28 listopada 2016

Rozbitkowie na morzu uczuć...

      Dziś chyba najbardziej osobisty i subiektywny wpis na tym blogu. Jeszcze nie było tu tak bardzo mojej, wyrwanej z serca opowieści. Dziś z moich skojarzeń powstanie próba przedstawienia najbardziej rozdygotanych i rozchwianych wewnętrznie bohaterów literackich… Czasem to jednostki, czasem pary, a czasem… - sami zobaczcie, jakie i czyje stany tu mam…
…opowieść o tym, jak dwoje ludzi może się o siebie rozbić – i jedynym kołem ratunkowym okazuje się być rozstanie – to z „Pod skrzydłami anioła”;
…o kobiecie, która dla niego być nie mogła, a bez niego nie umiała; pozostała jej ostateczność – innego rozwiązania nie znalazła – „Pestka”;
…piękność, która włóczyła za sobą nieuporządkowany wór przeszłości, świadomie pozwoliła mu na dominację i jakby tego było mało – przyjęła na siebie swą własną pokutę – z „Księgi Diny”;
…a co ci pozostaje, gdy rozglądając się wokół siebie, nie widzisz nic stabilnego, pewnego i niezawodnego, i każdą chwilę wypełnia napięcie do granic wytrzymałości? – wyjęte z „Godzin”;
…a czym może się stać chwila, gdy patrząc w lustro nie wiesz, na kogo tak naprawdę patrzysz i co ci może dać ten ty sam odbijający się w szkle? – „Klaśnięcie jednej dłoni”;
…jest i opowieść o tym, że afrykańska pustynia może użyźnić pustynię duszy i myśli, choćby się miało przy okazji zatracić w odmętach amoku czy obsesji – „Angielski pacjent”;   
…a na koniec oczywiście opowieść o tym, jak będąc doprowadzonym do skrajności, jest się w stanie zdobyć na krok ostateczny – pakt z samym diabłem Wolandem: ma się coś do stracenia? chyba już nic… - znalezione oczywiście u Bułhakowa

A Wy macie typy na życiowych i uczuciowych rozbitków? 

...ot, mój luźny ciąg skojarzeń na dziś...

...a jako komentarz - niezawodny Stan....

27 listopada 2016

Ustalono nowych właścicieli :-)

Słowo się rzekło: dziś podaję wyniki. 
Większą popularnością cieszył się zestaw 1. – nawet nie sądziłam, że zagadki ubrane w literacką szatę cieszą się większą sympatią niż kobiecą ręką lekko rozpisane babskie opowieści.

Z mini-grupy amatorów literatury…

…ręka losującego - moja – wytypowała te oto osoby:

Edyta wygrała książki dla siebie, a Jagoda dla Babci Basi (swoją drogą to niesamowite, że tworzy się nam maleńki łańcuszek – dwa tytuły pójdą dalej, do inne domu: my z Jagodą jesteśmy tylko pośredniczkami:-)).     
     
Już Was powiadamiam i do wieczora czekam na adresy korespondencyjne, bym jutro paczuszki mogła posłać.

Niech się książki dobrze sprawują :-)


G.    

25 listopada 2016

(…) była chora z miłości. (s.113)

                Wydaje się, że o Agnieszce Osieckiej prawie wszyscy wiedzą wszystko: w końcu jedne pokolenia były świadkami powstawania jej tekstów a drugie wychowują się w ich cieniu; jedni mają świadomość autorstwa zawołania: „on nie jest grosza wart”, a drudzy nie – ale i tak potrafią dopowiedzieć ciąg dalszy: „a weź go czart”; jedni wolą wykonania Nosowskiej, inni Raz Dwa Trzy. Mimo tych rozbieżności jedno jest pewne: za tym wszystkim stoi ona – tytan pracy, który z największego banału i z najmocniejszego prozaizmu uczyni perełkę piosenki satyrycznej i estradowej: Agnieszka Osiecka.
        Jakiś czas temu pisałam tu o jej biografii opublikowanej nakładem WL. Dziś mam inną perełkę: zbiór-przedruk, do tej pory rozrzuconych w magazynach i czasopismach, licznych rozmów z poetką - tym razem zostały one ułożone przez Violettę Ozminkowski w wywiad-rzekę o poetyckim tytule „Lubię farbować wróble”. 
         Jak w ostatniej części zbioru zapewnia redaktorka: „Książka powstała na podstawie autentycznych, niezmienionych słów Agnieszki Osieckiej z ponad stu wywiadów przeprowadzonych z nią od 1964 do 1997 roku przez liczne grono dziennikarzy i dziennikarek (…) a także cytatów z jej książek, które poetka wplatała w swoje wypowiedzi” (s.151). 
             Twórcy książki „Lubię farbować wróble” nie starali się stworzyć sztucznej atmosfery wywiadu przeprowadzanego autentycznie, nie wprowadzili też typowych dla rozmowy bezpośrednich zwrotów do rozmówcy - pozostawili za to wiele miejsca na niedopowiedzenia i przemilczenia, przy których najważniejszy jest ciąg pytań i czasem wręcz bardzo rozbudowanych odpowiedzi. Bo choć Osiecka nie lubiła wywiadów, zapytana, wypowiadała się szeroko, często z charakterystycznymi dla siebie anegdotami. Takim sposobem „Lubię farbować wróble” to barwna opowieść o trudnym dzieciństwie, szarym staliniźnie, o młodości burzliwej i bogatej w przyjaźnie, miłostki oraz zawodowe poszukiwania własnego miejsca, której cechą najważniejszą był korowód barwnych osobowości tamtego okresu: Słonimski, Tyrmand, Polański, Cybulski, Holoubek, Jarecki, Kraftówna, Morgenstern, Jędrusik, Hłasko*, Minkiewicz, Ważyk… 
         Z wypowiedzi Osieckiej wyłania się ona – dziewczyna i kobieta silna, młoda, zawzięta, raczej ekscentryczna, lgnąca do ludzi i świata, która ma w sobie na tyle dystansu, ironii czasem wręcz zawstydzającej szczerości, że nie boi się mówić gorzko: o sobie, szarej rzeczywistości, rodzicach, chwilami zaborczej matce, popełnianych błędach; opowiada o genezie niektórych utworów i perypetiach z ich aranżacją; ocenia siebie, swoich bliskich a nawet nasz mały polski światek. I takim sposobem staje się jeszcze bliższa. Czytelnik naocznie dostrzega źródło jej natchnień, pomysłów, powoli zaczyna rozumieć skąd ta kpina, a nawet czarny humor.
        Może wydawanie po latach takich zbiorów, dokonywanie redakcji tekstów dawno zapomnianych, ubieranie ich w nową formę choć (a może właśnie dlatego) najbardziej zainteresowany nie będzie mógł dokonać autoryzacji (lub najzwyczajniej się wypowiedzieć) jest kolejnym wydawniczym chwytem. Ale w tej sytuacji mnie cieszy. Do wielu z tych wywiadów na pewno sama bym nie dotarła, wielu nigdy nie czytałam, a teraz są w jednym miejscu. I cieszą.              

* swoją drogą - w pewnym momencie irytujące musiało się stać takie ciągłe opowiadanie o tym, jak to było z tym Hłaskiem, jego maszyną do pisania, białym futrem, burzliwymi zakochaniami, zaręczynami i rozstaniem; jakby dla niektórych ta Osiecka była atrakcyjna tylko przez ten dość burzliwy romans z jednym w polskich amantów…

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka

22 listopada 2016

„(…) przecież o malowanie tu, właśnie, do cholery, chodzi”. (s. 276)


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Okładka książki Muza

W swojej czytelniczej historii mam takie książki, które wessały od pierwszych zdań. Wystarczy, że wymienię: „Prawiek i inne czasy”, „Podróż ludzi księgi”, „Miniaturzystkę”, „Nieważkość”, „Tajemnicę Domu Helclów”, „Siłę wyższą”, „Penelopiadę”, „Wyznania”, „Pestkę”… A ostatnia to „Muza” autorstwa Jessie Butron - wychwalanej równo dwa lata temu (recenzja tu: http://zielonomi939.blogspot.com/search?q=miniaturzystka) za pełną rozmachu i panoramiczności, ale przede wszystkim za nutę zgrabnie dawkowanej tajemniczości „Miniaturzystkę”.
I w najnowszej powieści (premiera 24.11) autorka wprowadza czytelnika w świat sztuki, artystów, obrazów, marszandów, półświatka artystycznego, gdzie bogactwo mierzone jest tak naprawdę nie zasobnością portfela lecz zawartością ram wiszących na ścianach  (mieszkań lub galerii). Jej książka to powieść o ludziach, którzy dla sztuki pracują, którzy się dla niej poświęcają, przekraczają granice, często kłamią, łamią zakazy, których życie stało się sztuką dla innych, którzy jej rozwój śledzą, jak dobrze skrojoną intrygę, którzy widzą w niej jednocześnie sprzymierzeńca i zdrajcę; to opowieść o tym, jak pokrętna jest droga do sławy i jakimi meandrami chadza ona oraz jej lokaje; ta powieść odsłania tajniki pracy marszandów, twórców galerii, odpowiadając na pytanie, jak daleko są w stanie się posunąć w staraniach o upragnioną zdobycz. To też powieść o tym, jak obraz, jego tajemnice, pokrętne losy, mogą stać się obsesją, jaką mają moc w zawładaniu ludzką świadomością; jaką moc, siłę przyciągania i magnetyzm może mieć obraz – dzieło dawno nieżyjącego, niszowego, ale charyzmatycznego, malarza-rewolucjonisty.  
Tutaj, jak w przypadku „Miniaturzystki”, główne głosy oddała autorka kobietom: żyjącym w Hiszpanii połowy lat 30. - Teresie i Oliwii oraz mieszkankom w Londynie końca lat 60. - Odelle i jej przełożonej. Te pierwsze są świadkami powstania pewnego obrazu i zawiłej drogi do jego sławy. Te drugie z kolei obserwują drugą młodość, kolejną falę zachwytów nad dziełem i jego twórcą; te pierwsze widzą, jak sława się rodzi, a te drugie jak – na skutek odnalezienia dzieła sztuki – na nowo wybucha.
Tylko czy wszystko jest tym, czym wydaje się być? Córka marszanda tylko córką? Malarz jedynie sprzymierzeńcem ludu? Marszand zawsze zabieganym handlarzem? Pomoc domowa dziewczyną do sprzątania? Pracownica nowoczesnej galerii ekspertem od plastyki? Maszynistka utalentowaną literacko pracownica biura? A młody chłopak pogrążonym w żałobie po matce spadkobiercą niejednoznacznego w odbiorze płótna?
W tej intrydze z obrazem w roli głównej roi się od aluzji, niejasności, niedopowiedzeń, fragmentaryczności, z którymi, przy pomocy retrospekcji i wsłuchując się w dwóch narratorów, czytelnik musi sam się zmierzyć. To opowieść o tym, jak wielka historia sprzyja nagromadzaniu się tajemnic, jak tajemnice podsycają ogień sławy, i jak bardzo temu blisko do fałszu.
Autorka może i nie umie stworzyć psychologicznej głębi czy zawiłej, pełnej niuansów i wielowątkowości fabuły. Ale na pewno są to przemyślane, dobrze opracowane, kompozycyjnie dopieszczone powieści godne uwagi: ze względu na motyw główny (sztukę), głównego bohatera (dzieło sztuki), wiarygodność historyczną, obyczajową, przemyślaną konstrukcję fabularną i narracyjną. To są powieści zgrabnie opowiedziane, z ciekawymi perypetiami, których finał chce się poznać - już-teraz-natychmiast... A później jest żal, że już koniec...                 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
EGZEMPLARZA PRASOWEGO DZIĘKUJĘ 
WSPÓŁPRACA

19 listopada 2016

ROZDAWAJKA PRZEDMIKOŁAJOWA

Z racji, że każdy miłośnik literatury książki lubi też rozdawać, uruchamiam kolejną szybką inicjatywę. Tym razem możecie – dla siebie, lub kogoś bliskiego (w końcu niektórzy już dziś myślą o 6.12 :-)) – zdobyć jeden z zestawów książkowych.

Zestaw pierwszy:
„Test krwi”
„Słodki zapach brzoskwiń”
dla tych, którzy lubią literacką zagadkę – czy to w szacie powieści obyczajowej czy sensacji kryminalnej.

Zestaw drugi:
„Był sobie książę”
„Pamiętniki Jane Austen”
to propozycja raczej dla kobiet pracujących ciężko (intelektualnie lub fizycznie, w domu lub korporacji), które podczas tych 5-ciu minut dla siebie pragnął całkowicie wyłączyć się z tu-i-teraz.

Jak powalczyć o zestawy?     
Oto zasady i warunki:
          1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Zielono Mi. Ona również jest fundatorem nagród, którymi są nowe, nieużywane książki.
       2. Konkurs trwa od 19.11.16 do 26.11.16, do 14.00. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 27.11.16 i już tego dnia będę prosić o adresy korespondencyjne - bym 28.11.16 rano mogła nadać przesyłki. 
        3. By wziąć udział w zabawie należy: zostawić w komentarzach pod tym wpisem odpowiedź na pytanie/zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy; dodatkowo: zostać obserwatorem bloga (w komentarzu proszę podać imię/pseudonim) i na swoim blogu umieścić konkursowy baner (a jeśli nie jest się autorem bloga – na fb, google+…).
WZÓR:
- odpowiedź na pytanie,
- adres meilowy,
- informacje o obserwowaniu oraz banerze.
4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagród).
5. Pytanie/zadanie konkursowe:
Podziel się informacją dla kogo walczysz o książki (siebie/taty/bratowej/zapracowanej kumpeli…) i przekonaj mnie, że obdarowany (Ty lub ktoś Ci bliski) na pewno się z tych podarków ucieszy:-)
6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

Zapraszam! 
Będę zaszczycona gościć Was podczas tej zabawy! 
A oto jej skromna wizualizacja:


11 listopada 2016

(…) kronika życia spisywana krwią. (s. 58)


 W swoim blogowym dorobku opisałam wszystkie (nie było ich też tak wiele) opublikowane w Polsce książki Flanagana – „Ścieżki Północy” i „Klaśnięcie…”. Już od pierwszych kart pierwszej z nich wiedziałam, że to będzie „mój” autor: postarał się o to ona sam – pięknymi, ważnymi historiami opowiedzianymi ciekawymi technikami narracyjnymi (retrospekcje, wspomnienia, mowa pozornie zależna), oraz jego polski tłumacz – rewelacyjnie oddający atmosferę książki i znajdujący do tego odpowiednie polskie frazy. Bo piękny język powieści Flanagana niewątpliwie jest ich ogromnym atutem. Ale za pięknym językiem nie zawsze idą piękne, wzniosłe i pełne otuchy opowieści. Nie rozczarowałam się i trzecią książką – „Księgą ryb Williama Goulda”.


To opowieść o obdarzonym talentem malarskim skazańcu – Williamie Gouldzie - zesłanym do karnej kolonii w głębi Australii. I to nie droga do osadzenia – droga pełna przemocy, brunatności, kłamstw, fałszerstw, krwi – jest sednem opowieści. Jest nią to, co bohater spotkał w miejscu, które (przynajmniej w teorii) miało go resocjalizować. A spotkał tam Komendanta. Szalonego, zdziwaczałego, bezwzględnego i opętanego szałem realizacji swoich pomysłów stworzenia w obrębie kolonii karnej swego małego „królestwa”. Każdy z nowoprzybyłych więźniów stawał się kolejnym narzędziem służącym do realizacji tych zamierzeń. I niejeden uległ osobliwościom tych wizji. Jak czytamy w opisie kolonii: „(…) bajkowej krainy, może i rządzonej przez tyrana, ale zaczarowanej jego opowieściami (…) krainy, która z każdym słowem i gestem Komendanta stawała się dla nas coraz bardziej realniejsza (…) wydawało się nam (…) że daje nam jakiś cel, sens, coś, dzięki czemu przestawaliśmy się czuć jak skazańcy, wykraczaliśmy poza narzędzia tortur jak kołyska i knebel rurowy, i tego właśnie wszyscy pragnęliśmy: jakiejś innej wizji nas samych (…) bo żeby zesłaniec mógł uciec, musiał uciec od samego siebie, od swojej przeszłości i przyszłości, wyznaczonej przez system penitencjarny” (s.109-111). Dlatego, kiedy Williamowi „(…) w 1828 roku, rzekomo w interesie nauki, lekarz kolonii karnej na Sarah Island kazał malować wszystkie łowione tam ryby” (s.21), ten godzi się bez większych protestów. Ale robi coś jeszcze: rysunki uzupełnia o dziennik, prywatne zapiski, kronikę tego, co działo się na wyspie. Pisze, czym może i kolorami, jakimi akurat dysponuje. I ma świadomość, że łamie tym niejeden zapis obozowego regulaminu.
Z jego relacji wyłania się rzeczywistość oniryczna, surrealistyczna, nierealna wręcz i senna. To świat okrutny i magnetyczny jednocześnie; straszny i przyciągający swą innością, zwyczajność znana autorowi-opowiadaczowi jest tak niezwyczajna, że aż zasysa.                
Oddając swą książkę czytelnikowi, oddał Flanagan tekst totalnie dopracowany, perfekcyjnie ułożony, a wcześniej przemyślany. Uruchomił w nim budowę szkatułkową, dwóch narratorów pierwszoosobowych, momentami fragmentaryczność (co każe się skupiać i obudzić w sobie wytrwałego czytelnika), monologi, opisy, autorefleksje bohatera i nawet głębokie analizy psychologiczne postaci. Dlatego nikt z wytrawnych smakoszy literatury nie powinien czuć się zawiedziony spotkaniem z „Księgą ryb…”!  

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

WSPÓŁPRACA