów:
O. Pamuk, Bosfor Mellinga, (w:) tegoż, Stambuł. Wspomnienia i miasto, Kraków 2008, s. 85 - 103. 

24 stycznia 2015

Nie potrafimy określić chwili, w której człowiek zaczął odczuwać potrzebę myślenia. (Hannah Arendt)

      
      O tym, że chcę ten film zobaczyć mówiłam już tu
      Kocham biografie, kocham historie o silnych, niebanalnych kobietach i kocham wyzwania intelektualne. A film Hannah Arendt jest nim. Nie ma dramatycznych zwrotów akcji, nie ma spektakularnych scen. Jedynymi technicznymi osobliwościami są: przybliżające i oddalające obraz ruchy kamer – skupiając się na twarzy bohaterki, mają podkreślić chwile, w których krystalizowały się jej poglądy  oraz retrospekcje do jej młodości, kiedy – będąc studentka Heideggera – uczyła się formułować filozoficzne poglądy i  sądy. Brak w filmie spektakularności, jest za to sporo intelektualnych wywodów i analiz. 
      Tytułową bohaterkę poznajemy już jako docenionego i zasłużonego naukowca, profesorkę i wykładowczynię filozofii na jednej z amerykańskich uczelni. Dowiedziawszy się o procesie Adolfa Eichmanna w Jerozolimie, jedzie do Izraela i postanawia zostać obserwatorką toczącej się tam rozprawy. Postawa, jaką zaprezentował ten nazista, jego tłumaczenia i uparta lojalność wobec nikczemnego prawa III Rzeszy oraz złożonej wcześniej przez siebie przysięgi każe Arend zauważyć, że do wybuchu II wojny światowej całe zło świata było wynikiem egoizmu, a zło jako takie, samo w sobie, czyste w swojej nikczemności – zło radykalne jak je nazwała – stało się efektem, wątpliwą zasługą wojny; więc tym, co na pewno zawdzięczamy wojnie jest zaistnienie zła radykalnego. Nie jestem historykiem, nie znam dokładnie myśli intelektualnej Arendt, ale w filmie tym jej naukowe rozważania przedstawione są bardzo rzeczowo i spójnie; nie są efektem chęci wytłumaczenia, usprawiedliwienia nikczemności zbrodniarza, a jedynie próbą wejścia w jego mechanizmy postępowania, tok myślenia. I jako główną przyczyną bestialstwa podaje brak umiejętności myślenia, oceniania, analizowania i weryfikowania własnego postępowania – według niej w ślepym wypełnianiu rozkazów Eichmann wyłączył instynkt myślenia, stał się biernym trybikiem w systemie nazistowskim. 
       Jak czytamy w powstałej później książce naukowej:
Niczym liść miotany podmuchami historii, przefrunął (...) w szeregi marszowych kolumn Tysiącletniej Rzeszy, która przetrwała dokładnie dwanaście lat i trzy miesiące. W każdym razie nie wstąpił do partii z przekonania, nigdy też nie zdołała go ona przekonać - ilekroć pytano go o powody tej decyzji, powtarzał zawsze te same, żenujące frazesy o traktacie wersalskim i bezrobociu. Jak powiedział przed sądem, polegało to raczej na tym, że "Partia jak gdyby połknęła go wbrew wszelkim oczekiwaniom i bez żadnej wcześniejszej decyzji. Stało się to nagle i bardzo szybko". Nie miał czasu, a tym bardziej szczerego zamiaru, żeby uzyskać odpowiednie informacje; nie znał nawet programu partii, nie czytał nigdy Mein Kampf. Kaltenbrunner zapytał go: "A może byś wstąpił do SS?", a on odpowiedział "Czemu nie?". Tak właśnie się to odbyło. W tej sprawie nie było prawie nic więcej do dodania. (H. Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, tłum. A. Szostkiewicz, Kraków 2010, s. 45.) 
            Obok wymienionych wyżej tez - w swoich procesowych raportach – wysuwała Arendt jeszcze inne (luźno mówiąc – o współodpowiedzialności niektórych grup żydowskich za masową zagładę ich obywateli). I one również stały się pretekstem do fali krytyki, pomówień, ataków (z próbą usunięcia jej z uczelni na czele) po utratę - zadawałoby się wcześniej - wiernych przyjaciół. Ale nigdy nie wycofała się ze swoich poglądów, a mechanizm powstawania i funkcjonowania zła interesował ją do końca życia. 
       Mnie ten film nie rozczarował. Osobiście uważam, że oddaje wybrany etap kształtowania się poglądów tytułowej bohaterki, istotę jej konfliktu z innymi grupami naukowymi i upór, z jakim wierzyła w efekt swoich analiz. A z drugiej strony widać w tym wszystkim jej ból i smutek, kiedy poszczególni znajomi się odsuwali, a ona pokazywała twarz zwykłej, zawiedzionej kobiety. 


A oto książka, która wywołała tę intelektualną burzę:




23 stycznia 2015

Niemy bohater powieści

          Wiadomo powszechnie, że podczas II wojny światowej celem nazistów było maksymalne wykorzystanie podbitych terenów i społeczeństw; podporządkowanie sobie wszystkich i wszystkiego pod względem terytorialnym i ekonomicznym; wysysali wszystkie soki i wszelką energię z podbitych narodów. Wystarczy wspomnieć o wysyłaniu na przymusowe roboty, obozach pracy, o Oświęcimiu i Brzezince, o Franku urzędującym – niczym jeden z monarchów - na Wawelu i propagandzie Gebbelsa. 
        Ale poza tym fizycznym i gospodarczym wyzyskiem był i kulturowy. Grabili działa sztuki, przywłaszczali, wywozili do III Rzeszy lub zatrzymywali na własność jako trofeum, zdobycz wojenną. Polska do dziś szuka wielu obrazów, co jakiś czas jakiś wraca do muzeum (jak słynna Żydówka z pomarańczami Gierymskiego, która w 2010 roku pojawiła się na jednej z licytacji), ale chcąc wierzyć pogłoskom to kropla w morzu zgub (spora ich lista tu). 
        Jednym z takich zaginionych artystycznych skarbów jest Portret Młodzieńca Rafaela Santi. Jak można przeczytać w źródle, dzieło (…) przedstawia siedzącego na tle gładkiej ściany mężczyznę, zwróconego w trzech czwartych w stronę widza. Z prawej strony płótna znajduje się okno, za którym rozciąga się pejzaż, a z lewej nakryty tkaniną stół, na którym wspiera swoją prawą rękę portretowany. Ubrany jest on w białą koszulę, na którą narzucone jest futro, podtrzymywane przez lewą dłoń. Na głowie ma czarną czapkę, spod której na ramiona opadają długie, brązowe włosy. Mężczyzna ma regularne rysy twarzy, prosty nos i ciemne oczy. Patrzy wprost na widza (źródło cytatu).Portret był częścią zbiorów Czartoryskich, którzy ostatecznie umieścili go w Muzeum w Krakowie (ul. Jana). Obraz zaginął 1945 roku i dziś znany jest jedynie z wykonanych przed wojną zdjęć. Właśnie wokół tego tematu – zaginięcia (kradzieży?), poszukiwań, snucia domysłów o miejsce pobytu obrazu – toczy się akcja Bezcennego.




         W ogólnym zarysie należy powiedzieć, że to opowieść o tym, jak grupa czterech niezwiązanych ze sobą, wybranych przez specjalistów i pobłogosławionych przez premiera RP osób jedzie na misję, której celem ma być odzyskanie (wszelkimi sposobami i za wszelką cenę) obrazu. Grupę tworzą: były komandos, mówiąca śmieszną polszczyzną nieokrzesana Szwedka-hakerka, najskuteczniejszy w kraju marszand i pracownica Ministerstwa Kultury. Ich droga po Młodzieńca prowadzi z Polski do USA, znów do Polski, i do Szwecji, i Chorwacji, i do Polski – a konkretniej do Zakopanego, w którym zaczęła się (wierząc powieści) akcja znikania obrazu. 
          Jak dla mnie ta akcja jest zbyt szybka, przypomina amerykańskie filmy szpiegowskie klasy b, czytelnik gna za bohaterami, jakby brał udział w wyścigu, a jedna scena jest mniej prawdopodobna od drugiej. Wszystko przypomina oglądany film akcji, a nie czytanie powieść o obrazie w roli głównej. Jest w niej sporo wydarzeń, które odstają od powszechnie znanej rzeczywistości – co nie znaczy, że są wyssane z palca, mnie po prostu jest trudno uwierzyć, że świat wielkiej polityki i międzynarodowych szarad wygląda właśnie tak, a nie inaczej (a może faktycznie tak jest – stąd te dyplomatyczne afery). Takim sposobem poszukiwanie cennego dzieła sztuki przypomina gangsterskie potyczki a nie dbanie o kondycję polskiej kultury. Również konstrukcja kilku postaci jest dość wątpliwa. Szwedka ma być skonstruowana na wzór Lisbeth Salander, a wychodzi jej blada i mało wiarygodna kopia. Z kolei Anatol jest super-hiper komandosem, który niczym Bond ratuje wszystkich z opresji, ale kłopot w tym, że przeciętny czytelnik nie ma raczej większego pojęcia o pracy polskiego wywiadu i służb specjalnych; ten rys jest dość mało przekonujący i mglisty, więc taki wywiadowczy jak ja laik może trochę błądzić. 
        Według mnie sporym walorem powieści jest język. Dosadny, szorstki, chwilami wręcz męski – jak świat żołnierzy, najemników  i komandosów; zdania czasami są krótkie, urywane, sekwencje wypadają narratorowi jak naboje z broni. Z kolei rozdziały i akapity o sztuce – szczególnie te wypowiadane przez Zosię, długie, monologizowane, z indywidualną, całkowicie odcinająca się narracją – są barwne, plastyczne, rozbudowane, szczegółowe, ale pełne profesjonalnego dystansu (czasem wręcz ironii) i obiektywizmu. Takim sposobem każdy z bohaterów mówi swoim językiem i zyskuje indywidualne rysy. Zosia – zakochana w sztuce, z cieniem osobistej niespełnionej miłości w pracy jest konkretna, cyniczna, uparta, perfekcyjna i nieugięta; Lisa – przykład mężczyzny w damskim przebraniu - bezpośrednia do bólu, pozbawiona instynktu dyplomacji i wyważenia, po polsku najlepiej umie kląć; Karol – pedantyczny, pompatyczny gość, który w swoim fachu nie ma sobie równych i sztukę negocjacji opanował do perfekcji; Anatol – szorstki, konkretny, chętny do działania, do którego bardziej przemawia słowo na „k” niż zwykłe „proszę”. Choć to skrajnie różne osobowości, w działaniu doskonale się dopełniają i współpraca wychodzi im na medal. 
       Bezcenny to też książka, z której czytelnik dowiaduje się tego-i-owego z zakresu historii malarstwa (szczególnie o impresjonistach), również o kulturze w czasie wojny, czy o technice ustalania prawdziwości dzieł sztuki. Na jej kartach pojawiają się autentyczni pasjonaci sztuki i jej teoretycy – jak słynny Karol Estreicher (z TYCH Estreicherów:)), którego Historię sztuki w zarysie uwielbiam!, a który podczas wojny i po niej katalogował, szukał i sprowadzał do kraju zrabowane dzieła sztuki (słynne jest jego zdjęcie na Dworcu Głównym w Krakowie, kiedy pokazywał odzyskana Damę z gronostajem), oprócz niego pojawia się finansista i miłośnik sztuki Henryk Aszkenazy, Hans Frank i jego bliski współpracownik - Wilhelm Ernst von Palezieux. Już te nazwiska każą przyjąć do wiadomości, że z autentycznymi sytuacjami akcję książki łączy nie tylko figura obrazu, ale i sporo wydarzeń. 
         Choć od przeczytania tej książki minęły już prawie dwa tygodnie wciąż mam mieszane na jej temat uczucia. Są tu motywy, które mnie do niej przekonują – skrót z zakresu historii malarstwa, informacje o losach polskich zabytków kultury podczas i po wojnie, dzieje powstania gigantycznej kolekcji sztuki rodu Czartoryskich, możliwość podglądnięcia pracowników Ministerstwa Kultury, uczynienie głównym bohaterem obraz, który spaja i rozwija akcję, a który – wiadomo – przez grubo ponad 400 stron nie wypowiada ani zdania, ciekawy są i język, narracja pełna retrospekcji z elementami opowieści szkatułkowej. Ale jest i sporo tego, co mnie zniechęca – głównie te chwyty rodem z filmu sensacyjnego i powieści szpiegowskiej z płatnymi najemnikami w roli głównej. Uczciwie powiem, że Bezcennego należy przeczytać i samemu wyrobić sobie zdanie o tej powieści. 

A oto główny bohater powieści:


I kilka drugoplanowych bohaterów:




I charyzmatyczny Estreicher na krakowskim dworcu (w mundurze, trzymający Damę...):


Zdjęcia pochodzą kolejno ze stron:
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Portret_m%C5%82odzie%C5%84ca
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Impresja,_wsch%C3%B3d_s%C5%82o%C5%84ca
- http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Aniadanie_na_trawie
- http://obrazy.org/obraz-claude_monet_kobieta_z_parasolka_i_dzieckiem-417.html
- http://www.wykop.pl/wpis/9240654/dworzec-glowny-w-krakowie-30-kwietnia-1946-karol-e/

Wyzwanie 2.

22 stycznia 2015

Oto Ona!

Już kilka razy mówiłam, że nie wyobrażam sobie mojego czytania literatury bez Poświatowskiej - nauczyła mnie szacunku do słowa poezji, wysublimowanego języka liryki i prozy poetyckiej, a przede wyrzyskim szacunku do ukochanego i wiecznie niespełnionego życia; do tego życia, które jej się wymykało i którego nieustannie była głodna.
Oto moja Poświatowska (tekst jest fragmentem artykułu: M. Groń, Filozofia życia Wilhelma Diltheya a poezja Haliny Poświatowskiej, (w:) Filozofia w literaturze, literatura w filozofii, pod red. A. Iskra-Paczkowskiej, S. Gałkowskiego, M. Stanisza, Rzeszów 2013, s. 203 - 219.):

(...) w jej przypadku nie można mówić o Poświatowskiej-filozofie, Poświatowskiej-poetce i Poświatowskiej-kobiecie – w jej przypadku te trzy role stanowią jedno, tworząc po prostu Halinę Poświatowską.
Urodzona się w Częstochowie w 1935 (na chrzcie otrzymała imię Helena, oficjalnie zamienione na Halina dopiero w 1961 roku), córka Stanisławy i Feliksa Myga w 1945 zachorowała na zapalenie stawów i wsierdzia czego konsekwencją była wada serca. Od 1949 znajdowała się pod opieką prof. Juliana Aleksandrowicza - pracownika krakowskiej Kliniki Chorób Wewnętrznych.
Lata 1953 – 1956 były okresem bogatym w wydarzenia: w sanatorium poznała studenta Łódzkiej Szkoły Filmowej i malarza Adolfa Poświatowskiego, wiosną 1954 została jego żoną, jako uczennica Korespondencyjnego Liceum Ogólnokształcącego przygotowywała się do matury, a parę miesięcy po odebraniu świadectwa dojrzałości otrzymała informację, że w Krakowie zmarł nagle Adolf Poświatowski.  
Rok 1956 to również rok debiutu literackiego Haliny Poświatowskiej - redakcja „Gazety Częstochowskiej” opublikowała Szczęście i Człowiek z Annapurny.
Od tego momentu jej życie rozszczepiło się jakby na dwie, integralnie złączone ze sobą części. Jedna była określana i organizowana przez chorobę, wciąż pogarszający się stan zdrowia i ograniczenia z tego powodu wypływające, a druga przez owocną, nabierającą tempa działalność poetycką. Niemniej zawsze – od najmłodszych lat po wiek dojrzały – cechą charakterystyczną Poświatowskiej był jej głód wiedzy, potrzeba obcowania z książką, pragnienie - choćby z książek – poznania tego świata, który przez chorobę stał się niedostępny i obcy, z którego została wykluczona. Wśród pozycji przez nią czytanych były dzieła między innymi Goethego, Schillera, Norwida, Słowackiego, Gajcego, Grochowiaka, Herberta, Różewicza, Tuwima, Miłosza, Szekspira, Woolf i wielu innych. Z kolei z klasyków filozofii intrygowali ją: Platon, Arystoteles, Kant, Kierkegaard, Russell, Wittgenstein – choć nazwiska te nie wyczerpują całej listy jej lektur. Wspomniana ciekawość świata i ludzi towarzyszyła jej aż do śmierci; zdawać by się mogło, że nigdy nie miała poczucia, że wie już wystarczająco dużo.
Wydanie debiutanckiego tomiku (Hymn bałwochwalczy, 1958) zbiegło się w czasie z wyjazdem do Stanów Zjednoczonych (Filadelfia) na pomyślnie przeprowadzoną operację serca (asysta: dr Leszek Deresz). Większość starań, aby projekt ten doprowadzić do skutku, podjął dr Aleksandrowicz przy znacznej pomocy Polonii Amerykańskiej a o efektach operacji informowało Radio Wolna Europa.
Mimo sprzeciwu literatów mieszkających w Stanach, postanowiła zostać w Ameryce i rozpocząć tam studia. To początek najbardziej aktywnego okresu w życiu Poświatowskiej. Przepełniają go staranie o przyjęcie na studia i przyznanie stypendium, nauka języka angielskiego oraz przyspieszone kursy naukowe na Smith College. To w tym okresie poznała czym jest prawdziwe życie – życie przeżywane świadomie i właściwie bez ograniczeń, przepełnione zawieraniem nowych znajomości (od których w jakimś sensie była uzależniona – można pokusić się o stwierdzenie, że wciąż była spragniona nowych osób, kolejnych rozmów, światów przez te osoby pokazywanych) i obcowania ze sztuką. Po raz pierwszy w życiu poczuła Poświatowska jak to można tak zwyczajnie, po ludzku robić co się chce: odwiedzać muzeum w Nowym Jorku, oglądać nocą nigdy nie zasypiające miasto czy choćby spacerować po Manhattanie.
Po spędzeniu dwóch lat w Stanach wróciła do Polski. Tu też żyła aktywnie, realizując plany naukowe i literackie. Rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym UJ, została przyjęta w poczet członków Związku Literatów Polskich, zamieszkała w krakowskim Domu Literatów, tłumaczyła na polski poezję hiszpańską, opublikowała reportaż o Ameryce - Notatnik amerykański i kolejny tomik wierszy - dzień dzisiejszy, a w 1964 objęła posadę asystentki w Katedrze Filozofii Nauk Przyrodniczych na Wydziale Filozoficzno-Historycznym UJ. W tym samym okresie przygotowywała się do doktoratu na temat etycznego wymiaru nauczania Martina Luthera Kinga. Tempo pracy, ilość obowiązków, różnorakie zainteresowania i zmęczenie negatywnie odbiły się na jej zdrowiu – wada serca po raz kolejny dała o sobie znać. Mimo to starała się nie zwalniać tempa: prowadziła ćwiczenia ze studentami, wyjechała na stypendium do Paryża, publikowała opowiadania, kolejny tomik (Oda do rąk – 1966), autobiograficzną Opowieść dla przyjaciela.
Jednak w październiku 1967 musiała poddać się drugiej operacji serca (tym razem w Warszawie).
Tydzień po zabiegu - w wieku 32 lat umarła. Pochowana została w rodzinnej Częstochowie.
Już po śmierci ukazał się jej ostatni tomik – jeszcze jedno wspomnienie – zredagowany przez siostrę poetki - Małgorzatę Potocką i Jana Zycha.[1]
Już z tej skrótowej biografii można wywnioskować, jaki stosunek do życia miała Halina Poświatowska. Patrząc na tempo jej życia, na obowiązki na siebie nałożone, projekty naukowe, których się podjęła, a także spis przyjaciół, których nie chciała zaniedbywać, jawi się Poświatowska obowiązkowa i odpowiedzialna. Jest to też Poświatowska, próbująca nadrobić stracony czas, która chce doświadczyć każdego aspektu życia – to, co wcześniej uniemożliwiła jej choroba oraz to, co niemożliwe mogłoby stać się w przyszłości. Z drugiej strony boleśnie odczuwała to swoiste piętno choroby, odsunięty w czasie wyrok śmierci – przez najmniejszą chwilę nie zdołała o niej zapomnieć.


[1] Szczegóły z życia Haliny Poświatowskiej zawierają między innymi następujące publikacje: G. Borkowska, nierozważna i nieromantyczna. O Halinie Poświatowskiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001; K. Karaskiewicz, Halina Poświatowska w zwierciadle swej kobiecości, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2008; J. Marx, Kaskaderzy literatury, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1990; M. Przyzwan, ja minę ty miniesz… Wspomnienia o Halinie Poświatowskiej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008; M. Szułczyńska, „Nie popełniłam zdrady…”. Rzecz o Halinie Poświatowskiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990. Niemniej najpełniejszy obraz poetki zawarty jest w jej autobiograficznych tekstach: H. Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998; H. Poświatowska, Opowieść dla przyjaciela, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996. Ciekawe informacje można tez znaleźć w częstochowskim Domu Poezji - Muzeum Haliny Poświatowskiej – otwarte w 2007 roku przy współpracy z Bratem Poetki – Zbigniewem Mygą.   

***

Jestem z upływającej wody
z liści które drżą
trącane dźwiękiem wiatru
przelatującego pośpiesznie

jestem z wieczoru
który nie chce usnąć
patrzy uparcie
głodnymi oczyma gwiazd

noc - poprzez niebieskie żyły
w każdym włóknie ciała
w końcach palców
pulsuje namiętnym niespełnionym

jestem ochrypłym głosem
milczącym głucho
nade mną dni
o wielkich pustych skrzydłach
mijają...


***

rozcinam pomarańczę bólu 
połową bólu karmię twoje usta 
głodni tak dzielą chleb 
spragnieni wodę 

uboga jestem - mam tylko ciało 
usta ściągnięte tęsknotą 
ręce - jesienne liście 
wyglądające odlotu 

rozcinam pomarańczę bólu 
sprawiedliwie na pół 
gorzkim ziarnem karmię twoje usta

(zdjęcia pochodzą ze strony: http://www.twojewiadomosci.com.pl/content/boska-halina-po%C5%9Bwiatowska-w-45-rocznic%C4%99-%C5%9Bmierci-wybitnej-poetki

18 stycznia 2015

Codzienność...

Pomimo zawodowego zabiegania, które owocuje zadowoleniem i sporą dozą satysfakcji jest mi strasznie, przeogromnie przykro, że tak bardzo zaniedbuję Wasze blogi – nie czytam regularnie, nie jestem na bieżąco z wpisami, nowinkami, konkursami i nie zostawiam po sobie najmniejszego śladu (choćby dziś dopiero zauważyłam te super zmiany wizualne u Kasi Meres). A o swój blog to już totalnie przestałam się troszczyć. Niestety… Poza drobnymi i sporadycznymi wpisami niewiele się tam niestety dzieje… Ale to, że nie mam czasu o niego dbać, dopieszczać, prowadzić systematycznie nie znaczy, że nic literackiego się u mnie nie dzieje… Bo przecież się dzieje… Przeczytałam Papuszę, przeczytałam Bezcennego, poszłam na spotkanie DKK, by zweryfikować swoje o nim sądy – i subiektywne sądy o autorze, czytam Stambuł Pamuka i oczywiście kupuję (przy cierpliwym milczeniu P.) książki… Były dla Siostry, później dla uczestników konkursu, no i te dla mnie… Oto one… Na początek te z Muzy:


Ta pierwsza od góry - o górach:) - własność P.:) Reszta - moje... Najcenniejszą z nich - ci, którzy choć  trochę regularnie mnie tu podglądają na pewno już wiedzą - jest Dziennik... Bułhakowów! W pewnym momencie naprawdę przestałam wierzyć, że mogę je mieć... A tu taka niespodzianka!!
Kolejna kupka jest już dużo mniejsza - efekt przecen w sklepie na "e":


Pierwsza od dołu - kupiona w ciemno, bo spodobał się tytuł, okładka i opis; czas pokaże czy zakup był trafiony. Środkowa - pod wpływem fali popularności, a pierwsza od góry - bo spodobała się szata graficzna (wiem, może się okazać, że kiepski to doradca!).
A ostatnia kupka to taki spontaniczny zakup; żadna z tych książek nie kosztowała nawet 8 zł.:)


Mam nadzieję, że powoli wejdę w nowy harmonogram pracy, poukładam sobie rytm dni na tyle, by móc wreszcie regularnie czytać, pisać, poznawać Wasze historie i niczego nie zaniedbać...
I nie chcę, by się okazało, że to słowa bez pokrycia...

14 stycznia 2015

Właśnie sobie przypominam…

… dlaczego kiedyś tak bardzo lubiłam opowiadania Schulza. 
Za jego niejednoznaczności, za szaleńczy bieg po miejscach i przestrzeniach, za zacieranie się granic między realnością a widzeniami, między rzeczywistością a majakami; za to, że świat znany okazuje się wcale nie tak dobrze znany, a oczywistość nie jest oczywistością. To proza, gdzie nic nie jest normalne i oswojone, lecz wszystko jest niecodzienne i niezwykłe. Kiedyś musiałam się naprawdę zmusić, by dostrzec ten oniryzm, tę magię rzeczy zwyczajnie niezwykłych. Dziś to widzę jak na dłoni. Więc mamy scenę w teatrze. Ot, banał – ojciec zapomniał dokumentów, więc zwinny i operatywny syn-narrator musi wrócić po nie do domu. I tu zaczyna się wielka przygoda odkrywania nieodkrytego – jak się okazuje – miasta. Chłopiec pokonuje kolejne metry ulicy, która staje się pogmatwanym labiryntem.  Wprost z niej trafia w plątaninę sklepów, a z nich do szkoły, w której dyrektorski salon kończy się na targu, jakby nie miał granic ścian i nie krył intymności mieszkańców; a targ zahacza o postój dorożki, która dość szybko staje się chwilowo własnością młodego wędrowca i wywozi go za miasto, gdzie ranny (jakim sposobem? kiedy?) koń zamienia się w leśnego konika i znika, a zafascynowany chłopiec spotyka na przedmieściach kolegów, którzy nocną porą – pojawili się nie wiadomo kiedy oraz skąd – idą do szkoły. I mamy tu te szchulzowskie zmiany miejsc i perspektyw, zacierania się granic, mieszania się realności z sennością, wizyjności z autentycznością; ten świat realny z magicznym, ni to wyśnionym, ni wymyślonym, ni podyktowanym wyobraźnią  (dziecka?). 
Zachęcam, by wejść w ten świat bajki – nie-bajki:) 

A poniżej pokazuję moje (prawie takie stare jak ja:)) wydanie Sklepów... (niestety nie ma już okładek - już takie stało się moją własnością:)) i kilka grafik z nimi związanych. Bo Schulz był i dobrym rysownikiem!


(adres zdjęcia: http://www.bazarek.pl/produkt/2067294/schulz-bruno-sklepy-cynamonowe-oraz-sanatorium-pod-klepsydra.html)

BRUNO SCHULZ: "SPOTKANIE" [RYSUNEK OŁÓWKIEM]
(adres zdjęcia i podpisu: http://literat.ug.edu.pl/~literat/shulz/index.htm)



WYZWANIA:

6 stycznia 2015

Święte symbole starożytności odsłaniają istotę człowieczeństwa. (s. 7)

Nie raz jeden dałam tu wyraz memu upodobaniu do symboli, do treści ukrytych poznawanych przeze mnie książek, oglądanych filmów; uważam, że cały czas żyjemy w przestrzeni wielce zsyblolizowanej, zakodowanej i warto czasem się zatrzymać, by głębiej wejść w utarte zachowania, reakcje i postawy; niejednokrotnie powielamy pewne (nawet banalne, oczywiste) rytuały, nie zdając sobie sprawy z tego, co tak naprawdę się pod nimi kryje.
Póki co posiadam trzy Słowniki symboli: Cirlota (była o nim mowa tu), Słownik wiedzy biblijnej (choć nazwa tego nie sugeruje, tłumaczenie biblijnych symboli i naszpikowanego nimi języka Pisma Świętego stanowi sporą jego część) oraz Święte symbole. Dziś właśnie o tej pozycji.


Jest to niesamowita książka - nawet jej kształt taki jest (to pozycja mała, kwadratowa i gruba:)!). 
Podzielono ją na trzy części: Ludy (Egipt, Celtowie, Rdzenne ludy Ameryki oraz Majowie), Religie (Buddyzm, Taoizm, Chrześcijaństwo) oraz Misteria. 
Poza ogólnymi informacjami z zakresu historii, geografii, kultury i uwarunkowań społecznych danych okręgów (wraz z mapami) każda część opisuje zjawiska powszechnie znane jak i te zupełnie dla mnie nowe. Dla porównania: wiedziałam, jak starożytnie Egipcjanie traktowali wodę, sokoła, kobrę czy interpretowali ankh, ale zupełną nowością jest dla mnie odbieranie pawiana czy tłumaczenia słowa "ba" (ono samo było mi nieznane, a co dopiero jego interpretacja!). Podobnie ma się sprawa z Celtami  (nie wiedziałam, że rzeczy podręczne jak hełm mogą mieć znaczenie głębsze niż "obronność") i Majami (osobiście poznałam znaczenie Błazna, kukurydzy i krwi w ich religii). Nawet jeśli chodzi o chrześcijaństwo okazało się, że nie wszystko znam - a przecież od najwcześniejszego dzieciństwa mam z nim do czynienia. Taką nową figurą jest klucz. Pocieszeniem dla nie możne być fakt, że nie ma w tej książce części, w której całkowicie bym się nie orientowała, nie miała o czymś zielonego pojęcia. Najmniej wiem o taoizmie a najwięcej (poza chrześcijaństwem) o buddyzmie i mandali. Pozycja ta nie jest obszerna, nie jest kwintesencją wiedzy na jakiś temat, daje ogólne rozeznanie w temacie (symboliki przestrzeni ludzkiej, jej kształtowania i funkcjonowania oraz w tłumaczeniu poszczególnych znaków w konkretnych kulturach i religiach) ale również doskonałą podpowiedzią i wskazówką, gdzie szukać szczegółowych analiz. Pomóc w tym może rozbudowana bibliografia  - jak zasadnicza część książki podzielona na części).  
Ale poza tymi typowo naukowymi opracowaniami i wyjaśnieniami ogromnym atutem publikacji jest szata graficzna - mnóstwo zdjęć, reprodukcje najstarszych grafik i obrazów, prezentacja świętych przedmiotów oraz rycin obrzędów pomagają samemu odnieść się do naukowego dyskursu.
Oto kilka z nich (kiepskie, bo kiepskie dziś światło, ale może choć trochę oddadzą istotę rzeczy):






Uważam, że jest to jedna z takich pozycji, które warto posiadać - nawet jeśli nie jest się pasjonatem semiologii:)

Wyzwanie 2.

Wyzwanie 3.

Nowe Wyzwanie

3 stycznia 2015

WYNIKI KONKURSU

Kochani, dziś krótko i na temat.

Debiut w ogłoszeniu konkursu okołoliterackiego mam już za sobą. I Wy ładnie też debiutowaliście jako jego uczestnicy. Choć odpowiedzi nie było jakoś szalenie dużo, maiłam niemały problem, by wybrać zwycięzców. Ale udało się….


Takim sposobem jedna z trzech książek trafi do:
Rity – za przypomnienie, że małe i pozornie prozaiczne marzenia mogą być wielkie a nawet szalone, a posiadanie własnej stabilizacji w tym obłędnie szybkim świcie może być aktem odwagi; do Niej powędruje Gdybyś mnie teraz zobaczył;
Kwiatusi – bo się okazuje, że nawet osiągnięcie wytyczonego sobie samemu celu może być wyczynem i wyzwaniem (ja w Ciebie wierzę, kiedyś na pewni Ci się uda:)); Ona otrzymuje Siedem kobiet (oglądałaś film? bo ja jeszcze nie:()
Edyty Dka – bo Jej życzenie było dla mnie trochę tajemnicze, i by je zrozumieć musiałam się „dokształcić” (może jestem ignorantką, ale po raz pierwszy spotkałam się ze słowem „maiko”); tym samym wiem, że Edyta poczyniła już „naukowe” i teoretyczne przygotowania, by kiedyś marzenie wprowadzić w czyn; i za to otrzymuje Uciekiniera


Zwyciężczynie proszę o meila (najpóźniej 9.01.2015) z adresem korespondencyjnym (na terenie Polski) a ja w tym miejscu zobowiązuję się, że przesyłki (książki z dodatkami-niespodziankami) wyślę najpóźniej 10.01.2015 roku.

Gratuluję! Nie tylko książek (których ja sama nie czytałam!) ale odwagi w mówieniu o własnych pasjach i nieustannego snucia marzeń!

Wszystkich Was pozdrawiam!

2 stycznia 2015

Starzy znajomi w nowej odsłonie

W mojej dotychczasowej „karierze” czytelniczej rzadko kiedy spotkał mnie „książkowy” zawód. Może „mam nosa” do wybierania pozycji, może słucham dobrych doradców, może już mam tak wyrobiony gust, że „w ciemno” mogę utrafić coś, co zaciekawi, a nawet zachwyci. I nawet w obowiązującej (w czasie mojej kariery uczniowskiej) liście szkolnych lektur było sporo tytułów, które wyostrzyły mój zmysł czytelniczy (a zazwyczaj omija się to, co nakazane).

I Lalka Prusa należy do tego typu szkolnych „perełek”. Choć długa – nigdy nie nudziła; choć obszerna – nigdy nie zgubiłam się w gąszczu postaci i wątków; choć bogata w szczegóły – nigdy nie wydala mi się zbyt drobiazgowa i sztucznie „naciągana”. W moich oczach zawsze była perfekcyjnie wiarygodna, dopracowana, tak prawdopodobna, że aż prawdziwa a zawarty w niej obraz Warszawy wydawał się magiczny niczym Londyn Dickensa:) I oto teraz wpadła mi w ręce kontynuacja tego dzieła.

 Autor - Roman Praszyński (Red Vonnegut): prozaik, dramatopisarz, muzyk i autor tekstów piosenek - pokusił się o postawienie obszernej odpowiedzi na pojawiające się w głowie niejednego czytelnika pytanie: Co było dalej? Co stało się z plejadą tych wszystkich postaci – od służących i subiektów zaczynając, kończąc na hrabiach? I takim sposobem na kartach Córki Wokulskiego spotykamy konspiratora-rewolucjonistę, oszustkę i awanturnicę, kieszonkowca, kanciarza, który nie bał się poddać w dalekiej Afryce operacji zmiany twarzy, właścicielkę popularnej w Warszawie kawiarni, aktorkę śniącą o sławie Modrzejewskiej... Ale jest i kamienica – i to  nie byle jaka: mieszka w niej sam Prus, który, wyzierając z okna swojego pokoju, mógł podglądać dozorcę-Stacha (!!) i pewną – nie stroniącą od awantur - (jak i w Lalce) baronową. Nie powiem – zabieg ten mi się naprawdę spodobał. Uczynienie twórcę pierwowzoru bohaterem kontynuacji, próba pokazania go od tej strony „codziennej” – jako autora nie tylko powieści, ale i artykułów prasowych – to wielce pomysłowy pomysł:) I Córka… nie jest powieścią ściśle obyczajową, w której poznajemy różne stany społeczne i majątkowe (bo te przecież znamy z Lalki), ale to też – obok dalszej historii doskonale znanych postaci – tekst z elementami powieści szpiegowskiej i awanturniczej (pora zmieść z tego świata cara-tyrana), to też swego rodzaju obraz ówczesnych stosunków polsko-rosyjskich (bo przecież w powieści Prusa okrutny i bezduszny zaborca jest niemy, jest jedynie bardzo odległym echem, nie drażniącym już czyichkolwiek uszu), które tutaj pokazują pełną gamę swego okrucieństwa, tyranii, nikczemności i bezduszności. W Córce… próbowano pokazać w sposób spójny i pełny zwyczajne życie szarych warszawiaków przez dziesiątki lat sterowanych nikczemną ręką władzy carskiej - czy obraz ten jest słuszny i wiarygodny należałoby zapytać historyka. Ale ta książka nie jest powieścią stawiającą diagnozę wszelkim bolączkom Polski XIX wieku, nie jest tylko opowieścią o Polakach tamtego wieku, nie jest też tylko opowiedzianą literackim językiem historią Polski i Rosji (choć wzmianek o ważnych wydarzeniach z ówczesnej historii Europy jest niemało). I nie ma w niej patosu, pompatycznego mówienia o trudnej historii czy mitologizacji przeszłości, według mnie nie ma też demitologizacji – jest po prostu opowiadanie o zwykłych ludziach, którzy żyli w zwykłych – ale i rudnych – dla siebie czasach. Jak dla mnie to książka o młodych ludziach, którzy próbują zmieniać świat. O ówczesnych marzycielach, kreacjonistach-rewolucjonistach, awanturnikach i artystach, którzy próbowali nie zwariować w tym szarym oraz wręcz trudnym zaborczym świecie. Bo - jak zauważyła Natalia – skoro nie można naprawić losu świata, można poprawić los choćby zwierząt w zoo (i wypuściła je na wolność:)).
Autorowi udało się przypomnieć czytelnikom kim dla Prusa byli na przykład Krzeszowscy, Łęccy, Rzecki, Wokulski, Stawska – i wielu innych. Ale nie udało mu się wpisać w manierę językową autora Lalki. Ta pisana jest językiem starannym, wyważonym, kunsztownym – salonowym wręcz. W Córce… natomiast nie brak języka potocznego, wulgarnego, rubasznego czy dosadnego nawet. Jej bulwarowi bohaterowie posługują się jak najbardziej bulwarowym językiem i nie stronią również od takiegoż zachowania. Nie jest to moja ulubiona maniera (może jestem staroświecka, ale lubię, jak wulgaryzmy zostają w przestrzeni wulgaryzmów, a literatura uczy ogłady i wysublimowania językowego) i rozumiem, że prostak nie może być elokwentny czy pełen ogłady, ale w kilku sytuacjach te brutalizmy aż rażą i wydają mi się niepotrzebne. Co po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że klasykę powinno się pozostawić w klasyce i nie czynić z nią tego, na co nie zdecydował się autor.
Dlatego, jeśli ktoś chce poznać jedną z odpowiedzi na pytanie: Co stało się z pozostałymi bohaterami Lalki?, jeśli ciekawi ich stolica obserwowana przez przeciętnych jej mieszkańców, ciekawi ich wizja Rosjan w Warszawie pod zaborami i nie obawia się brutalnego niejednokrotnie języka narracji może pokusić się o niejedno zimowe popołudnie z Córką Wokulskiego.   

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ AUTOROWI (www.romanpraszynski.blogspot.com)

Wyzwanie 2.


Wyzwanie 3.