30 stycznia 2017

(…) w innej skórze było jej łatwiej znieść coś, czego nie dało się znieść (s. 83). – R. Frydrych, Załatw pogodę, ja zajmę się resztą.

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
PREMIERA POWIEŚCI – 2.02.2017


      Zdecydowanie nie jestem specem od literatury obyczajowej.  Ale czasem przeczytam coś z tej kategorii. I później nie zawsze wypowiadam się w samych superlatywach. Dlatego bardzo zdziwiłam się, kiedy przez WL zostałam wytypowana do rozbudowanej akcji promocyjnej książki Renaty Frydrych. Najpierw otrzymałam fragment powieści, w ascetycznej okładce z banalnym hasłem „Po prostu przeczytaj…”, później rozsypankę, z której – po ułożeniu – wyłoniła się okładka książki o Poli Kukułce, i list z zapewnieniem, że już całkiem niedługo będzie pełnowartościowy tekst powieści. Ale zanim dotarła do mnie jej ostateczna wersja, przeczytałam ten spory fragment promocyjny i dziś słów kilka o nim.
       Bohaterką jest 27letnia wdowa, która, wychowując trójkę dzieci – jedno swoje, dwoje zmarłego męża, próbuje sobie na nowo wszystko poukładać: siebie i swą chorobliwą nieśmiałość, rytm rodziny, relacje ze starszym bratem, wizyty w ośrodku społecznym, którego pracownicy jakoś uparcie nie chcą dostrzec jej starań i prób wychodzenia na prostą. 
      Jednak po tych 200 stronach dochodzę do wniosku, że to nie do końca jest powieść o nieporadnej, emocjonalnie rozchwianej, lubiącej szyć (nawet książki dla dzieci) kobiecie, którą przerasta moment próby, samotności, a każde niepowodzenie wydaje się doprowadzać do ostateczności. Choć to babska powieść – z kobietą w roli głównej, z babskimi pytaniami, dylematami, marzeniami, potrzebami, kryzysami, ze sporą dozą humoru (tkwiąca głową w swojej czasoprzestrzeni babcia Róża i misiowato milusiński, choć niby groźnie wytatuowany, wujek Rysiek trafnie przełamują ton powagi i wisielczości) - pod tą pierwszą, może i typową dla gatunku, warstwą kryje się inna, bardziej uniwersalna. 
      Cała ta galeria barwnych postaci, „produktów” epoki – bezradna Pola, niedorastający Łukasz, nieśmiały i przytłoczony przebojowymi Paweł, zakochany w sobie manipulant Wiktor, czyniący rozrachunek z sobą zawodowy kierowca, chowający się za szorstkością i tatuażami Rysiek oraz zawadiacka Mariola – to jedynie środek do opowiedzenia tego, co czasem opowiedzieć trzeba, a chwilami nie wiadomo jak: o pokornej, ale niełatwej, zgodzie na chorobę, o żałobie przeżywanej przez dziecko, o potrzebie swego miejsca w świecie, o wytwarzaniu mechanizmu obronnego przed światem i wrednymi ludźmi, o spóźnionych wyrzutach sumienia… 
      Z tych krótkich, różnorodnych rozdzialików, podobnych do szytej przez Polę makatki, wyłaniają się bohaterowie rozbrajająco autentyczni, życiowi, prawdziwi, często wykolejeni, i tacy, którzy potwierdzają, że sława może być fasadą, za którą kryje się sławny.
       Nie wiem, jaki jest finał powieści, nie wiem, czy ta diagnoza pokolenia 30+ się utrzyma, czy realia pełne pozorów wciąż będą tymi dominującymi, ale ta powieść z przeciętną babską obyczajówką ma wspólne jedynie lekki język i dziewczynę jako główną bohaterkę. Bo choć Pola Kukułka, stawiając czoła codziennym przeciwnościom, jest dzielna i odważna, nie zamieniłabym się z nią na role. Póki co optymizmu w jej codzienności nie za wiele. 

10 stycznia 2017

Nabytki grudniowo-styczniowe

Istnieją dwa typy wpisów blogowych, które u mnie są sporadyczne – by nie powiedzieć rzadkie. To – po pierwsze – zestawienia zapowiedzi wydawniczych. A po drugie – „chwalipięctwo” – czyli co książkowo nowego zamieszkało na moich regałach. I dziś będzie ten sporadyczny wyłom – prezentacja grudniowo-styczniowych nabytków. Nie powiem, niektóre z nich nie były planowane, a te poczynione z zawodowej konieczności nie wyczerpują listy zapotrzebowani. Cóż, klasyka powoli się uzupełnia. 

Oto pełen zestaw.

Są w nim tytuły nabyte do pracy – wiadomo, nieśmiertelna klasyka. Gombrowicz, na ten przykład, językowo nie jest moim ulubieńcem, ale za to zmysłu obserwacji i trafności stawiania diagnoz nie mogę mu odmówić… To wydanie „Potopu” mogło by mieć ciut-ciut większe litery, a „Zbrodnia…” – choć na pewno nie można mnie nazwać sympatyczką tego wydawnictwa – jest obłędne! Gruby, kredowy papier, przejrzysta czcionka i te grafiki – wiarygodne i sugestywne! Z tym wydaniem do pracy na pewno nie będzie się wygodnie chodziło – jest ciężkie i duże, ale estetycznie zachwyca!

Mam też tytuły nabyte dla próżności: bo cena zachęciła, bo krytyka (i ta zawodowa, i amatorska) już dawno postawiła wysokie noty, bo lubię teksty różnorodne, nie jestem literacko monotematyczna, no i liczę na długą oraz spokojną emeryturę…;-)

Są i nabytki świąteczne – grube, zróżnicowane a już na pewno nieoczekiwane.

Na końcu przesyłki z WL. Zamówiony Flanagan (już po paru stronach widzę kilka punktów spójnych z poprzednimi jego książkami) oraz… „coś” nietypowego, nieoczekiwanego – fragment anonimowej powieści bez tytułu, której premiera będzie w lutym tego roku. W odręcznie podpisanym liście stworzonym na czerpanym papierze  Wydawnictwo prosi o wyrażenie opinii na temat tegoż fragmentu i podjęcia się „zabawy” w zgadywanie ciągu dalszego – jak zapewnia, za jakiś czas mogę się spodziewać kolejnych odsłon tajemniczej powieści. Nie powiem, czuję się zaskoczona i poniekąd uradowana – nie jestem maniaczką opowieści obyczajowych, zazwyczaj w dość wyważony sposób o nich mówię/piszę, a i tak zostałam zaproszona do wspólnej zabawy i stworzenia tego nietypowego czworoboku: Autor - jego Tekst - Wydawca i ja. Teraz drogę do pracy umilać mi będzie tekst, który mówi do mnie „Po prostu przeczytaj…”. Więc czytać będę… - a co mi tam… ;-)          


1 stycznia 2017

Jak to było w 2016...

      Niektórzy z Was na pewno już pełną piersią weszli w 2017 rok, ale u mnie jeszcze choć dziś ciut 2016. Oto moje literackie zestawienia i totalnie subiektywny wybór książki roku.
      W ubiegłym roku recenzowałam książki dla czterech wydawnictw, w kolejnym patronowałam jednej pozycji książkowej i, co oczywiste, przeczytałam kilka książek z czysto prywatnych chęci, bez relacji ja-wydawca. 
      Oto moje podsumowanie: 

RECENZJE DLA PRÓSZYŃSKI I S-KA


RECENZJE DLA WL

RECENZJE DLA AMBER

RECENZJE LUŹNE (I KILKA POZA WSPÓŁPRACĄ)


Jak widać, w tym roku przeważała współpraca z Prószyńskim i WL – po 12 tytułów. Nie ma tu wszystkich otrzymanych od nich książek, bo - niestety - nie umiem wydłużyć sobie doby, ale naiwnie zakładam, że kiedyś nadrobię te braki (na pewno uda mi się na płaszczyźnie ja-WL, a co do Prószyńskiego – dyscyplina zostanie wzmożona).
Poza tym co relacjonowałam, czytałam również pozycje analizowane w pracy: „Król Edyp”, „Dziady" cz.IV, i „Dziady" cz. III, „Kordian”, „Bajki” Kołakowskiego. A teraz przymierzam się do „Lalki”.

Jednocześnie ogłaszam w tym miejscu, że moją książką roku jest zdecydowanie „Droga do domu” Yaa Gyasi. By po nią sięgnąć, wystarczyły mi zapewnienia wydawcy: „Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Mroczne czasy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość -  Droga do domu to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji”. Ale - jak dla mnie - mówienie, że jest to powieść o kolonizacji, niewolnictwie, klasowości i niesprawiedliwości społecznej to nie powiedzenie niczego. Bo to książka, która mnie emocjonalnie przeorała! Wdziera się w umysł, uczucia i obezwładnia, paraliżuje… http://zielonomi939.blogspot.com/search?q=Droga+do+domu