25 sierpnia 2016

Konkurs - lato zamknięte między stronami :-)

Z wielkim żalem pora przyznać, że kolejne wakacje powoli-powolutku odchodzą w przeszłość. Znów zaczynamy myśleć o pracy, zbliżającej się partii nowych obowiązków i rutynie, zastanawiając się, na jak długo wystarczy nam energii… By choć na chwilę zatrzymać  te jeszcze ciepłe promienie lata lub dostarczyć sobie na jesienną pluchę wakacyjnego materiału, mam do oddania pakiecik dwóch wakacyjnych książek:   
"Magiczny ogród"
"W pełni lata". 


By powalczyć o książki, należy wypełnić kilka warunków. Oto szczegóły:

1. Organizatorem konkursu i fundatorem nagrody jest autorka bloga Zielono Mi…

2. Konkurs trwa od 25.08.2016 do 31.08.2016, do 24. 00. Wynik zostanie ogłoszony 2.09.16, najpóźniej około 21.00. Do 4.09.16, do 18.00 będę czekać na adres korespondencyjny od zwycięzcy. Paczuszkę wyślę zaraz po weekendzie :-)  

3. By powalczyć o książkę, należy: zostawić w komentarzu pod tym wpisem odpowiedź na zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy. Będzie mi miło, jeśli zostaniecie obserwatorami bloga/profilu fb/g+ i/lub udostępnicie informacje o zabawie. Tutaj umieszczam "wizualizację":



4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagrody).

5. Pytanie konkursowe:

Którą z omówionych przeze mnie w tym roku książek chciałbyś/-łabyś przeczytać i dlaczego  
(co takiego intrygującego/zachęcającego jest w jej opinii)? 
Zwycięży autor najlepszego według mnie uzasadnienia.  

6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

ŻYCZĘ MIŁEJ ZABAWY :-)


23 sierpnia 2016

Zawsze gdy przypominam sobie tamto wydarzenie, błagam moją pamięć o litość (…) – s. 153.

            Kilka tygodni temu Olga z Wielkiego Buka zwróciła uwagę na najpopularniejsze tematy literackie ostatnich miesięcy (tu). Zauważyła, że są wśród nich takie, które po raz pierwszy spotyka fala popularności (dla mnie to temat Imperium Osmańskiego, ale nie w ujęciu Pamuka, który konfrontuje dzisiejszą Turcję z Turcją doby paszów, lecz Imperium pokazywane barwnie, kolorowo i bajkowo jak z opowieści Szeherezady), jak i takie, które powracają, których głos i wymowa na nowo stają się istotne (dla mnie: temat dojrzałości, pozbawiania się dziecięcych złudzeń i autentycznego odkrywania siebie, nawet jeśli to odkrywanie wiedzie krętą i trudną drogą). Innym z wymienionych przez Olgę tematów jest „Kierunek: Afryka”. I nie mówiła ona o historiach typu „Biała Masajka” czy „Kwiat pustyni”, które przeżywały (-ją) swoje drugie życie dzięki stosunkowo niedawnym ekranizacjom, lecz o książkach, które pokazują Afrykę, jej problemy, czynniki kulturotwórcze, uwarunkowania społeczne w sposób „szeroki”, panoramiczny, nie jako tło bohatera (bohaterów), lecz jako miejsce, które samo z siebie może stać się bohaterem. Olga wspomniała o trzech znanych mi książkach: reportażu Rosiaka (mam i znam z innego niż pokazywanego na Buku wydania), „Drogi do domu” (pisałam o tej książce tu) oraz o „Rybakach” (Olga pokazuje anglojęzyczne wydanie).  I ja dziś właśnie o tej ostatniej książce.
Nie ma w niej nic z tego, co tak ostatnio częste w literaturze. Nie ma lekkiej opowiastki okraszonej egzotycznymi sceneriami, nie ma banalnych dialogów, prostolinijnych postaci, serialowo rozpisanych perypetii, z góry wiadomego heppy-endu. „Rybacy” to tylko pozornie powieść o czwórce rodzeństwa z klasy średniej, którego ojciec pracuje w banku, matka ma mały straganik na miejskim targu i utrzymanie rodziny godzi z wychowaniem dwójki kolejnych maluchów. To nie jest opowieść o tym, jak po wyjeździe ojca w delegację chłopcy zaczynają wagarować, jak każdy z nich odkrywa swoje zainteresowania i jak – choćby ze względu na różnicę wieku – powoli rozchodzą się ich drogi. To opowieść o tym, jak naprawdę wygląda Afryka; jak cywilizacja i postęp ścierają się ze „starą” kulturą; jak chrześcijaństwo do dziś zmaga się ze starymi religiami i plemiennymi zabobonami; jak mocna jest wiedza pierwotna i jak bardzo wciąż jest aktualna i okraszona wiedzą życiową, ni książkową; jak zdrowy rozsądek przegrywa w konfrontacji z czymś, co z prawdopodobieństwem nie ma zbyt wiele wspólnego. Bo w chwili, kiedy chłopcy zetknęli się z szalonym prorokiem-wizjonerem i wysłuchali jego bezdusznej przepowiedni cały ich dotychczasowy świat legł w gruzach, a dorobek cywilizacyjno-kulturowo-religijny okazał się niewystarczający; lęk przed realizacją proroctwa oszołomił i zamroczył nie tylko jego bezpośredniego odbiorcę. Więc w drugim planie „Rybacy” stają się powieścią o rozpadzie rodziny, o tym, jak jedno słowo i wyrysowana tym słowem wizja wprowadza niepokój, jak sieje spustoszenie, zbierając automatycznie jego żniwo; to też powieść o tym, jak człowiek wciąż zaplątamy jest w spiralę wierzeń i mitów, jak w momencie próby myślenie racjonalne ustępuje pola myśleniu mitycznemu i magicznemu.
I jak przystało na powieść ze starymi religiami w tle, na opowieść o bohaterach odwołujących się w życiu codziennym do pierwotności i prymitywizmu swoich przodków, należało wprowadzić specyficzny język narracji. Prowadzi ją jeden z braci – kilkuletni Ben, który w swej dziecięcej naiwności i nierozumieniu niektórych wydarzeń, próbuje tę historię logicznie ułożyć, wyjaśnić, przedstawić tak, jakby chciał, by wszyscy – z nim na czele – wreszcie zrozumieli, co stało się z Ikennem i jego braćmi. Chwilami swą opowieść prowadzi chaotycznie, spiralnie, odchodzi od niektórych wątków, by po chwili – w celu uzupełnienia – do nich powrócić. Jak na dziecko Afryki przystało, posługuje się językiem metaforycznym, barwnym, pełnym przenośni, epitetów i obrazów rodem z ludowych baśni (np. członków rodziny porównuje do zwierząt najlepiej oddających ludzkie cechy osobowości). Stosuje zwroty do adresata (słuchającego? bo od samego początku mówi, jakby zdawał relację/składał zeznania), spowalnia/przyspiesza akcję, liczne retrospekcje – cokolwiek, byleby tylko spróbować wytłumaczyć, jak to możliwe, że słowo szaleńca i myślenie mityczne zrujnowało rodzinę szanowanego urzędnika bankowego.
Ci, którzy „podglądają” mnie na fb wiedzą, że czytałam tę powieść na czarnogórskiej plaży. I nadzwyczajność tej powieści, urok jej opowiadania oraz indywidualność postaci doskonale wtopiły się w niezwykłość miejsca, w którym przebywałam. Jak „Droga…” opowiada o wciąż bolących Afrykę ranach, jakimi były niewolnictwo, walki plemienne i handel siłą roboczą, tak „Rybacy” pokazują, że Czarny Kontynent podskórnie wciąż uwikłany jest w liczne sidła wierzeń, zabobonów, przepowiedni i mitów, których wieki chrześcijaństwa nie wypleniły.
Gdyby mnie ktoś pytał o zdanie, życzę sobie więcej takich historii!   
      
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA


4 sierpnia 2016

„Samą świadomością pobytu w Ojczyźnie długo żyć nie można” – s. 55.

Po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiem, jak zacząć…
Bo jak na sucho, rzeczowo, w sposób uporządkowany omówić tekst tak osobisty i wyrosły z tak wielu trudnych przeżyć, jakie stały się fundamentem „Lidy”?
Tekst składa się z części wierszowanych (pierwsza i ostatnia) i prozatorskich, z partii opowiadanych w trzeciej osobie oraz pierwszoosobowych, przeważają – skupiające się na opowieści i historii, w mniejszym stopniu na jej barwnym przedstawieniu czy komentowaniu - kwestie narratorskie oraz mowa pozornie zależna (dialogi są sporadyczne), liryki z kolei są bardzo intymne i emocjonalne, nie ukrywają związku z autentycznymi przeżyciami konkretnego podmiotu lirycznego-autora.
A jakie to przeżycia? Opowiada historię swojej rodziny, która po II wojnie światowej opuściła wschodnie pogranicze, by udać się na tzw. Ziemie Odzyskane. Takim sposobem podzieliła los tysięcy innych rodzin. Wydarzenie to, kiedy jako pięciolatek został wyrwany ze znanego sobie dobrze świata i rzucony w nową rzeczywistość, jej nowy język i nowe prawa (również układy społeczne) wywarło wpływ na całe jego dorosłe życie. Już jako człowiek prawie czterdziestoletni przybył do domu, w którym przeżył pierwsze lata życia – trudno jednoznacznie rozstrzygnąć czy po to, by utrwalić wspomnienia, by jedynie odwiedzić pozostałych na terenach Białorusi bliskich, czy by skonfrontować pamięć ze stanem faktycznym.
Bo jego Lida to miejsce magiczne; to miejsce ubogie, wręcz biedne, ale niesamowite, w którym konstatują się najważniejsze wartości, emocje i uczucia; to miejsce, za którym się tęskni i do którego – choćby myślami – wciąż się podąża; to miejsce, które wyposażyło go w podstawowe postawy wiernie później w życiu przyjmowane; to miejsce, które prawdziwie tętni i pulsuje; które wciąż czuje i przeżywa; miejsce określone przez trwałe, niczym topos, elementy (maszyna do szycia – atrybut ojca, obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej – kolejny członek rodziny). Takim sposobem bohater przyjmuje dwie perspektywy, dwa momenty „teraz”: „teraz”, kiedy się pakuje i w spazmach oraz płaczu opuszcza dom dzieciństwa i „teraz”, kiedy jako dorosły patrzy na to, co zostało z jego wspomnień i wciąż czuje w sobie tamto dziecko. Bo w Lidzie było ubogo, czasem z zamroczonymi wódką dorosłymi, ze skostniałymi porządkiem i autorytetami, ale szczęśliwie, swojsko i rodzinnie. A tam – niby w ojczyźnie-Polsce – było obco, nie-u-siebie i jakby „na doczepkę”.
Choć są to wspomnienia, próba opowiedzenia tego, co przytrafiło się pewnej rodzinie, pokazania, ile z dziecka tkwi w dorosłym, i jak bardzo myślenie dziecka wciąż może być myśleniem już dorosłego, w rzeczywistości „Lida” staje się próbą rozliczenia przewrotności historii, rozliczenia tego, co historia uczyniła człowiekowi i jaki okrutny los napisała swym niewidzialnym palcem… I w konfrontacji z nią człowiek jest taki malutki… „Ich ból nie umiał mówić i jak kamień coraz głębiej wchodził w ziemię, a ziemia zakrywała go trawą i mrokiem". (s. 56)   


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

2 sierpnia 2016

Starzy kumple ze szkoły, byli koledzy z pracy, przyjaciele i krewni. Wszyscy powiązani niezliczonymi więzami” – s. 201




Milczenie lodu

          Ciekawa historia, która do ostatniej strony trzyma tak w napięciu, że chce się jej kontynuacji, dobrze wymyślone, niebanalne i różnorodne postacie, plastycznie przedstawione miejsce akcji, wiernie poprowadzony czas opowieści, brak realizacji zbyt oczywistych czy wręcz banalnych schematów fabularnych oraz płynny, poprawny, lekki, bez tarć i zgrzytów język to główne elementy, które cenię sobie w literaturze popularnej. A jeśli jest to historia z zagadką, musi być tam jeszcze to specyficzne poplątanie wątków i ta gęsta nić powiązań między bohaterami, które  jeszcze bardziej windują emocje i nie pozwalają opuścić tej fikcyjnej opowieści. 
          Szukając tych elementów, sięgnęłam po 1. część cyklu „Mroczna wyspa lodu” Jónassona Ragnar – „Milczenie lodu”. Jak zapewnia wydawca, historie o młodym policjancie Ari Thórze, który z gwarnego i powoli pogrążanego  się w chaosie kryzysu Reykyaviku przenosi się na mroźną i regularnie paraliżowaną zamieciami śnieżnymi północ to: „Islandzki fenomen: nieznany autor, małe wydawnictwo, brak promocji, a mimo to światowy sukces! (…) jest wielkim islandzkim odkryciem światowej literatury kryminalnej. Pisarskiego rzemiosła uczył się, tłumacząc powieści Agathy Christie. „Milczenie lodu”, rozpoczynające cykl „Mroczna wyspa lodu”, ukazało się w małym, dopiero zaczynającym działalność wydawnictwie, bez szerokiej promocji i marketingu. Mimo to powieść wyniosła autora na pierwsze miejsce listy Amazonu i została nominowana do najważniejszej amerykańskiej nagrody gatunku Barry Award. (…) Telewizyjne prawa do całego cyklu z Arim Thórem kupił brytyjski producent On the Corner, który w 2016 r. zdobył Oscara za pełnometrażowy film dokumentalny o Amy Winehouse. (…)” 
          Więc co mogło przyczynić się do popularności opowieści i entuzjastycznego jej przyjęcia? Mogło to być miejsce akcji: małe rybackie miasteczko, które lata świetności ma już za sobą, a drugiej młodości na pewno nie pomaga przeżyć totalna izolacja uczyniona przez zasypany masą śniegu tunel, będącym jedyną drogą do… i z… miasteczka; to miejsce, w którym każdy zna każdego, każdy coś o każdym wie, każdego z każdym łączy jakaś nić powiązań, ale jednocześnie prawie każdy milczy na jakiś temat; okaże się również, że więcej w nich pozorów i udawania (niektórzy są aktorami nawet po opuszczeniu ze sceny) niż autentyczności. Również konstrukcja bohaterów mogłaby być mocnym punktem tej powieści: każda z postaci jest inna, każdą próbowano obdarzyć innymi cechami charakterystycznymi, przywarami czy osobowością a przede wszystkim losami i kolejami życia; bo wszyscy główni bohaterowie – czy to młody policjant-stażysta, jego nerwowy szef, emerytowany nauczyciel, dyplomata w stanie spoczynku, ceniony prawnik, sławny pisarz, pielęgniarka, aktor-amator, nauczycielka w podstawówce, pianistka, studentka medycyny, cieśla, woźna w teatrze – to ciekawe postacie i każda z nich mogłaby być swoistym indywiduum. Ciekawie prowadzona jest narracja: z dwoma płaszczyznami, dwoma wątkami i do końca nie wiadomo, czy są to dwie równoległe czasowo historie (a może jedna i ta sama, lecz opowiadana z różnej perspektywy?), czy może są czasowo oddalone od siebie. Sama historia też nie zawodzi: oto młody policjant przyjeżdża do powoli (lecz skutecznie) zasypywanego śniegiem miasteczka, w którym tylko pozornie nic się nie dzieje: bo oto zdarza się dziwna śmierć znanego pisarza, pojawiają się głuche telefony na komisariat, nocne włamanie i jeszcze ta młoda kobieta w kałuży krwi na śniegu… Niby nic te zdarzenia nie łączy, ale jakoś tak nie dają spokoju. I zaczyna się drążenie… I jak bywa w takich historiach, by rozwikłać teraźniejszość, trzeba dokopać się do odległej przeszłości. 
      Takim sposobem „Milczenie…” nie zawodzi. Może być dobrą lekturą na długie godziny leżakowania w słońcu, lub jeszcze dłuższe, powoli – ale jednak – zbliżające się jesienne wieczory.          Ale jest coś, czego mi w tej opowieści brakuje. To uczucie klaustrofobii i izolacji od świata zewnętrznego, które ma wzmocnić dramatyzm jest jakieś słabe, osobowość postaci jest słabo rozrysowana, powierzchownie, brak tam głębszej analizy psychologicznej (lub materiału do niej), rozwiązanie wątku głównego następuje (choć w naprawdę ciekawy sposób, bez typowej konfrontacji winny – policjant) zbyt szybko, a wyjaśnienie innych, epizodycznych wydarzeń wręcz w telegraficznym skrócie, miejscami przypominając szkolne streszczenie. I jeszcze te kilka rzuconych aluzji bez kontynuacji – no bo czy ten Ari pojechał tuż po Nowym Roku do Reykyaviku? Obiecał to swojej dziewczynie, ale powieść kończy się w drugiej połowie stycznia, a my nic nie wiemy, co z tym pomysłem. Nie jestem pisarzem, nie umiem wymyślać opowieści, ale w tym miejscu się pytam: Po co wprowadzać epizody, których się nie ma zamiaru zamknąć? Dla zapełnienia stron? Słaby pomysł… Jest jeszcze kwestia języka: co rusz napotykałam jakieś zgrzyty stylistyczne, szyk przestawny, powtórzenia, które może i nie osłabiają jakości fabuły, ale na pewno jakość jej podania, opowiedzenia (np.: „Stal na nabrzeżu i patrzył przez fiord (…) – s. 131; „Siedział na pustej ławce pośrodku kościoła. Wewnątrz kościół wydawał się mały (…) – s. 187). 
        I takim sposobem po raz pierwszy chyba nie wiem, co sądzić o książce. Bo potencjał jest niesamowity, cała intryga i opowieść mogą wciągnąć, czytelnik może zadawać sobie pytanie za pytaniem, ale sposób realizacji pozostał jakiś niedopracowany, niedoszlifowany (choć dużo przecież zależy od tłumacza i redaktorów, jak oni ten językowy przekład literacko ułożą, podadzą). I mimo, że czuję niedosyt, sięgnę po część kolejną – choćby po to, by sprawdzić, czy kolejna historia będzie tak samo zawikłana. 


ZA EGZEMPLARZ PRASOWY POWIEŚCI DZIĘKUJĘ

Wydawnictwo AMBER