31 października 2015

Co się działo....

pomiędzy ostatnimi wzmiankami o książkach? Całkiem sympatyczne wydarzenia. Po pierwsze: wciąż czytam. Różne książki - i podręczniki szkolne, i lektury szkolne (obecnie: etap Króla Edypa), jak i tytuły podesłane przez Zaprzyjaźnione Wydawnictwa. I pomimo napiętego kalendarza, wciąż książki gromadzę - bo zakładam, że starość mnie czeka długa, piękna i spokojna...:)
Ostatnio może i nie udało mi się wyjątkowo wiele książek pozyskać, ale grubość kilku z nich robi wrażenie:)
Oto książki kupione sobie i Mężowi (oczywiście "Stasiuki") w arosie:

Poniższe to efekt wizyt w kilku marketach i polowania na kioskowe dodatki:

A te z kolei to tytuły nadesłane przez Wydawnictwa ("Excentrycy" to wygrana w konkursie:)):
"Małe..." były opisywane tutaj, a "Narzeczona..." tutaj. Na tym zdjęciu brakuje "Opactwa..." oraz "Kalendarzy", które - pożyczone - wędrują od domu do domu:) Już wnet notatka o "Ścieżkach...", a zaraz później zasiądę do Pamuka - aż sama siebie pytam, czego tym razem dowiem się o Stambule (po moim pierwszym spotkaniu z inną książką autora, długo nie mogłam się otrząsnąć). 

Ale nie tylko książkami żyję - do pracy chodzić trzeba. I kiedy uporałyśmy się (polonistki-wychowawczynie) z obowiązkami biurokratycznymi, z powinnościami wychowawcy u początku roku szkolnego,a pierwszoklasiści stali się pełnoprawnymi uczniami szkoły, udaliśmy się na wycieczkę do Krakowa. Był to dzień długi i intensywny. Najpierw: warsztaty w Muzeum Archeologicznym (tajniki pisania na glinianych tabliczkach i ręczne wyrabianie biżuterii):
- piszemy




- a tu nawlekamy

















                                         

Później poszliśmy do kamienicy Szołayskich na wystawę "Szuflada Szymborskiej" (Trójka "robiła" o niej program) - o największych skarbach (w tym książkach - kupowanych, nie pisanych) i najważniejszych bibelotach Noblistki. Bardzo fajny pomysł, tylko mało miejsca i nasza dość spora grupa miała problem, by na spokojnie, bez ścisku wszystko sobie oglądnąć (więc i zdjęcia kiepskie:()











A później, już wieczorem, był spektakl w Teatrze im. Juliusza Słowackiego - "Arszenik i stare koronki".












Muszę przyznać, że dawno tak się nie uśmiałam, a młodzież wyszła wręcz zachwycona i już dwa dni później pytali, kiedy kolejny wyjazd z teatrem w roli głównej - bardzo mnie to podbudowało... I mimo późnego powrotu do domu, był to fantastyczny wyjazd, który odchorowałam jedynie niewielkim katarem:)
A na podsumowanie ostatniego tygodnia był jeszcze konkurs recytatorski poezji Wojtyły, z którego moje uczennice wróciły z dyplomami i niewielkimi upominkami pocieszenia, co je nie zniechęciło a utwierdziło w postanowieniu, że za rok znów się zgłoszą:)

Ot, takie moje dni... Praca oparta również na kontakcie z książką, czas wolny z książkami oraz dom zawalany książkami i papierami - moimi i Męża... I może dlatego B. już nie chce w nim spać i woli budę????

Do blogowego zobaczenia:)

24 października 2015

Dokonuję szybkiego bilansu (…). (s. 66)

       Powieści obyczajowe są takimi, po które najrzadziej sięgam. Czytanie o codziennych (?), typowych (?), a nawet banalnych (?) perypetiach zwykłych (?) ludzi jakoś mnie nie pociąga – może po prostu dlatego, że nie ma tam przyciągającego mnie odpowiednim napięciem dreszczyku typowego dla surowych kryminałów czy wiarygodności i autentyczności literatury faktu, a za to niemało ckliwości i truizmu. Tak czy inaczej – obyczajówek w moim domu mało i mało ich na blogu. 
       Ale dziś jest - i to nie taka oczywista, lekka, banalna, do odpoczynku i z typowym „żyli długo i
szczęśliwie”. Dziś o „Kalendarzach”. Na książkę skusiłam się, bo talent autorki – Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk - jej umiejętność snucia opowieści wielowątkowych i wielopoziomowych, opowiadanych piękną polszczyzną zachwyciła mnie przy okazji serii o Cukierni pod Amorem i historii o pewnej polskiej malarce robiącej piorunującą karierę w Paryżu - Róży z Wolskich.
       Tak oczarowana nie mogłam nie sięgnąć po najnowszą jej powieść. Jest ona inna od tamtych. Brak w niej szerokiego wachlarza różnorodnych i skomplikowanych postaci, brak intrygi i wielowątkowości. Bo jak wskazuje tytuł, to opowieść o tym, co jest istotą kalendarza – o osobistych, czasem oderwanych od siebie zapiskach, licznych momentach, skrawkach zdarzeń, które - złożone razem – dają całościowy pogląd na życie i pozwalają je ocenić lub podsumować. 
        Główną bohaterkę spotykamy w ciężkim i może smutnym – ale całkiem oczywistym - momencie życia: jej syn wyprowadził się z domu, podkreślając tym samym swoją niezależność, dorosłość, samodzielność i konieczność pisania własnej historii. Wydarzenie to stało się dla bohaterki pretekstem do skonfrontowania siebie z całą swoją historią i przeżyciami, z dotychczasowym – a może przede wszystkim tym odległym czasowo - życiem. Opowieści o nim prowadzone są pierwszoosobowo – momenty teraźniejsze, monologi wewnętrzne kierowane apostrofą do nieobecnego syna oraz trzecioosobowo – retrospekcje, w których bohaterka patrzy na siebie w dzieciństwie jak na obcą osobę, jakby dystansowała się do tamtej siebie, jakby ona-dziś niewiele przypominała ją-wtedy i konieczne stało się mówienie o sobie „ona”, „dziewczynka”. Te myślowe wyprawy w przeszłość  przypominają – i właściwie stają się – spotkaniami z duchami: matką, ojcem, dziadkami, ich sąsiadami ze wsi, młodszą siostrą, nieznanym w zasadzie wujostwem. Pozwala jej to odpowiedzieć na pytanie, co było ważne kiedyś, co jest ważne dziś, co było ważne dla moich bliskich w przeszłości, a co obecnie. W konfrontacji „kiedyś” z „teraz” przeszłość jest idealizowana i koloryzowana; pracowity czas u dziadków na wsi był czasem trudnym, nerwowym – jak nerwowy bywał dziadek, ale to piękny okres z ludźmi, których już więcej się nie spotka… 
       W tych opowieściach nie ma nic napuszonego, górnolotnego, wielkopańskiego, czy wyjątkowo przełomowego – to opowieści o tym, jak zwykłe, nawet bardzo skromne życie, może być piękne i autentycznie ważne. Z tych historii wyłaniają się uniwersalne prawdy życiowe – wystarczy chcieć ich poszukać. Muszę nieśmiało przyznać, że chyba żadna książka – jak ta właśnie - nie wywołała we mnie tylu wspomnień z własnego dzieciństwa; przy czytaniu żadnej książki myśli o własnych dziadkach, rodzicach, wczesnym dzieciństwie rodzeństwa nie były tak mocne i natarczywe*. Chwilami mimochodem okazywało się, że - zamiast za wspomnieniami bohaterki-narratorki - podążam za własnymi myślami w głąb własnej historii. Bo jak nie zatrzymać się przy słowach typu:
„Z życia dziadków znamy jedynie schyłek, na który cieniem kładzie się ich śmierć. Życie naszych rodziców to w zasadzie wyłącznie ich dorosłość. Starzejąc się, niepostrzeżenie robimy się do nich podobni. Życie naszych dzieci to przede wszystkim ich dzieciństwo. Wszystko inne to obrosły domowymi legendami, wielokrotnie zmieniany przekaz” (s. 37)?
       Uważam, że „Kalendarze” warto przeczytać nie po to, by przeżyć niesamowitą, pełną dreszczy oraz emocji przygodę, ale po to, by móc przypomnieć sobie te chwile, które były ważne i które może nas ukształtowały.   

WSPÓŁPRACA

*Ci co mnie znają prywatnie, wiedzą, że dzieciństwo (babcię:)!) mam na piedestale:):)

Wyzwanie 2.

21 października 2015

Mężczyzna, którego kochałam, moja najbliższa przyjaciółka, mężczyzna, który kochał ją, wszyscy przemienieni przez żałobę w coś, czego nawet sami nie potrafią rozpoznać. (s. 300)

       Najbardziej niesamowite jest to, jak książka początkowo nudna, monotonna, nużąca, ze wstępem „ciągnącym się”, męczącym, bez wyraźnie zarysowanej fabuły, zmienia się w historię pełną napięcia, dreszczyku, osaczającą, kleszczącą czytelnika w swych niewidzialnych mackach, które każą raz za razem pytać: „Co dalej?” Niesamowite jest to, jak historia początkowo bez wyrazu zmienia się w opowieść, której – z jednej strony - nie chciałoby się kończyć, a z drugiej – nie możemy doczekać się finału i rozwiązania. Bo przecież, niczym w tragedii starogreckiej, rozwikłanie i rozplątanie wszystkich napięć nastąpić wreszcie musi.  
       W taki sposób podsumowuję sobie „Małe mroczne kłamstwa”. Bo początek tej książki - opis
przygotowań płetwonurka do zejścia pod wodę, nurkującej kobiety i jej ucieczki przed walczącymi o posiłek rybami - jest dla mnie całkiem przydługi*. Zanim dobrnęłam do jego końca, książkę kilkakrotnie odkładałam i wmawiałam sobie, że nie dam rady – ale dałam:) I bardzo dobrze! Inaczej pozbawiłabym się przyjemności przeczytania świetnie rozpisanego, dozującego napięcie, odpowiednio dawkującego informacje i wielowymiarowego kryminału.
       Jego fabuła poprowadzona jest narracją pierwszoosobową, ale tych „osób pierwszych” jest w nim aż trzy: dwie kobiety i mężczyzna. Każda z tych osób okazuje się być wnikliwym obserwatorem rzeczywistości, a przede wszystkim siebie, każda z nich perfekcyjnie nazywa siebie i swoje stany, uczucia. Odkrywając przed czytelnikiem kolejne wątki opowieści, odsłania tak naprawdę kolejne pokłady własnych wrażeń  i emocji. A ich opowieść o sobie i o tragicznych wydarzeniach, które stały się ich udziałem należy do gatunku tych najtrudniejszych. Dlatego obok narracji właściwej konieczne okazało się posłużenie się licznymi retrospekcjami. 
       Bo oto w mieście Stanley, które wciąż pamięta interwencję zbrojną na Falklandach w 1982 roku, w którym wciąż stacjonuje wojsko (1 żołnierz na 1 mieszkańca), a wody zaśmiecają wraki statków dochodzi do kilku tragedii. 
       Jedna jest bardzo osobista: przed trzema latami dotknęła Catrin i jej męża Boba – w tragicznych okolicznościach zginęli ich dwaj synowie. Mimo upływu czasu, zmiany stylu życia i poniekąd otoczenia, Catrin nie jest w stanie przepracować w sobie bólu i straty, nie potrafi iść dalej; wciąż dłamszą ją rozpacz, żal, gniew, nienawiść, żyje w sobie, wśród własnych napastliwych myśli i emocji, nie wśród ludzi – a mijanie codziennie sprawczyni tej tragedii nie ułatwia powrotu do równowagi.
       Obok tego - dla niektórych wciąż żywego - nieszczęścia rozgrywają się inne: jakiś czas temu zaginęło dwóch chłopców i do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało (ofiary pedofila/zwodniczej wody/mordercy/porywacza/własnej lekkomyślności/nieuwagi opiekunów), a i teraz, podczas rodzinnej zabawy, przepadło kolejne dziecko – kolejny chłopczyk, syn turystów. 
       Dla małej, zamkniętej społeczności Stanley tego już za dużo: po mieście, niczym widmo, chodzi młoda matka cała w żałobie, wciąż nieznane są losy wcześniej zaginionych chłopców, a teraz jeszcze to – kolejne zaginięcie. Co się dzieje z tą małą społecznością? Bo coś się dziać musi… 
       Mimo tych licznych, przeplatających się ze sobą wątków, mimo kilku historii pobocznych, mimo niewielu głównych postaci, z których każda jest na swój sposób popaprana i pozbawiona klarowności, okazuje się że, że „Małe…” to nie jest typowa powieść kryminalna, w której pełno opętanych tajemnicami bohaterów i której istotą jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: ”Co stało się z chłopcami?”. W dużej mierze to powieść psychologiczna, w której  chodzi o rozrachunek z samym sobą, swoją przeszłością, z wrogiem we mnie, z demonami, które nie są obok mnie a w mojej głowie; to powieść o nienawiści i wyrzucie sumienia; o tym, jak trudno czasem ruszyć z miejsca, zostawić ból za sobą i spróbować się od niego oderwać; a przede wszystkim to historia o potrzebie wybaczenia – sobie i otoczeniu. Przemawiająca z tej książki diagnoza brzmi: Nie można być człowiekiem bez człowieczeństwa. I trzeba poznać wersję/opowieści wszystkich zainteresowanych/zamieszanych, by zobaczyć całość sytuacji, pełne pola wydarzeń, motywy postępowania i najbardziej skryte pragnienia czy tajemnice. A tych jest niemało. 
       Niedawno wydawca książki poinformował, że kryminały Sharon Bolton, autorki „Małych…”, tłumaczone są na 18 języków. I mnie to nie dziwi. I życzę sobie, by wszystkie początkowo drętwe i mało ciekawe książki tak się rozwijały, tak wsysały czytelnika i tak mocno przy sobie trzymały – aż do rozwikłania zagadki.



*Ale może to być całkiem subiektywne odczycie, bo chorobliwie nie znoszę książek o wodzie, pływaniu, morzu, rybakach, statkach, rybach… 



ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

Wyzwanie 2.

19 października 2015

Książkę oddaję...

...autorce bloga http://ksiazki-inna-rzeczywistosc.blogspot.com/.
Ze względu na znikome zainteresowanie, trudno było sfinalizować konkurs, ale Alicja ubrała swoja odpowiedź w "inną" formę.
Mam nadzieję, że książka Ci się spodoba.
Tym samym konkurs

uważam za zamknięty:)

10 października 2015

Rocznica...

...jutro kolejna...
Dziś tylko wiersze - tak dla zatrzymania się na krótką choć chwilę:)
Halina Poświatowska: 9. 05. 1935 - 11. 10. 1967


Odkupiona

w jednym ruchu
upadła i objęła krzyż

łagodnie
jakby to była szyja
umarłego

zdumiona
rękę podaje sobie
i prowadzi siebie po śniegu

jest tak biało
że niepodobna zginąć



















świat jest ładny
to bezsilność uszminkowała świat
do fotografii
śnieg upudrował kiełki konwalii
i drzewa mają wygięte rzęsy
prześwietlone okrągłym księżycem
- świat jest taki ładny -
na ulicy
długi cień latarni
wplątał się w deski płotu
milczącego podłużnie
w bramie - na przekór
skrzypiącym krokom
kwitną pocałunki
słyszysz - dzwonią
jak drzemiące główki konwalii
- świat jest taki ładny -
po drugiej stronie
zamkniętych okien


***
czy świat umrze trochę
kiedy ja umrę

patrzę patrzę
ubrany w lisi kołnierz
idzie świat

nigdy nie myślałam
że jestem włosem w jego futrze

zawsze byłam tu
on - tam

a jednak
miło jest pomyśleć
że świat umrze trochę
kiedy ja umrę



Kiedy Izolda umierała, Tristan pochylał się nad szpitalnym łóżkiem, ręką miękką i chłodną dotykał rozpalonego czoła. Podawał oddech z własnych ust i piła Izolda życie z oddechu kochanka.
Podtrzymywał jej osuwającą się głowę, wąskie i szczupłe plecy. Obojczyki wychudłe podnosiły się spiesznie, aby nadążyć za oddechem. Serce biło prędko, nierówno. Izolda zaciskała palce wokół ręki Tristana.
Przemów do mnie – prosiła – chcę słyszeć twój głos, jeszcze mogę słyszeć – mówiła.
Milczał Tristan i umarła ślepa Izolda przyciskając usta do rąk kochanka. Które miękkie były i chłodne.

***
czy wszystkie dni są stracone dla umarłych
dni w słońcu
i dni w deszczu
dni we wszystkich porach roku
popołudnia i wieczory
chwile
przecięcia chwil
wszystkie oddechy i słowa
potem
kolie dni
naszyjniki kolorowe
lata
epoki
czy wszyscy tracimy wszystko
żyjąc?

patrzę na dzień już umarły

myślę

7 października 2015

A więc ona sama w tej historii nie istnieje, nie wolno wymieniać jej nazwiska ani nawet wspominać imienia. (s. 232)

       Są książki, które się czyta i się czyta… - bo albo „nie podchodzą”, albo są tak mocne, że trzeba je dawkować, bo można się nimi zachłysnąć, udusić… Są też książki, o których opinie powstają automatycznie, przy jednym podejściu, bez wysiłku (fizycznego, czy intelektualnego) się wie, co się chce napisać… Są też książki, przy których się nie wie, albo co napisać, albo jak zacząć… I tak dziś właśnie mam…  - od rana chodzę koło tematu (tytułu) i im późniejsza pora, tym większa rozpacz mnie ogarnia… Bo książka CUDNA, ale same banały się myślą…
       Bo co można napisać o biografii osoby, która za wszelką cenę chciała pozostać anonimową, która przez całe życie żyła w cieniu swojej wielkiej miłości i wielkiego artysty, która nawet zaufanemu poecie i biografowi (Ficowskiemu) dawkowała informacje o wspólnym idolu, którą aż do samobójstwa doprowadziły tajemnice, samotność, życie przeszłością, koleje wielkiej historii i echo wcześniejszych wyborów…?
       Bo z książki Agaty Tuszyńskiej wyłania się bohaterka i skomplikowana, i nieszczęśliwa, i smutna, i rozżalona, i rozgoryczona, jak i znawczyni wielkiego talentu (tak plastycznego, jak literackiego) - Józefina Szelińska (Juna). Pierwsze 30 lat swojego życia związała z Drohobyczem, Truskawcem, Janowem (dziś Iwano-Frankowo), a później – to już jak los pokierował. Z zawodu była polonistką, pracowała jako nauczycielka, urzędniczka biurowa w GUSie  i dyrektor biblioteki akademickiej w Gdańsku. Przeżyła wojnę i okupację, z Drohobycza wyjechała niedługo przez wojną, o piekle getta drohobyckiego dowiadywała się głownie z plotek, a później z dokumentów Nałkowskiej. Sama (…) wyszła z wojny jak z więzienia. Wyrok się skończył, brama zatrzasnęła za plecami (…) (s. 184), ale – choć ciało „poszło do przodu” i zrzuciło tę maskującą
woalkę, dusza pozostała w przeszłości – i to tej przedwojennej, bo z żywym Brunonem – Brunonem
Schulzem. Bo pora powiedzieć, że to jemu właśnie poświeciła te lata życia, które jemu zabrała Historia.
       Poznali się w Drohobyczu. Obydwoje byli wtedy nauczycielami, to i kilku znajomych mieli wspólnych. 
       Różnica wieku nie przysłoniła wspólnych pasji i upodobania do dzieł Manna, Kafki i Rilkego. On ją szkicował, ona na to pozwalała; on szlajał się z prostytutkami i realizował masochistyczne potrzeby, ona twierdziła, że rozumie (?); on korespondował z licznymi byłymi/obecnymi/przyszłymi kochankami, ona udawała, że nie widzi; on miał plany translatorskie, ale to ona przetłumaczyła „Proces” i pozwoliła ukochanemu podpisać się pod swoją pracą; on snuł literackie plany, ona mu dopingowała; on się szykował do debiutu, ona chodziła dumna; on ustalał z Nałkowską szczegóły, ona udawała, że nie jest zazdrosna… Ona chciała czegoś więcej niż szarej codzienności w małym miasteczku, on tylko w nim widział swe natchnienie; ona snuła plany, on milczał, lub najwyżej udawał, że słucha; ona potrzebowała finansowej stabilizacji, a on wciąż ledwie wiązał koniec z końcem i jeszcze ciągnął za sobą ogon w postaci siostry-wdowy i chorego siostrzeńca; ona podjęła decyzję o wyjeździe do Warszawy, on twierdził, że znajdzie lepiej płatną pracę i dojedzie; ona liczyła na profity po sukcesie „Sklepów…”, a on wciąż miał długi; ona czekała, on uważał, że załatwia pozwolenie na ślub (bo ona ochrzczona Żydówka, a on bezwyznaniowiec z rodzony semickiej)… 
       W końcu przestała się łudzić i czekać - i chcieć czekać też. Bo jak długo za namiastkę przyszłego życia można uważać sporadyczne odwiedziny u szalonego Witkacego i dysputy z napuszonym Gombrowiczem?
       Przestała czekać, na pewien czas zerwała kontakty, zamknęła się w swoim świecie pełnym zawodów, sięgnęła po sporą dawkę leków – uratowano ją w ostatniej chwili. A później to i historia odcięła ją od tamtego świata. On został w Drohobyczu, ona wojnę przetrwała w Warszawie. Ona przeżyła, jego zamordowano w getcie tego miasteczka-inspiracji, mitycznej krainy. 
       Ona przeżyła, ale nie dla siebie - dla niego! I swoją obsesją uczyniła podtrzymywania pamięci o nim. Siebie nie ujawniała, ale o jego sławę dbała. Do zarządzanej przez siebie biblioteki kupowała jego książki i książki przez niego cenione. Odpowiedziała na apel Ficowskiego i przez dziesięciolecia wspólnie kompletowali dorobek artystyczny Schulza (w bibliografiach i aneksach figurowała jako [J.]), opracowywali – te ocalałe z wojennej pożogi - listy (tych Schulz pisał całe masy – jako literackie próbki), nie tworzyli mitów czy legend, lecz przedstawiali fakty, opisywali też szkice. Pozostając anonimową, przyczyniała się do tego, że nazwisko Schulz stało się rozpoznawalne i na nowo doceniane. Narzeczoną była może i kiepską, ale fanką i zagorzałą wielbicielką – wielką, wierną, a nawet obsesyjną.
       Z książki Tuszyńskiej wyłania się Józefina silna, stanowcza i konsekwentna. To dama starej daty, która nie rzuca słów na wiatr. Prywatnie może i wrażliwa, wewnętrznie roztrzęsiona, ale w wypełnianiu „misji” - sumienna oraz słowna. Ten jej związek z Schulzem do zwykłych nie należał – bo ona wyniosła, a on wielce utalentowany ekscentryk, więc i o takich osobistościach nie można banalnie opowiadać - skoro ich losy są jak z powieści, to i językiem powieści trzeba się posłużyć. Zastosowała autorka narrację dwutorową – trzecioosobową (to kwestie „opowiadacza”, „ktosia”) i pierwszoosobową (słowa jej – Juny). Pełno w niej retrospekcji, języka potocznego, zwykłego, prostego, jak na żywą, życiem pisaną opowieść przystało pełno w niej subiektywnych odczuć bohaterki, jej monologów wewnętrznych i opisów duchowego zmagania się nawet z sobą. Takim sposobem „Narzeczona Schulza” nie jest suchą od faktów oraz rzeczowych wywodów biografią, w której postacie są posągowymi beneficjentami historii i ludzkiej pamięci, ale jest opowieścią o prawdziwych ludziach, którzy naprawdę byli, czuli, mieli plany, talenty, a których złamał los i polityka. To biografia-apokryf, w której fakt historyczny łączy się z uniwersalnymi prawdami o człowieku, emocjach i ludzkich marzeniach… 
       Tuszyńska stworzyła książkę, od której nie sposób się oderwać. Jej Schulz to nie pan, którego wciśnięto w szkolne lektury, a człowiek jak wielu innych, niejednokrotnie zdominowany choćby przez lęki, to człowiek utalentowany, z nowatorskimi pomysłami. Jego kobieta to nie kolejna z wydumanych Muz, o jakich zdarza się przeczytać tu i tam, a kobieta, która świadomie stała się stróżem jego spuścizny i pamięci. To opowieść o ludziach, którzy  - choć całkiem odmienni – nie do końca świadomie zbudowali potężny kawał polskiej literatury…
      Są książki, o których nie da się łatwo, prosto, bez emocji i rozgorączkowania mówić – i ja tu też niewiele powiedziałam… Ale „Narzeczoną…” polecam – i to nie tylko fanom Brunona Schulza.  

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


Wyzwanie 2.
Zdjęcia pochodzą ze stron:
http://plaszcz-zabojcy.blogspot.com/2012/09/odcinek-455-bruno-schulz-1936-rok.html
http://www.dw.com/pl/bruno-schulz-i-jego-freski/g-16880333
http://literat.ug.edu.pl/~literat/shulz/index.htm

6 października 2015

Jesienne inspiracje - konkurs:)

Dzięki jakże miłej pomyłce pracowników Magazynu WL, mam dla Was jeden świeżutki, prosto z prasy drukarskiej egzemplarz najnowszej powieści Sue Monk Kidd - "Opactwo świętego grzechu", która na półki księgarń trafi już 8. 10. 2015. Po spektakularnych sukcesach wcześniejszych książek autorki - "Sekretnego życia pszczół" oraz "Czarnych skrzydeł" - i tej książce wróżę niemałe powodzenie wśród czytelników (-czek). O jej klimacie, głównych tematach oraz kilku innych walorach możecie przeczytać między innymi tututu i tu też:) Dodatkowym wabikiem, niech będzie informacja, że rekomendacje na okładce pochodzą od Karoliny.
By powalczyć o książkę należy wypełnić kilka warunków - oto szczegóły:

1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Zielono Mi… Nagrodę funduje Wydawnictwo Literackie.
2. Konkurs trwa od 6. 10. 2015 do 13.10. 2015, do 23.59. Wynik zostanie ogłoszony najpóźniej 18. 10. 2015 roku. Istnieje szansa, że prócz książki zwycięzca otrzyma również bonus w postaci własnoręcznie dzierganej zakładki – takiej:)
3. By powalczyć o książkę należy: zostawić w komentarzach pod tym wpisem odpowiedź na zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy; dodatkowo: zostać obserwatorem bloga/profilu fb/g+ (w komentarzu proszę podać imię/pseudonim) i na swoim blogu umieścić konkursowy baner (a jeśli nie jest się autorem bloga – na fb/ g+).
WZÓR:
- odpowiedź na zadanie
- adres meilowy
- informacje o obserwowaniu oraz banerze.
4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagrody).
5. Zadanie konkursowe:
Proszę napisać, co jest dla Was pozytywnym atrybutem jesieni, bez czego nie wyobrażacie sobie niepowtarzalnego klimatu tej pory roku. Liczę na Waszą pomysłowość i niebanalne odpowiedzi (jak i na niebanalną jej formę) :)

Oto baner:



6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)