27 maja 2015

Mam (...) parę (...) słów-kluczy, ale one czekają aż wiersz "przyjdzie".

Zapraszam na mój drugi blogowy wywiad. Dziś rozmawiam z Elizą Segiet - i tak się złożyło, że ułożył mi się Tydzień Elizy. Mam nadzieję, że te dni z Nią u mnie się podobają i Jej i Wam.
Postanowiłam odejść od typowych ram wywiadu - nie będę przedstawiała rozmówczyni, bo o sobie, swojej pracy, pasji a nawet pewnych wyobrażeniach sama opowie - więc po co mój zagłuszający bełkot? Zbędny... Zapraszam na spotkanie z szaloną, mądrą, wrażliwą, uczuciową, szczerą i zakochaną w życiu oraz ludziach Elizą...


- Jak to jest nosić w sobie tyle zainteresowań? Mieć czas na tak szeroką aktywność? Teatr, filozofia, poezja a nawet zagadnienia związane z gospodarką.

Kiedyś w wywiadzie (który przeprowadziła ze mną pani Kinga Młynarska) przytoczyłam myśl Schopenhauera – myślę, że nie pozostaje nic innego jak ją powtórzyć: „Zwyczajni ludzie myślą tylko o tym, jak czas spędzić, kto ma jakiś talent – jak czas wykorzystać." Nie twierdzę, że mam talent – to pozostawiam do oceny innym. Nie wyobrażam sobie natomiast stagnacji. Muszę coś robić. Życie bez zainteresowań byłoby nudne.
A zagadnienia związane z gospodarką nie leżą w kręgu moich fascynacji. W istocie, skoczyłam podyplomowe Prawo, ale nie jest to moja pasja. To jest coś, co zdarzyło się w moim życiu niespodziewanie.            
                      
- Jak Twoja twórczość artystyczna współgra z życiem zawodowym? Nie kłócą się? Potrafią się „dogadać” czy coś odbywa się kosztem czegoś?

Czasami muszę rezygnować z czegoś na rzecz czegoś innego. Nie mogę być w dwóch miejscach jednocześnie. A szkoda! 

- W jednym z wywiadów powiedziałaś, że zdarza Ci się napisać wiersz/frazę nawet w samochodzie, czekając na zmianę świateł. Wciąż to się tak odbywa? Nie widzisz możliwości „okiełznania” myśli i „sprowadzania” ich w sytuacjach bardziej oczywistych? Wypracowania sobie bardziej „normalnych” warunków pracy?

Bardziej normalne warunki pracy? A jakie to są? Są osoby, które siadają bo mają czas na napisanie wiersza. Ja piszę kiedy wiersz  „przyjdzie" do mnie. Często notuję jakieś słowo, które wiem, że będzie spoiwem – połączy wyrazy, z których prawdopodobnie powstanie wiersz. Ostatnio tak było ze słowem "telepatia". Mam jeszcze parę takich słów-kluczy, ale one czekają aż wiersz "przyjdzie". A w jakim momencie to się stanie, tego nie wiem. Jeżeli nie zapiszę od razu, to on odchodzi i nigdy już nie wróci w tej samej formie.         

- Jaką rolę w tym szalonym, zwariowanym świecie ma (może mieć) do odegrania poezja? Jest jeszcze słyszalnym głosem, czy ramotą zrozumianym dla nielicznych wapniaków (i nie mam tu na myśli wieku metrykalnego, a  swoisty stan ducha)?  

Do poezji nie da się nikogo zmusić. Albo ją się kocha, albo nie.

Jaką rolę ma poezja? Żeby miała jakąkolwiek rolę musi być obecna w życiu. A ona jakoś siedzi ukryta i jak już kiedyś powiedziałam: „Trudno jej pokazać swoją twarz". Poezja w kilku słowach może każdemu z nas pokazać coś ważnego. Zawoalowane słowami  przestrzenie mogą nam uzmysłowić przeżyty czas, ale też skłonić do marzeń. 

- Twoimi wzorami poetyckimi, mistrzami są….?

Nigdy nie odpowiadam na takie pytanie. Na nikim się nigdy nie wzorowałam i nie wzoruję. Nie wymieniam nazwisk poetów, nie chcę nikomu sugerować, że jak zaczniesz czytać tego czy tego to może i ty napiszesz wiersz. To tak nie jest! Przynajmniej u mnie tak nie było. Można znać, przeczytać wiersze dziesiątek, ba nawet setek poetów i może z tego nic nie wynikać w sensie, rozbudzenia czegoś, co niektórzy nazywają „weną". Wiersz musi „przyjść" sam. A poetą się bywa, a nie jest! Niedawno pewien krytyk literacki spytał mnie „kiedy poeta jest już sławny?" Odpowiedziałam: „Wtedy, kiedy można go cytować w literaturze. To taki poeta, którego słowa niosą przesłanie, a nie są pusto brzmiącym zbiorem znaków". Chociaż dla każdego sława znaczy coś zupełnie innego.

- Jaka jest różnica między poezją refleksyjną a intelektualną? A może nie ma różnicy?

Poezja refleksyjna, intelektualna? Według mnie poezja powinna zatrzymać, choć na chwilę zmusić do refleksji. Czy to już znaczy, że jest refleksyjna? Są osoby, którym bliska jest poezja i zatrzymają się przy wielu wierszach. I odwrotnie – najbardziej refleksyjny wiersz może nie mieć, aż takiej mocy, by niektórym zechciało się zastanowić nad jego treścią. Intelektualna? Powiedziałabym, że obie, intelektualna i refleksyjna, są po to, by zatrzymać, skłonić do zadumy…

- A granica między filozoficzną refleksją nad życiem a poezją – istnieje?

Zależy kto dokonuje tej filozoficznej refleksji nad życiem a poezją. Jeżeli dokonuje tego filozof w stosunku do jakiegoś konkretnego poety, to próbuje doszukać się w jego poezji związków z innymi filozofami i poetami. Tak samo jest, gdy w poezji różnych autorów szuka wspólnego członu: „refleksji nad życiem". Ponadto filozoficzna refleksja nad życiem nie musi – i najczęściej - nie jest poezją. Nie wszyscy filozofowie są poetami i odwrotnie. A często jedni i drudzy zajmują się tą tematyką. „Refleksja nad życiem" jest tak pojemnym określeniem, że trudno w wywiadzie dokonywać analizy.  Życie to: miłość, nienawiść, mowa, milczenie, ból, rozpacz, radość, cierpienie..., nawet nie wiedziałabym od czego można zacząć rozważania. Życie to wzloty i porażki – da się o tym napisać w kilku słowach? Nawet chcąc rozprawiać nad sensem własnego życia, nie da się go skondensować w kilku słowach. Nie żyjemy w świecie sami. Zawsze jest ktoś obok, żyjemy bowiem wśród ludzi, a każdy z nich jest inny. Poezja, jak wydawać się może, jest w stanie w sposób minimalistyczny zaznaczyć problem, ale ani filozofia, ani poezja nie dadzą recepty „jak żyć". To nasze nieustanne doświadczanie życia uczy nas patrzenia na świat i ludzi, a poezja i filozofia mogą być tylko drogowskazami.  

- Dla kogo piszesz? Chodzi o wyrażenie siebie dla lepszego zrozumienie siebie czy o opowiedzenia siebie innym? A może nawet wywołania polemiki z odbiorcą?  

Jeżeli to co napisałam wywołuje polemikę z odbiorcą, to jest czymś najpiękniejszym, co może spotkać autora. Kiedy czytelnik przechodzi obok napisanych słów bez żadnych emocji to może warto się zastanowić w czym tkwi błąd. W moich wierszach niewątpliwie jestem „ja", ale nie opowiadam o sobie. Jestem osobą, która buntuje się kiedy na siłę szukamy w poezji autora, a nie przesłania, które tenże zawarł. Niektórzy czytelnicy najchętniej chcieliby, aby przy każdym wersie były dopisane didaskalia: „Stało się to wtedy i wtedy..., dlatego i dlatego”.  Bardzo lubię czytać recenzję swoich tekstów. Wtedy widać jak różny jest odbiór przez różne osoby.  I to jest piękne, że można poezję „brać" do siebie i zobaczyć w niej to, czego się szuka, albo to, co jest nam teraz potrzebne dla ducha. Szukać wersów, które są bliskie czytelnikowi, ale każdy z recenzentów zwraca uwagę na inny wiersz, a nawet wers. W końcu, idąc tropem profesor Marii Gołaszewskiej, która na określenie relacji Dzieło-Odbiorca wprowadziła pojęcie „przeżycia estetycznego", według, którego wszyscy  mają prawo do subiektywnej interpretacji – każdy może odbierać dzieło, czy jest to obraz, czy jakiś utwór literacki poprzez własną wrażliwość i balast własnych doświadczeń. Rola autora kończy się na przekazaniu dzieła ludziom, a potem ono żyje już własnym życiem. A jak żyje, to już nie zależy od autora. Kiedyś usłyszałam od profesor Bogumiły Rouba, że:  „Autor ma się cieszyć z każdej recenzji, obserwować z boku i tworzyć dalej inne dzieła". Nie ma znaczenia, czy recenzja jest dobra czy zła, ważne, że dzieło budzi zainteresowanie i polemikę z odbiorcą.
A dla kogo piszę? Dla siebie! A to, że są osoby, które czasem czytają moje wiersze nie pozostaje nic innego jak po prostu się cieszyć.  

-W Myślnych… pełno jest opozycji: mowa-cisza, życie-śmierć, ruch-spoczynek… Inaczej się nie da? Wciąż wpisani jesteśmy w takie dysonanse, rozszczepienia?

Według mnie tak. Już rodząc się, z drugiej strony jest „zaprogramowana" śmierć. Tak jest przynajmniej do dnia, w którym odpowiadam na te pytania.  Być może jutro ktoś wymyśli „tabletkę na nieśmiertelność", na miłość bez nienawiści, na radość bez smutku, nie ma sensu wymieniać dalej. Nie ma na świecie ani jednej rzeczy, która jest stała, wszystko ma „dwie strony medalu".

-  We wspomnianym tomiku jest kilka odwołań do kreacjonizmu, powoływania światów możliwych. Według Ciebie to zjawisko oczywiste – skazani jesteśmy na budowanie światów lepszych, doskonalszych, choćby fikcyjnych?

Żyjemy w „najlepszym z możliwych światów", bo nie wiemy czy jest gdzieś inny, czy go nie ma. Żyjemy tutaj – na Ziemi, może są tacy, którzy żyją na „Ziemi Bliźniaczej", ale ja ich nie znam. Czy mogłaby istnieć poezja, proza, w ogóle jakakolwiek twórczość bez wyobraźni? "Muzyka cykad włada moją wyobraźnią", nie wydaje mi się, że tworzę światy lepsze czy gorsze. Czasami ona jest obnażona choćby słowami „na jej plaży marzeń" – każdy ma jakieś marzenia. Nie znam nikogo, kto by nie usiadł gdzieś i nie pomyślał, że gdyby... Czy to znaczy, że żyje w świecie fikcyjnym? Nie sądzę. „Wyobraźnia buduje świat". Gdybyśmy nie mieli planów, które tak naprawdę niejednokrotnie są marzeniami, czy  moglibyśmy coś osiągnąć? Nie rodzimy się zaprojektowani od początku do końca. I nikt za nas życia nie przeżyje, a my musimy to zrobić tak, by móc powiedzieć kiedyś: „Nie żałuję". Nie jest to oczywiście zależne tylko od nas, są bowiem sytuacje, w których człowiek nie jest w stanie osiągnąć swoich szczytów. Ale to jest zbyt ciężki temat, by teraz go rozważać.       

- A absolut? Niby o Bogu nie ma tam ani słowa, ale da się uchwycić coś totalnego, nadrzędnego… 

Coś totalnego, nadrzędnego w mojej poezji, to chyba czas. „O Bogu nie ma ani słowa" –  może nie jest tak do końca. Przywołuję gdzieś Demiurga, a w końcu to platoński budowniczy. Staram się, by moje wiersze były zrozumiałe bez względu na wyznanie. Jeżeli napiszę „Bóg" – każdy odbierze to jak Boga chrześcijańskiego, jeżeli napiszę Jahwe – konotacje będą z wiarą judaistyczną, Allach – konotacje islamskie... itd.   

- W Twoich wierszach (co wydaje się sprawą oczywistą) sporo miejsca zajmuje figura kobiety… Co to znaczy „być dziś kobietą”? Co jest/być powinno istotą kobiecości? A może to nie kwestia kategoryzacji, płci, a „bycia” w ogóle – w wymiarze ludzkim, „człowieczeństwa”?
To jest bardzo trudne pytanie. Dodałaś słowo „dziś". Być kobietą dziś... Kobieta dziś to ktoś, kto powinien znać swoją wartość, ale ponieważ ja mam bardzo radykalne definicje, to może lepiej je przemilczę.

Na pytanie: co powinno być główną istotą kobiecości? Najkrótszą odpowiedzią jest: Nie zapominać, że jest się kobietą.
A może to nie kwestia kategoryzacji, płci, a „bycia” w ogóle – w wymiarze ludzkim, „człowieczeństwa”? Tak kobieta, jak i mężczyzna powinni być sobą, nie kreować się na kogoś kim nie są.  I nigdy nie zapominać, że zarówno kobieta jak i mężczyzna są ludźmi.  Jak napisał Gorki: „Człowiek - to brzmi dumnie".

- I przyszedł czas na temat fotografii Piotra Karczewskiego. Nie buntował się? Nie polemizował? Chętnie zgodził się na taki komentarz, dopowiedzenie wierszy?

O buncie nie było mowy, wręcz odwrotnie – bardzo się cieszył.

- Na Twoim internetowym profilu co rusz pojawiają się relacje z kolejnych spotkań autorskich. Nie męczy to – ten ciągły ruch, gwar, obce twarze, brak wytchnienia…?

Wytchnieniem są wieczorki poetyckie. Uwielbiam czytać wiersze, uwielbiam ludzi, którzy przychodzą słuchać poezji. 
Ostatnio na mój wieczorek do Krakowa przyjechała pani z Kędzierzyna Koźla, zdarzyło się, że ktoś przejechał pół Polski, jeszcze inna osoba była już pięciokrotnie na moich wieczorkach.  A nigdy nie miałam wieczorku w miejscu jej  zamieszkania- w Toruniu.  Nie przeszkadzało jej to... ja mam być zmęczona? Kocham tych z daleka i tych z bliska,  a tomik zadedykowałam: "Tym, którzy kochają poezję i tym, którym blisko by ją pokochać"... 
A ponadto, nie wszystkie zdjęcia są z moich wieczorków. Czasem te "zatrzymane ułamki sekund spojone w niedostatek " są  ze wspaniałych spotkań autorskich znajomych poetów. 
Dziękuję wszystkim, tym, którzy potrafią znaleźć czas by smakować poezję. Bez nich nie byłoby wieczorków i życie byłoby uboższe.   

- W takim razie życzę kolejnych sukcesów, wiernych, zafascynowanych czytelników.

Dziękuję za poświęcony mi czas. 


W tematykę powyższego wywiadu wpisuje się też jeden z wierszy Poetki. Oddajmy mu więc głos - niech będzie miłym zakończeniem dnia.


Istota człowieka       

sen który stał się jawą
 jawa która była snem
ślizgawka życia
istota człowieka
odróżnianie
dnia od nocy
dobra od zła
życia od śmierci
 miłości od jej braku

a ja
nie wiem jak żyć


Życzę wszystkim spokojnych snów! 

26 maja 2015

25 maja 2015

Ja -/ będę póki jestem. (s. 19)

Liryka to chyba jednak najbardziej osobisty i intymny rodzaj literacki. Dlatego – choć pokazywałam tu wiersze, pisałam o poetach/wspominałam poetów – nie zdobyłam się na odwagę pisania „O” wierszach… Dziś będzie inaczej. Dziś spróbuję skonkretyzować swoje wrażenia odnośnie  „Myślnych miraży” Elizy Segiet.
Ten wydany w 2014 roku (nakładem krakowskiej Miniatury) drugi tomik poetycki Elizy Segiet – choć krótki i chwilami bardzo oszczędny w słowa – niesie sobą niemało emocji i treści. Zostały one skrupulatnie i w sposób przemyślany uporządkowane. Pierwsza partia to wiersze, których myślą przewodnią jest na wiele sposobów rozumiane słowo, druga część to wartości nieuchwytne, nieokreślone do końca (miłość, życie), trzecią część tworzy pojęcie bycia (jestestwo, ja: tu-i-tam, lepsze bycie „tam”) czwartą – granica miedzy realnością a snem, piątą – kobiecość, siódmą – moje miejsce w świecie i moje powinności względem niego, ósma to teksty o ulotności i przemijaniu, dziewiąta to hołd złożony ważnym wydarzeniom i ważnym ludziom, a dziesiąta wprowadza element absolutu.
Każda z tych części zawiera po kilka raptem utworów i oznaczona została nie kolejnym numerem rozdziału, a kolejnym zdjęciem autorstwa Piotra Karczewskiego.
Choć każdy z utworów dość jasno odsłania swoje sedno i oś, to żaden nie daje gotowych definicji, recept; wiersze Elizy Segiet to nie poetyckie dekalogi i traktaty a jedynie ciągi pytań, przypuszczeń, wątpliwości; podmiot liryczny nie daje gotowych rozwiązań, a jedynie wprowadza tematy, rzuca kilka aluzji, z którymi czytelnik sam musi się zmierzyć, na które sam musi sobie odpowiedzieć:
- czym jest piękno?
- czym jest świat pełen kontrastów, dysonansów (życie-śmierć, trwanie-przemijanie, mowa-cisza…)?
- co jest istotniejsze: mowa milczenia czy milczenie mowy?
- z czego wyrasta ta umiejętność/konieczność kreowania innych/możliwych światów?
- co to znaczy „być”?
- kim dla mnie jest drugi człowiek?
- na ile stwarzam siebie a na ile mnie stworzona?
- co to znaczy być kobietą?
- czym stają się czas i przerwa w jego odczuwaniu, jaką daje sen?
- czy mamy jeszcze chęć i czas na snucie marzeń?
Tak poprowadzone rozważania wprowadzają odbiorcę nie w przestrzeń  intelektualnych rozważań, a w krąg filozoficznej refleksji na temat spraw podstawowych i  uniwersalnych; to kwestie, które każdego tyczą i nigdy się nie starzeją – i mimo tego pędu świata dzisiejszego warto się nad nimi zastanowić. Bo czasem można spróbować zobaczyć, co jest jeszcze prócz tego kontrastowego świata.

Dlatego uważam, że każdy kto ceni sobie coś więcej niż tu-i-teraz odnajdzie dla siebie choć jedną perełkę w tym morzu poetyckich rozważań Elizy Segiet. 

ZA EGZEMPLARZ DZIĘKUJĘ AUTORCE

Wyzwanie 2.

Wyzwanie 3.
zdjęcie pochodzi ze strony: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1591521397786948&set=t.100007962137277&type=3&theater

23 maja 2015

„Matka Narodu, Matka Narodu Niemieckiego!” (s. 88)

      Jest taki rodzaj książek, że choć niewielkich rozmiarów, zapadają w pamięci, że niosą sobą mocne treści, że ich wymowa nie pozwala przejść obojętnie, że trzeba się nad nią zastanowić, zweryfikować, a nawet wnioski wysunąć. Do takich książek należy „Magda” – historia burzliwego życia żony Goebbelsa (szefa propagandy III Rzeszy) i historia jej fanatyzmu, obsesji i ideologicznego zaślepienia.
      Na wstępie trzeba powiedzieć, że „Magda” nie jest typową biografią, nie jest tekstem dokumentalnym i czysto faktograficznym. Jak  napisano w „Posłowiu” – sporo w niej faktów i sporo fikcji. Trudno jednoznacznie je od siebie oddzielić (choć najbardziej zmyślone wydają się być dialogi – bo kto dziś może przytoczyć rozmowy prowadzone w domu Goebbelsów, w bunkrze Hitlera czy podczas uroczystych kolacji?), ale razem dają spójny obraz tego, kim była „Matka Narodu, Matka Narodu Niemieckiego!” (s. 88), która z zimną krwią, stoickim spokojem i precyzją zamordowała szóstkę swoich dzieci.
       Więc kim była? Według mnie z książki Mike Ziervogel wyłania się kobieta zimna, dumna i wyniosła, ukształtowana przez prostą, nieudolną wychowawczo matkę; kobieta która podpory życiowej szukała co rusz u innego mężczyzny; Magda to dziewczyna, w której wpojone przez zakonnice: skromność, asceza, pokora i wyrzeczenie mieszają się z potrzebą indywidualizmu, niezależność oraz z przekonaniem o własnej wyjątkowości. Magda to kobieta, o wybujałym ego, która zawsze chciała być KIMŚ - niezależnie, czy w oczach kolejnego opiekuna, czy jako członkini organizacji społecznej; zawsze chciała być na czele, coś znaczyć, być wzorem i być doceniana; to kobieta która – śmiem twierdzić – walczyła z jakimś kompleksem niższości, pragnęła go za wszelką cenę zniwelować/zrekompensować; okazała się być zimna – pierwszy mąż długo z nią nie wytrzymał, odszedł zabierając ich wspólne dziecko (jak się okazało, to jedynie dziecko Magdy Goebbels, które przeżyło wojnę i doczekało starości), okrutna, kapryśna (co mogło być początkiem późniejszych, nie do wytrzymania migren), wyniosła, pogardliwa względem słabszych, prostszych, mniej zamożnych (bo przepych i wygodę Magda lubiła i to bardzo) oraz bardziej uczuciowych - początkowo oczarowany nią Goebbels szybko zrozumiał, że kobiecego ciepła oraz zainteresowania szukać musi w ramionach innych pań. Bo do szpiku kości przesiąknięta i zafascynowana faszyzmem żona ma jedynie cel, misję do spełnienia – chce dać początek czystej rasie aryjskiej, chce być wzorem dla wszystkich matek narodu niemieckiego, ma pokazać, co to znaczy być wierną sługą swojego Fuhrera i na swoje kobiece możliwości wypełnić jego misję…; chce z nim budować nowy świat i nowy porządek… Takim sposobem ta brzydząca się biologizmem kobieta, rodzi dzieci Goebbelsa na rzecz doktryny i misji Hillera.
       Dzieci było sześcioro. Żadne nie wyszło z tajnego bunkra, który początkowo miał zapewnić bezpieczeństwo, schronienie i izolację od tego pogrążającego się w coraz większym szaleństwie świecie. A przyniósł śmierć. Były w nim i „miłe” chwile – przygotowania do ślubu Fuhrera, możliwość odbycia kilku spacerów „na górę”, przytrafiające się nieoczekiwanie pierwsze w życiu zakochanie… A później zrobiła się jeszcze bardziej napięta atmosfera, żołnierze-ochroniarze bywali coraz bardziej pijani, wielki wódz bywał jeszcze bardziej (jeśli to możliwe) rozdrażniony i nieprzyjemny, a i tlenu zaczynało brakować. To wszystko  aż do pamiętnego wieczora, kiedy to Magda Goebbels wkroczyła do kuchni, jakby nigdy nic podała dzieciom zagrzane wcześniej mleko i zmęczone odesłała do łóżek. A kiedy upewniła się, że środek nasenny zadziałał, wsunęła każdemu do ust kapsułkę, główki przystroiła białymi wstążkami i spokojnie patrzyła, jak jej dowody wiary w misję Fuhrera i jej uczestnictwo w niej powoli gasną… Nawet ojciec nie miał szansy z dziećmi się pożegnać. 
       W warstwie budowy i narracji „Magda” to też książka nietypowa. Każdy z rozdziałów (8 ich) ma inną formę i rytm opowiadania. Pierwszy to wspomnienie popołudnia w domu Goebbelsów sprzed ucieczki do tajnego bunkra; drugi – wspomnienia Magdy z jej późnego dzieciństwa, w których dominują wydarzenia ze szkoły zakonnic; w trzecim  głos otrzymuje matka Magdy i jest to jej zeznanie przed komisarzem badającym zbrodnie wojenne; czwarty to zapis fascynacji Magdy ideologią nazizmu, a już przede wszystkim pasji, zaangażowania i poczucia misji, jaką przejęła od Hitlera; piąty to fragmenty dziennika Helgi – najstarszej córki Magdy – z którego możemy dowiedzieć się o życiu w bunkrze; szósty – to z precyzją i drobiazgowością narratora trzecioosobowego przedstawienie okoliczności i sam akt zamordowania dzieci przez matkę; siódmy – to bardzo sugestywna wizja życia po wojnie zrodzona w głowie Goebbelsowej; ostatni – opis przyozdabiania (na dowód czystości i niewinności) dziecięcych główek białymi wstążkami; z Magdą roztajemy się, kiedy - wraz z mężem - powolnym krokiem, udaje się do tajnego pokoju Fuhrera…

       A resztę znamy  z lekcji historii…

Wyzwanie 2.
ps - warto zwrócić uwagę na rozmazany fragment zdjęcia z okładki - widnieje na nim cała rodzina Goebbelsów z najstarszym (z pierwszego małżeństwa) synem Magdy; zdjęcie jest fotomontażem - to to ujecie: 
(zdjęcie pochodzi ze strony:http://pl.wikipedia.org/wiki/Harald_Quandt)        

22 maja 2015

Nie ma nic równie czerwonego jak krew, nic równie zwyczajnego. (s. 231)

       Zacznę od końca – niespektakularne w szacie graficznej i formacie kryminały z wydawnictwa AMBER to naprawdę bardzo dobre pozycje (jedne rewelacyjne i świetne, inne dobre – więc w ogólnym rozrachunku wychodzi, że nic złego od niech nie czytałam:)). Dziś o książce, którą pochłonęłam za dwa podejścia (trzeciego - tego z autobusu - nie liczę, bo przejażdżka była zbyt krótka, bym w tekst „się wgryzła”). I wcale nie trzymała w niemożliwym do wytrzymania napięciu, i wcale nie straszyła, i wcale nie miała dramatycznych zwrotów akcji – to po prostu tak misternie napisana, tak dobrze rozplanowana i z takim spokojem prowadząca czytelnika po kolejnych zawiłościach fabuły książka, że chciało się mało spać i ją czytać. Aż do skończenia.
       A o czym ta książka? "Zimny dzień w Raju" to klasyczny kryminał. Już na pierwszych stronach pojawia się trup i fundamentalne w takich sytuacjach pytanie: Kto zabił? (bo odpowiedź na: Dlaczego zabił? wydaje się dość oczywista). I jak w takich historiach bywa, jest następne ciało i następne – choć nie, w tym wypadku mamy uznanie śmierci bez znalezionego ciała. Jest i śledztwo i śledczy – a nawet dwaj: dość szorstki, arogancki, chamski i wyniosły policjant, który okazuje się być patałachem i nieudacznikiem (naprawdę zdarzają się tacy beznadziejni funkcjonariusze?) oraz były policjant, który wciąż nosi w sobie jedną z trzech kul wystrzelonych przez psychopatę i – co tu dużo mówić – świra. Ta nielubiąca i drażniąca się nawzajem para stanowi mieszankę wybuchową – jeden ignorant, drugi skrupulant tylko, że żyjący traumatycznymi wydarzeniami introwertyk. A nadzór policyjny, niedziałające przewody telekomunikacyjne (akcja rozgrywa się w latach 90-tych i o komórkach mało kto myślał), niekończące się długi hazardowe, procedury jednego ze stanowych więzień, burzliwy w przebiegu i skutkach romans z żoną przyjaciela, skradający się myśliwi, przytłaczające bogactwo przyjaciół oraz prześladujące, krwawe wspomnienia z dość odległej przeszłości, które wprowadzają pewien stan psychozy niczego nie ułatwiają ani nie prostują – wręcz przeciwnie: śledztwo wciąż gmatwają i finał opóźniają. 
       Ale i warunki zewnętrzne podsycają napięcie towarzyszące śledztwu: bo oto mamy do czynienia z niewielkim miasteczkiem oddalonym od metropolii, położonym wśród dzikiej przyrody Ameryki Północnej, skąd bliżej do Kanady niż Waszyngtonu i to wszystko jeszcze u progu zimy, która z zasady jeszcze bardziej izoluje i czyni świat przerażającym. 
       A to wszystko opowiedziane przez narratora pierwszoosobowego, przy użyciu retrospekcji, mowy pozornie zależnej, niekiedy naprawdę dynamicznych opisów. To taka książka, która nie wprowadza czytelnika powoli w świat bohatera, nie zaczyna od jego przestrzeni i świata przedstawionego, a od razu wrzuca w życie postaci – a w tym wypadku w jego głowę. Od pierwszych zdań dowiadujemy się co to za typ człowieka i co go określa – jego traumatyczna przeszłość. 
       Nie powiem – jest jeden minus: od pewnego momentu, dość szybko, wszystko zaczyna układać się w całość, pytania zyskują odpowiedzi a i kwestia mordercy zostaje rozwikłana; do wyjaśnienia zostaje tylko kilka drobnych niuansów (które łączą historię w spójną, perfekcyjnie dopracowaną fabułę), ale to już faktycznie detale i okruszki. 

       Niemniej, jeśli ktoś chce spędzić deszczowe popołudnie z książką, która zaciekawi, nie pozwoli o sobie zapomnieć, ale i nie wyczerpie emocjonalnie, spokojnie może sięgnąć po „Zimny dzień w Raju”. Ja nie żałuję. I nawet jeśli nie będzie mi dane przeczytać kolejnych części (jeśli wierzyć okładce, ma ich być jeszcze sześć), tę można spokojnie traktować jako niezależną, samodzielną i zamkniętą całość.   
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU

21 maja 2015

Co dwie prelegentki to nie jedna:)

       Teraz, kiedy emocje opadły a ja oswoiłam się z myślą: "Zrobiłam to" mogę spokojnie powiedzieć, jak wczoraj było.
      A najpierw było z przygodami: bo w pracy musiałam się stawić i spóźnialskich przeegzaminować, później głodny brzuch zapchać (zadowolić musiał się drożdżówką z serem) i zdążyć na busa do wiadomej biblioteki. I kiedy w ciągu godziny wszystko ogarnęłam... utknęłam w korku... w korku... w korku... Cztery (4) przystanki autobusowe pokonałam w ciągu prawie 40 minut... Chyba piechotą byłoby szybciej... A na miejscu okazało się, że Gościa Głównego, promującego debiutancką powieść Znak ostrzegawczy - też nie ma (później opowiedziała, jak a okolic Krakowa do Chełmca jechała ponad 4 godziny) i - jak już się zjawi w ostatniej chwili - pewnie nie będzie czasu na dopracowanie szczegółów... Ten scenariusz się sprawdził, ale wcale nie okazał się złym i czarnym...
     Bo spotkanie wyszło fantastyczne. Publiczność dopisała - szok odczułam, gdy w ostatniej chwili Pani Dyrektor kilka krzeseł dostawić musiała, nie czuć było skrępowania i dystansu, a najfajniejsza była ta interakcja między Autorką a publicznością. Wypływała pewnie z tego, że Iwona Bińczycka-Kołacz okazała się świetną narratorką, opowiadaczem autentycznym i chętnym, snuła wątek za wątkiem, a ja tam byłam nie po to, by je pochowane wyciągać jeden za drugim, a jedynie pomagać podtrzymać (bo łyk wody trzeba kiedyś chlipnąć)... Wątków tych było sporo: od początków pisarstwa "szufladowego", przez udział w konkursach literackich, pomysł na opublikowaną już powieść, pracę nad nią, zmieniające się plany zawodowe, po kolejne projekty wydawnicze, konspekty następnych książek "dla dorosłych", czy zboru bajki dla dzieci... Oczywiście nie obyło się czytania fragmentów powieści, przytaczania opinii recenzentów (w tym blogerów - a jakże) i wysłuchania wspomnień pierwszej czytelniczki książki - akademickiej koleżanki Autorki... Tematów sporo i godzina minęła sama nie wiem kiedy:)
       A co sądzi o wczorajszym popołudniu sama Iwona Bińczycka-Kołacz? Oto kilka uwag:
Atmosfera przyjazna, wręcz rodzinna:) Wyczuwało się zainteresowanie publiczności i pozytywne nastawienie. Licznie przybyłym Czytelnikom dziękuję za bardzo życzliwe przyjęcie!
      Oby to spotkanie rozpoczęło serię mu podobnych:)
      Że stresu osobiście nie odczuwałam w ogóle (o dziwo!), że Znak... znam i za kilka naprawdę mocnych atutów cenię, a Autorka okazała się ciepłą i otwartą osobą, taka forma aktywności i włączania się w tzw. życie kulturalne bardzo mi się spodobała! Oby więcej takich inicjatyw, bo przecież pisarze chyba chcą poznać swoich czytelników i ich opinie. Grunt, żeby im to umożliwić:)

A teraz czas na kilka zdjęć - jako dowód, że to naprawdę się wydarzyło:):












17 maja 2015

(…) z czego ostatecznie składa się nasze życie? s. 236

       Lepsze życie to książka, która da się lubić i która może bardzo zirytować. To książka, którą się chce skończyć, i którą chciałoby się rzucić w kąt. Świat w niej pokazany jest tak banalny, tandetny, powierzchowny, że nawet nie chciało mi się w niego zagłębiać. Jedno, czego się z niej dowiedziałam to tego, że tak – jak para głównych bohaterów (głównie kobieta) – to żyć nie chcę. Nigdy. Nawet gdyby nie wiem jak mi się nudziło…
      W Lepszym życiu mamy dwoje obcych sobie bohaterów - ją i jego. Jak tą drugą można zaakceptować i spróbować zrozumieć, tak ta pierwsza do tego stopnia drażni i wyprowadza z równowagi, że już od pierwszych stron się jej nie lubi. Kim są?        Dziewczyna jest wykształcona (choć bez pełnego tytułu), zbuntowana, prowadzi lekki, imprezowy, bez zobowiązań, hulaszczy tryb życia, bez trosk i odpowiedzialności podchodzi do każdego kolejnego dnia; w tym wyniszczającym życiu na krawędzi zasłania się żalem do ojca, bólem po starcie matki i przybraną przez siebie rolą rodzinnej czarnej owcy. Najbardziej wkurza (przepraszam za słowo) ta bierność kobiety, to jej z wygodą „rozsiedzenie się” w tym powierzchownym i bezrefleksyjnym stylu życia; i ta pogarda względem tych, którzy mają jakiś plan na siebie (współlokatorki – może mało barwne, ale widać w ich życiu jakiś sens i cel) jest dla mnie nie do zniesienia. I niby pojawia się moment zmiany, czas wejścia w nowy etap, ale przypomina to bardziej kolejny kaprys niż potrzebę serca. Dla mnie to osoba, która bawi się sobą, życiem, innymi ludźmi i sama nie wie, czego chce. I dlatego jej nie lubię. I nie lubię jej sposobu mówienia, wypowiadania się – tych wulgaryzmów, zdań urywanych, pełnych ekspresjonizmów, które z jednej strony mówią o stanie emocji bohaterki, a z drugiej pokazują jej lekceważący stosunek do wszystkich i wszystkiego (siebie również).
       Drugą postacią jest chłopak. W przeciwieństwie do dziewczyny wrażliwy, słaby, podporządkowany (pracy i partnerce), chaotyczny w swoich emocjach i mówieniu o nich; z lękiem podchodzi do każdej kolejnej decyzji i woli odchodzenie po cichu niż konfrontację z rzeczywistości. Jest typem osoby, która – choć widzi mankamenty swego świata – wybiera bezpieczną ciszę niż stawianie czoła otoczeniu. I jak pierwsza osoba do wszystkiego podchodzi bezrefleksyjnie, tak on wszytko analizuje i odczuwa głęboką potrzebę piękna, obcowania z tym co ważne, uniwersalne i co nadaje głębszy sens. Tylko, że nie umie tych potrzeb pokazać; postanawia o nie zawalczyć w cichości i wycofaniu. Również jego sposób mówienia jest inny: składny, rozwinięty, opisowy, z detalami i świadczący o szerokich zainteresowaniach. Dlaczego tej postaci również nie polubiłam? Właśnie za tę jego bierność, łatwe podporządkowanie się (głównie dziewczynie) i szczerze powiem, trudno mi było znaleźć ten punkt, monet, który sprawił, że ambitny chłopak zrezygnował z siebie – na rzecz kogo? Neurotycznej dziwaczki.

       Jak widać są między tymi postaciami punkty wspólne: wieloletnie życie bez zmian, wyraźny moment, po którym wszystko zaczyna wyglądać inaczej, dość gwałtowne, pod wpływem emocji wchodzenie w nowy etap, samodzielne „wysiadanie z…” – banalnego, wyniszczającego życia, z automatycznego i bez wyrazu systemu, traktującego człowieka jak marionetkę, a nie jednostkę czująca i pragnącą. Ale za dużo w tym naiwności i stereotypów. 
       Nie wiem – może o to chodziło autorce (lubianej i docenianej we Francji) – by pokazać życie współczesnych, młodych, na zakręcie Francuzów, którzy w konsumpcyjnym świecie chcą czegoś więcej. Ale jak dla mnie wyszło dość naiwnie i banalnie. Mam nadzieję, że się mylę. I chciałabym przeczytać inne recenzje tej książki – może przekonają mnie do tej książki i takiego sposobu opowiadania historii. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:

10 maja 2015

Słowa były tam - wystarczyło pozbierać je z powietrza i przyszpilić do kartki. (s. 232)

       Ona – młoda poetka mieszkająca w Szkocji na wyspie Skye, romantyczka, marzycielka, o otwartym umyśle i szerokich horyzontach, wyobraźnię szlifowały jej prastare mity i legendy (na czele ta o pewnym smoku morskim), niedoszła geolog, która została żoną prostego rybaka, późniejszego ochotnika wojny 1914 - 1918.
       On – młody, szalony, brawurowy, pełen fantazji, animuszu i młodzieńczego wariactwa Amerykanin, który okazał się słabym studentem, rozczarowującym synem i kiepskim nauczycielem, ale za to świetnym sanitariuszem i kierowcą karetki podczas wojny 1914 – 1918.
       Ona – młoda, dociekliwa, nawet wścibska Brytyjka w czasie wojny 1939 – 1945 imała się ratowania dzieci z bombardowanych miast, co nie stanęło jej na przeszkodzie w poznawaniu własnej rodziny.
       Ona – młody, anonimowy, szarmancki pilot, który mimo wojny 1939 – 1945 niósł wsparcie bliskim.
Oto główny trzon Listów z wyspy zwanej Niebem. Innymi, raczej cichymi, bohaterami są: rodzina kobiet, rodzina i przyjaciele pierwszego z mężczyzn oraz dwie szalejące wojny.
       I ten podział, ta namacalna granica między postaciami pierwszoplanowymi i towarzyszącym im tłem jest niemałym atutem. Bohaterowie pojawiają się niczym aktorzy na scenie – sekwencyjnie i - jak u Wyspiańskiego - parami, każdy mówi za siebie, oddając za chwilę głos drugiej osobie; każdy w dialogu jest równorzędnym dyskutantem, oponentem i narratorem. A o czym opowiadają? O wielkich, nieoczekiwanych, gwałtownych i trzewi sięgających, pokonujących morza, zrodzonych wśród bomb, zgiełku, płaczu i krwi miłościach. A każdy z bohaterów ma niemało na ten temat do powiedzenia. Bo Listy… to wielka historia tragicznej miłości, która wyrosła z prostego marzenia o zwykłym szczęściu, a której sprzymierzeńcem i katem była szalejąca wojna.
      Oprócz tego sekwencyjnego opowiadania fabularnym atutem jest też czas akcji – dwie wojny światowe. Z początkiem opowieści nie czuć ich ducha, tej szalonej zawieruchy, groźby i ostateczności, nie czuć też atmosfery wolnej, drobnomieszczańskiej i pozerskiej Ameryki. Wraz z rozwojem akcji wszystko się zmienia – demony wojny dają o sobie znać, zza kolejnych stron słychać szum samolotów, huk bomb, jęk rannych, płacz wdów, a i duch wolnej – choć dalekiej - Ameryki przygasa. 
       Ta książka nie ma rozmachu Angielskiego pacjenta, kolorytu Pearl Harbor ani dramatyzmu One Metallicy, ale atmosfera okopów, duch działań RAFu, losy jeńców wojennych i przygotowanych dla nich obozów oraz dola cywilów w bombardowanych miastach - czy pozornie bezpiecznych - wsiach nikomu nie umkną.
       Ale mimo tematu: trudnych miłości oraz mimo czasu akcji: dwupłaszczyznowego, osadzonego w okresie dwóch wielkich wojen światowych i tak za największy atut książki uważam narrację, sposób opowiadania. Bo Listy… to właśnie tekst epistolarny – powieść w listach. Nie ma tu narratora trzecioosobowego, który niczym duch objawia czytelnikowi tylko sobie znane fakty, ale jest kilku narratorów – to autorzy listów. I to z tej korespondencji – czasem zaburzonej, czasem chaotycznej, czasem ocenzurowanej i strzępkowej – dowiadujemy się o trudnych i poplątanych losach bohaterów. To oni opowiadają o niesamowitościach z mitologii staroangielskiej, o trudnych – rozbijających relacje rodzinne – wyborach, o okropnościach wojny, o zawiedzionych nadziejach i rozczarowaniach. Dawno nie czytałam powieści w listach (a tych fundamentalnych, o światowej randze, jest raptem kilka) i nie spotkałam się, by współczesny pisarz zdobył się na taką formę. Tym bardziej jestem zaskoczona – i to pozytywnie. Bo autorka Listów… umiała „zdyscyplinować” narrację, nie zgubić się w niej, do szczegółów dopracować (i rozwinąć) każdy podstawowy wątek, dzięki czemu nie czuć chaosu i strzępkowości historii.
       Ale poza pozytywami – tematem, czasem akcji, formą powieści, sposobem oddania ducha tamtych lat – jest kilka minusów. Po pierwsze: początkowo akcja dość wolno się rozwija, jest byle-jaka i nie czuć jej wyjątkowości, niby znamy bohaterów, ale są raczej bez wyrazu. Po drugie: nie ma tej cezury, namacalnej granicy, po przekroczeniu której jesteśmy już w świecie romansu, wielkiej, zakazanej miłości, nie czuć tego rodzącego się napięcia i kryjącej się za nim namiętności; to pierwsze „kocham” jest jakoś bez wyrazu wypowiedziane. Po trzecie: brak mi ciut większej szczegółowości w opowieściach o I wojnie światowej; bo jak wątek prac sanitariuszy, czy obozów jenieckich oddany jest dość wiarygodnie, tak atmosfera tej wojny i jej „niuanse” się rozmywają. Po czwarte: szkoda, że autorka nie dopowiedziała kilka wątków (późniejsza relacja między rodzeństwem, narzeczona dwóch braci) – niby to niekonieczne, ale mały niedosyt został.
       Niemniej czas z Listami… uważam za niezmarnowany. To dobra lektura na czas wakacyjnego wypoczynku, odetchnięcia od pędu dnia codziennego. Nie jest ckliwie banalna, czy infantylna. A na pewno jest wiarygodna. Bo jednego jestem pewna: czy czas spokoju, czy wojny, czy chodzi o elity czy lud prosty miłość była i jest wartością nadrzędną. I nikt nie może się jej oprzeć, wyprzeć, czy nauczyć się bez niej żyć.

       Bo jeśli miłość umrze, co pozostanie? 

ZA PRZECZYTANIE KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:



9 maja 2015

Urodziny!

Nie ma co - wielki to dzień. 
Gdyby nie przedwczesna śmierć, dziś obchodziłaby 80 urodziny. 
Moja Ukochana Poetka. 
Wielka. 
Tragiczna. 
Smutnie szczęśliwa. 
Z sercem wyrytym na dłoni.  
Wielki, bezustannie szlifowany, talent literacki. 
Bystry umysł naukowy.
Doceniona przez Szymborską i Grochowiaka.
Lubiana przez Ingardena i Tischenera.
Wprawiała w osłupienie ripostami i celnością spostrzeżeń.
Poruszała trafnymi, plastycznymi i prostymi metaforami.
W poezji kierowała się szczerością, subiektywnością i autentycznością wyrazu. 
Nikt równie mocno nie ukochał życia i nie oswajał śmierci.
Nikt inny nie umiał z umierania uczynić namiętności a z życia pasji. 
Halina Poświatowska.
Moja Ukochana Poetka.


***
ile lat mają twoje ręce
sękate drzewa
są wiosną
kiedy dotykają moich włosów

poprzez kruchość jesieni
przebija
zapach zbudzonych kłączy
szept ziemi

pośrodku suchych palców
tańczy kwietniowy wiatr
gnę
moją zieloną szyję

głębiej - ostre pragnienie
przywrzeć
skórą ciepłą
do twoich rąk

***
mam ciebie w roztańczonej krwi
w zębach
nitkami nerwów związanych w supeł
czuję - złotą namiętność twojego ciała
przeciągam po nim ręką
lekko
lekko
gnę się
zewsząd
z końca aż do początku
i znów
do końca
jestem
pośrodku ciebie
wspięta nad tobą
cała - w tobie

***
jest cała ziemia samotności
i tylko jedna grudka twojego uśmiechu


jest całe morze samotności
zagubiony ptak


jest całe niebo samotności
twoja tkliwość ponad nim jak

i tylko jeden w nim anioł
jak twe słowa
o skrzydłach tak nieważkich



Zdjęcia pochodzą kolejno ze stron: 
http://www.lubiemojasamotnosc2007.republika.pl/
http://www.polskieradio.pl/8/195/Artykul/1436104,Poswiatowska-Poezja-byl-dla-niej-autoterapia
http://www.polskieradio.pl/10/501/Artykul/1141262,Halina-Poswiatowska-poetka-ktora-chwytala-kazda-chwile

4 maja 2015

Skarb to skarb

       Wzięłam się dziś za mycie okien. Nie jest to moje ulubione zajęcie – wręcz nielubiane – ale kiedyś trzeba było to zrobić – niestety…:( Ale okazało się, że to mycie przyniosło i szerszy pozytywnie efekt: pomysł na ten wpis. 
       Bo ostatnio wszędzie tak o nowościach, zapowiedziach książkowych, planach wydawniczych i nabytkach bibliotecznych. A ja sobie pomyślałam, że mogę pokazać moje najstarsze sztuki – nie te książki, które najdłużej ze mną są (o nich pewnie koło 1.06 będzie:)), ale te z moich egzemplarzy, które najdawniej zostały wydane. 
       Jeśli dobrze poszperałam, to okazuje się, że najstarszymi są: zbiór poezji i prozy angielskiej w oryginalnym języku spisane na maszynie (z 1952) oraz podręcznik do pedagogiki z 1952 roku. Pierwszy „uratowałam” przy bibliotecznych czystkach jeszcze w czasie studiów chyba, a drugi Mąż na strychu u rodziców znalazł:)
      Oto one – stare, zakurzone, pomięte, poplamione, obdarte i pachnące historią. 
      Chciałabym zobaczyć też Wasze archaiczne skarby – i poznać ich historię. Może coś jest pamiątką rodzinną, może coś po wieloletnich poszukiwaniach wyszperano na jakimś pchlim targu, może coś było Waszym pierwszym elementarzem:):) 
       Pokażecie? Pokażcie:) Już czekam na Wasze "chwalipięctwo":









To teraz Wasza kolej - pokażcie, czym regał bogaty:):):)

Tak mi się marzy zbiór Waszych historii o Waszych Cud-Zdobyczach - takie magiczne opowieści w jednym miejscu:) Każdy kto chce, może mi wysłać na meila/fb/g+ swoją historię, a ja ją później światu pokażę:) Możecie równie dobrze na swoich profilach wszystko zaprezentować - grunt, by świat ujrzał takie piękne starocie, które żyją kolejnym szczęśliwym życiem:) 
Do dzieła:)! 

1 maja 2015

A ty... czy nie widziałeś tego? (...) Nie widziałeś? Ale poczekaj, zobaczysz! s. 147.

       Wczoraj było o tym, jak boleśnie rozczarowały mnie detektywistyczne opowiadania E. A. Poego. Ale dziś pochwalę się, że przeczytałam też jego dwa teksty z cyklu „gotyckiego”. I jestem zafascynowana! Tak, mówię to ja – sceptyk! 
   
   Osadzone w przestrzeni dzikiej przyrody, w krajobrazie starych zamków, rozlatujących się murów, mglistych i bagiennych terenów – jak z obrazów Fussliego - opowiadania Poego potrafią wpłynąć na wyobraźnię i moją porwały całkowicie! Jestem zachwycona, a pytanie: I co? I co? I co? wciąż mi towarzyszyło.
       Okazało się, że Poe potrafi budować nastrój, dawkować napięcie, już od pierwszych zdań typu: „Przez cały dzień pewnej jesieni — dzień zadymką omglony, posępny i oniemiały, gdy chmury ciężko i nisko zwisły na niebie, przebywałem samopas i konno obszary niezwykle ponurej krainy i wreszcie w chwili przypływu zmierzchów wieczornych, stanąłem przed melancholijnym Domem Usherów”* wprowadzać czytelnika powoli w niesamowitość historii i jej klimatu. Już po kilku fragmentach widać, że Poe był wzorowym dzieckiem romantyzmu: pełno u niego atmosfery dziwności, niejasności, pogranicza realnego z wyobrażonym, fabuła opiera się na emocjach i w nie najmocniej uderza.   Wydaje mi się, że największym atutem jest umiejętność przekształcenia banalnej z pozoru historii w teatr magii, dziwów i nieoczywistości. Bo
czy ktoś mógł przewidzieć, że opowieści o dwóch zwaśnionych sąsiadach, czy zapadłym na dziwne schorzenia rodzeństwie może się skończyć tak, a nie inaczej? Ja nie przewidziałam – i dlatego tak świetnie się bawiłam!
       I to na pewno nie moje ostatnie spotkanie z niesamowitościami Edgara Alana Poego:)! 

*tł. B. Leśmian.

Zdjęcia pochodzą kolejno ze stron:
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Zag%C5%82ada_domu_Usher%C3%B3w
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Metzengerstein