23 lutego 2015

Ból miał swój rytm, jak obiecywano. (s. 201)

        Różne domowe kąty różne książki zamieszkują  - a to kupione sobie niedawno lub dawniej, a to pożyczone (od kogoś lub z biblioteki przyniesione), a to potrzebne do pracy (jednej czy drugiej), a to podesłane przez wydawnictwo (to i tamto), a ja miast zając się powyższymi (z którejkolwiek kupki), dziękując Mężowi za walentynkowy prezent, wsadziłam w niego (prezent) oczy i… przepadłam! Książka zawładnęła mną, osaczyła, sobą otoczyła i nie wypuściła z objęć dopóki jej nie skończyłam. Spotkanie było urocze i czułe; uczta estetyczna i intelektualna przednia. I tak zaskakująca, że do dziś trudno mi się otrząsnąć.

     Nieważkość Fiedorczuk niby jest historią jakich wiele: o trzech koleżankach ze szkolnej ławki, które – pochodząc z różnych środowisk – mają odpowiednie starty w życie dorosłe, a i ono okazuje się już z góry właściwie rozpisane, bo przecież zawsze coś nas determinuje, określa, motywuje i najczęściej podążamy w znane sobie rejony. Zuza – utalentowana plastycznie córka profesora robi karierę w branży reklamowej, Helena – oddana rodzinie córka, matka i żona wbrew pozorom czuje się dobrze w swojej roli, a Ewa – córka alkoholiczki (choć zamieszkała w Warszawie) wybrała życie swojej matki. I jak widać właściwie tylko szkolny epizod łączy te trzy kobiety - różne środowiska, różne ich naleciałości i różne losy. 
       Pomimo tych częstych i popularnych w literaturze dla kobiet fabularnych oczywistości Nieważkość nie jest typową, opartą tylko na ciekawie skonstruowanej intrydze babską powieścią. Bo i spektakularnej intrygi w niej nie ma, a powieść operująca fragmentarycznością, retrospekcją, różnymi perspektywami narracji, monologami wewnętrznymi, długimi, bogatymi w szczegóły wspomnieniami, stosująca listy i nakładanie się złudzeń oraz intuicji bohaterów na warstwę rzeczywistą fabuły nie może być po prostu, tylko i wyłącznie typową historią o kobietach i dla kobiet. Ale też i długo nie umiałam znaleźć jej serca, punktu centralnego, które nadaje głębszy sens powieści. 
          Okazała się nim być figura bólu. I to nie ważne, czy chodzi o ból macierzyństwa, porodu, choroby, śmierci, czy ból ubóstwa materialnego i duchowego, ból zawiedzionej miłości, poczucia winy, rozczarowania, niezrozumienia, odrzucenia, zepchnięcia na margines rodziny i społeczeństwa, ból konfliktów i niespełnionych ambicji. Chodzi o ból jakikolwiek, o ból w ogóle oraz to, co pod nim człowiek skrywa, jakim się z nim staje. Bo tak się stało, że zdominował on losy bohaterów; występując w różnych konstelacjach i układach, zogniskował wokół siebie wszystkie przejawy oraz aspekty życia. Dla Tokarczuk kluczem do tej powieści jest dojrzewanie i jego niekończące się pogłębianie. Dla mnie jest nim umiejętność przyjmowania bólu i rozprawianie się z nim. I w tej perspektywie późniejsza wolność – od choroby, osamotnienia, podporządkowania, cudzych aspiracji, czy własnego poniżenia – staje się wyzwoleniem w wymiarze prawie że totalnym. 
         W takim kontekście nie dziwi nawet motto powieści – fragment z Ewangelii o całonocnym połowie. Bo w kontekście fabuły nie ważne, czy zawodowo łowi się talenty czy prywatnie różne, nawet skrajne, doświadczenia – ważne, że połów jest skuteczny i przynosi spektakularny efekt. Biblijnym rybakiem może się stać każdy – wystarczy, że będzie miał odwagę łowić: doświadczenia, emocje, relacje interpersonalne, dar stawiania czoła sytuacjom niesionym przez prąd życia.  Kompozycyjnie Nieważkość pełna jest pęknięć i rys, jest szorstka, fragmentaryczna i porozrywana. Czytelnik wchodzi w jakiś motyw czy wątek, oswaja się z nim, wczytuje w treść a narrator niespodziewanie kieruje go na inne tory, w inną problematykę i przestrzeń. Takie zabiegi wymagają skupienia, uwagi i ostrożności w ewentualnym ferowaniu przedwczesnych sądów. 
       Ci, którzy lubią analizować czytane teksty, którzy lubią się zastanowić, co w nim widzą, co on im daje, co mówi o świecie i jego konstrukcji, o nas samych z Nieważkością mogą spędzić przemiłe chwile. Ale ci, którzy lubią spektakularną akcję, sensacje i napięcie, lub choćby nawet dynamizm fabuły mogą się wynudzić. Bo powieść ta to przede wszystkim próba odpowiedzenia na pytanie co ludzie w sobie skrywają.


Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.empik.com/niewazkosc-fiedorczuk-julia,p1103906367,ksiazka-p?gclid=Cj0KEQiAvKunBRCfsum9z6fu_5IBEiQAu4lg4tWBJkqcYY3H9fawRP9qxw44ejY1wyd68P9x5xBl7msaApYs8P8HAQ


KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU

22 lutego 2015

Lekcja

Tak sobie myślę, że w tym szybkim, zabieganym i poplątanym świecie warto umieć się zatrzymać, nabrać w płuca powietrza i zastanowić się, gdzie jestem i w którą stronę warto iść… Tak sobie myślę: zatrzymać się – to wielka sztuka… Więc dziś, na zakończenie tej słonecznej (na południu Polski) niedzieli króciutkie opowiadanie ze strony 24 maleńkiej książeczki P. d’Aubrigy Ślady. Może jeszcze się nadarzy okazja, by pokazać tu inne. 

21 lutego 2015

Serce panu tutaj pęknie albo zmieni się w kamień. Pański wybór. (s. 130)

Nigdy nie ukrywałam, że ze wszystkich książek świata najbardziej lubię i cenię literaturę faktu: reportaże i biografie. Tuż za nimi jest tzw. literatura piękna/ współczesna już klasyka – przede wszystkim nobliści (Munro, Saramago, Marquez, Iiosa, Morrison) lub ci, którzy – ku mojej radości (nawet po śmierci) - mogliby nimi być (Tokarczuk, Myśliwski, Wassmo, Woolf, Kafka, Eco). I dopiero po tej wyliczance jest miejsce na literaturę „odpoczynku”. Tu zdecydowanie rządzą dobrze rozpisane, mroczne, poplątane, trzymające w napięciu i nawet przy finale nieoczywiste kryminały. A pojawiająca się na horyzoncie możliwość przeczytania opartego na faktach kryminału (czyli dwa w jednym:)), którego akcja rozgrywa się w XVIII-wiecznym Londynie okazała się niemałą pokusą:)  I się skusiłam.



Diabeł z więzienia dłużników to książka sporych rozmiarów (prawie 450 stron, ubogie marginesy, interlinia 1, więc nie ma tu nic z oszukiwania). Już wstępna nota historyczna rzeczowo (ale nie nudnie) wprowadza w Londyn 1727 roku oraz historię ówczesnego więziennictwa i czynniki sprzyjające jego rozwojowi. Takim sposobem dowiadujemy się czym było więzienie Marshalsa, kto go zamieszkiwał, jaki panował rytm dnia a nawet pory posiłków. Doskonałym uzupełnieniem są rozdziały Tło historyczne i Wybrana bibliografia. To z nich poznajemy skrócone biogramy kilkunastu autentycznych bohaterów książki (kierownicy więzienia, urzędnicy państwowi, właściciele tawern), przebieg więziennego buntu, zorganizowanego po nim procesu, dostajemy też spis licznych tekstów źródłowych, stanowiących faktograficzną podstawę książki. Obok tego pokazano w książce szczegółowo i dokładnie jeszcze całe tło historyczno-kulturowe: topografiię Londynu, kulinaria, modę, porachunki uliczne, realia półświatka. I dokładność tych przedstawień, detale z jakimi pokazano Londyn połowy XVIII wieku wchłaniają czytelnika i pozwalają mu być tam – razem z tymi wszystkimi postaciami i ich czarnym światem. By nie być gołosłowną – oto choć jeden tego przykład: Kiedy zobaczyłem jakość stroju, który mi zaproponował, z chęcią skorzystałem: świetnie skrojony czarny żakiet z parą pasujących do niego spodenek, znacznie bardziej eleganckich niż stary frak (…); świeża para białych jedwabnych pończoch; dobre buty ze sprzączkami lśniącymi jak zwierciadło i niebiesko jedwabny pas, wyszywany srebrna nicią. (s. 174) To te naukowe badania autorki, drobiazgowość opisu świata przedstawionego sprawiły, że powieściowy Londyn jest wiarygodny, bohaterowie wpisują się w historyczne realia, nie odstają od nich nawet pod względem upodobań czy codziennych problemów. Ale Diabeł… nie jest pozycją naukową z zakresu historii miasta czy kulturoznawstwa. To przede wszystkim kryminał, z niemałą ilością zagadek od stron pierwszych (jak pojawienie się tajemniczej grupy ulicznych rabusiów). W samym ich środku jest Tom Hawkins, którego głównym życiowym problemem jest talent do popadania w kolejne kłopoty. Kształcony na proboszcza niemałej parafii, od umartwiania się i dawania przykładu innym wolał folgowanie cielesnym potrzebom, hazard, alkohol i życie na cudzy rachunek. Jak się okazało, to prosta droga do oddziału dla dżentelmenów więzienia Marshalsa. A tam – poza pozorną kulturą – jest świat innych praw, zasad bez zasad i tyrańskich rządów naczelnika, który każdą chwilę uważa za godną przelania czyjejś krwi (nie ważne czy karnie osadzonego dziecka czy słaniającego się z głodu i chorób biedaka). Choć nie, rządzi tam jedna zasada: przeżyją ci, którzy mają pieniądze (sic! w miejscu dla dłużników!) i potrafią się dzięki nim odpowiednio układać. A Tom pieniędzy nie ma i z nieba mu raczej nie spadają. Ale ma „szczęście” – przed przydziałem do celi z umierającym kompanem „ratuje” go tytułowy diabeł, a wolność może sobie wykupić rozwiązując sprawę pewnego morderstwa. Może i nic trudnego, a jednak w więzieniu zamieszkałym przez skazańców, strażników, nadzorcę z rodziną;  w więzieniu, na terenie którego działa tawerna, kawiarnia, burdel, kaplica i zakład fryzjerski (prowadzony przez jednego z więźniów) podejrzanych (i powodów) pojawia się niemało – zważywszy, że we wszystko „zamieszana jest” niemała suma pieniędzy. Tom nie ma nic do stracenia. I zamieszkuje z „diabłem”, szuka mordercy, coraz dokładniej wchodzi w więzienne realia, nie broniąc się przed wyłaniającą się możliwością romansu. Z tym, że w realiach zimnego, bezdusznego i surowego więzienia nie ma prawa on się rozwinąć. Ale to nie te surowe więzienne prawa przerażają, a dzikie rządy naczelnika, który zamiast sprawować sprawiedliwą i zgodną z przepisami pieczę raz za razem daje upust swoim zapędom: (…) tu więźniowie nadal byli zamknięci w oddziałach. Trzysta dusz ściśniętych po trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt na noc w celi, podduszonych, głodujących, oddychających własnymi wyziewami. (s. 223) Ostatniego lata na trzy dni przykuli człowieka łańcuchem do trupa w karcerze, bo ośmielił się sprzeciwić Actonowi. Widziałem go, kiedy go wyciągnęli. Zdjęli mu łańcuchy, ale to niczego nie zmieniło. Nadal czuł trupa na swojej skórze. Wydrapał w ramieniu dziurę wielkości kurzego jaja. Powiedział, że próbuje wydłubać dotknięcie trupa. (s. 242 - 243)
Jak widać Diabeł… to niebanalny kryminał, skrupulatnie dopracowany pod względem wiarygodności historycznej, kulturowej a nawet społecznej. Jest w nim i ciekawa (autentyczna – z buntem więziennym na czele) intryga i koloryt starego Londynu, a tym, co fabularnie może zawieść  to naiwność bohatera u początku powieści (taki stary wyjadacz z niego a nie umiał przewidzieć, że nocny spacer z pełną sakiewką dobrze skończyć się nie może) czy zbyt szybka odpowiedź na pytanie o personalia tytułowego diabła. Mam nadzieję, że ci, którzy się skuszą nie pożałują czasu z tą powieścią.  


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ



KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU

13 lutego 2015

Kochankowie wszech czasów – wybór spontaniczny i subiektywny

Poniżej – za konkursowym hasłem Edyty – podaję moje typy na niepodważalne wzory par i kochanków, którzy idealnie realizują model miłości po wsze czasy; w spisie są bohaterowie z tytułów okrzykniętych już klasyką literacką i tacy z nowszych tekstów. To zaczynamy:
·       




  •              Klasyka literacka:

  • - Tristan i Izolda – za miłość, do której każdy dąży, której każdy pragnie i poszukuje;
    - Petrarka i Laura – za miłość, której nikt nie widział, a każdy zazdrości;
    - Romeo i Julia – za miłość niezaprzeczalną i niepodważalną;
    - Wokulski – za miłość ślepą, bezwarunkową, wbrew sądom i ufną jak dziecko;
        - Karenina i Wroński – za miłość, która nie mogła się dobrze     skończyć;
        - Heathcliff i Katarzyna Linton, z domu Earnshaw – za miłość, która
        może zabić samą sobą i której nie wolno zostawić;
       - Pan Darcy i panna Bennet – za miłość pewną i trwałą;
       - Sonia i Raskolnikow – za miłość, która przebacza;
       - Kmicic i Oleńka – za miłość, która uzdrawia;
       - Mistrz i Małgorzata – za miłość, która pozwala oddać dusze diabłu;
       - Margot i Larac de la More – za miłość, która nie słucha religii ani    polityki;
       - Aragorn i Arwena – za miłość, która pokonuje czas i przestrzeń,    której niestraszne wojny i podziały;
    - Rhett i Scarlett – za miłość nawet w czasie burzy i naporu.
                  Literatura bliższa dniu dzisiejszemu:
    - Robert K. i Francesca J. – za siłę rezygnacji, by nie stać się kim się nie jest; za słowa: (…) nie ma już dwóch oddzielnych istot, jest tylko jedna, stworzona przez nas dwoje.
     - Jakub i Ewa – za wskazanie drogi do miłości, która może zabić (się);
    - Ralph i Meggie – za miłość wbrew prawu;
    - Florentino i Fermina – za miłość silniejszą niż śmierć;
                                                         - Blanca i Pedro – za miłość, która scala i nawraca na właściwą drogę.

    O kim zapomniałam? Jakiego tytułu nie uwzględniłam? Na pewno niejeden mógłby się tu jeszcze pojawić:) Przecież w literaturze tyle namiętnej i gorącej miłości jest:)...

    Zdjęcia pochodzą ze stron:
    http://dzieje-tristana-i-izoldy.klp.pl/
    http://members.upcpoczta.pl/z.ryznar3/haplife/literat/proza-wl/zbrod-kara.htm
    http://bookhaven.stanford.edu/2013/07/a-birthday-card-for-petrarch-his-deepest-torments-are-shockingly-foreign/

    A oto konkursowy banerek Edyty: 

    12 lutego 2015

    Moje odkrywanie

    Wczoraj opowiedziałam Zaginam Rogi o mojej – wynikającej głównie z uprzedzeń i nieznajomości tematu – awersji do literatury grozy. Horrory to nie dla mnie. Historie o wilkołakach, zombie, półludziach i potworach nie mieszczą się w moich preferencjach literackich. Ale nie dlatego, że pozbawiam ich kunsztu, walorów artystycznych i uważam, że stoją znacznie niżej od innych gatunków. Po prostu zahaczają o taką sferę, której nie jest w stanie ogarnąć mój intelekt i całkiem się z nim kłócą. No, powiedzmy sobie szczerze – jestem zbyt ograniczona, żeby je pojąć i przyjąć za interesujące. Ale… - i to też powiedziałam Rogom – od każdej reguły musi być wyjątek. I ja też taki poczyniłam. Skuszona Martą MK, Śniącym i Bukiem poszłam do biblioteki po opowiadania… E. A. Poe!

    I sobie je przyniosłam. I zaczęłam od dość obszernej (jak na wprowadzający rys) biografii… I z każdą jej kolejną stroną moje zdumienie rosło coraz bardziej! Szkic Kopalińskiego z wydanego w 1986 roku tomu jest dziś zapewne dość patetyczny i może niepełny, ale mi – laikowi! – daje dość jasny obraz Poego jako osoby i pisarza. Nie powiem, życie miał ciężkie (oddany przez ubogą matkę do – dziś pewnie tak to się nazywa – przysposobienia/adopcji, nielubiany przez ojczyma służył w wojsku, często się przeprowadzał, w poszukiwaniu lepiej płatnej zmieniał ciągle pracę, opiekował się chorowitą i słabą żoną, jeszcze po śmierci doświadczył zdrady ze strony starego przyjaciela – późniejszego wykonawcę testamentu) ale sam chętnie popadał w kłopoty (upodobanie do alkoholu, wybuchowy charakter, kłótliwość, dosadność i szyderstwo w pisywanych przez siebie recenzjach literackich, niespokojny i porywczy duch, który nakazywał mu rzucać pracę, kiedy ta zaczynała przymościć wymierne efekty (ale z drugiej strony ocierała się o nudę i monotonię) – można by wymieniać niemało). Ale to, na co przede wszystkim zwróciłam uwagę to ten parszywy pech, którego doświadczał: obiecana praca na niego nie czekałam (a on jechał po nią na drugi koniec Stanów), ojczym nie reagował na kolejny błagalny list, wydawcy nie płacili za wydane utwory, obiecana publikacja nie następowała, krytycy i czytelnicy pozostawali obojętni na jego teksty… A nawet ja – totalny laik  - muszę przyznać, że to nie był byle-jaki, pierwszy lepszy gryzipiórek… Skoro Poe wywarł wrażenie na dziesiątkach późniejszych pisarzy musi być „coś” w jego tekstach – i to nie małe coś. Za Kopalińskim naprawdę sądzę, że to taki amerykański Norwid – niedoceniony, a po śmierci wywyższony. Baudelaire, Gaboriau, Doyle, Stevenson, Verne, Rimbaud, Huysmans, Mallarme, Miriam, Lange, Leśmian – oto początkowa grupka wielbicieli Poego. Więc skąd ta amerykańska niechęć do pisarza? Może po prostu połowa XIX wieku w USA była okresem zbyt prozaicznym, zbyt zaściankowym, by otworzyć się na literackie wizje pisarza? Jak zauważył Baudelaire: (…) Stany Zjednoczone były dla Poego tylko wielkim więzieniem, które przebiegał, gnany gorączkowym niepokojem istoty stworzonej do oddychania powietrzem wonniejszego świata (…) jego życie wewnętrzne, duchowe – poety czy też nawet pijaka – było tylko nieustannym dążeniem do uniknięcia wpływu tej odrażającej atmosfery. (s. 18) Co nie zmienia faktu, że umiał się przed nią bronić, dla literatury potrafił stanąć ponad nią i sprawić, że: Jego spuścizna literacka obejmuje około pięćdziesięciu wierszy - z nich kilkanaście ma wartość nieprzemijającą – sześćdziesiąt siedem opowiadań, z których przeszło połowa ostała się stuletniej próbie czasu i zdumiewa oryginalnością i siłą fantazji, pomimo bezliku naśladowców. (s. 17)
    I ja mam ambicję choć troszkę wejść w świat opowiadań Edgara Allana Poe. Oto wyzwanie na najbliższe tygodnie. I to NA PEWNO – jeśli o mnie chodzi – wybór nieoczywisty:). 

    Źródło zdjęcia: http://www.britannica.com/EBchecked/topic/465839/Edgar-Allan-Poe. 

    4 lutego 2015

    Zaściankowość

    Już jestem w stanie uwierzyć, że istnieje typ literatury – po poznaniu którego – zarzekamy się, że już nigdy, prze-nigdy, nigdy więcej - do niego nie wrócimy, a… wracamy. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo ostatnio – pewnie przez chorobowe opary – przeżyłam taki powrót do Gretkowskiej. I jak przy czytaniu Światowidza czułam się zaskoczona narracją, tak przy Transie czułam się zszokowana, zniesmaczona a nawet zbulwersowana. I jakoś mam w nosie, że mogę być posądzona o zaściankowość, drobnomieszczańskość, prowincjonalność i małomiasteczkowość. Chyba po raz pierwszy nie jest mi wstyd, że jakiejś literatury nie jestem w stanie przyjąć. 
         I wcale nie mam tu na myśli uszczypliwego, kąśliwego języka autorki – który mimo wszystko - świadczy o jej błyskotliwości, erudycji i spostrzegawczości; jej uwagi i konstatacje – czasem mogą zadziwiać – ale jednak dowodzą lotności oraz talentu literackiego. Bo – uważam – że dobrze trzeba znać wagę i znaczenia słów, by sformułować frazy jak te przykładowe:
    Płyniemy po coraz gorętszym oceanie wolności na krach pozostałych z rozpuszczonego lodowca tradycji. (s.67)
    Też zadzieram nosa, pretendując do bycia wierną katoliczką i dziewczyną poszukującą instynktownie prawdy o sobie. Prawdy o erotycznej naturze małpy przebranej za człowieka. (s. 67) 
    Podciągał rolety z okna. Podnosił kurtynę dnia. (s. 71) 
    Ita pogrążyła się w swoim tiku nerwicowego poruszania wszystkimi palcami. Uderzała nimi powietrze. Coraz dalej od siebie, poszerzając nieistniejącą klawiaturę rzeczywistości. (s. 78)
          Czego nie jestem w stanie przyjąć to powszechne bluzganie po tym, co wydaje się trwałe, stabilizujące, fundamentalne i uczłowieczające: religii, więzach rodzinnych i lojalności. Przełknę nazywanie Kościół sektą, papieża gościem w sukience, a księży wykastrowanymi eunuchami – wiadomo, to ludzie, a jako grupa społeczna mają niemało za uszami i nie trzeba ich powszechnie uwielbiać, ale nazywanie Polski gnojnikiem, jak i scena, kiedy bohaterka – w imię zbliżenia się do świętej miłości – umieszcza sobie hostię w pochwie przekreśla moje wszelkie pozytywne uczucia do tekstu. I nie przejmę się, jeśli ktoś mi powie, że nie zrozumiałam przesłania oraz idei. Wcale już nie mam ochoty zrozumieć o co autorce chodziło. Może trzeba mieć dystans – ale ja go tu przyjąć nie mogę.
           I już mnie nawet nie interesuje na ile historia bohaterki – młodej fascynatki filozofii i socjologii, która (po wyjeździe do Paryża) wdaje się w huczny, destrukcyjny i patologiczny wręcz romans ze sławnym i docenionym reżyserem -  wyrosła na doświadczeniach autorki. Nawet nie mam ochoty być szpiegiem. Nie powiem, Gretkowska wplata w fabułę ciekawe dywagacje na temat kabały, figury Marii Magdaleny, malarstwa Fridy Kahlo, przemian społecznych po ‘89 roku, są i aluzje do filmów Polańskiego oraz wojny w byłej Jugosławii, z kolei poszczególne etapy patologicznego romansu opowiedziano z werwą i płynnością, ale giną one w tych kontrowersjach.
          A ja po raz kolejny autorce mówię: Nie.
          I wcale mi nie wstyd. Może nie zrozumiałam przesłania tej powieści, może pod tymi "szokami" kryje się przestroga i ostrzegawczy - wysyłany kobietom - apel, ale ja nawet nie mam ochoty tak głęboko sięgać.
          Choć uważam, że warto poznać i ten nurt w polskim pisarstwie. Bo nasza literatura to nie tylko patriotyczne hasła Sienkiewiczów i Mickiewiczów, baśniowo oniryczne kreacje Leśmianów czy ckliwości Rodziewiczównej, ale i pełne kontrowersji teksty Gretkowskiej. 

    Zdjęcie pochodzi ze strony: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/98324/trans.
    Cytaty: M. Gretkowska, Trans, Warszawa 2011.
    Wyzwanie 1.