2 sierpnia 2016

Starzy kumple ze szkoły, byli koledzy z pracy, przyjaciele i krewni. Wszyscy powiązani niezliczonymi więzami” – s. 201




Milczenie lodu

          Ciekawa historia, która do ostatniej strony trzyma tak w napięciu, że chce się jej kontynuacji, dobrze wymyślone, niebanalne i różnorodne postacie, plastycznie przedstawione miejsce akcji, wiernie poprowadzony czas opowieści, brak realizacji zbyt oczywistych czy wręcz banalnych schematów fabularnych oraz płynny, poprawny, lekki, bez tarć i zgrzytów język to główne elementy, które cenię sobie w literaturze popularnej. A jeśli jest to historia z zagadką, musi być tam jeszcze to specyficzne poplątanie wątków i ta gęsta nić powiązań między bohaterami, które  jeszcze bardziej windują emocje i nie pozwalają opuścić tej fikcyjnej opowieści. 
          Szukając tych elementów, sięgnęłam po 1. część cyklu „Mroczna wyspa lodu” Jónassona Ragnar – „Milczenie lodu”. Jak zapewnia wydawca, historie o młodym policjancie Ari Thórze, który z gwarnego i powoli pogrążanego  się w chaosie kryzysu Reykyaviku przenosi się na mroźną i regularnie paraliżowaną zamieciami śnieżnymi północ to: „Islandzki fenomen: nieznany autor, małe wydawnictwo, brak promocji, a mimo to światowy sukces! (…) jest wielkim islandzkim odkryciem światowej literatury kryminalnej. Pisarskiego rzemiosła uczył się, tłumacząc powieści Agathy Christie. „Milczenie lodu”, rozpoczynające cykl „Mroczna wyspa lodu”, ukazało się w małym, dopiero zaczynającym działalność wydawnictwie, bez szerokiej promocji i marketingu. Mimo to powieść wyniosła autora na pierwsze miejsce listy Amazonu i została nominowana do najważniejszej amerykańskiej nagrody gatunku Barry Award. (…) Telewizyjne prawa do całego cyklu z Arim Thórem kupił brytyjski producent On the Corner, który w 2016 r. zdobył Oscara za pełnometrażowy film dokumentalny o Amy Winehouse. (…)” 
          Więc co mogło przyczynić się do popularności opowieści i entuzjastycznego jej przyjęcia? Mogło to być miejsce akcji: małe rybackie miasteczko, które lata świetności ma już za sobą, a drugiej młodości na pewno nie pomaga przeżyć totalna izolacja uczyniona przez zasypany masą śniegu tunel, będącym jedyną drogą do… i z… miasteczka; to miejsce, w którym każdy zna każdego, każdy coś o każdym wie, każdego z każdym łączy jakaś nić powiązań, ale jednocześnie prawie każdy milczy na jakiś temat; okaże się również, że więcej w nich pozorów i udawania (niektórzy są aktorami nawet po opuszczeniu ze sceny) niż autentyczności. Również konstrukcja bohaterów mogłaby być mocnym punktem tej powieści: każda z postaci jest inna, każdą próbowano obdarzyć innymi cechami charakterystycznymi, przywarami czy osobowością a przede wszystkim losami i kolejami życia; bo wszyscy główni bohaterowie – czy to młody policjant-stażysta, jego nerwowy szef, emerytowany nauczyciel, dyplomata w stanie spoczynku, ceniony prawnik, sławny pisarz, pielęgniarka, aktor-amator, nauczycielka w podstawówce, pianistka, studentka medycyny, cieśla, woźna w teatrze – to ciekawe postacie i każda z nich mogłaby być swoistym indywiduum. Ciekawie prowadzona jest narracja: z dwoma płaszczyznami, dwoma wątkami i do końca nie wiadomo, czy są to dwie równoległe czasowo historie (a może jedna i ta sama, lecz opowiadana z różnej perspektywy?), czy może są czasowo oddalone od siebie. Sama historia też nie zawodzi: oto młody policjant przyjeżdża do powoli (lecz skutecznie) zasypywanego śniegiem miasteczka, w którym tylko pozornie nic się nie dzieje: bo oto zdarza się dziwna śmierć znanego pisarza, pojawiają się głuche telefony na komisariat, nocne włamanie i jeszcze ta młoda kobieta w kałuży krwi na śniegu… Niby nic te zdarzenia nie łączy, ale jakoś tak nie dają spokoju. I zaczyna się drążenie… I jak bywa w takich historiach, by rozwikłać teraźniejszość, trzeba dokopać się do odległej przeszłości. 
      Takim sposobem „Milczenie…” nie zawodzi. Może być dobrą lekturą na długie godziny leżakowania w słońcu, lub jeszcze dłuższe, powoli – ale jednak – zbliżające się jesienne wieczory.          Ale jest coś, czego mi w tej opowieści brakuje. To uczucie klaustrofobii i izolacji od świata zewnętrznego, które ma wzmocnić dramatyzm jest jakieś słabe, osobowość postaci jest słabo rozrysowana, powierzchownie, brak tam głębszej analizy psychologicznej (lub materiału do niej), rozwiązanie wątku głównego następuje (choć w naprawdę ciekawy sposób, bez typowej konfrontacji winny – policjant) zbyt szybko, a wyjaśnienie innych, epizodycznych wydarzeń wręcz w telegraficznym skrócie, miejscami przypominając szkolne streszczenie. I jeszcze te kilka rzuconych aluzji bez kontynuacji – no bo czy ten Ari pojechał tuż po Nowym Roku do Reykyaviku? Obiecał to swojej dziewczynie, ale powieść kończy się w drugiej połowie stycznia, a my nic nie wiemy, co z tym pomysłem. Nie jestem pisarzem, nie umiem wymyślać opowieści, ale w tym miejscu się pytam: Po co wprowadzać epizody, których się nie ma zamiaru zamknąć? Dla zapełnienia stron? Słaby pomysł… Jest jeszcze kwestia języka: co rusz napotykałam jakieś zgrzyty stylistyczne, szyk przestawny, powtórzenia, które może i nie osłabiają jakości fabuły, ale na pewno jakość jej podania, opowiedzenia (np.: „Stal na nabrzeżu i patrzył przez fiord (…) – s. 131; „Siedział na pustej ławce pośrodku kościoła. Wewnątrz kościół wydawał się mały (…) – s. 187). 
        I takim sposobem po raz pierwszy chyba nie wiem, co sądzić o książce. Bo potencjał jest niesamowity, cała intryga i opowieść mogą wciągnąć, czytelnik może zadawać sobie pytanie za pytaniem, ale sposób realizacji pozostał jakiś niedopracowany, niedoszlifowany (choć dużo przecież zależy od tłumacza i redaktorów, jak oni ten językowy przekład literacko ułożą, podadzą). I mimo, że czuję niedosyt, sięgnę po część kolejną – choćby po to, by sprawdzić, czy kolejna historia będzie tak samo zawikłana. 


ZA EGZEMPLARZ PRASOWY POWIEŚCI DZIĘKUJĘ

Wydawnictwo AMBER

1 komentarz:

  1. Bardzo lubię tę serię książkową, dlatego jestem ciekawa, czy ta pozycja i na mnie wywrze podobne wrażenie. :)

    OdpowiedzUsuń