15 lipca 2017

Subiektywne zestawienie opowieści naj-.

Zauważyłam, że przy okazji letniego rozleniwienia na różnych grupach fb pojawiają się luźne pytania o czytelnicze sympatie. Administratorzy pytają o: najciekawsze trylogie czy serie, o przeczytane książki najśmieszniejsze, najulubieńsze, najgrubsze i najcieńsze… Idąc tym tropem, prezentuję moje subiektywne zestawienie książkowych historii  naj-. Zacznę oczywiście od książki najważniejszej, a przy pozostałych tytułach to już kolejność przypadkowa. Może moje zestawienie okaże się zbieżne z zestawieniem kogoś z Was? A może macie zupełnie inne, diametralnie różniące się od mojego? Wydaje mi się nawet, że takie spisy mogą się okazać czytelniczą inspiracją dla literacko niezdecydowanych. Oto moje spontaniczne i jak najbardziej prywatne zestawienie.


- KSIĄŻKA NAJWAŻNIEJSZA to oczywiście „Mistrz i Małgorzata” – ci, którzy dość regularnie przeglądają te zapiski, wiedzą, że od lat zajmuje szczyt mojej listy; nie jest to pierwsza przeczytana przeze mnie tzw. dorosła książka (pierwszą były „Wichrowe Wzgórza”), ale jest pierwszą, która mi pokazała, że tekst ważny, rozrachunkowy, rozliczeniowy, dodatkowo osadzony w autentycznych realiach społecznych, historyczno-kulturowych, politycznych, a nawet w biografii autora, dotykający istotnych problemów etycznych, ekonomicznych, religijnych, może również bawić i być źródłem rozrywki. Bo powieść Bułhakowa jest powieścią ważną, trudną w odbiorze, wielopoziomową, pozbawioną jednego klucza interpretacyjnego, ale jest również powieścią zabawną, ironiczno-groteskową, prześmiewczą, obdzierającą człowieka z jego złudzeń o własnej przebiegłości i bystrości. I to wszystko, co mi powiedziała o świecie, jego kondycji, o ludziach i mnie samej sprawia, że wciąż jest najważniejszym przeczytanym przeze mnie tekstem.
Okładka książki Mistrz i Małgorzata

- OPOWIEŚĆ NAJSMUTNIEJSZĄ jest mi trudno wybrać. Bo przecież historie Łyska, Anielki, niewidomej dziewczynki, oszalałej Danuśki, wykrwawiającego się Kuby do wesołych nie należą. Jednak najbardziej wciąż uderza mnie rozpisana na losy kilku pokoleń historia kobiet z „Drogi do domu”. Ta pozbawiona subtelności i delikatności, ale operująca plastycznym językiem książka o niewolnictwie i sytuacji czarnej ludności na rozległych plantacjach USA sprawia, że czytelnik nie może otrząsnąć się z przygnębienia i szoku, że aż tak przedmiotowo można traktować innych, nie widzieć w człowieku człowieka, lecz jedynie twarde narzędzie pracy (jak motykę czy ścierkę – co jednak różne jest od podejścia III Rzeczy, która inne narody, klasy, grupy najpierw pozbawiła praw, samodzielności, samostanowienia, swobód, a później potraktowała jak darmową siłę roboczą; niewolnicy natomiast nigdy nie mieli za grosz swobody i samodzielności, gdyż z definicji nie byli traktowani jak rozumne istoty ludzkie). I im głębiej wchodziłam w fabułę, tym mocniej czułam (całkiem subiektywnie i w oparciu o intuicję, bez odniesienia do jakiejkolwiek wiedzy naukowo-politycznej), że Stany nie rozliczyły się nawet przed sobą ze zjawiska nazywanego „niewolnictwo”.
Okładka książki Droga do domu

- KSIĄŻKĄ NAJTRUDNIEJSZĄ zdecydowanie było dla mnie „Ferdydurke” Gombrowicza. Ten język, narracja, budowa powieści, dywagacje teoretycznoliterackie, rozbudowane frazy, pozorny brak logiki i związku przyczynowo-skutkowego sprawiły, że do dziś nie mogę się do niej przekonać. Rozumiem problematykę (nota bene istotną i wciąż aktualną), dostrzegam wagę artystyczną, nowatorskość, ale sposoby podania, opowiadania, nawiązywania kontaktu z odbiorcą sprawiają, że wciąż nie mogę się do niej przekonać (być może już wnet ulegnie to zmianie, bo - z przyczyn zawodowych – czeka mnie kolejne z nią spotkanie) i nie sposób mi lekko przebić się przez język.
Okładka książki Ferdydurke

- Z KSIĄŻKĄ NAJZABAWNIEJSZĄ problemów nie mam. To „Nowe przygody Mikołajka” :-) Te króciutkie opowieści prowadzone z punktu widzenia kilkuletniego chłopca obdarzonego bystrym umysłem i ciętym językiem sprawiają, że dorosły żałuje, że jest już dorosły, a drugiej strony wstyd mu za swoją grupę społeczną – bo diagnozy Mikołajka na temat świata dorosłych są miażdżące. Okazuje się, ze w oczach dziecka jesteśmy banalni, dziwni, pozbawieni polotu, schematyczni, niewiarygodni, niesłowni, dosłowni, dziwnie sztywni, pozbawieni poczucia humoru, dystansu do siebie i świata, pełni pozorów i sprzeczności… Jednym słowem: dorosły niczego dobrego o sobie się nie dowie, ale na pewno zaleje się łzami – płacząc nad własną niedorzecznością J    
Okładka książki Nowe przygody Mikołajka. Tom 1

-  NAJWIĘKSZYM ZASKOCZENIEM do dziś pozostaje kilka tytułów. Na przykład „Czekając na Godota” – bo czytając, tuż po maturze, nie mogłam zrozumieć dlaczego tak późno, bo po raz pierwszy oszołomił mnie ten ścisły związek fabuły, problematyki i budowy utworu; „Uciekinierka” Munro za rozwiązanie fabularne, ten niesamowity zwrot akcji, odwrócenie opowieści, nieoczekiwane zakończenie – tak bardzo niczym wcześniej niezapowiedziane. Jednak w tej grupie niepowtarzalnie od kilkunastu lat króluje „Władca pierścieni”. Ci, którzy znają moje upodobania literackie wiedzą, że nie czytam fantastyki. Może jestem zbyt banalna, przyziemna, dosłowna, logiczna, ale nie umiem oderwać się od „tej” rzeczywistości, by czytelniczo przenieść się do innej. Jednak temu przyzwyczajeniu wymknęła się trylogia Tolkiena. Symbolika tekstu, aluzje kulturowe, literackie, tempo narracji, jej język, opowieść o ideałach, wartościach wyższych, mężnych – mimo prób – postawach, istocie przyjaźni, tym, co fundamentalne, a o czym tak łatwo dziś zapomnieć sprawia, że tekst – choć już pokolenia się na nim wychowały - wciąż jest uniwersalny, ani przez chwilę nie traci na aktualności i podoba się nawet tym wychowanym w dobie globalnej wioski.
Okładka książki Władca Pierścieni

- Tekstem NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCYM W PAMIĘĆ dla każdego może być trylogia Simons o Tatianie i Aleksandrze. Ta rozbudowana historia rozpoczynająca się w przeddzień II wojny światowej jest nie tyle romansem, co opowieścią o zwykłych ludziach uwikłanych w wiry polityki i prądy historii, przed którymi nie są w stanie się obronić. Wybuch wojny, blokada Leningradu, głód, przesuwający się front, wewnątrzrosyjskie rozrachunki z więźniami politycznymi, surowość Syberii to jedynie namiastka tego, czym wielka polityka może człowieka „obdarować”. A to wszystko opowiedziane dynamicznie, z zachowaniem historycznej wiarygodności, ale bez ciężkości typowej dla szkolnych podręczników czy opracowań naukowych. Nie będę ukrywać – 3. część może rozczarować (zbliża się do banalnej, babskiej obyczajówki), ale i tak nie przyćmi dwóch wcześniejszych.
Okładka książki Tatiana i Aleksander

- Książką, która budzi mój NAJWIĘKSZY PODZIW to bez wątpienia „Księgi Jakubowe”. Tekst jest efektem wieloletniej pracy, jest wielowymiarowy, doskonale opracowany, historycznie i kulturowo wiarygodny, dopieszczony pod względem edytorskim, redakcyjnym, a nawet ikonograficznym,  porusza - jak zwykle u Tokarczuk – istotne dla zbiorowej pamięci i świadomości kwestie (tym razem na przykład korzeni kulturowych). A już sam fakt, że opublikowanie książki stało się początkiem fali niesmacznej, często pozbawionej merytorycznego argumentowania, krytyki, jakiej doświadczyła autorka, sprawia, że należy po nią sięgnąć.   
Okładka książki Księgi Jakubowe

Tak oto przedstawia się mój dzisiejszy subiektywny ranking książek naj-. Na pewno każdy z Was ma podobny i na pewno nic dziwnego też w tym, że różni się od tego czynionego jakiś czas temu – a i za lat kilka również i ten ulegnie zmianie. Czytajmy, rozwijajmy się, szlifujmy upodobania literackie – i chwalmy się nimi :-).          
ps okładki książek pochodzą z lubimyczytac.pl.  

2 komentarze:

  1. Zgadzam się z Twoim wyborem, szczególnie z tym Mikołajkiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobają mi się Twoje wybory. Sięgnę po Tatianę i Aleksandra - nie czytałam. Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń