15 czerwca 2016

Piękno trwa, uroda przemija (s. 87).


          Perły, mała czarna, dzwony, prochowce, sportowe fasony, wygoda, skromność, elegancja, antysemityzm, kolaboracja, uzależnienie. Oto kilka ogólnych haseł, z  którymi można powiązać Coco Chanel. Ale co tak naprawdę się za nimi kryje? Jaką osobą – Osobą - i Osobowością była Coco? Trochę światła na te kwestie rzucić może opublikowana niedawno przez Wydawnictwo Literackie pozycja „Czar Chanel” Paula Moranda z ilustracjami Karla Lagerfelda (który od 1983 roku kieruje domem mody Chanel). 
          Książka ta zrodziła się z serii rozmów i luźnych pogaduszek przeprowadzonych często w czysto towarzyskiej atmosferze między Morandem a Chanel i ma formę wywiadu-rzeki, w którym jednak nie słychać zadawanych pytań. Ostatecznie staje się ona jednym rozbudowanym i wielowątkowym monologiem, w którym Coco niby mówi o swoim dzieciństwie, sieroctwie, talach życie ze zgorzkniałymi ciotkami, o niechęci do schematycznej edukacji, pierwszych próbach samodzielności, początkach pracy zawodowej, projektach, wytyczaniu trendów, podróżach, znajomościach z przedstawicielami sztuk plastycznych (Picasso), aktorami, tancerzami, literatami, o przyjaźniach wiernych i pozornych. Ale istotą tego wywiadu nie są koleje życia projektantki, a to jaka ona – jako człowiek – kryje się za tymi wspominanymi epizodami. 
          Z tych opowieści wyłania się Coco-tytan pracy, kobieta obdarzona niesamowitą intuicją i odwagą, nie bojąca się ryzyka – co zawsze przynosiło pozytywny skutek. W tej rozmowie z Morandem Chanel zdobywa się na sporą dawkę szczerości, nie ubarwia swojego życia (choć kilka epizodów pomija), diagnozuje i podsumowuje dekady, w których przyszło jej żyć, a których nigdy tak do końca nie była uczestniczką, bo ze swoimi radykalizmem i ciętymi ripostami zawsze stała gdzieś z boku. Mówi: Rok 1914 to wciąż był 1900, a 1900 to wciąż jeszcze Drugie Imperium, ze swoim upojeniem łatwymi pieniędzmi, włóczeniem się od stylu do stylu, romantycznym czerpaniem ze wszystkich krajów i wszystkich epok (…) – s. 51, lub: Kobiety powinny starzeć się z naszą epoką, a nie ze swoją – s. 89 oraz: Dziesięć kolejnych lat i nie będzie już prawie w ogóle salonów krawieckich: pozostaną tylko krawcy salonowi (…) – s.92. Nie boi się osądzać też siebie: To samotność nasyciła mój niedobry charakter, zahartowała moją dumną duszę i mój mocne ciało. Moje życie jest historią – a często dramatem – kobiety samotnej, jej nieszczęść, jej wielkości, tej nierównej i pasjonującej walki, którą musi toczyć przeciwko uwodzeniu, słabościom i niebezpieczeństwom (…) – s.14, lub: Nienawidzę się uniżać, zginać kark, upokarzać się, skrywać, co myślę, podporządkowywać się, robić coś nie po swojemu - s. 17. A dalej: Zdarzało mi się bowiem gubić. Na przykład w labiryncie własnej legendy (…). Życie legendy jest trudniejsze niż życie jej bohatera - s. 18 – 20. Można tak przytaczać i przytaczać…. Choć według mnie najmocniejszy wydaje się ten fragment: Ubierałam cały świat, a on chodzi dziś całkiem nagi – s. 204. 
       Już tych kilka zdań pokazuje zawziętą, hardą, dumną i pełną konsekwencji osobowość Chanel. I śmiem twierdzić, że połączone z odwagą, skłonnością do  ryzykanctwa i dystansem do zastanego świata czy jego układów stały się receptą na sukces w wykonaniu Coco Chanel. 
       Nie jestem pasjonatką mody. Nie znam się na niej. Nie śledzę trendów czy nowinek. Ale fascynują mnie wielkie, głębokie i wielowymiarowe osobowości. I do niech na pewno zaliczyć mogę Coco Chanel. To ta specyficzna intuicja sprawiła, że do dziś się z nią liczą i do dziś podążają za jej estetyzmem. 
       A „Czar Chanel” wyjaśnia, jak do tego doszło.     

ZA PRZECZYTANIE KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:
WSPÓŁPRACA

4 czerwca 2016

"Jeśli postać Chrystusa nie oświeca, to oślepia". s. 118.



          Już obiegowym stwierdzeniem stała się teza, że kultura judeochrześcijańska, etyka i filozofia z niej wyrosłe (na przykład pojęcie własności u świętego Augustyna) na dobre wpisały się w kulturę, myśl filozoficzną a nawet społeczną Europy. Echem mocnego przyjęcia się chrześcijaństwa na Starym Kontynencie były wyprawy krzyżowe, popularność powieści o świętym Graalu, średniowieczny uniwersalizm, wprowadzenie pojęcia „dualizm”, czy mocno dziś rozwinięta nauka społeczna Kościoła. Nie dziwi więc, że o chrześcijaństwie, jego podstawach, wpływie na szeroko pojęte etykę, kulturę z tym wszystkim, co się z nią wiąże wypowiadają się teolodzy, socjolodzy, historycy sztuki, teoretycy literatury, literaci… (wymieniać można by tak bez końca) – bez względu na to, czy są wierzący czy nie. 
          Z tego typu sytuacją mamy do czynienia w „Królewskie” Emmanuela Carrere - francuskiego pisarza związanego ze światem filmu. 
         Ten dość obszerny tekst można z grubsza podzielić na dwie części: wspomnienia autora na temat własnych kontaktów z chrześcijaństwem, o jego nawróceniu i drodze do agnostycyzmu oraz część historyczna próbująca zrekonstruować początki chrześcijaństwa i losy pierwszych chrześcijan. Wszystkie te opowieści próbują odpowiedzieć na pytania: Co stoi u podstaw wiary i potrzeby ludzi, by w coś wierzyć? Jak w praktyce narodziło się chrześcijaństwo? Co wpłynęło na jego popularność? W jaki sposób wieść o nauce Jezusa obiegła tak szybko tereny dawnego państwa rzymskiego? Co na pewno wiemy – wg przekazów historycznych i badań archeologicznych - o apostołach, uczniach Jezusa i Ewangelistach? Skąd ta wielość języków biblijnych i jak to się ma do faktu, że to Rzym podbił Grecję a nie na odwrót? W jakich realiach starożytnego Rzymu rodziła się nowa religia? Czy przekazy (czasem wręcz legendarne) o tłumaczeniach Biblii można uznać za wiarygodne (i ile prawdy w tych legendach)? Jak ta ówczesna wiara, granicząca z intelektualnym przeświadczeniem o pewności w słowo i posłannictwo Jezusa, ma się do dzisiejszej laicyzacji i co z tamtej ufności dziś zostało? 
        Autor również z całą surowością i rzeczowością badacza wyposażonego w solidne narzędzia intelektualne (w tym skupienie i uwagę) przeoruje tekst biblijny nie tylko jako źródło wiary, ale jako tekst literacki: porównuje narratorów, style, osoby mówiące, rzeczowo wykazuje, kiedy który mówiący mówi o sobie (również) a kiedy się chowa, pozostając jedynie narzędziem do przekazywania informacji. Będąc „(…) niepoprawnym historykiem (…)” - jak sam o sobie mówi (s. 520) – próbuje zrekonstruować niektóre sceny biblijne, zrozumieć ich sens i rangę, wytłumaczyć, dlaczego o niektórych scenach z życia i nauczania Jezusa nie mówią wszyscy Ewangeliści. I odpowiedzi Carrere są czasem zaskakujące. Budzą obawy i zaniepokojenie. 
        Bo oto można wyczytać, że wiara pierwszych apostołów nie spłynęła na nich tak po prostu, nie zawsze była efektem łaski i ufności, że toczyli oni między sobą spory, że nie zawsze rozumieli, co – i dlaczego w taki sposób – ich nauczyciel do nich mówi, że sporo między nimi było czynnika zupełnie ludzkiego (prymat podziwu dla przywódcy nad miłością) wypierającego umiłowanie i podążanie za głosem powołania, do których tak usilnie przekonuje dziś Kościół. 
        Takim sposobem lektura ta wprowadza niemało zamieszania, sieje niepokój i brutalnie podważa bezrefleksyjną wiarę w wykładnię Pisma. I tak samo jak pierwsi wyznawcy czuli się niepewni i skołowani niektórymi słowami i gestami nauczyciela, tak my czujemy się oszołomieni wnioskami płynącymi z kart „Królestwa”. I jak dla mnie nie jest to książka, która podważa naukę Kościoła Katolickiego czy Biblię jako Pismo Święte, lecz książka o tym, że nie wolno wierzyć ślepo i bez zadumy; że mocniejsza, bardziej świadoma wiara może przyjść, jeśli zna się wszystkie aspekty początku tej wiary; że intelektualny świat nie jest w stanie ślepo i bez potężnej naukowej wykładni przyjąć doktryn religijnych (na których w finale i tak pewnie ta wiara się oprze). I jest to książka dla tych, którzy nie boją się nie zawsze grzecznych i ugładzonych wniosków; nie boją się prawdy o odległych, może już zamazanych, raczej przemilczanych początkach. 

PS - A tak swoją drogą, tak na marginesie, to jednak jest jakiś fenomen, że religia zrodzona z takich turbulencji, zepchnięta początkowo na płaszczyznę sekty, zawzięcie zwalczana, popularna głównie wśród biednych i z marginesu społecznego rozlała się na cały świat i wciąż zyskuje wyznawców (tak, wiem – tu nasuwają się inne argumenty, mało chwalebne dla Kościoła….). 


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

1 czerwca 2016

Polecajki na Dzień Dziecka

Dziś debiutuję w roli gospodarza.
Na wzór ostatniej akcji Karoliny zaprosiłam kilku zaprzyjaźnionych i/lub podziwianych blogerów, by we wspólnym wpisie podzielili się swoimi polecajkami-najlepszymi - według nich - prezentami książkowymi na Dzień Dziecka - mogli wybrać z zawsze świeżej klasyki lub z nowości.
A skoro dziś jestem gospodarzem - sama odchodzę w cień i daję głos innym. 
Oto ich pomysły
(tytuły ułożyłam wg grupy wiekowej potencjalnych czytelników - od książek przeznaczonych (wg mnie - oceniałam po opisie) dla najmłodszych po najstarszych odbiorców).

1. Agnieszka z Dowolnika proponuje "Naciśnij mnie" Hervé Tulleta: "To książka niby tylko dla małych, ale nie do  końca, bo i starsze dziecko się zainteresuje. Książka z kropką. Cuda można zrobić z kropką, nacisnąć, dmuchnąć, klasnąć, a ona zmieni kolor, albo się powiększy, albo powieli. Cuda na kijku, przepraszam, kropce. Salwy śmiechu wywołało u nas przesypywanie kropek z prawej strony na lewą i odwrotnie. Dacie wiarę, że można przesypywać namalowane kropki? Można! Super pomysł, podziwiam autora - z rzeczy wyjątkowo prostej zrobił coś zabawnego i przemiłego. Trzeba mieć talent".



2. Z kolei Dominika zapewnia, że nawet najwybredniejszych zachwycą „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” Justyny Bednarek. Rekomendacją może być nagroda dla najlepszej książki dziecięcej 2015 roku przyznana w konkursie „Przecinek i Kropka”. Na czym polega wyjątkowość  „Niesamowitych przygód…”? Z pewnością nieraz zastanawialiście się, gdzie wędrują Wasze zaginione skarpetki. Skoro lądowały w pralce, to dlaczego zawsze jakiejś brakuje? Odpowiedź na to pytanie znalazła Justyna Bednarek i napisała dziesięć niezwykle zabawnych opowiadań ze skarpetkami w roli głównej. Pozornie mogłoby się wydawać, że te opowieści idealnie nadają się dla najmłodszych odbiorców. Jednak podczas głośnej lektury dorośli również powinni być usatysfakcjonowani. Okazuje się, że prócz śmiesznych historyjek mamy do czynienia z podróżami skarpetek w poszukiwaniu… sensu istnienia. Na szczególną uwagę zasługują ilustracje Daniela de Latoura, bo jego kreska dopełnia słowo pisane. „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” są pozycją, w której potraktowano dzieci jako wybrednego odbiorcę. Dlatego wszystko jest na najwyższym poziomie – zarówno ilustracje, jak i tekst. Bo książka zwyczajnie cieszy tym, w jaki sposób podchodzi się do czytelnika. Jest mądrze oraz zabawnie, zarówno dla umysłu, jak i zmysłu wzroku.

3. W naszym spisie nie mogło zabraknąć klasyki. O tym, że ona nigdy nie zawodzi wie Autorka "Mojego Zaczytania". Zapewnia, że: "Gdybym została babcią, powróciłabym do swojej dziecięcej fascynacji baśniami i czytałabym swoim wnukom Baśnie Andersena. To właśnie one, wydane zbiorowo czy też pojedynczo, są taką lekturą, którą gorąco polecam dla dzieci, tych małych, którym trzeba czytać i tych większych, które już same czytają. W tych utworach o baśniowym charakterze, krótszych czy też dłuższych, smutny Pan Hans Christian Andersen zawarł wiele uniwersalnych prawd i  wartości, które w tej formie przekazywane dzieciom będą uczyć je postępowania i wyzwalać empatię, o którą dzisiaj dość trudno".


(zdjęcie pochodzi ze zbiorów Autorki "...Zaczytania")

4. Również Ksiek poleca klasykę. Tym razem dla ciut-ciut starszych - "Dzieci z Bullerbyn". "To absolutna klasyka literatury dziecięcej. Czytam to od kiedy pamiętam i ciągle mi się nie znudziło. Fajne jest to, że i dziecko i rodzic mogą się świetnie bawić. Książka jest mądra, zabawna, teraz wydaje się ją naprawdę w pięknej, ilustrowanej książeczce - nawet cieszy oko. Jeżeli ktoś szuka prezentu na Dzień Dziecka, to lepiej nie może wybrać".



5.  Tymczasem Kącik z książką zapewnia, że najlepszym prezentem będzie "(...) seria o Wikingu Tappim autorstwa Marcina Mortki. To wspaniała lektura dla najmłodszych czytelników. Każda z książeczek zawiera kilkanaście opowiadań o przygodach brzuchatego, wiecznie uśmiechniętego Wikinga o złotym sercu oraz jego przyjaciół zamieszkujących Szepczący Las. Są to pełne ciepła i humoru historyjki, które poprzez ciekawą przygodę uczą dziecko czegoś nowego, a przede wszystkim podkreślają moc przyjaźni oraz tego, że po prostu warto być miłym i uczynnym. Wiele z nich może być dobrym pretekstem do rozmowy z dzieckiem na ważne tematy, takie jak tolerancja i odpowiedzialność za swoje uczynki. Jednocześnie opowieści te są na tyle krótkie, że można z powodzeniem potraktować je jako czytanki do poduchy przed pójściem spać. Jestem przekonana, że przygody sympatycznego wikinga i jego przyjaciół zachwycą nie tylko dzieci, ale także ich rodziców".


6. Od Powiało Chłodem mamy nie zimną ale chyba dość ambitną lekturę, bo "Świetlik w ciemności" Jakuba Ćwieka. "Choć sam autor znany jest głównie z nietuzinkowych powieści fantasy, przepełnionych tak ukochanymi przez niego popkulturowymi nawiązaniami, to jednak stworzenie opowieści dla dzieci wyszło mu całkiem zgrabnie. Tym bardziej, że miał bardzo wdzięczne, choć trudne do zrealizowania, zadanie: wytłumaczyć swoim pociechom, dlaczego tak uwielbia serial "Firefly". I tak powstała ta niesamowita historia, w której fani odnajdą dobrze znane sobie postaci w nowych rolach, a dzieci opowieść pełną przyjaźni, miłości i wzajemnego wsparcia w najcięższych chwilach. Ćwiekowi udało się przenieść uniwersalne wartości zawarte w serialu w kolorowy, choć niekiedy niebezpieczny, świat świetlików i ich przyjaciół, ubierając całość w prosty, obrazowy sposób, zrozumiały dla najmłodszych, ale i ciekawy dla starszych czytelników. (Dodam, że elektroniczną wersję tej książki można ściągnąć ze strony http://swietlikwciemnosci.pl/ zupełnie za darmo, natomiast zysk ze sprzedaży papierowych egzemplarzy przeznaczony jest na rzecz fundacji KidsNeed to Read)".



7. Wspomniana już dziś tutaj Karolina puszcza do nas oko. Na pierwszy rzut oka nie poleca książki "ugłaskanej" i "grzecznej". Ona proponuje coś cięższego kalibru. "Moja propozycja będzie dość nietypowa, bo zabiera czytelnika wprost do niesamowitego świata Neila Gaimana. "Księga cmentarna" przenosi nas do tajemniczego, mrocznego, posępnego uniwersum, balansującego na granicy świata żywych i martwych - a więc zdolnego zaspokoić potrzebę grozy i makabry młodego czytelnika, jednocześnie przemycając uniwersalne, pełne prostoty, a zarazem głębi przesłanie. Historia małego chłopca, który cudem,  jako jedyny z całej rodziny, uniknął śmierci z rąk mordercy i znalazł schronienie wśród widmowych mieszkańców cmentarza, jest opowieścią o dorastaniu: buntowaniu się przeciw ustalonym normom, szukaniu własnej drogi, ciężarze odpowiedzialności,  wartości przyjaźni, odwagi, prawości. Przesłanie zamknięte jest w kunsztownej, ponuro-baśniowej formie, pozbawione moralizatorskiego tonu i nienachalne, za to okraszone nutką surrealizmu i grozy, charakterystycznych dla prozy Gaimana. Jestem przekonana, że "Księga cmentarna" zdobędzie serca nie tylko młodych czytelników, ale zachwyci każdego odbiorcę, niezależnie od wieku".




8. Ostatnia książka - od buszującej w książkach Wiedźmy to "(...) "Zły jednorożec" autorstwa Platte F. Clake'a. To powieść fantasy, gdzie głównym bohaterem jest Max Spencer, przeciętny chłopiec, który uwielbia książki, komiksy i gry. Pewnego dnia w jego ręce trafia tajemnicza księga zatytułowana "Kodeks nieskończonej poznawalności" i całe dotychczasowe życie Maxa się zmienia i to w najmniej oczekiwany sposób... "Zły jednorożec" to historia na swój sposób innowacyjna, lecz jednocześnie czerpiąca garściami ze świata popkultury. Występują w niej magiczne stworzenia, ale są zupełnie inne od wizerunków znanych z innych powieści fantasy. Wredne i krwiożercze jednorożce, zombie kaczki, podstępni magowie i gadające sztylety. "Zły jednorożec" to historia pełna akcji, humoru i ciekawych rozwiązań fabularnych. To książka idealna dla młodych czytelników, którzy dopiero zapoznają się z literaturą fantasy, ale też dla dzieci znających ten nurt".



Przy układaniu tego wpisu - raz-za-razem - moje oczy robiły się coraz większe - nie miałam pojęcia, że w książkach dla dzieci można tak wybierać, przebierać, dobierać... Prze-bogaty to wór. Mam nadzieję, że każdy potencjalny obdarowujący książkami najmłodszych znajdzie tu coś dla siebie.

Ja raz jeszcze bardzo dziękuję wszystkim, którzy zechcieli współtworzyć ten tekst! 
Mam nadzieję, że przy innej akcji znów się spotkamy :-)