7 lipca 2017

(…) nasi przodkowie nauczyli się jeść absolutnie wszystko! (s. 210) – „Manu świata” Jacek Pałkiewicz

Zgodnie z tym, co głosi „Słownik języka polskiego” podróż polega na przebyciu „drogi do jakiegoś odległego miejsca”- człowiek wyrusza z punktu A i dociera do – wcześniej sobie wyznaczonego lub przypadkowego – punktu B. Idąc za tą definicją można się łatwo domyślić, że po drodze może doświadczyć pewnych nowych dla niego sytuacji (przeżyć przygody), spotkać nieznanych sobie ludzi, może usłyszeć obcy język, odczuć walory innego klimatu, poznać niuanse kulturowe charakterystyczne dla danego  regionu, ujrzeć dziwne zwierzęta. Może również poznać obce mu do tej poru posiłki i upodobania kulinarne.
O tym właśnie – o poznawanie świata poprzez kuchnię – jest niedawno opublikowany przez Świat Książki tekst Jacka Pałkiewicza „Menu świata”.
Autor – podróżnik, odkrywca źródeł Amazonki, dziennikarz, reportażysta, nauczyciel surwiwalu, doradca sił zbrojnych, oznaczany przez Benedykta XVI, Bronisława Komorowskiego, przyjmowany przez Jana Pawła II, Lecha Wałęsę, Andrzeja Dudę – wraz ze swym „Menu świata” zabiera czytelnika nie w gwarne ulice Nowego Jorku, slumsy Brazylii, klimatyczne kawiarenki Paryża, roześmiane ulice Rzymu czy kolorowe dzielnice Meksyku. Wraz z nim udamy się do dżungli brazylijskiej, głębokiej Syberii, odległych Indochin i Indonezji, w dalekie prowincje Wietnamu, spotkamy mieszkańców Kara-Kum, dowiemy się, jak (i co) można do syta zjeść podczas rejsu na Jangcy, gdzie polna mysz jest rarytasem, gdzie walutą były skompresowane bryłki herbaty, dowiemy się, których ludów obyczaje kulinarne sięgają tradycji koczowników, gdzie na ulicy grilluje się szaszłyki z baraniny, gdzie z gościnności i szacunku dla przybysza podaje się sfermentowane mleko wielbłąda, gdzie do zupy dodaje się suszony twaróg, który w innych sytuacjach można potraktować jak coś na kształt cukierka, który lud z przyczyn czysto praktycznych nauczył się jeść ogon barania, a który potrafi w ciągu jednego posiłku podać kilka dań z tego samego składnika głównego (łososia), tak by zupełnie odmiennie smakowały, kto podaje zupę „(…) z rozgotowanych jelit, żołądka, żył, ścięgien i mięśni”, gdzie z upodobaniem jada się świerszcze, pająki, skorpiony, tarantule, larwy chrząszcza mącznika…    
Wszystkie te opowieści okraszone są sporą dawką humoru, językiem kpiącym, ironizującym, czasem wręcz sarkastyczno-prześmiewczym. Ale nie w stosunku do  obyczajów i upodobań tubylców, lecz w stosunku do reakcji tzw. ludzi cywilizowanych, którzy przyjechali z ugładzonej Europy i wydaje im się, że posiadają patent na wszystko – nawet na ciężkie warunki koczowniczo-mieszkalne. W sytuacjach skrajnych okazuje się, że ich nawyki zawodzą i należy oddać się w ręce gospodarzy, którzy wiedzą, że jeść, spać, pracować, uprawiać ziemię, przerabiać mięso, przyjmować gości, obcować z innymi muszą jak pokolenia wcześniejsze – bo to one wypracowały najlepsze sposoby radzenia sobie w skrajnym mrozie, przy wdzierającym się do nozdrzy piasku, podczas zmiennych temperatur.        
Zapewne nie wszystkie rozdziały książki (a jest ich dwanaście (plus wprowadzenie)) przeczytacie ze spokojem i profesjonalizmem czytelnika, który z nie jednym tekstem miał już do czynienia. Ja nie byłam w stanie spokojnie przebrnąć przez część poświęconą jedzeniu psów w Chinach (szacuje się, ze rocznie 10 milionów tych zwierząt trafia na ubój), a i fragment o insektowych smakołykach w Birmie do przyjemnych nie należał.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Menu świata” jest pozycją ważną – i to z wielu powodów. Redefiniuje pojęcia „podróż” i „podróżnik” – sprawia, ze zbliżamy się do wypraw Malinowskiego czy Nowaka, a odchodzimy od schludności proponowanej przez biura podróży, uświadamiamy sobie, że na schematycznie przygotowywanej kuchni „cywilizowanego” świata świat się nie zatrzymał, że, choć jesteśmy tzw. starym kontynentem, nie mamy patentu a każdą przyprawę, potrawę i jej składnik główny, a już na pewno nie wolno nam mówić, że nasza kuchnia jest najlepsza.
Ta książka jest w stanie zrzucić z wyżyn pewności własnych sądów każdego, kto uważa, że w dobie globalnej wioski nic – nawet jedzenie – nie jest w stanie zaskoczyć. Oto inne spojrzenie na świat – od strony kuchni. I szybko się okazuje, że wcale - jakby niektórym się wydawało - tak dobrze tego świata nie znamy. 



ZA EGZEMPLARZ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz