23 września 2015

Miłość była najstarszym, najbardziej bezwzględnym katalizatorem pod słońcem. (s. 288)

        Według mnie sztuka/kultura otwiera umysły i serca – na nowe, nieznane kraje, nieznanych ludzi i niesamowite (nie ważne czy fikcyjne czy autentyczne) historie. Dzięki czytaniu odwiedzamy niesamowite miejsca i spotykamy niesamowite osoby. Każda książka to nowe, inne – często skrajne – emocje i przeżycia. Weryfikujemy prawdę o sobie, innych ludziach i znanej rzeczywistości… Dzięki temu i o sobie dowiadujemy się czegoś nowego, niejednokrotnie sięgamy do dawno uśpionych uczuć i zdobywamy się na chwilę (auto)refleksji… Możemy sobie odpowiedzieć na już przebrzmiałe pytania i świeżym wzrokiem spojrzeć na otoczenie.
        O takim właśnie porządkowaniu,  odkrywaniu własnej przestrzeni, nazywania siebie na nowo jest najnowsza książka Sue Monk Kidd – „Opactwo świętego grzechu”. Bo jak widać po losach głównej bohaterki – Jessie, jej matki i ojca, jest taki moment w życiu człowieka, pojawia się takie napięcie, dochodzi się do takiego zaplątania własnych emocji oraz relacji, że trzeba to przerwać, przewartościować, rozbić na czynniki pierwsze dobrze sobie znaną rzeczywistość, rozliczyć się z dotychczasowym życiem, by wszystko na nowo zbudować – i to w konstelacji, która może być najbezpieczniejsza, najbliższa, najlepsza, i całkowicie swojska, prywatna, bez obciążeń, powinności względem innych, wyrzutów, żalów i poczucia straty.
       Bo Jessie, jadąc na wyspę dzieciństwa opiekować się okaleczoną matką, jedzie tak naprawdę, by na nowo znaleźć siebie, by przypomnieć sobie, co kiedyś było takie ważne, do czego dążyła, kim kiedyś była, jakie miała potrzeby i jak siebie traktowała. Dopiero to „odkopanie” prawdziwej siebie dało jej możliwość odnalezienia prawdy o rodzicach i zrozumienia niecodziennego zachowania matki. Bo jak widać po historii Jessie, nie można oderwać się od korzeni, nie można zrozumieć swego otoczenia, nie rozumiejąc siebie.
       Na wyspie powraca nie tylko do chorej matki i siebie samej, ale i do atmosfery dzieciństwa, dobrze sobie znanej codzienności i znanych ludzi. A to ludzie prości, o nieskomplikowanych zasadach i jasnych wartościach, żyjący w świecie starych, mitycznych wierzeń i legend, które przeplatają się ze światem realnym. Odnajduje tam też drogę do głębokiej - wyrosłej na uwadze i wsłuchaniu - miłości, jak i drogę do - płynącej z na nowo obudzonej wyobraźni - sztuki.
       Te wszystkie wątki, mini-historie, prowadzone są narracją powolną, niespieszną, chwilami monotonną, bez gwałtownych zwrotów akcji, czy niemożliwego napięcia. Toczy się tak, jak postępują zmiany w życiu wewnętrznym – powoli, sekwencyjni, etapami, bo do zmian trzeba dojrzeć i być na nie gotowym, więc i dobra opowieść postępuje odpowiednim tempem.  
       Wbrew powyższym słowom „Opactwo…” nie jest skomplikowaną, trudną w  odbiorze, mętną i pokręconą powieścią. To historia kobiety, która po latach powraca do domu rodzinnego, stawia czoła pogmatwanym rodzinnym historiom z przeszłości, spotyka dobrze znanych sobie ciepłych ludzi i przeredagowuje własne życie, by wreszcie czuć, że ono naprawdę jest jej. To taka historia, która przekonuje wewnętrznym ciepłem i tlącą się nadzieją – bo przecież zawsze jest światełko w tunelu, prawda:)? A jeśli nad tym wszystkim góruje duch miłości, to już dobra lektura gwarantowana:) Ja polecam!

ZA LEKTURĘ DZIĘKUJĘ


KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU

Nowe Wyzwanie

Różności...

Wydaje mi się, że całe lata nic tu nie publikowałam – lata świetlne. A przez ten czas sporo się wydarzyło: gościłam Izę z Ostrołęki, na benefisie świętowałyśmy setne 100. urodziny Danuty Szaflarskiej (urodziła się w Kosarzyskach, a po śmierci ojca przeniosła się z rodziną do Nowego Sącza i w tutejszym amatorskim teatrze robotniczym (wciąż jest amatorski) debiutowała w sztuce Słowackiego; później były studia w Krakowie i Warszawie, rola łączniczki w czasie Powstania, a po wojnie to już cała gama różnych ról – w filmie oraz teatrze… Co tu dużo mówić – życie Szaflarskiej to gotowy scenariusz na niesamowitą biografię!); odwiedziłyśmy tez z Izą nowo powstały Dom Historii w Nowym Sączu, brałyśmy udział w marszu upamiętniającym likwidację nowosądeckiego getta, zwiedzałyśmy okoliczne miejscowości (najbardziej podobała mi się pociągowa wyprawa Doliną Popradu do Krynicy:)), następnie żegnałam lato (w towarzystwie dzieci) i ogrodowo witałam jesień… Wszystko widać na poniższych zdjęciach (część zdjęć telefonem z okna, więc kiepskie:() :)

BENEFIS













AKCJE 
DOMU HISTORII







WYCIECZKI













JESZCZE ŁYK SWOBODY:)








I co najważniejsze – wraz z końcem VIII przyszedł nauczycielski powrót  do szkoły połączony z zalewem obowiązków… Ale powoli, powolutku się odgruzowuję i może już regularnie będę tu zaglądać. Bo plany mam: minimum dwie recenzje miesięcznie (przy czytaniu/przypominaniu sobie lektur szkolnych (poziom IV) jakoś będę musiała się zorganizować) i może raz w miesiącu/raz na dwa miesiące coś na kształt zestawu ciekawszych codziennych okruszków (w X jedziemy do teatru, więc czymś może się pochwalę). Zobaczymy, co z tego wyjdzie… Mam nadzieję, że nie okażę się gołosłowna. Póki co – już zaraz-wnet recenzja książki, którą w księgarniach będzie można dostać od 8.10.2015.