30 października 2016

Musiała się dopiero zakochać, poznać ból istnienia. (s. 68)



Przetasowania, jakie nastąpiły w Europie  po rozpadzie ZSRR, upadku Muru Berlińskiego, stopniowym (ale nie bezkrwawym) rozkładzie Jugosławii sprawiły, że ludzkie masy przemieszczały się ze wschodu na zachód i czasem – choć bardzo rzadko – w odwrotnym kierunku. I właśnie to zjawisko migracji jest odległym – ale wyczuwalnym i dość istotnym – tłem ostatniej powieści Vensy Goldsworthy. 
W jej „Gorskim” posiadające różny status majątkowy i prezentujące różne profesje postacie na przykład z Bułagarii, Serbii, Rosji, Czarnogóry dość przypadkowo spotykają się w przestrzeni gwarnego, tłocznego i o nieograniczonych możliwościach Londynu początku XXI wieku.
Punktem wyjścia dla fabuły jest nietypowe zadanie zlecone przez tytułowego miliardera właścicielowi małej, upadającej księgarni. Miał on za zadanie zgromadzić najdroższe, kolekcjonerskie i unikatowe wydania każdej książki z zakresu literatury, podróży i sztuki. „(…) zbiór miał wyglądać tak, jakby dużą część  odziedziczył po rozmiłowanych w lekturze przodkach. Gorski chciał mieć wydania wszystkiego, łącznie ze Starym Testamentem, do tego egzemplarze miały być w idealnym stanie” (s.15). Przy realizacji tego zadania pieniądze nie grały roli. Nie trzeba dodawać, że walczący o przetrwanie na rynku księgarni Fynch przyjął wyzwanie, a jego pracownik ze skrupulatnością miał je realizować. Jednak to nie miłość do książek – niemych i biernych bohaterach – jest głównym motywem powieści, a wielka, nieszczęśliwa miłość do Natalii – żony angielskiego finansisty – która w przyszłości miała korzystać ze zbiorów Gorskiego. Ten, w przypływie melancholii i słabości, odkrywając swą słowiańską duszę, wyznał: „Kobieta, która bardzo wiele dla mnie znaczy, znała… wciąż zna, być może… całego Onegina na pamięć” (s. 64)    
Książki i niebotyczne sumy na nie wydawane sprawiają, że kartach tej ponad 200-stronicowej powieści spotkamy księgarza-idealistę, literaturoznawcę-pasjonata, byłą sportsmenkę, kosmicznie wręcz bogatego inwestora, biznesmena, koneserkę sztuki elitarnej, całą plejadę amatorów opery, bywalców modnych kawiarni, dobrych restauracji, klimatycznych księgarni, ekskluzywnych hoteli czy drapaczy chmur, których właściciele mają jedno zadanie: pomnożyć majątek (swój lub innych). Świat „Gorskiego” to świat pieniędzy, przepychu, pozerstwa i licznych układów, który mogłyby wzbogacić wielka miłość i sztuka, ale czy jest tam na nie miejsce?  
Wszystkie te elementy sprawiają, że powieść porównywana jest do „Wielkiego Gatsbiego”. Namiętna miłość, wielkie pieniądze, blichtr, przyjęcia, teatralność, nonszalancja postaci, mgiełka tajemnicy, gęste układy towarzyskie a nawet plotki – oto elementy mające przybliżać te dwie historie.   
I – obok tego ciekawego pomysłu wskrzeszenia już zadomowionego w literaturze motywu zakazanej miłości i ponownego uczynienia z literatury tematu literatury – intrygujący jest również narrator: pierwszoosobowy, w osobie poszukującego unikatowych wydań pracownika księgarni Fyncha. To on, wchodząc w świat Gorskiego, odkrywa przed czytelnikiem realia jego życia, motywów postępowania, bajecznej rozrzutności i ekscentryzmu. I nie ma tu uwielbienia czy fascynacji szalonym miliarderem, lecz jedynie rzeczowa opowieść kogoś, kto niczym cień podążą za zleceniodawcą.      
Ale język „Gorskiego” jest płytki i banalny, rytm narracji zbyt szybki, postacie mdłe, mało wyraziste, pozbawione głębi, trudno tu wyczuć dlaczego uczucie, które zdominowało tytułowego bohatera jest tak wielkie, bo brak mu magii, przyciągania i oddanej na kartach powieści namiętności. Trochę zostało to niedopracowane, a potencjał niewykorzystany. Szkoda. Bo autorka pomysł miała. I nie taki głupi pomysł.


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
PRÓSZYŃSKI I S-KA

Nikomu nie mogę tutaj ufać. (s. 197)

          Zawodowo jestem na etapie mitów (ostatnio esej Herberta o Narcyzie) i „Pana Tadeusza” (czytanie ze zrozumieniem w oparciu o tekst Witkowskiej). Już wnet zajmiemy się „Królem Edypem” i „Kordianem”. Ale o blogowych zobowiązaniach nie zapomniałam (choć w ogóle tego tutaj nie widać – wiem). Szykuję się do tekstu o „Księdze ryb…” (czeka od końca sierpnia), „Gorskim” (czeka od połowy sierpnia), a najbardziej realnym wydaje się być ten o „Muzie”. Bo czytam. Tzn. staram się czytać – i to nie tylko zawodowo, ale również blogowo. Jak zwykle – najczęściej czytam w autobusie. A że jesień nie-mokra, więc i ten autobus rzadko występuje…. Ale czytam. I czasem - kiedy tak wracam po godzinach obcowania z literaturą klasyczną, z toposami, archetypami, z poważnymi szkicami krytycznymi na temat poważnych tekstów - aż mi się tęskni do czegoś oczywistego, nie wymagającego i prostego w odbiorze. Więc ostatnio padło na „Milczenie nocy”.
Milczenie nocy        Jak w przypadku poprzedniej książki autor znów przenosi czytelnika do odległego, małego, zimnego ale dusznego atmosferą klaustrofobii islandzkiego miasteczka. Znów spotykamy młodego policjanta, Ari Thóra, który – zdaje się - po latach szamotania z samym sobą wreszcie na dobre znalazł swoje miejsce w świecie i drogę, którą chciałby iść. I jak na młodego, energicznego, pełnego aspiracji człowieka przystało – mimo uporczywego przeziębienia – z werwą, zawziętością oraz zapałem podchodzi do kwestii śmiertelnego postrzału swego nowego przełożonego. Tym bardziej, że zdarzenie miało miejsce w walącym się i opuszczonym budynku okrytym mroczną przeszłością a zajście poprzedziły dwa dość dziwne i tajemnicze telefony.      Autor wcześniejszą już częścią oswoił czytelnika z widokiem dociekliwego, wnikliwego i wykazującego się samodzielnością czy pomysłowością bohatera, kiedy ten zawzięcie dąży do odkrycia prawdy. I w tym swoim profesjonalizmie jest w stanie zapomnieć nawet o własnej urażonej dumie czy zwiedzionych nadziejach. Wszystko byleby stanąć na wysokości zadania. 
           Ale w tej powieści mamy nie tylko śmiertelnie postrzelonego policjanta, drugiego rzetelnie wykonującego swoją pracę, trzeciego wracającego na stare śmieci (by pomóc temu drugiemu), ale są i wisząca w powietrzu małżeńska zdrada, zawsze smutna i emocjonalnie wyciszona żona, chorobliwie ambitny burmistrz i jego tajemnica asystentka, gadatliwa staruszka i „śliski” lokalny gangster. 
          Te wątki sprawiają, że „Milczenie nocy” jest dobrą książką, którą dobrze się czyta po godzinach intensywnego wysiłku. Prowadzi ona czytelnika po zawiłościach małego miasteczka, sięgających niekiedy odległej przeszłości skomplikowanych związków między bohaterami, a prostota konstrukcji postaci, uzyskanie odpowiedzi na wszystkie niejasności i zamknięta kompozycja sprawiają, że przy tej książce można odpocząć. I nic więcej. 
         Bo „Milczenie…” nie dostarcza wzniosłych uczuć estetycznych, nie zachwyca skomplikowanymi postaciami, nie powala zaplątaną fabułą, pięknym językiem opowiadania, konstrukcją narracyjną (choć tu jest pewien niewykorzystany pomysł korelacji dwóch narratorów: pierwszo- i trzecioosobowego; ten pierwszy jest głosem z przeszłości (ale słabo go dopracowano i w efekcie wyszedł mdły), a ten drugi – z teraźniejszości i głównie to on towarzyszy czytelnikowi), czy lekkim niedopowiedzeniem (tutaj każdy wątek jest zamknięty – niekiedy wręcz z wykorzystaniem skrótowości streszczenia). 
           Takim sposobem książka jest jedną z wielu, którą można – ale nie trzeba - przeczytać, której fabułę można zapamiętać, ale niekoniecznie, którą można zatrzymać na półce, lub podarować innej zmęczonej osobie. Bo jedno nie ulega wątpliwości – przy tej historii można się wyłączyć.  
                


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo

9 października 2016

Niezwykły tekst wielkiego poety

Teatrzyk Zielona Gęś ma zaszczyt przedstawić "Człowieka z głową jak ogórek"
Występują:
Człowiek z głową jak ogórek i Głęboki Talerz.
Rzecz dzieje się współcześnie.
Człowiek z głową jak ogórek:
(u szczytu rozgoryczenia) A bodaj ci nóżka spuchła, Jowiszu, i tobie, Diano, siostro Apollina, tobie, która pod nazwą Lucyny opiekujesz się porannymi porodami. Bo cóż z tego, że się urodziłem o poranku, gdy, proszę państwa, urodziłem się na pośmiewisko całemu wszechświatu, czyli z głową jak ogórek!!!!!!!! Wszędzie palcami pokazują mnie. Wszędzie na mój widok ze śmiechu pękają. Na żałobne akademie z tego powodu chodzić nie mogę, chociaż lubiłbym. Na premierach starożytnych tragedii i nowożytnych dramatów też się pokazywać nie muszę, bo się zaraz robi chichot i ryk: - O, idzie człowiek z głową jak ogórek!
A sumienie, proszę państwa, czyli psychologia wewnętrzna, dręczy mnie, proszę państwa, dniem i nocą, bo ileż to ileż popsuł patetycznych napięć mój groteskowy wygląd moim patetycznym rodakom! Ale wiem, co uczynię. Skorzystam ze światłej rady Osiołka Porfiriona, czyli wejdę do najbliższej restauracji i poproszę o głęboki talerz.
BO DOŚĆ MAM WSZYSTKICH SZYDERSTW, BZDUREK,
JA, CZŁOWIEK Z GŁOWĄ JAK OGÓREK.
(w najbliższej restauracji otrzymuje głęboki talerz i przemienia się w mizerię)
Głęboki Talerz:
(basem) Thank you very much.
K U R T Y N A

Tak w 1948 roku pisał w jednej z wielu odsłon swojego szalonego Teatrzyku Konstanty Ildefons Gałczyński.
Ale ten zakorzeniony w tradycji klasycznej kreator nieprzystosowanego indywidualisty, lirycznego cygana i wyrafinowanego estety ma w swoim dorobku nie tylko karty zapisane sukcesami zawodowymi i artystycznymi, ale i momentami trudnymi, by nie rzecz dramatycznymi.
Tragiczną kartę biografii Gałczyńskeigo–poety wyrafinowanego erudyty – jest opublikowana niedawno przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka książka „Notatnik z Altengrabow”.
Jak sam tytuł wskazuje, pozycja jest zbiorem zapisków, jakie autor prowadził w czasie pobytu w niemieckim obozie jenieckim. Zapiski, w tym podarowanych przez współwięźnia zeszycie, obejmują okres od 18.08.41 do 18.11.41. I nie jest to taki zapis obozowego życia, form represji i prześladowań, do jakiego przyzwyczaiły nas inne teksty-relacje. Bo za tymi przekazami surowego i nieludzkiego życia kryje się autor-humanista, odwołujący się do etyki ukrytej w kartach Goethego, moralności i uniwersalności Biblii oraz klasycznego piękna antyku. Świadczą o tym choćby słowa: „(…) wartość ludzką mierzy niebezpieczeństwo, a tonącego w rzece wroga należy bezwzględnie wyciągnąć na brzeg” (s. 18). Zapiski te są dowodem na próbę ocalania/znalezienia nadrzędnych cech ludzkości w tych jakże nieludzkich, trudnych do przetrwania warunkach. Widać, że autor próbował nie tylko „przetrwać”, ale próbował również znaleźć „głębię” w tym, co przede wszystkim miało poniżyć, upodlić i już w ziarenku zgnieść ocalałe poczucie człowieczeństwa.   
Wszystko to sprawia, że „Notatnika…” – w jego intymności, głębi, tęsknocie za rodziną, dowodach na miłość do niej, trudzie obozowego życia – nie można oceniać kategoriami piękna, odpowiednio obranego warsztatu, dopracowania i przemyślenia kompozycji. Bo w regularnie pisanym „Notatniku…” chodzi o wiarygodność i autentyzm przeżyć, emocji, stanów i uczuć, a nie kunszt literacki czy pisarski.  
A to wszystko czyni z tej książki pozycję WAŻNĄ.       

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

2 października 2016

Prawdziwe osiągnięcia wymagają trudu, pokonywania przeszkód, siły i konsekwencji. (s. 20)

Skazani na sukces. Jak wytrenować mózg i zdobyć pracę marzeń - Radziszewska Iwona

   Dzisiejszy „świat” ma to do „siebie”, że na półkach księgarń można znaleźć nie tylko podręczniki szkolne, powieści obyczajowe, fantasy, kryminały, romanse, reportaże czy powieści historyczne. Są również poradniki. Jak pielęgnować i zakładać ogród, jak dbać o zwierzęta domowe, jak wypracować w sobie umiejętność szybkiego czytania, jak radzić sobie ze stresem, jak pozytywnie przejść rozmowę o pracę czy wypracować w sobie pozytywne myślenie. I ta kategoria książek jest najrzadziej przeze mnie czytaną. 
      Jednak ostatnią, jaką miałam okazję poznać  jest „Skazani na sukces” Iwony Radziszewskiej. I już na wstępie muszę powiedzieć, że nie jest to typowy poradnik. Jego autorka – wieloletnia dziennikarka telewizyjna (raz związana z Grupą TVN, raz z TVP) i aktorka z wykształcenia - nie daje jasnych rad, pomysłów czy recept jak osiągnąć sukces totalny. 
      Ta książka to taka pozycja, która jasno wykazuje, że do sukcesu prowadzi kilka dróg i należy pokonać nie jedną przeszkodę. Bo na pełną jego definicję składa się parę elementów. Autorka porusza między innymi takie kwestie jak: uczenie się – i to nie tylko w sensie zdobywania wiedzy i wiadomości, ale przede wszystkim w sensie pomnażania doświadczeń; czerpania z wszelkich sytuacji; wyciągania pozytywów nawet z porażki, od której można odbić się w sferę zwycięstwa; omawia również zjawisko rozgoryczenia, jego źródła i kresu relacje indywidualnej, solowej pracy a zespołowego działania, układu: sukces-frustracja-aprobata a nawet związku między pracą a zainteresowaniami. 
        Tworząc tę całą nić powiązań i zależności z pojęciami „praca” i „sukces” w środku, autorka nie bazuje jedynie na swoich intuicjach czy subiektywnych spostrzeżeniach, a opiera się na pracach psychologów, socjologów, filozofów, teologów, dokładając do nich swój tzw. łańcuch pojęć i emocji. „Skazani na sukces” to próba przedstawienia i poklasyfikowania wszystkich czynników, wyzwań, porażek, a nawet pozornych zwycięstw napotykanych na drodze do zawodowego spełnienia. 
     Ale nie koniec na tym. Pozycja ta omawia również całą paletę nowoczesnych, utrzymanych w duchu aktualnych czasów, inicjatyw czy pomysłów utożsamianych z sukcesem - na tyle nowatorskich koncepcji, że już w fazie pomysłu dobrze rokujących (np. korzystanie z automatów do nagrywania CV). 
      A to co z definicji jest częścią poradnika – garść rad (bardziej-mniej realnych, bardziej-mniej wiarygodnych) – w książce Radziszewskiej znajduje się na końcu i nie do końca jest tak oczywista, jak by się mogło wydawać (bo kto niewtajemniczony wie, że granat i ciemne wersje niebieskiego wzbudzają zaufanie i dlatego po takie kolory sięgają np. politycy?). 
       I ciekawostka na koniec: blog również może być furtką do pełnego sukcesu zawodowego (a nie tylko hobby i pomysłem na kreatywne spędzanie wolnej chwili) – a o okolicznościach (nie tylko reklamie i promocji) kiedy się tak dzieje, dość szczegółowo w jednym z rozdziałów. 
        Zachęcam. 


ZA KSIĄŻKĘ DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU