31 lipca 2015

Bała się (…), że nigdy nie będzie jej dane poczuć, że żyje. (s. 30)

       Z reguły nie lubię serii – filmowych czy książkowych. Nie lubię, jak jeden motyw ciągnie się (czasem na siłę nadmiernie rozbudowywany) a pojawiające się kolejno wątki niczego nie wyjaśniają, nie przybliżają do rozwikłania zagadki, a tylko jeszcze bardziej ją gmatwają. Poza tym, z książkowymi cyklami jest niejednokrotnie tak, że kolejne części ukazują się w pewnych odstępstwach czasowych i zanim sięgnę po następny tom – zapominam o poprzednim (lub tracę min zainteresowanie), a i nie ma się pewności, że wydawca zechce kontynuować publikowanie. Takie same obawy miałam, gdy ponad rok temu sięgałam po pierwszy tom cyklu o fińskim miasteczku Palokaski. Jednak dość tajemnicza historia śmierci nastoletniej Laury, niejednoznaczne rysy charakterologiczne postaci (i to nieważne czy mówimy o policjantach, nauczycielach, branży biznesowej, czy o pozornie przeciętnym obywatelu) oraz pogłębiające się wrażenie, że wszyscy o tej sprawie wiedzą znacznie więcej niż mówią sprawiły, że z wielką przyjemnością sięgnęłam po część 2. – „Noorę”. I nie była to błędna decyzja.
       Choć główną bohaterką jest tutaj tytułowa Noora: zamknięta w sobie, niemo prosząca o uwagę i zainteresowanie, samotna, o skomplikowanej osobowości, ale bystra, sprytna i pomysłowa dziewczyna, to wciąż jest obecna niedawna historia śmierci Laury. Bo nikt tak naprawdę nie wierzy w nieszczęśliwy wypadek. Ale nikt też nie ma choćby poszlak mogących wznowić śledztwo. Bo Noorę i Laurę pozornie wszystko dzieli - i status majątkowy, i popularność wśród rówieśników, i tzw. pomysł na siebie, a nawet stan emocjonalny. Ale w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że ich losy i wybory życiowe są do siebie bardzo podobne – i to nie tylko jeśli chodzi o zdolność popadania w kłopoty. A to wszystko jakoś dziwnie prowadzi do świata wielkich pieniędzy, biznesowej piramidy i banalnych pragnień bycia pięknym, zdrowym i na czasie. „Noora” nie jest tylko kryminałem z pozornie niezwiązanymi ze sobą zagadkami i trupami, w sąsiedztwie których raz za razem pojawia się lokalna krezuska ze swoimi  tajemniczo zarobionymi pieniędzmi. To też książką o tym, jak współczesna młodzież szuka akceptacji, jak hobby- czy to komputerowe, czy detektywistyczne – może doprowadzić do nieszczęść i tragedii, jak cienka jest granica między prawem i bezprawiem, jak silne i niszczące może być pragnienie dziecka oraz od dawna wytęsknione spokój i harmonia.
       Jak motywów i wątków w „Noorze” jest niemało, tak i sami bohaterowie są rozbudowani i nie jednowymiarowi. Bo z jednej strony mamy świat perfidnych, przebiegłych i podejrzliwych dorosłych, którzy niejednokrotnie posiadają skomplikowaną osobowość, poplątaną przeszłość i takież same relacje z bliskimi. W tym gronie nikt nie jest krystaliczny czy jednowymiarowy, każdy coś ukrywa – nawet szkolny psycholog, miejska bizneswoman, prywatny psychoterapeuta, cierpiąca na bezpłodność gospodyni domowa, czy była policjantka. Z drugiej strony mamy sporą grupę nastolatków, z których każdy zdaje się mieć a to nieciekawą sytuację finansową, a to ciężkie relacje z rodzicami (lub ich brak), a to problemy z samoakceptacją, a to odczuwają potrzebę życia życiem innych… Wydaje się, że w Palokaski nie ma przeciętniaków. Im dłużej się tam przebywa, tym silniejsze jest przekonanie, że każdy mieszkaniec coś ukrywa.
       I jak „Laura” była wstępem do tematu głównego, który daleki jest od codziennych dylematów nastolatek, ale chętnie do nich sięga, tak „Noora” jest typowym rozwinięciem zasadniczej kwestii – bo nagle dowiadujemy się, co wspólnego z kobiecymi hormonami ma wisiorek z aniołkiem, co mogło być źródłem kłopotów Laury, w jakie tarapaty popadła Noora i że znikniecie Venli wcale nie było przypadkowe.
       Ale wciąż nie wiemy kto i dlaczego pociąga za mordercze sznurki. O tym, mam nadzieję, będzie w części 3. Na którą - szczerze - mam ogromną ochotę:)

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:

23 lipca 2015

W odpowiednich okolicznościach każdy jest zdolny do morderstwa. (s. 98)

       Lato. Małe miasteczko nad morzem. Pełnia słońca. Ciepły piasek i wizja turystów pod parasolkami. Wszyscy marzą o wakacyjnym wytchnieniu i spowolnieniu. 
       Taką sielską-anielską przestrzeń zamieszkują (między innymi): powracająca z  rodzinnych wakacji ambitna policjantka, lokalny - od piętnastu lat żonaty z tą samą, wciąż młodą, kobietą – hydraulik i jego rodzina, jego dość nieogarnięty pomocnik, dociekliwa i wnikliwa redaktor naczelna lokalnej gazety, jej wścibski asystent wraz ze swoją pogrążoną w nałogu matką, taktowny i otwarty młody pastor, anonimowa, szorstka i wroga opiekunka pewnego domku letniskowego, kioskarz oraz właścicielka - czekającego na nowych turystów - hotelu. Wszyscy oni (z wyjątkiem wycofanej sprzątaczki) tworzą znającą się od dawna, zżytą, darzącą się zaufaniem i wsparciem, mijającą się codziennie w drodze do pracy grupę; każdy każdego zna i na swój sposób każdemu ufa. 
       Bo Broadchurch to jeszcze takie miasteczko, w którym nikt przed nikim nie zamyka drzwi. To pojawiający się później obcy, z zewnątrz – sierżant i dziennikarka ogólnokrajowej gazety - są tymi, co sieją zamieszanie i wątpliwości. Ale to później. Bo teraz Broadchurch to jeszcze takie miasteczko, w którym sama bym chętnie spędziła długi, leniwy urlop. Tylko, że już za chwilę, pewnego, ciepłego, słonecznego poranka na plaży znajdą ciało jedenastoletniego Danny’ego i już nic nie będzie takie samo. 
       Przede wszystkim pojawi się ból, cierpienie, wyrzut, złość, niedowierzanie i lista pytań bez odpowiedzi. W ślad za tym – poczucie straty, winy i zwątpienia. Matka nie będzie już opoką, ojciec wcale  nie okaże się dobrym opiekunem a starsza siostra słodką nastolatką. Nawet kioskarz nie będzie tylko sprzedawca gazet, a hotelarka ładną kobietą interesu. I wszyscy będą zadawali sobie pytania: Co Danny robił nocą poza domem? Jak się wymknął? Z kim się spotkał? Jakie miał tajemnice? Komu ufał? Co o nim wie jego najlepszy przyjaciel? Śmierć była skutkiem nieszczęśliwego wypadku czy morderstwa? Pytań więcej niż mieszkańców miasteczka i podejrzanych. A i zebrane informacje tyczyć będą raczej innych – a nie ostatnich chwil chłopca. 
       Więc wiemy dlaczego pani z psem opiekowała się domem na uboczu, dlaczego silny ratownik medyczny został ojco-matką na pełen etat, jak to było z nocnym wezwaniem do szwankującego bojlera, przeciętym drutem kolczastym i kłótnią z młodym listonoszem. Ale to nijak nie przybliży do rozwiązania zagadki. A kiedy przyjdzie jej finał, nic już nie będzie takie samo. Bo: To śledztwo położyło się cieniem na całej tutejszej społeczności. Mało kto nie ucierpiał. (…) Dochodzenie było delikatne i złożone i odcisnęło swoje piętno na tym zżytym miasteczku. (…) Oczywiście, że Mark podejrzewał Nige’a, tak samo jak Beth podejrzewała Marka, tak samo jak wszyscy podejrzewali wszystkich…(…) (s. 410 – 423) 
       Po przeczytaniu tych sporo ponad 400 stron „Broadchurch” muszę powiedzieć, że to dobrze rozpisany, trzymający w napięciu kryminał. Raz za razem sprawy przybierają niesamowity obrót, ciśnienie czytelnikowi rośnie (co przy pogodzie za oknem jest raczej wskazane), a rozwiązanie zagadki może niejednego zaskoczyć. Nie powiem, ten brak płynności w przechodzeniu ze sceny w scenę, te nagłe przeskoki mogą irytować, ale można to sobie wytłumaczyć, mając na uwadze, że książka powstała na podstawie filmu, że rozdziały odpowiadają poszczególnym sekwencją filmowym i czytelnik bardziej idzie nie za narratorem a za ruchem kamery. 
       Nie byłoby tego napięcia, zniecierpliwienia i irytacji, że choć kolejne strony za nami, to o sprawcy zdarzenia nadal nic nie wiadomo, gdyby nie wyraziste postacie głównych bohaterów: rodziców i siostry Danny’ego, ich najbliższych sąsiadów, a przede wszystkim policjantów: udzielającego wsparcia poszkodowanej rodzinie oraz śledczych – Ellie’go i Alec’ca. Są oni nieudacznikami, patałachami, życiowymi wykolejeńcami, pracującymi poniżej swoich ambicji, którzy raz za razem przegapiają ważne wątki, skupiają się na banałach i własnych – mylnych – osądach oraz skojarzeniach.  Ona jest naiwną, pełną żalu za stracony awans żoną ojco-matki, a on szorstkim, introwertycznym, aroganckim, nieczułym, bezpośrednim i zdegradowanym gliną, za którym ciągnie się echo zawalonego śledztwa; nie ma w sobie nic z charyzmy, przebiegłości czy sprytu znanych słynnych śledczych; nie jest nawet zwinny i sprawny fizycznie – osaczony przez swoje coraz bardziej kalekie zauważalnie oddala się od wizji finału . Czy tym razem uda mu się znaleźć winnego, a jego zawodowej partnerce odzyskać radość z wykonywanego pracy? 
       Warto wybrać się na wczasy do książkowego Broadchurch z „Brodchurch” w dłoni. I choć jest to zamknięta część, kilka wątków można rozwinąć i osobiście widzę potencjał na ciąg dalszy. Ja mam na niego wielką ochotę. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:

22 lipca 2015

(...) tożsamość piszących pod tym pseudonimem nie została ujawniona.

Już niedługo, całkiem wnet, mój wpis o wrażeniach z lektury "Noory", a jako wstęp proponuję wywiad z twórcami serii o Palokaski. Opowiedzieli oni M. Smęder z WL o pisarskiej anonimowości, popularności w Finlandii, o granicy między realnością a internetową fikcją, o Palokaski, jako jednym ze "światów możliwych, figurze książkowego wisiorka z aniołkiem i wielu innych sprawach. 
Zapraszam do lektury:) 
Wywiad tu. 

16 lipca 2015

My naprawdę wydeptujemy własną ścieżkę. To naprawdę jest historyczne. s. 68

       Lata 20. XX wieku to w USA czas prohibicji, swobody obyczajowej, załamania potocznie rozumianej tradycyjności, to rewolucja w modzie i muzyce, jak i czas wykluwania się nowego typu literatury.   To okres debiutu takich pisarzy jak choćby Dorothy Parker, Sinclar Lewis i Francis Scott Fitzgerald.
      I dziś poniekąd interesuje mnie ten ostatni. Bo oto mam w dłoniach „Z. Powieść o Zeldzie Fitzgerald” Therese Anne Fwler. To zbeletryzowana, opowiadana w pierwszej osobie (przez tytułową bohaterkę) historia rozkwitu i upadku związku pełnego miłości, pasji, blichtru, oddania, inspiracji, gwałtowności, namiętności, buntu i zawziętości. Bohaterami tego dramatu są: wychowana w realiach tradycjonalistycznego Południa USA charakterna Zelda Sayre oraz pełen dumy, pychy i artystycznego uporu Francis Scott Fitzgerald – późniejszy autor „Pięknych i przeklętych”, „Wielkiego Gatsby’ego”, „Ostatniego z wielkich”, wielu opowiadań publikowanych na łamach poczytnych, opiniotwórczych magazynów oraz twórca scenariuszy filmowych. W niniejszej książce – w niewielkim stopniu fikcyjnej (bo przytaczane dialogi trudno uznać za autentyczne) – tworzą oni barwną, nietuzinkowa, pełną kontrowersji i na wskroś światową parę. Jego przedstawiano jako naprawdę zdolnego, aroganckiego, pewnego siebie, a nawet bezczelnego typa; ją - jako kobietę głodną nowinek i przygód, bez problemów egzystującą w wielkim świecie życia artystycznego, którego później stała się tragiczną ofiarą.
      I – choć to opowieść o tym, jak młodziutka dziewczyna chciała i umiała być żoną wielkiego pisarza, ale nie potrafiła udźwignąć wszystkich konsekwencji związanych ze sławą oraz popularnością – to ten wielki świat jest trzecim bohaterem książki. Bo wędrując za bohaterami, poznajemy realia i mentalność tradycyjnego Południa, bohemę Nowego Jorku, pierwszą falę rozkwitu Hollywood, stabilną i swobodnie oddychającą Europę; nadążamy za nową modą w ubiorze i damskich fryzurach, karty aż tętnią jezzem i swingiem. Okazuje się, że „Z…” to nie tylko opowieść o tym, jak młoda dziewczyna z małego miasteczka stała się jedną z czołowych przedstawicielek młodego pokolenia Amerykanek, jak stała się ofiarą wielkiej sławy i wielkiej miłości, ale to też opowieść o tym, czym tak naprawdę były szalone lata 20. A szaleństwa nie można im odmówić…
      I choć to opowieść o tytułowej Zeldzie i jej mężu-pisarzu, pełno w tej książce informacji o innych ludziach sztuki – dziennikarzach, wydawcach, pisarzach, reżyserach, aktorach, scenarzystach, producentach. Pełno w tej książce tytułów gazet, magazynów, powieści, sztuk teatralnych i filmów (tym znanym w Polsce i przetłumaczonym wydawca przypisał polskie tytuły, a te obce polskiemu rynkowi pozostały w wersji anglojęzycznej). Czytelnik uczestniczy w zebraniach i naradach, jaki i w suto zakrapianych bibach, wyjazdach, podróżach i konferencjach prasowych; czyta urywki recenzji i wywiadów. Dzięki temu bohaterowie nie się są samotnymi monadami, a współistnieją w tym barwnych świecie i realiach Ameryki połowy lat 20. XX wielu.
      I nawet jeśli ktoś nie lubi pokolenia pierwszych nonkonformistów i buntowników amerykańskiej literatury, może dać się porwać tej wyłaniającej się z książki kulturze wolności i swobody – literackiej, obyczajowej i światopoglądowej.

Oto bohaterowie dzisiejszej opowieści:

                      












Za możliwość przeczytania książki dziękuję

Książka bierze udział w wyzwaniu

Archiwalne zdjęcia pochodzą ze stron:
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Francis_Scott_Fitzgerald
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Zelda_Fitzgerald

15 lipca 2015

"Z książki płynie odwaga (...)" - K. I. Gałczyński

Dziś pierwszy od dawna wpis około-książkowy. Zanim kolejna recenzja - pochwalę się zgromadzonymi ostatnio tytułami. Sporo tego (nawet nie wiedziałam, że aż tyle), ale na półkach tak to nie wygląda - wszystko ginie w gąszczu innych książek:) dzisiejszy zbiór pogrupowałam w kilka kategorii i o każdej postaram się opowiedzieć choć kilka słów:)

Kilka tytułów otrzymanych od wydawnictw - nie są to wszystkie, bo niektóre pożyczone powędrowały już do bliskich. 
O dwóch z nich już pisałam - tu i tu, a o innej (nieobecnej na zdjęciu) może będzie już jutro.  

Kupione sobie przy różnych okazjach w różnych marketach (głównie na "r" i "b":)). Przy tych okazjach nabyłam też te wysłane dziewczynom po konkursie (było o tym tu). Oprócz tych są jeszcze jakieś dwa kryminały z tej serii - ale one też już pożyczone (teściowi, co ma ponad 80. lat:)). 

Zakupione sobie i Mężowi ("Stasiuki") na aros.pl. Z Czarnej Serii jest tyko jedna część, bo dwie wcześniejsze już miałam. Z tymi zakupami przyszły też dwie dla kolegi, ale już je dostał jako prezent urodzinowy:) 

Oto efekt lokalnej wymiany:) Dałam kilka egzemplarzy pokazowych i powieści kowbojskich po angielsku, a otrzymałam to:) Platon po angielsku to jedna z książek o kategorii "bo muszę":)   

Nie byłabym sobą, gdybym "nie uratowała" z książkowego śmietnika kilka tekstów. To na pewno nie wszystkie, ale nie mogę się w pamięci doszukać co to jeszcze było:) Kilka przyniosłam ja, kilka mój Mąż, a kilka Teściowa Siostry (np. "Kto mi dał skrzydła"). Ważna uwaga: "Miazga" powinna być w grupce powyżej.  

Pokonferencyjny zbiór przywieziony w maju z Rzeszowa - niby mówiłam o Platońskiej metaforze, niby od dawna nie napisałam nic wielkiego o Tokarczuk, ale jej twórczość opętała mnie i trzyma w sidłach - nie mogłam nie mieć tej ksiązki:)

A to książka, o której PRZYPOMNIAŁA mi Poświatowska:) W jednym z jej listów jest uwaga o szkicach Parandowskiego na temat ważnych pisarzy. I wtedy mnie OLŚNIŁO, że przecież ja tez mam GDZIEŚ taką książkę... Tylko gdzie? Przeszukałam wszystkie szafki i regały - nic; pół nocy myślałam - i nic; na drugi dzień pojechałam do domu rodzinnego - i... znalazłam... I przywiozłam tu ze sobą:) Książka jest wiekowa, też pozyskana drogą "ratunkową" i należy do tych ważniejszych!

Przy tej wspomnianej wizycie wywiozłam też Reymonta - nie dlatego, że nie wyobrażam sobie bez niego życia, ale dlatego, że ważny, a Brat - robiąc miejsce bongosom (bo perkusja już miejsce swoje od dawna ma) - książki pochował do szafek/szuflad...

 A to perełka - urodzinowy prezent od Męża:) Kiedy przeczytam te wszystkie tomiszcza od niego:)? Tak fajnie, że On też jest czasem na bieżąco z nowościami:)

...
Książki naprawdę są fajne:) I czasem myślę, że bogata jestem...:) 

A na koniec - tak wyglądało przygotowanie do niniejszej opowieści:

13 lipca 2015

Dziękuję!

Pomimo, że mało czytam (właśnie dziś zakończyliśmy pierwszy wspólny (małżeński:)) remont, w trakcie którego mieszkaliśmy w domowej bibliotece i w ogóle nie piszę - poza akapitami o teorii metafory) wywiązałam się z obowiązku i wysłałam po-konkursowe książki. Dziewczyny pochwaliły się otrzymanymi przesyłkami. Oto one:

- podarki dla Nikoli

- podarki dla Ani

Te zakładki są ręcznie robione. Dzierga je moja koleżanka i odsyła do Włoch, gdzie Jej starsza Siostra sprzedaje w polsko-włoskiej księgarni. Mam jeszcze kilka takich i na pewno dołączę do kolejnej rozdawajki:)

Dziewczyny, dziękuję za powyższe zdjęcia:)!

4 lipca 2015

Informacje zaległe

Kochani,
konkurs - choć nie mój pierwszy - cieszył się znikomym zainteresowaniem (z tym, że liczba odsłon sugerowała inaczej), ale rozwiązać go mogę.
Tym samym ogłaszam, że "Noorę" wraz z "towarzystwem" i kilkoma książkowymi gadżetami otrzymuje kwiatusia. Muszę przyznać, że pomysł oraz wprowadzenie naparzę zaintrygowały i chciałabym coś więcej zobaczyć (choć łowca talentów ze mnie żaden - po prostu podoba mi się ta wielogłosowość Twojego opowiadania:)). Tym samym - ponownie proszę o adres do wysyłki:)
Jednak Anka Książkolub smucić się nie musi - książkowa pocieszajka na Nią czeka:) Wystarczy podać adres i uzbroić się w cierpliwość:)

Co co cierpliwości - dziewczyny, jestem straaasznie zalatana... Książki na pewno wyślę, ale może to się stać nawet koło 13.07. Więc listonosza wygadajcie, ale za spóźnialstwo nie krytykujcie - na pewno wina będzie ma...


Dziękuję za udział w zabawie:)
Do następnego pomysłu:)