31 marca 2015

Książkowo

Dziś wreszcie prezentacje, które pokazać powinnam już raczej dawno temu... Idzie - mam nadzieję:) - kolejna "dostawa", a ubiegła nie zaprezentowana. Oto ona:

książki od zaprzyjaźnionych Wydawnictw;
wszystkie przeczytane i omówione; recenzji można szukać w archiwum:)

prezenty od Męża
(Nieważkość przeczytana i pokochana, a Wszystko... czeka na lżejsze czasy - niestety):


zakupione w M.M. 
(P. za głośnikami, a ja za literaturą:)): 

dodatki do różnych magazynów
(nie wszystkie będę gromadzić, ale kilka na pewno):

zakupy na aros.pl
najpierw moje:

...teraz Męża
(Stasiuka chcę Mu całego skompletować - a dopiero 2 tytuły posiadamy):

podarunek od "zaprzyjaźnionego" Autora 
(w środku dedykacja:))

i wygrana u Edyty:

Jest jeszcze kupka "extra", ale nie mogę zaprezentować, bo to prezent dla Kogoś i nie chcę niczego przedwcześnie zdradzić:) 
Chciałabym te moje "zdobycze" pokazać  wszystkie razem, ale też nie mogę - część z nich wędruje po innych domach i cieszy oczy czytelników:)

A na koniec - moje nowe miejsce do czytania: ta-dam! Radość dziecka normalnie:)! 

I wcale nie mam stu lat - taki fotel był marzeniem odkąd wyrosłam z konika na biegunach:):) 

Wszystkich Was pozdrawiam! 

28 marca 2015

Sielskie miasteczko przestaje być sielskie, pod gładką taflą spokojnego jeziora czają się oślizgłe potwory. (s. 77)

Trwająca - przede wszystkim na terenach Polski południowo-wschodniej (wschód od Rzeszowa i Lublina) - mniej więcej od kwietnia do lipca 1947 roku akcja „Wisła” miała na celu dwa zadania: militarne - rozbicie struktur Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz przesiedleńcze - usunięcie wybranych grup ludnościowych (np. Ukraińców, Łemków) i rodzin mieszanych polsko-ukraińskich; wysiedlenia te miały się odbyć głównie na Ziemie Odzyskane. „Szacuje się, iż w wyniku akcji wojskowej rozbito siły UPA w liczbie 1500 ludzi oraz uwięziono 2 900 aktywnych lub domniemanych członków OUN, a przesiedlenia objęły ponad 140 tysięcy osób cywilnych. (…) w dalszym ciągu budzi liczne kontrowersje i jest różnie interpretowana przez historyków, z których część twierdzi, że jej głównym zadaniem nie było zniszczenie UPA – wskazują oni m.in. na fakt, iż objęła ona również obszary, gdzie UPA w ogóle nie działała”. W wyniku tej akcji opustoszało wiele miast, miasteczek i wsi, lub zostały one zajęte przez ludność rdzennie polską. Takim sposobem wiele zabytków kulturowych i sakralnych ludności prawosławnej zaczęło niszczeć i popadło w ruinę – wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcie:









      Kilkadziesiąt lat później fikcyjna młoda dziennikarka – główna bohaterka powieści Dante na tropie – zjawia się w raczej małym miasteczku Solcu, na jego obrzeżach kupuje podupadający dworek z wielkim i zaniedbanym ogrodem, inwestuje majątek (skąd ma tyle pieniędzy?) w gruntowny remont domu oraz obejścia, w celu oswojenia całkiem sympatycznej samotności kupuje wyżła weimarskiego, daje mu wdzięczne imię „Dante” i ślepa na wścibskie oraz pytające spojrzenia obcych, nie zamierza się z nikim zaznajamiać. Gdyby nie sympatyczny ogrodnik Tomasz, który przypadkiem staje się i jej ogrodnikiem oraz bezpośrednia rehabilitantka Magda pewnie zapomniałaby, jak należy posługiwać się językiem. Bo późniejsza praca w miejskiej bibliotece nie dostarcza zbyt wielu ku temu okazji. Po dwóch latach rytmu: dom-ogród-spacer z psem-biblioteka-niezobowiązujące pogaduchy z Tomaszem i Magdą, w życiu Anny Drozd następuje wyrwa. Podczas jednego z tych długich i męczących (Annę, bo Dante jest nie do zdarcia) spacerów pies przynosi w pysku makabryczne znalezisko: ludzki palec ze zniekształconym paznokciem. Oniemiała, zszokowana i pełna obrzydzenia Anna biegnie z doniesieniem na komisariat policji, tam składa zeznania, a później wskazuje funkcjonariuszom miejsce dokonania „znaleziska”. Tylko, że zamiast palca policja znajduje w krzakach zwłoki – i to samego ogrodnika Tomasza.
      I akcja powieści jest już zawiązana. Annę ogarnia pasja „węszenia” (nauczyła się tego chyba od psa), szperania, dociekania i (mając w pamięci znalezisko psa - czemu policja nie chce poważnie potraktować tego doniesienia?) poddawania w wątpliwość wynik sekcji zwłok, która głosi, że ogrodnik zmarł na zawał. Okoliczności nieprzyjemne, ale budzą bohaterkę do życia; niczym wytrych otwierają ją na świat zewnętrzny, każą przyglądnąć się otoczeniu – miastu oraz ludziom i na własną rękę szukać odpowiedzi na kolejne pytania. Bo choć pewien policjant raz po raz do niej zagląda, zadaje kolejne pytania i nawet odzież wierzchnią ogląda nie widać jakiejś szczególnej aktywności służb śledczych. Dlaczego? Pytanie za pytaniem.
      I jakby tło dla tych raczej detektywistycznych ruchów, szykuje się Annie-bibliotekarce możliwość płomiennego romansu z lokalnym przystojniakiem, poznaje kolejne osobistości miasta i gwałtownie rozwija się jej życie towarzyskie, czego przejawem jest nawet jej nowy image. Tylko, że ta nowa codzienność wcale nie osłabia podejrzeń bohaterki. Bo wciąż nie wierzy w zawał Tomasza. I wie, że znaleziony palec był palcem naprawdę. A kiedy umiera wieloletni przyjaciel ogrodnika i pewna pensjonariuszka DPSu ma pewność, że „coś tu jest nie tak”. Tylko jak to się ma do plotek i faktów o: niewiernej żonie, bajecznym majątku, wieloletniej pracy na wyjeździe, kłótniach ojca z wybuchową córką, tajemniczym Ukraińcu, przez lata prowadzonym notatniku, kilku tajemniczych włamaniach, rozbitej głowie doktora, umierającym fryzjerze, nielegalnym wysypisku śmieci, starym domu z mrocznymi sekretami w piwnicy i miłosnych listach szanowanego nauczyciela? Ja już wiem, ale… nie powiem:)
      Bo Dante na tropie jest tak ładnie napisaną powieścią, że warto samemu do niej sięgnąć. To nie jest typowa zagadka kryminalna z wątkiem miłosnym. To powieść o powieści (więc i narracja pierwszoosobowa, bo w końcu Anna pisze o sobie), wykorzystująca motyw opowieści w powieści o powieści (rozbudowana budowa szkatułkowa), żonglująca zgrabnymi podsumowaniami/puentami, szczyptą humoru i ironii (na przykład: „Kupię sobie kości wędzone na kapuśniak. Mam ochotę na kapuśniak i na nową porcję plotek” (s. 69); „A potem, kiedy już przestaję panować nad sobą, robi ze mną takie rzeczy, które nie nadają się do książki, a już na pewno nie do kryminału. (s. 211)), wprowadzająca retrospekcje i nawet rozdrapująca bolące rany z historii kraju. Bo tu się okazuje, że Wielka Historia dotyka zwykłych ludzi, to oni są jej pionkami, ofiarami i motorniczymi; nie można mówić o przeszłości narodów bez mówienia o losach jednostek. Ale kiedy stajemy się ofiarami, fanatykami wręcz swojej przeszłości, kiedy ogarnia nas szał wyrównywania rachunków w imię hasła „oko za oko”, kiedy z amoku czynimy nasz chleb powszedni zaczyna się dziać kolejna tragedia. Bo jak zobaczymy na przykładzie Dantego…  sielanka może zamienić się w makabrę. Te początkowe partie powieści, bardzo ciepłe, dziewczęce, błogie niczym nie zapowiadały tak krwistego i wstrząsającego finału. I nawet wątek romansowy – rozbudowany, ale nie natarczywy, pozbawiony wulgaryzmu czy ckliwego patosu (o które w romansach bardzo łatwo) blaknie w konfrontacji z brutalną prawdą.
      Nie powiem, w powieści widzę kilka minusów: ta „płaczliwość” Anny ilekroć wierny Dante ratuje ją z kolejnych opresji, ta jej raczej bierność (lub nieprzekonujący sprzeciw) ilekroć „wybranek” próbuje uczynić z niej typową panią domu i matkę swoich dzieci… - do mnie to nie przemawia…  Tylko, że te subiektywne uwagi i tak giną w gąszczu pozytywów.
     Bo po rozwarstwionym narracyjnie, po wielopoziomowym, wielowątkowym „Odpływie” oraz depresyjnym, przygnębiającym, schizofrenicznym i niepokojącym „Śnie i …” warto sięgnąć po dobrze rozpisaną powieść dla kobiet. Może mógłby powstać ciąg dalszy? Pytań bez odpowiedzi sporo – najbardziej ciekawi mnie kwestia wielkiej miłości nauczyciela i tajemniczego byłego chłopaka Magdy. No i może dorobimy się polskiej wersji Erici Falk i Patrika Hedstroma? Kto wie:)?

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

Wyzwanie 2.
Informacje historyczne oraz zdjęcie cerkwi pochodzi ze strony: http://pl.wikipedia.org/wiki/Akcja_%E2%80%9EWis%C5%82a%E2%80%9D. 

26 marca 2015

Widział to tysiąc razy. Jak kończy się życie człowieka. Gdy zabiera mu się przyszłość. (s. 445)

      Dobrze rozpisany, z ciekawą, trzymającą w napięciu intrygą, z ciągle zmieniającymi się wydarzeniami i perspektywami i z tym kołaczącym z tyłu głowy czytelnika pytaniem: I co dalej? kryminały lubię najbardziej. Nudy, monotonii, oczywistości i banału w nich być nie może; one powinny być wymagające - i dla umysłu i dla nerwów: odpoczywać mogę przy obyczajówce nie przy historii z trupem w tle:).
      A w Śnie i śmierci – drugiej części o przygodach Nielsa Benzton (introwertycznego - któremu nawet porozumiewanie się z żoną czasem trudno przychodzi - negocjatora z kopenhaskiej policji) trupów jest kilka – dokładnie 5,5 (kilka z czasu rzeczywistego powieści, a kilka z przeszłości), do tego dochodzi zaniechany „pomysł” „morderstwa” i dlaczego „pół” (jak można być „pół-nieżywym”?)? - to już wyjaśni fabuła… 
     A jest ona wielowątkowa i dotyka tak odległych kwestii, że tylko sprawne poprowadzenie intrygi pozwoliło wszystko zgrabnie połączyć. Zacznijmy od tego, co staje się punktem wyjścia tej historii: późnym wieczorem pewnej gorącej i dusznej niedzieli wspomniany negocjator policyjny otrzymuje telefon z informacją o konieczności interwencji, bo na jednym z kopenhaskich wiaduktów stoi młoda kobieta i jej zachowanie świadczy, że planuje samobójstwo. Już na miejscu Benzton orientuje się, że kobieta jest naga, gapie biorą ją za narkomankę, sprawczyni zamieszania nie reaguje na słowa wypowiadanie w języku duńskim, bardziej reaguje na język angielski, ogarnia ją swoisty szał i obłęd, kiedy - wgapiając się w tłum stojący pod wiaduktem – zauważa coś/kogoś.  Wtedy już nie ma odwrotu. Dziewczyna skacze, wyszeptując zagadkowe słowo „Echelon”. Umiera na miejscu. Jest to pierwsza zawodowa porażka Benztona. Takim sposobem sprawa samobójstwa Dicte van Hauen – która, choć dziewczyna skoczyła z mostu, szybko staje się dochodzeniem w sprawie morderstwa – niczym obsesja ogarnia głównego bohatera. Ale to dopiero początek i pierwsze oczko w łańcuszku przypuszczeń. A jest ich niemało. 
      Bo co wspólnego mogą mieć ze sobą solistka baletowa, zawodowy tancerz, chłopak mieszkający w podejrzanej dzielnicy, nastoletnia pacjentka szpitala psychiatrycznego, ekspertka od fizyki, spec od dopingu sportowców, naukowiec badający zaburzenia snu i zamordowana prawie dziesięć lat wcześniej niewierna żona? Co w XXI może łączyć Giselle, Romeo i Julię, Fedona Platona, dzieła: Thorvaldsena Noc ze swoimi dziećmi, Ringa Stara kobieta i śmierć, badania nad genetyką oraz zjawisko reinkarnacji ? I jak do tego wszystkiego się ma betonowy bunkier z czasów zimnej wojny, którego istnienie do dziś jest ściśle tajną tajemnicą państwową? Pytań wiele, a odpowiedzi trzeba szukać w książce. Nawet nie mogę powiedzieć skąd się wziął ten dość enigmatyczny tytuł powieści – za dużo bym zdradziła. 
      Te różne wątki wprowadzają różne techniki narracji: mowa pozornie zależna, narrator wszechwiedzący, opowiadanie z perspektywy kluczowych postaci, retrospekcje, rytm zależny od emocji i kondycji psychicznej bohaterów. Jedynie, co drażni to początkowe przedstawienie głównego bohatera niczym amerykańskiego kowboja-szeryfa: samotny wilk wszczyna pościg za złymi ludźmi; nikomu nie zdaje raportu, nikomu nie mówi, co ustalił ani co zamierza; nie zgłasza się na odprawę ani nie myśli przełożonemu odmówić krytyki. Nie znam się na duńskich tajnikach, ale ta samowolka Benztona ciut naiwna mi się wydaje. Dobrze, że nie zajmuje za dużo miejsca. 
      Bo Śmierć… to kryminał, który naprawdę warto przeczytać. Czas zmarnowany to nie będzie.


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
    
KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:

19 marca 2015

"Zaprzyjaźniony" Autor zaprasza na konkurs:)

Wszystkich, którym podobał się wywiad z Iwoną Bińczycką-Kołacz (tu) zapraszam na konkurs. Wygrać można jeden egzemplarz jej książki Znak ostrzegawczy. O szczegółach można przeczytać na fb w zakładce portalu Polacy nie gęsi  i swoich autorów mają (tutaj). Powodzenia!


18 marca 2015

Świat odkleja się od niej i nagle staje się wyraźny, jak staloryt albo czarno-białe zdjęcie o dużej ostrości. Chłodny świat. Ostry. (s. 58 - 59)

      Jest rodzaj pisarzy, którzy raz poznani nie pozwalają o sobie zapomnieć, kuszą, przypominają o sobie i chce się ich więcej czytać. Takim moim ostatnim odkryciem jest Julia Fiedorczuk i jej proza. O jej Nieważkości pisałam tu. Mnie do dziś zachwyca, a głębia ukryta w prostocie tej historii wciąż zadziwia. I postanowiłam sięgnąć po wcześniejsze teksty prozatorskie autorki. Dziś o zbiorze Poranek Marii i inne opowiadania
      Zawiera on osiem różnej długości tekstów, w których pierwsze głosy należą głównie do kobiet. Historie te niechętnie operują dialogiem, a narrator - choć trzecioosobowy – zdaje się nie obserwować bohaterów, a siedzieć im wręcz w głowach: emocje i stany ducha postaci zna jakby od podszewki. I dlatego ma prawo wypowiadać się w imieniu tych niemych osób. Posługuje się językiem ostrym surowym oszczędnym, czasem wulgarnym - co współgra z charakterami bohaterów. Częstym zabiegiem estetycznym jest fragmentaryczność, pozorny brak związku, sekwencyjność. Pomijając istotę historii i losów poszczególnych bohaterów oraz szczegóły ich zagmatwanych perypetii, jest wiele punktów łączących te opowieści z Nieważkością.
      Po pierwsze: organizacja świata przedstawionego. Gdyby chcieć odpowiedzieć na pytanie, jakimi kolorami  go namalowano, na pewno byłoby to kolory ciemne: szarości przede wszystkim - we wszystkich odcieniach i tonacjach, brązy, czerń o różnej intensywności, a nawet kolor gnijących liści. Bo jeśli pojawia się motyw dzikiego i nieujarzmionego ogrodu, jest on blady, przytłoczony, na siłę założony i przypominający umieranie za życia. Ten szary, smutny i depresyjny świat jest światem konsumpcji, pozerstwa, banału, powierzchowności i brutalności; jest światem, który poniża, gwałci, upija, wyśmiewa, wytyka palcami, mści się, gardzi, jest smutny i głupi. 
      To świat, który niemalże namacalnie dzieli się na pół - i to też cecha wspólna z Nieważkością
      Pierwszą jego część „zamieszkują” tzw. zwykli ludzie – nauczyciele, robotnicy, studenci, uczniowie, restauratorzy, którzy są tłem dla nobilitowanej drugiej części tworzonej przez wyrzutków, odszczepieńców, margines społeczny, chorych, samotnych, załamanych, niedostosowanych i poniżanych. Narrator z całej doby potrafił ukraść kawałek, jedną porę, jedną godzinę –  ten wycinek wystarczy, by opowiedzieć o postaciach. W zbiorze tym występują dwa typy bohaterek: "Marie", które padają ofiarą gwałtu, pijaństwa, pożaru i bezdomności. Są też i "Ledy": anorektyczki, aspołeczne perfekcjonistki. Bohaterki żyją w świecie „obok”, „wysiadają” z tego „normalnego” świata, świadomie z niego rezygnują, bo skoro on nimi gardzi, to one gardzą nim; chcą czegoś lepszego, wewnętrznie piękniejszego i pełniejszego; te kobiety patrzą dalej oraz głębiej niż tu i teraz; choć o tym nie wiedzą, liczy się dla nich przyszłość, perspektywa, nie rozdrapywanie przeszłości. Bo choć są proste i powierzchownie prymitywnie, mają wrażliwe, czyste serce, swoistą głębię i wyjątkowość – bo w tym gardzącym świecie może być wiele wyjątkowości.
      Jak widać - z tych ośmiu oszczędnych w wydarzenia i zwroty akcji historii o małych, ale wielkich, kobietach - wyłania się diagnoza naszej rzeczywistości: jest ona nienormalna w swoim okrucieństwie i tylko niebanalni mogą tę głupotę oraz tyranię dostrzec.
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/58410/poranek-marii-i-inne-opowiadania


KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:

17 marca 2015

"Ludzie, którzy czytają powieści, są "więksi", mają szerszą świadomość, żyli bowiem egzystencjami innych ludzi, choćby na chwilę". Olga Tokarczuk

      Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo często zapominam, czy bagatelizuję, że pisarz - ten, który kreuje światy, wymyśla historie i rozmowy, prowokuje dyskusje i niejednokrotnie zbiera laury za swoją pracę – że on też jest czytelnikiem. Że ma swoje gusta, upodobania, swoją historię przyjaźni z książką i drogę do tejże zażyłości. Rzadko kiedy się mówi, że pisarz to też czytelnik. A szkoda. Bo przecież możemy poznać źródła jego inspiracji, może się okazać, że mamy podobne upodobania, lub wręcz przeciwnie – swoimi preferencjami autor zaskoczy tak, że osłupiejemy…
      Te uwagi pojawiły się po przeczytaniu pewnego wystąpienia. W 2012 roku Uniwersytet Rzeszowski zorganizował konferencję naukową poświęconą twórczości Olgi Tokarczuk.
      Niemałą perełką był inaugurujący wykład wygłoszony przez Bohaterkę konferencji. Tokarczuk zatytułowała go „Palec w soli, czyli Krótka historia mojego czytania”. I wbrew tytułowi nie mówił on tylko o tym, co i od kiedy lubi czytać Autorka, jaka była jej czytelnicza droga i po jakie teksty z początku tej drogi sięga do dziś (wśród jej ulubieńców znaleźli się między innymi: Lem, Mann, Eliot, Verne, Poe, Kafka, Dostojewski, Schulz, Kubin, Topor, Meyrink, Faulkner). 
     Tokarczuk nie byłaby sobą, gdyby nie zaprosiła na zaplanowaną przez siebie podróż po literaturze. Podczas niej przekonywała, że czytanie nie jest wchodzeniem w inny świat, inny wymiar, do innych ludzi i do innych problemów. Dla niej to przede wszystkim opuszczanie rzeczywistości danej-tu-i-teraz. Nie ważne, gdzie się znajdę – chodzi o to, że nie będzie mnie TU, że WYCHODZĘ stąd. W swoim patrzeniu na literaturę znalazła też innego jej wynalazcę. To nie greckie Muzy przyczyniły się do jej rozkwitu, a – przekonuje Autorka – Hermes. „Hermes wymyślił literaturę kłamiąc. (…) Hermes wymyślał więc inne wersje rzeczywistości, niekoniecznie te, które się zdarzyły, lecz te, które mogły się zdarzyć” (s. 15). Innym genialnym literatem-nie-literatem był dla Tokarczuk Freud – ten sam, który w swych analizach rozwarstwiał poszczególne pacjentki. Tokarczuk powiedziała: (…) studium przypadku traktuję jako mało znany gatunek literacki (…). (s. 21)
      Jak dla mnie szczególnym walorem tego wystąpienia nie jest przede wszystkim wyprawa w głąb wspomnień – chociaż mogą być niezmiernie twórcze. Atutem staje się to odważne szukanie literatury tam, gdzie nie każdy myśli ją znaleźć, gdzie niewielu ją dostrzega, uczynienie z tych nieoczywistości swojej inspiracji i wykazanie literackości tego, co nieliterackie.
      Jak każda konferencja ta również gościła wielu prelegentów. Wśród nich byli i krytycy, i naukowcy, i studenci. Wszystkich ich połączyła miłość do pióra Autorki. I jak zazwyczaj bywa, ukazała się pokonferencyjna publikacja naukowa – Światy Olgi Tokarczuk. Nie powiem – jest to dzieło dość obszerne i pierwsze tego typu, na które zwróciłam uwagę. Poza typowymi punktami (jak bibliografia) podzielono je na pięć części: Syntezy, Interpretacje, W Prawieku (pięć analiz poświęconych wyłącznie powieści Prawiek i inne czasy), Zbiorowy portret Olgi Tokarczuk (krótkie wypowiedzi kilkudziesięciu osób relacjonujących swoje doświadczenia z książkami Autorski) oraz Teksty prozatorskie i poetyckie Olgi Tokarczuk, publikowane przed debiutem powieściowym (niemałą gratką są tu zebrane liryki, które Autorka wydawała pod pseudonimem – choć wiedziałam, że przez Podróżą… parała się poezją, nigdy wcześniej nie miałam okazji się w nie wczytać).
Dla takiego jak ja pasjonata i wielbiciela pióra Olgi Tokarczuk naukowe opracowanie Światy Olgi Tokarczuk to nie byle co i nie byle jaka książka. Mam nadzieję, że będę mogła się w nią zaopatrzyć:) 

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:


13 marca 2015

Starano się nawet nie wypowiadać jego imienia. (s. 163)

     
    Parandowski pisał o nim, że nocą „(…) złotym nożem odcina konającemu pukiel włosów. W ten sposób (…) człowieka (…) na zawsze odrywa od ziemi”.
      Władał życiem i śmiercią - miał moc brania życia, jak i darowania go (wystarczy wspomnieć los żony Admetosa). Chętnie sięgał po bogactwo, ale i nie pogardził losem choćby najbiedniejszego. Brał co jego i co chciał, by jego było. Typując, kierował się własnym upodobaniem i „zachcianką”. Nie znał litości i współczucia. Ból innych był chlebem powszednim – refleksji nad nim nie uprawiał. Takim był – i tak postrzegam – Tanatos: syn Nocy, bóg śmierci. 
      Jego współczesna interpretacją jest postać głównego bohatera „Odpływu” – tak, bo ja wciąż o tej powieści. Gdziekolwiek Chris się pojawia – wcześniej czy później - wprowadza zamęt i spustoszenie. Pozornie banalny i niepozorny – a potrafił przewrócić (wręcz zniszczyć) niejedno życie. Niczym mitologiczny Tanatos po cichu i niepostrzeżenie zadawał cios. I być może działał tak samo przemyślanie i precyzyjnie. 
      Kto wie? Toż to dziwny człowiek - ten fikcyjny Chris.  
Zdjęcia pochodzą ze strony: http://cmentarium.sowa.website.pl/Sztuka/Anioly05a.html.
Źródło cytatów: J. Parandowski, Mitologia. Wierzenia i podania Greków i Rzymian, Londyn, s. 161-162, passim; s. 163.  

11 marca 2015

(…) czyny też potrafią kłamać. Nawet bardziej niż słowa. s. 59.

      Nie lubię czytać książek „na raty”, etapami, z przerywnikami, ale czasem nie ma się wyjścia – praca, obowiązki domowe i okres przeziębień niczego nie ułatwiają. Tak właśnie czytałam „Odpływ”. Lektura zajęła mi sporo czasu nie ze względu na jej treść i język, a ze względu na okoliczności zewnętrzne. Ale wreszcie skończyłam i mogę Wam opowiedzieć. Nie treść – bo o niej już w wielu miejscach napisano - ale moje wrażenia. A one są… bogate. Aż się we mnie burzy!  Kompozycyjnie książka dzieli się na kilka części. Są mini: Prolog, Błystka, Prolog II, Pośrednik, Epilog (wióry i pył). Wprowadza narratora pierwszo- i trzecioosobowego,  narrację spiralną, czasami chaotyczną, budowę szkatułkową i motywy przewodnie (są nimi Blue Skies Elli oraz wzmianki o burzeniu budynku Philipsa), które skutecznie oraz silnie – jak główny bohater - spajają poszczególne wątki. 
      A główny bohater nie pozwala się ignorować. Poznajemy go podczas letniego wypoczynku 1969, kiedy przebywa z matką nad zatoką, przeżywa swoją pierwszą miłość, tęskni za hospitalizowanym ojcem, nawiązuje znajomość z lokalnym odszczepieńcem, chce poznać i zweryfikować tajemnicę jego rodziny, ze zniecierpliwieniem oczekuje lądowania astronautów na Księżycu i próbuje o tym wydarzeniu napisać wiersz. Zaraz po tym dowiadujemy się, że tenże sam bohater został nauczycielem, poczytnym poetą, później prozaikiem, boleśnie przeżywa śmierć rodziców, leczy skołatane nerwy w zamkniętym ośrodku w USA i wciąż tęskni za pierwszą miłością. W książce poznajemy też jedno z opowiadań bohatera - stajemy się jego czytelnikami oraz recenzentami. 
      Ale „Odpływ” to wcale nie powieść o pisarzu, jego twórczości i poszukiwaniu natchnienia. To powieść o czynach, o tym, co determinuje nasze decyzje, co nami kieruje, na ile jesteśmy konformistami i egoistami, co te czyny o nas mówią i jaką naszą twarz pokazują – to powieść o tym, jaka tajemnica przyświeca czynom.
      To też powieść o ścieraniu się życia z literaturą, o tym, na ile literatura naśladuje życie, lub życie chowa się za literaturą. Bo Chris napisał tekst o Franku, który jest takim samym manipulatorem, egoistą i neurotykiem, jak autor – to wkurzający i antypatyczny dorosły, który nigdy nie wyszedł z dziecięcej skóry. Wygodnicko organizuje sobie swoją własną rzeczywistość, podporządkowuje sobie życie innych i niczym lalkarz, który kieruje pacynkami, bawi się losem bliskich. Dla mnie historia Franka to może i swoiste wyznanie winy autora, to przerysowana spowiedź wciąż małego Chrisa.
      A może to nie prozatorski Cnfiteor, a próba wytłumaczenia wydarzeń tego tragicznego lata?  
      A może sensem od nowa spisywanej opowieści jest w na nowo przeżywana przeszłość, rozdrapywanie, roztrząsanie nie po to, by się uwolnić, ale by się pławić we własnym bólu i rozterkach – nie ważne, czy chodzi o śmierć ojca, czy zawiedzione zaufanie? 
      A może to ponowne spisywane opowiadanie jest na nowo opowiadanym, wymyślany życiem? Bo – jak wiele imion i przezwisk ma Chris (które metrykalnie autentyczne?) – tak i „żyć”, losów ma co najmniej kilka. Wiele wskazuje, że niejedno w życiu autora-bohatera jest iluzją, kreacją – jakby był autorem swego losu i – w zależności od potrzeb – na nowo je prezentuje. 
      A może tekst jest próbą nadania wszystkiemu sensu, na nowo poukładania potrzaskanego świata? Bo roztrzaskamy w 1969 roku stały i trwały świat bohatera uzyskał bufor bezpieczeństwa w postaci raz za razem od nowa pisanego opowiadania. Bo chciał, by coś w stu procentach od niego zależało. Nie mógł naprawić sprowadzonego przez siebie nieszczęścia -  zła nawet – ale mógł je z siebie wyrzucić. 
      A ja najbardziej skłonna jestem uznać, że ten neurotyczny, nerwowy, raczej nielubiany i samotny chłopak (a później mężczyzna) zmyślił cały swój życiorys: nie było żadnej wielkiej – finalizowanej w USA – miłości, nie było tragicznego w skutkach koleżeństwa z Iverem, nie było też opowiadania o Franku–przejaskrawionym alter ego Chrisa. Jedyna prawdą „Odpływu” jest sam kaleki, przywiązany do matki, wyśmiewany przez letników, o wyolbrzymionych ambicjach chłopiec, który choć raz chce „mieć moc” i „coś zrobić”. Więc robi: ale we własnej głowie. I sceny, kiedy spotyka wracającego z misji żołnierza, przysłuchuje się jego rozmowie z ojcem, bierze udział w wypadku samochodowym, kiedy odwiedzają go w szpitalu Szeryf, Pastor i Doktor najlepiej o tym świadczą. Całe życie Chrisa to jedna wielka mistyfikacja i farsa – bohater-narrator bawi się z sobą i z czytelnikiem, jak wcześniej z życiem. 
      Sens i wymowa dwóch historii – autora i jednego z jego bohaterów oraz granica między prawdą a zmyśleniem odpływają od czytelnika, jak od postaci wydarzenia i konsekwencje pewnego lata. Sami zobaczcie do czego może doprowadzić brak prawdy (w takim platońskim rozumieniu). Jednego czego jestem pewna to to, że „Odpływ” to ważna i piękna powieść, jak piękną piosenką jest Blue… pięknej Elli. 
      A może te moje wynurzenia nie mają nic wspólnego z intencją autora i są jedynie efektem mojej wybujałej "interpretacji"? 


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA SERDECZNIE DZIĘKUJĘ

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:

10 marca 2015

Polska przestrzeń na paryskim bruku. Słów kilka o Rekolekcjach paryskich ks. Józefa Tischnera

Zanim kolejny "aktualny" wpis (może już jutro), coś, co przeleżało w szufladzie, nie znalazło poza nią swojego miejsca i chwila jeszcze, a uległoby przedawnieniu. Więc daję mu drugą (ostatnią) szansę - może tu się zadomowi. Zapraszam na opowieść o opowieściach Tischnera.

W ciągu kilku ostatnich lat krakowskie Wydawnictwo ZNAK przyzwyczaiło swoich czytelników do systematycznego wydawania pism i wykładów ks. Józefa Tischnera. W tej serii do dziś ukazały się między innymi: Myślenie w żywiole piękna, Miłość nas rozumie, W krainie schorowanej wyobraźni, czy fundamentalne dla myśli tego filozofa: Filozofia dramaty, Historia filozofii po góralsku, Spór o istnienie człowieka.
Tym razem na początku roku 2013 ZNAK wydał Rekolekcje paryskie. Jest to zbiór wykładów, kazań, homilii, nauk rekolekcyjnych, a nawet promocji książki z lat 1984 – 1991, wygłoszonych przez ks. Józefa w Paryżu. Przebywał tam dość często na zaproszenia polskich pallotynów, którzy w stolicy Francji prowadzili wydawnictwo, Centrum Dialogu, Dom Studenta im. Jana Pawła II, „(…) dom gościnny dla Polaków z kraju i emigracji, w którym mogły znaleźć pomoc osoby, borykające się z rozmaitymi kłopotami, na przykład objęte w Polsce zakazem druku czy nie mające źródeł utrzymania po przybyciu do Francji”[1]
Tym samym słuchaczami Tischnera były zarówno osoby duchowne, jak i świeckie, a wśród nich: pisarze, malarze, studenci, a także – może: przede wszystkim – cała masa osób nie publicznych, zmuszonych do opuszczenia kraju. Przemawiając do tak wymagającego gremium, trzeba mu było zapomnieć o tematach lekkich, przyjemnych i banalnych. W swoje wywody wplatał informacje o stanie wojennym i sytuacji w kraju tuż po nim; informacje o drodze do przemiany politycznej i społecznej, a także o kondycji Polski tuż po 1989 roku. Tak istotne tematy, okraszane językiem zmetaforyzowanym, wymagającym zadumy, nadbudowywał refleksjami filozoficznymi i anegdotami, czy opowieściami na kształt biblijnych przypowieści. Te nagrane na taśmę magnetofonową, a następnie spisane i teraz opublikowane teksty otwierają czytelnika na przestrzeń dialogu, relacji międzyludzkich; każą na nowo spojrzeć na takie wartości jak: wolność, wybór, solidarność, praca, prawda, wiara (niekoniecznie rozumiana w sensie religijnym), miłość, przemoc, odpowiedzialność, czy sprawiedliwość. W swych wykładach stara się Tischner zanalizować takie opozycje, jak choćby: zniewolenie – wyzwolenie, przestrzeń wewnętrzna - przestrzeń zewnętrzna człowieka, bogactwo – bieda (głównie te duchowe), bliskość – oddalenie. Swoimi skrupulatnie dobranymi argumentami rzuca poniekąd nowe światło na te nurtujące kwestie.
Z tekstów tych wyłania się też swoisty obraz Tischnera jako osoby zafascynowanej pismami Norwida; chętnie cytującego Jerzego Lieberta, Miłosza, Schmitta, Nietzschego, Kierkegaarda, Rilkego; przywołującego postacie Sokratesa, Spartakusa, Kanta, Hegla, Kolumba, Kępińskiego, ks. Popiełuszki; sięgającego po prace Torańskiej; rzucającego anegdoty wzięte ze swojego krakowskiego życia (jak choćby ta o pewnym uczestniku mszy w kościele Św. Anny, któremu znudziły się częste Tischnera nawiązania do poezji Norwida). Widać tu całą gamę barwnych postaci. Dla tego filozofa każda z nich miała do powiedzenia coś wielkiego i wiekopomnego, co dziś pozwala zrozumieć, że dla niego każda z nich była ważna, godna zapamiętania i otwarła nieskończone przestrzenie człowieczeństwa. 
Nawiązujące swym tytułem do wiersza Gałczyńskiego, Rekolekcje paryskie to nie tylko zbiór monologizowanych wystąpień. Znajdują się tu również teksty: Polskie wyzwania (zapis spotkania ze studentami z 8 maja 1984 roku) oraz Myśląc nadzieja (zapis spotkania w Domu Studenta z 31 maja 1985 roku). Po stosunkowo długich wstępach na temat wartości i istoty pracy (śledzący rozwój myśl Tischnera wiedzą, że aspekt peerelowskiego absurdu pracy niezmiernie nurtował tego filozofa), wolności i niewoli, przyszedł czas na dyskusje ze słuchaczami. I te części wydają się najbardziej interesujące. Rzucają bowiem światło na paryską polonię. Z pytań padających z sali wyłania się cała gama interesujących ich kwestii. Więc analizuje Tischner zjawisko krajowego ruchu antyalkoholowego, poziom polskiego szkolnictwa wyższego, arkana życia na wsi (nie ukrywał swoich związków z Łopuszną), sytuację w kraju po stanie wojennym, poziom polskiej literatury, rolę elit i inteligencji w życiu politycznym; odpowiada również na pytania tyczące jego warsztatu pracy, publikacji naukowych oraz interesujących go zagadnień filozoficznych. Są to takie fragmenty publikacji, które pokazują, że wystąpienia Tischnera były ważnym źródłem wiedzy o Polsce, Polakach, ówczesnej polityce i powszechnie znanej (ale nie pożądanej) racji stanu.
Ze względu na myśl przewodnią niniejszej publikacji godne uwagi wydaje się być również kazanie z 3 marca 1985 roku. Mowa w nim o obiektywnie rozumianej przestrzeni. Tischner daje jasno do zrozumienia, że im więcej przestrzeni człowiek sobie wyznacza, tym większą ma wolność. Mówi: „Kto jest wolny, ten ma przestrzeń, a kto zniewolony, temu ciasno – i to ciasno w jego własnej duszy”[2]. Przeciwstawia temu starotestamentowy obraz wieży Babel, której figura świadczy o zniewoleniu mieszkańców kraju Szinear. Według autora Filozofii po góralsku ludzie ci, ograniczeni byli wspomnianą budowlą; docierali tak daleko, jak daleko sięgał jej obraz – nic poza to. Tym samym konkluzją wydają się być słowa: „Ale przecież lęk przed przestrzenią to zarazem lęk przed własną wolnością[3].
Ze skrótowo przytoczonych tu wystąpień, jak i całej książki, wyłania się typowy dla Tischnera język wypowiedzi: lekki, prosty, pozbawiony teoretycznej ciężkości; chwilami zabawny, w razie potrzeby gwarowy, czy refleksyjny; otwierający przestrzeń zadumy i kontemplacji, a już na pewno oddający ducha spraw, na temat których mówca się wypowiada. Z płynności słów, z umiejętności przechodzenia na kolejne poziomy wypowiedzi po raz kolejny wyłania się tutaj Tischner-doskonały orator i prelegent.
Takim oto sposobem Rekolekcje paryskie stają się kolejnym tekstem potwierdzającym ugruntowaną na polu współczesnej filozofii pozycję Tischnera; stają się tekstem, który oddaje krasomówcze zdolności ks. Józefa; to też taki tekst, który - obok innych jego prac - ma szansę stać się kluczowym dla jego myśli; jak i takim, który – choć minimalnie, ale jednak – rzuca cień na polonię w Paryżu. Dlatego warto, by każdy - ten, kto zna dorobek naukowy tego filozofa, jak i ten, który go jeszcze nie odkrył – poznał tę publikację Wydawnictwa ZNAK.

Wyzwanie 3.

Wyzwanie 2.


[1] W. Bonowicz, Posłowie, (w:) J. Tischner, Rekolekcje paryskie, Kraków 2013, s. 331.
[2] J. Tischner, Rekolekcje paryskie, dz. cyt., s. 86.
[3] Tamże. 

Źródło zdjęcia: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3636,Rekolekcje-paryskie.

7 marca 2015

"Mam głęboką nadzieję, że porzucenie na moment pisarstwa „fabularyzowanego” przyniesie pożytek."

Dziś zapraszam na wywiad z autorką Znaku ostrzegawczego. Jako osoba wszechstronna, o szerokich zainteresowaniach oraz niespożytej energii szykuje się do publikacji kolejnej książki. I właśnie o niej, o różnicy między pisarstwem "fikcyjnym", a "faktograficznym" oraz o własnym warsztacie pisarskim zachciała mi opowiedzieć Iwona Bińczycka-Kołacz.

        Autorka jest absolwentką Uniwersytetu Pedagogicznego, doktorem nauk humanistycznych. Za sprawą powieści „Znak ostrzegawczy” została finalistką II edycji konkursu Literacki Debiut Roku. Debiutowała w 2013 roku opowiadaniem „Dziewczyna w Kożuchu”, które zajęło III miejsce w V Międzynarodowym Konkursie Literackim LIBERIUM ARBITRIUM. Jej opowieść „Dialogi z czarnym Platonem” została wyróżniona w konkursie literackim magazynu Szuflada.net. Zajmuje się również współorganizowaniem Światowego Spotkania Bractw i Stowarzyszeń św. Jakuba, gromadzącego miłośników wędrówek do Santiago de Compostela, koordynowaniem Małopolskiego Biegu Drogą św. Jakuba, a prywatnie jest mamą dwójki dzieci. (Informacje z tej strony)


Ja: Pierwsza Pani książka – Znak ostrzegawczy – była, banalizując temat, dla kobiet, o kobietach, ich marzeniach, oczekiwaniach, potrzebach. Z kolei druga ma być taką „z życia wziętą”, przez życie napisaną. Może Pani choć trochę przybliżyć jej tematykę i problematykę? 

Autorka: Moja debiutancka powieść to także książka pisana życiem. Jedna ze znajomych przeczytawszy „Znak ostrzegawczy”, ku mojemu zdumieniu oznajmiła: „Napisałaś powieść o mnie!”. Nadmienię, że nie miałam pojęcia o jej kłopotach osobistych... Cóż, poruszone w „Znaku ostrzegawczym” zagadnienia to nasza babska codzienność: trudności w relacjach z partnerem, poczucie samotności, potrzeba miłości, nieodparte pragnienie macierzyństwa. Której z nas nie dotyczą te tematy?
Kolejna moja książka, nad którą praca dobiega już końca, to powieść biograficzna. „Droga do życia” przedstawia losy człowieka (Marka Thiera), który znaczną część życia poświecił na walkę z chorobą nerek. Błędna lekarska diagnoza sprawiła, że zmagał się z postępującą chorobą ponad osiem lat. Nierozpoznana nefropatia powoli wyniszczała jego organizm. Jego życie rodzinne zaczęło przypominać piekło. Był bliski załamania psychicznego. Firma, którą prowadził, popadła w finansowe tarapaty. Ze względów zdrowotnych musiał porzucić karierę piłkarską. Czekał na niego najważniejszy mecz życia, walka ze śmiercią! W końcu pojawiła się nadzieja na drugie życie – przeszczepienie nerki. Kilkanaście minut przed operacją okazało się, że na nerce matki (potencjalnej dawczyni organu) znajduje się guz... Zaciekawionych dalszym ciągiem tej przejmującej historii odsyłam do lektury. Mam nadzieję, że książka ukaże się jeszcze w tym roku. Jesteśmy na etapie szukania wydawcy.


Trudno się było zmierzyć z takim tematem? Zdobyć zaufanie zainteresowanych a z drugiej strony zawiesić własne sądy i uczucia, podejść do tematu z zawodowym profesjonalizmem?

Nie łatwo jest pisać o cierpieniu drugiego człowieka. Niemożliwe jest wyzbycie się współczucia i indywidualnych emocji związanych z nieszczęściem bliźniego. Pisząc tę książkę, byłam wybuchającą lawą, nie raz zdarzyło mi się uronić łzę. Ale współodpowiedzialne za ten fakt były hormony ciążowe – pisząc tę powieść, oczekiwałam mojego drugiego dziecka… Z tego również względu będzie to dla mnie książka szczególna.
Obawiałam się, czy w „Drodze do życia” nie jest zbyt wiele mnie. Przecież nie mogłam ciągle dzwonić do Marka (jest bardzo zajętym człowiekiem) i pytać go, co myślał w danym momencie życia. Umówiliśmy się, że po napisaniu książki wykreśli fragmenty, w których myślał inaczej, niż ja to przedstawiłam. Okazało się, że było ich naprawdę niewiele… Może stało się tak z racji pokrewieństwa charakterów – Marek jest zodiakalnym Bliźniakiem, tak jak ja.
Praca nad książką przewartościowała również pewne sprawy w moim życiu. Pozwolę sobie zacytować fragment „Drogi do życia”: „Gdy Marek Thier opowiedział mi historię swojego życia, długo nie mogłam odzyskać równowagi. Siedziałam w osłupieniu. Wstrząs. Konsternacja. Współczucie. Otrzymałam dawkę przytłaczających emocji, wśród których dominował lęk – strach przed nieuchronnością przeznaczenia. Mimowolnie przyszła refleksja nad marnością ludzkich poczynań.
 Życie przypomina poniekąd oddychanie, jest czynnością automatyczną. Dzień przegania dzień, a człowiek bezwiednie urządza wyścig za sprawami, które w jego mniemaniu są szczęściem. Biegnie zaaferowany, narzekając na swój ciężki los. Uskarża się na kolejkę do kasy w supermarkecie, głośnego sąsiada, deszcz za oknem.
Nagle… gdy niepostrzeżenie ręce śmierci zaciskają pętlę na jego życiu, nieznana duszność rodzi czas uświadomienia i przewartościowania. Życie staje się perfekcyjnym arcydziełem, poezją istnienia!
Kolejka  jest błogosławieństwem – możesz przebywać jeszcze z ludźmi. Do sąsiada zaczynasz odnosić się z największą kurtuazją – nie chcesz, by źle cię wspominał. Zachwycasz się każdą kroplą deszczu – być może ostatnią w twoim życiu. Ziemska gonitwa zaczyna śmieszyć, martwi jedynie to, czy uda się przywitać kolejny dzień, by móc celebrować każdą jego chwilę”.


Jak wygląda praca nad taką książką – zbieranie materiałów, weryfikowanie wiedzy, potwierdzanie wiadomości? Przestawianie się z pisarstwa „fabularyzowanego” na „dokumentalne”, „faktograficzne”?

Najtrudniejszym zadaniem było przydźwiganie do mojego domu kilku potwornie ciężkich segregatorów z dokumentacją medyczną Marka. To były tomy mojej encyklopedii, bez której książka by nie powstała. Czas powieści wyznaczają bowiem kolejne pobyty Marka w szpitalach i poradniach. Miałam też możliwość pogrzebania w starym papierowym pudle Marka, gdzie znalazłam między innymi listy miłosne, wypracowanie z religii i stare zeszyty z czasów jego piłkarskiej młodości – same niezbędniki. Gdy już zapoznałam się z najważniejszymi dokumentami, przeszliśmy cykl spotkań z Markiem, podczas których dzielił się ze mną swoimi wspomnieniami. Choć może słowo „cykl” jest tu nieodpowiednie, bo nasze spotkania były bardzo nieregularne... czasem odbywały się dwa razy w tygodniu, a czasem raz na dwa miesiące. Bardzo różnie. Później słuchałam opowieści jego bliskich i znajomych, osobiście i przez telefon. Jego rodzina przyjęła z entuzjazmem fakt, że powstaje o nim książka. Wykorzystałam również informacje znalezione w artykułach prasowych.
Tak, w książce biograficznej, trzeba trzymać na wodzy wyobraźnię. To na początku mi doskwierało. Lubię sobie pofantazjować (śmiech). Mam głęboką nadzieję, że porzucenie na moment pisarstwa „fabularyzowanego” przyniesie pożytek. Książce przyświeca bowiem nadrzędny cel – promowanie przeszczepów rodzinnych. Jan Paweł II powiedział: „Człowiek jest wspaniałą istotą nie z powodu dóbr, które posiada, ale jego czynów. Nie ważne jest to, co się ma, ale czym się dzieli z innymi”. Podobno po to człowiek rodzi się z dwoma nerkami, by jedną w razie konieczności mógł podzielić się z potrzebującym. „Droga do życia” jest pisana nadzieją, że czytelnicy po jej lekturze zdecydują się być „wspaniałymi istotami” – w razie potrzeby uratują komuś życie, zostając dawcą organu.
W staraniu o to, by książka nie stała się przygnębiającą epikryzą, włączone zostały wątki osobiste oraz reminiscencje z dzieciństwa. Te fragmenty były ucieczką przed suchym dokumentem. O czasach młodości Marek z wielką radością w głosie mógł bez końca opowiadać z najdrobniejszymi szczegółami. Mniej chętnie opowiadał o chorobie, pobytach w szpitalach; gubił się, mylił fakty - może próbował te przykre doświadczenia zepchnąć poza próg świadomości.


Jak w takim razie wygląda Pani warsztat pracy? Jej rytm? Ma Pani swoje ulubione miejsca, pory dnia, otoczenie, w których najlepiej się Pani pracuje? Pisze Pani etapami, falami, czy za jednym zamachem, „rzutem na taśmę”?

Potrzebuję jedynie trochę wolnego czasu (o niego najtrudniej) i laptopa - z tym są jedynie okresowe problemy, gdy moją niższość udowadnia mi złośliwość rzeczy martwych (śmiech). Bardzo rzadko zdarza mi się notować coś na kartce lub w notesie, obawiam się, że to już pisarskie relikty. Najchętniej pisałabym cały dzień i całą noc, robiąc sobie przerwę na aromatyczną kawkę i małe co nieco. Niestety, przy dwóch synkach (rocznym i pięcioletnim) czasu na pisanie mam jak na lekarstwo! Rytm mojej pracy wyznacza sen dzieciaków. Noc jest moim sprzymierzeńcem w tej kwestii. Swój sen zamieniam na pobyt w niecodziennych światach. Wkraczając tam, doznaję uczucia nieokiełzanej wolności – kreuję tu wszystko według swojego zamysłu.
Czasem łapię się na tym, że wolę ten świat nierzeczywisty – jestem jego władczynią: zarządzam fortuną, decyduję o narodzinach, uczuciach, skutecznie leczę, daję pracę, ale i uśmiercam, jeśli przyjdzie mi na to ochota; tu nic nie dzieje się bez mojej wiedzy i zgody – jestem wszechmocna. A w życiu rzeczywistym w tak wielu kwestiach dopada mnie bezsilność… Jaskrawe przeciwieństwo dwu światów - rzeczywistego i fikcyjnego. Pierwszy pociągający, ale zupełnie nieprzewidywalny. Drugi, zależny tylko ode mnie - niebezpiecznie wciągający, dlatego często chodzę niewyspana.


Poczyniła już Pani kolejne plany pisarskie, pojawiły się pomysły na kolejną książkę a jeśli tak to wokół jakiego tematu miałaby się koncentrować?

Czytelniczki zaskoczone niespodziewanym zakończeniem „Znaku ostrzegawczego”, proszą w mailach o ciąg dalszy losów Kamili i Agaty. Chciałyby dowiedzieć się, czy pierwsza z bohaterek dogada się z Telemężulkiem, czy też poszuka rzeczywistego Gerarda, a druga zostanie w końcu mamą…  stuprocentową mamą. Dopytują, co dokładnie w „Znaku ostrzegawczym” było wzięte z życia Kamy, a co tylko jej zmyśleniem...
Lecz mnie tym razem kusi napisanie czegoś zupełnie innego, może to będzie coś z pogranicza kryminału… kto wie? (śmiech). Nie zdziwię się jeśli każda kolejna książka będzie innego gatunku. To wynikać może z cechy mojego charakteru – zamiłowania do zmian! One pomagają w rozwoju, doskonaleniu się i sprawiają, że świat jest ciekawszy! A ciekawości świata nie można mi odmówić.

Dziękuję za poświęcony mi czas. 
Życzę kolejnych sukcesów pisarskich i wielu wiernych czytelników. 

Tym, którzy nie znają Znaku... mogę powiedzieć, że powieść  opowiada o dwóch koleżankach – Kamili i Agacie, które targane różnymi kolejami losu i wciąż poddawane przez życie próbom, potrafią być dla siebie naprawdę bliskie i znajdują sposoby, by tę relację pielęgnować. Każda z nich ma swoje małe i większe dylematy (a to toksyczna przełożona, a to nieregularne zarobki, nieczuły mąż, rodzinne konflikty i niedopowiedzenia, czy wreszcie niespełnione macierzyństwo – opowiedziane tu i teraz oraz moją ulubioną retrospekcją), ale drogę do koleżanki znajduje. Pomimo, że jest to książka o dziewczynach na pewno nie jest tylko dla dziewczyn – i stanowi to jej wieki atut. Pozbawiono ją cukierkowości, tkliwości i komunałów tak charakterystycznych dla tekstów czysto rozrywkowych. Codzienność nie jest banalną bajką, blichtrem, wyższą sferą a zwyczajnym życiem pełnym wzlotów i upadków. A ciekawych szczegółowej recenzji odsyłam tu:)