27 marca 2017

(...) dostrzegała dziwne rzeczy, niedostępne innym (...). - K. Sakuraba, Czerwone dziewczyny

Nie jestem fanką kultury japońskiej i nigdy nie czułam potrzeby, by dowiedzieć się czegoś więcej. 
Ale cenię sobie dobre historie, dobrze skrojoną fabułę i ciekawie opowiedziane intrygi. 
Dlatego rekomendowane przez WL "Czerwone dziewczyny" wydają się książką dla mnie.
A dla Was?

Saga rodzinna,
historia kryminalna,
baśń o Japonii lat 1953–2000

W wiosce Benimidori mściwe duchy powodują wypadki w hucie żelaza. Nadchodzą trudne czasy. Czy „dziewczyna  z gór”, Manyō, która widzi przyszłość, będzie w stanie stawić im czoło?



Gdy pewnego ranka wiele, wiele lat temu tajemniczy ludzie z gór porzucili małą dziewczynkę w japońskiej wiosce Benimidori, niewielu jej mieszkańcom mogło przyjść do głowy, że pewnego dnia poślubi ona zamożnego dziedzica fortuny rodu Akakuchibów i stanie się potężną matroną w czerwonej posiadłości na wzgórzu. Jej córka, Kemari, nieokiełznana niczym yamaoroshi, porywisty, dmący wiatr, zaszokuje wszystkich, przyłączając się do wojowniczego gangu motocyklowego, a potem stanie się kultową autorką mang. Toko, trzecia w kolejności przedstawicielka rodu właścicieli wielkiej huty żelaza, jest zupełnie zwyczajna. To jednak jej babka wyzna na łożu śmierci, że ma na swoim sumieniu morderstwo…. Oto opowieść Toko.

Fragment książki
Pewnego lata dziesięcioletnia Manyō Akakuchiba — moja babka — zobaczyła na niebie latającego człowieka. Ponieważ zdarzyło się to, zanim wżeniła się w wiekowy majątek rodziny Akakuchibów z regionu San’in, wciąż była prymitywną wiejską dziewuchą i nie miała nazwiska. W wiosce wołano na nią po prostu Manyō.
Wyrosła na dużą, mocno zbudowaną kobietę o długich do pasa włosach, czarnych jak mokre skrzydła wrony — choć, jak nietrudno się domyślić, gdy doczekała sędziwego wieku, przybrały śnieżnobiałą barwę — która czasem mrużyła powieki i w zamyśleniu wpatrywała się w odległe szczyty górskie. Miała świetny wzrok, a odkąd sięgała pamięcią, dostrzegała dziwne rzeczy, niedostępne innym.
Opowieść o tym, jak uznano ją za wieszczkę domu Akakuchibów, zostawię sobie na później, skupiając się teraz na jej najmłodszych latach; już w czasach jej dzieciństwa nikt nie wątpił, że Manyō potrafi zaglądać w przyszłość. Wizje te przyjmowały najróżniejszą postać, od spontanicznej zmiany porządku atramentowych liter, starannie naniesionych na zwoje wiszące w tradycyjnym salonie, aż po duchy zmarłych osób, które przychodziły do jej pokoju i gestami przekazywały swe proroctwa. Widywała także obrazy, których znaczenie było dla niej niejasne Manyō nie rozmawiała o tych sprawach z mieszkańcami wioski; uważano ją za dziwne, obce dziecko, a ona z niejaką dumą, ale i niepokojem przyjmowała fakt, że jest inna niż wszyscy.
Tamtego lata 28 roku okresu Shōw — w kalendarzu zachodniego świata był 1953 rok — Manyō miała najprawdopodobniej dziesięć lat. Piszę „najprawdopodobniej”, ponieważ nikt w wiosce nie znał jej daty urodzenia, nawet ona sama. Pojawiła się któregoś dnia w tym dalekim regionie Japonii, znanym pod nazwą San’in — wąskim paśmie lądu wciśniętym pomiędzy czarny łańcuch Gór Chūgoku a szary bezmiar Morza Japońskiego — zupełnie jakby stoczyła się z jednej z wysokich grani. Manyō tego nie pamiętała, ale cudzoziemcy porzucili ją w wiosce, gdy miała niespełna trzy lata.
„Cudzoziemcy” to nazwa, na którą przystałam, pisząc tę opowieść. Ludzie z regionu San’in — a zatem nasi przodkowie — przez długi czas ukrywali się głęboko w górach. W odróżnieniu od nas, którzy mieszkaliśmy w wiosce, nie mieli oni żadnej nazwy; mówiono o nich „oni”, „tamci” lub „ludzie z gór”. W ostatnim czasie folkloryści określają ich jako lud Sanka, Nobuse lub Sangai, lecz nazwy te nie były wówczas używane — a już z pewnością nie w wiosce Benimidori w zachodniej prefekturze Tottori, gdzie żyjemy.
W każdym razie ludzie ci kryli się w sercu gór, gdzie wiatr targał ich długie kruczoczarne włosy od co najmniej setek lat, a pewnie i znacznie dłużej. Wyróżniali się karnacją ciemną jak garbowana skóra i mocną sylwetką. Często zmieniali miejsce pobytu. Pomieszkiwali to tu, to tam, w zależności od pory roku. Nie płacili rocznych danin, nie zwoływali narad i nie słyszeli o podatkach, a ponieważ nie mieli państwa, musieli sami o siebie zadbać.
Nikt w Benimidori ani w odległych osadach Izumo czy Tottori nie widział ich od około pięćdziesięciu lat, trudno więc powiedzieć, czy wciąż żyją w Górach Chūgoku. Tak czy inaczej mała Manyō przybyła do Benimidori mniej więcej sześćdziesiąt pięć lat temu z dorosłymi przedstawicielami swojego ludu, ostatniego pokolenia, które odwiedziło wioskę. Z niewiadomych przyczyn cudzoziemcy przed powrotem w góry porzucili między domami trzyletnią dziewczynkę.
Ponieważ większość miejscowych, którzy mogli pamiętać tamto wydarzenie, dołączyła już do grona zmarłych, nie znam jego szczegółów, tym niemniej w ciągu ostatnich kilku wieków, kiedy w wiosce brakowało rąk do pracy, cudzoziemcy zstępowali z gór niczym czarny wiatr i oferowali pomoc. Z wszystkich ważnych ceremonii — czuwań i ślubów, świąt i obrządków wstąpienia w dorosłość — najbardziej potrzebni byli akurat przy pogrzebach.
Gdy w wiosce wskutek samobójstwa ginęła młoda osoba, fioletowy dym. Cudzoziemcy przybywali wówczas nocą, żeby pomóc w przygotowaniach pogrzebowych. Ścinali drzewo niezbędne do wykonania skrzyni, a o świcie łamali z trzaskiem zesztywniałe nogi nieboszczyka w udach i piszczelach, by wcisnąć go do kwadratowego pojemnika. Uporawszy się z tym zadaniem, zabierali skrzynię i ciskali ją w przepaść głęboko w górach, nucąc inkantacje. Gdy cudzoziemcy przychodzili, a mieszkańcy wioski czekali cierpliwie, aż odejdą z ciałem zmarłego, nawet najwyższy kapłan świątyni nie miał prawa zakłócać tego wydarzenia.
Właśnie dlatego tamtego ranka jakieś sześćdziesiąt pięć lat temu, kiedy porzucili Manyō, w wiosce musiał umrzeć ktoś młody. Do dziś nie jestem pewna, czy ciało z połamanymi nogami zamykano w ciasnym pojemniku, aby zapobiec jakiejś transformacji lub ucieczce zmarłego i czy idealnie sześcienny kształt skrzyni miał znaczenie mistyczne. Te pytania pozostawmy jednak badaczom folkloru. Istotne jest to, że kiedy „oni” w końcu zniknęli z zapakowanymi zwłokami, zostawili po sobie małą dziewczynkę — moją babkę o ciemnej karnacji, mocnej sylwetce i czarnych włosach, a zatem niewątpliwie cudzoziemkę. Siedziała na ziemi, nieopodal powojów, oparta o studnię przed czyimś domem niczym lalka albo wiadro owinięte pnączami o różowych kwiatach.

26 marca 2017

(...) Kiedy się do książki bierze (...) - M. Konopnicka

Już jakiś czas minął, od mojego ostatniego spisu "stosikowego". 
Dziś taki będzie, a jakże - choć nie dużo nowości zagościło na moich półkach (co nie idzie w parze z ich objętością) i nie wszystkimi jestem w stanie się pochwalić - część już w obiegu po rodzinie ;-)
Więc zaczynamy....

Tutaj efekt współpracy z wydawnictwami i zaprzyjaźnioną Autorką:
O "Królewskiej heretyczce" pisałam tutaj; o "Listach..." - tu, tekst na temat "Tandemu" możecie znaleźć w tym miejscu, przedpremierowa opinia o "Dzisiaj rozmawiamy o Pani" jest tu, z kolei o moim pierwszym spotkaniu z pisarstwem Małgorzaty Wardy tutaj. Pozostałe dwie książki jeszcze przede mną, ale "Nasz film" już zaczęłam i wiem, że to będzie liryczna opowieść o prawdziwej historii skrojonej przez życie na miarę nietuzinkowego filmu. 

A teraz moje własne zakupy. 
Oczywiście literatura polska - od tej poważnej, z najwyższej półki, po raczej lekką, od fikcyjnej po dokumentalną. 
Wiadomo - czytanie zaczęłam od klasyki (z obowiązków zawodowych nikt mnie nie zwolni) i naprawdę uważam, że "Wesele" ma w sobie to coś - i to w warstwie fabuły, jak i języka.  
  
Podobnie ma się sprawa z tekstami zagranicznymi: jest poważnie i lekko, a nawet krytycznieliteracko (z Tolkienem zaprzyjaźniłam się stosunkowo późno, już po studiach, ale kiedy to nastąpiło, przerodziło się w moją bezkrytyczną miłość, która przejawia się na przykład w skupywaniu książek-kluczy próbujących otworzyć drzwi tajemnic jego fabuł), znalazło się nawet coś na kształt pracy krytycznej na temat relacji sacrum-profanum:

Choć nowe nabytki cieszą głowę, serce i oko, nie znaczy, że moja literacka lista "chciejek" się wyczerpała - co to, to nie... ;-)

22 marca 2017

(…) fikcja wynikająca z najprawdziwszej prawdy (s. 82). Richard Falanagan, Pragnienie


      Co to znaczy, że człowiek pragnie? W jakich  pokładach rodzą się te pragnienia? Czego one się najczęściej tyczą? Czy kultura i cywilizacyjna ogłada mogą je zredukować? A pragnąc czegoś dla innych, faktycznie chcę im bezinteresownie coś ofiarować, czy może zaspokoić swoje prymitywne ambicje? 
        Z tymi pytaniami próbuje się uporać Richard Flanagan w swej ostatniej książce „Pragnienie”. 
      Jak w poprzednich tytułach, mamy tu do czynienia z dwutorową narracją, z niby dwoma opowieściami, które łączą się w jedną, z prostą historią podszytą niejednoznacznością i nieoczywistością, której diagnoza może zaniepokoić. Bohaterów w tej opowieści jest kilku: zasłużony dla korony brytyjskiej podróżnik sir John Franklin, jego żona, ich podopieczna – Aborygenka Mathinna, jest Charles Dickens a nawet jedna z aktorek w jego trupie teatralnej - Nelly. Wszystkich ich połączy  pewien moment historyczny – a nawet dwa, które dadzą jedną opowieść.
       Wspomniany już Franklin i jego żona – kobieta ekscentryczna, do przesady ambitna i zawzięcie napędzająca karierę męża – osiadają w kolonii karnej, na Ziemi van Diemena. I jak mąż próbuje się dostosować do nowych warunków, zorganizować swoją pacę w obcych dla siebie realiach i narzucić swój głos dyplomaty tubylcom czy innym kolonizatorom, tak żona za punkt honoru wzięła sobie realizację misji ukulturalniania, szerzenia cywilizacji, zaszczepiania dobrych – bo europejskich – obyczajów i walki z cudownościami rdzennych mieszkańców. A dowodem na jej talent dydaktyczno-wychowawczy ma być „ucywilizowanie” Mathinny.
        Ale zanim dziewczynka da się okiełznać, zanim wypleni się z niej aborygeńskiego dzikusa i aborygeńskie zwyczaje, wydarzy się pewien wypadek, który przyczyni się (pośrednio lub i bezpośrednio) do zorganizowania przez Franklina kolejnej wyprawy ekspedycyjnej – tym razem na Biegun Północny. Ale że ona nie zakończy się sukcesem (bo podróżnicy nie powrócą i  słuch po nich zaginie), a w Anglii wybuchnie skandal, wobec którego nieobecni nie będą mogli się ustosunkować, pani Franklin całą swą energię poświęci obronie dobrego imienia męża i jego osiągnięć zawodowych. Sojusznikiem swoim uczyni Dickensa, jego talent pisarski i autorytet, jakim się cieszył – bo ocalenie godności i honoru zasłużonego dla korony to nie byle sprawa. A oskarżyć o kanibalizm kogoś, kto jeszcze stosunkowo niedawno niósł europejski kaganek ziemi zapomnianej przez Boga i niedostępnej wielu ludziom jest zbrodnią. 
       Jak widać w swej ostatniej książce – o konflikcie cywilizacji, wyższości jednej kultury nad drugą, o tolerancji i jej granicy, o wadze słowa mówionego i pisanego, o prawie do ingerencji w życie drugiego, o tym, gdzie się kończy cywilizacyjna ogłada a uruchamia się instynkt, o człowieczeństwie, honorze, godności i sumienności, o arogancji i o zaspokajaniu swoich potrzeb kosztem rodziny czy bliskich – Flanagan umieścił całą paletę barwnych postaci, autentycznych, historycznie potwierdzonych i fikcyjnych.         Ale to nie te osoby są najistotniejsze, lecz diagnoza, jaka się dzięki nim wyłania. I w sumie nic wiele dobrego o człowieku się nie dowiadujemy. Flanagan swoją opowieścią znów rozdrapuje, znów cicho pyta: co to właściwie znaczy być człowiekiem? I każdy sam  musi zrobić użytek z nasuwającej się odpowiedzi. 

TA OPÓŹNIONA RECENZJA MOGŁA POWSTAĆ DZIĘKI
WSPÓŁPRACA

15 marca 2017

Nie usłyszy pani ode mnie nic nowego. (s. 167) – A. Nabrdalik, „Dzisiaj rozmawiamy o Pani”

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA - 
PREMIERA: 16.03

 


            Jak sugeruje tytuł, najnowsza książka Nabrdalik (wcześniejsza była współautorstwem i zawierała świadectwa więźniów obozów koncentracyjnych) jest wywiadem – i to nie jednym, bo zbiorem siedmiu wywiadów – z mądrymi, zaradnymi, wrażliwymi i odważnymi kobietami, które stały obok swoich sławnych, często niepokornych, zapracowanych i odnoszących spektakularne sukcesy mężów. 
         I okazuje się, że niejednokrotnie kobiety te w ogromnym stopniu przyczyniły się do tych sukcesów, były ich cichymi sojuszniczkami, a już na pewno je umożliwiły czy ułatwiły. Na długie lata rezygnowały ze swoich aspiracji lub je ograniczały, godziły obowiązku, zapominały o próżności i egoizmie. 
           Zacytowane w tytule słowa wypowiedziała Anna Religa – wdowa po senatorze, ministrze zdrowia, a przede wszystkim charyzmatycznym kardiochirurgu Zbigniewie Relidze. A że stały się one wstępem do długiego, wielowątkowego oraz nasyconego różnymi emocjami wywiadu, szybko okazały się nie mieć pokrycia w rzeczywistości. Bo Anna Religa – jak inne rozmówczynie – odsłania niuanse, prostuje pogłoski, przedstawia swój punkt widzenia, a przede wszystkim mówi o sobie, swojej pracy, roli u boku męża, wkładzie w jego sukcesy i kibicowaniu kolejnym przedsięwzięciom. Choć wiele tych kobiet różni (wiek, upodobania, pochodzenie, wykształcenie, aktualna aktywność zawodowa), jedno je łączy: stopień zaangażowania w sprawy męża bez gwarancji, że ktoś to zauważy lub nawet doceni i rezygnacja/ograniczenie własnych aspiracji. Szybko okazuje się, że gdyby nie te skłonne do poświęceń i kompromisów kobiety, nie jednego sukcesu by nie byłoby lub nie zostały odpowiednio zauważony. Takim sposobem np. wspomniana już Anna Religa, Wacława Myśliwska, Jolanta Pawlik czy Alicja Kapuścińska wychodzą dziś z cieni mężów i mogą pochwalić się swoim sukcesem – bo sukces męża jest i ich sukcesem. A co ciekawsze – one same prowadzą/prowadziły po cichu intrygujące życie zawodowe/swoje kariery (nie były/nie są TYLKO żoną TEGO pana) i wreszcie przyszła pora, że mogą o tym opowiedzieć i że „świat” chce je słuchać. Nie powiem, chwilami było mi smutno – w ich imieniu smutno: bo tyle lat czekały, bo tak długo były w cieniu, bo kiedyś trzeba im było weryfikować swoje plany czy potrzeby, ale z książki Nabrdalik wyłaniają się kobiety szczęśliwe, spełnione (choć i zmęczone) oraz świadome swojej wartości. 
           Nie jest tajemnicą, że uwielbiam wywiady, kocham literaturę faktu, noszę w sobie jakiś pierwiastek feminizmu (choć bez popularnej dziś agitacji czy wojowniczości), więc „Dziś rozmawiamy o Pani” czytało mi się wyśmienicie – z emocjami (często uczuciem buntu: w imieniu tych kobiet…), ze zniecierpliwieniem, ze rozumieniem, a za chwilę z irytacją, a już na pewno z zachwytem – że całkiem blisko są osoby, które mają coś istotnego do powiedzenia i wystarczy słuchać, by mądrą lekcję życia wyciągnąć. Książkę polecam. Nie tylko kobietom. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

(...) cel naszej misji zmienia się. - Morten A. Strøksnes

Jutro nakładem WL ukaże się "(...) Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze rokuTo reportaż z wyprawy na Lofoty, archipelag wysp uznany przez redakcję „National Geographic” za trzeci najpiękniejszy na świecie. Celem wyprawy był wielki rekin polarny. Mierzy 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jednak książka nie jest zwykłą relacją rybacką – to opowieść o skarbach, które kryją morza i oceany, niezwykłych morskich stworzeniach i tajemnicy życia, wreszcie o przyjaźni oraz drzemiącej w nas odwiecznej tęsknocie za przygodą". 
A ja przytaczam wywiad z Autorem, jaki redakcja WL przygotowała na okoliczność polskiej premiery książki. Zachęcam do czytania i cieszenia oko dołączonymi do tekstu cud zdjęciami. 


Dwa lata temu wyprawił się pan z przyjacielem na Lofoty, by złowić rekina polarnego.

To była wyprawa w moje ojczyste strony. Zupełnie jakbym jechał do domu. Na tym polegała główna trudność. Musiałem zobaczyć to miejsce nowymi oczami, wyalienować się z kontekstu, którego byłem częścią, stać się kimś obcym, kimś spoza.

I co nowego udało się panu zobaczyć?
Zbierając materiały do książki, często wypływałem na morze, by zdobyć pożywienie. Czytałem też na okrągło książki o morzu. Dzięki temu otworzyła się przede mną zupełnie nowa rzeczywistość, nowy wszechświat. Wspaniały wielki ocean z cudownymi formami życia, zwłaszcza tymi, które kryją się w jego największych głębinach. Uświadomiłem sobie, że to, co nazywamy oceanem, co pokrywa prawie 70 procent naszej planety, jest czymś w rodzaju odrębnej planety, która rządzi się własnymi prawami ewolucji.


A wy chcieliście upolować jedno z najstarszych jego stworzeń…

To bardzo tajemniczy rekin. Nie wiemy, na przykład, w jaki sposób poluje i jest w stanie złapać znacznie szybszą od siebie rybę. Dawniej norwescy rybacy poławiali wiele tego rodzaju ryb, ale teraz już tego nie robią. Rekin polarny stracił na handlowej wartości.

Dlaczego złowienie go jest aż takim wyzwaniem?

Przede wszystkim trzeba go przynęcić. Jest prawie całkowicie ślepy więc trzeba go przywabić zapachem. Wykorzystywaliśmy różne rodzaje śmierdzącego padła, jak na przykład szczątki byka i inne temu podobne. A kiedy w końcu masz tego rekina, a waży on 1200 kilogramów i ma 8 m długości, jak złowić go z małej łódki? To też jest problem.

Tak się zastanawiam, czy w tej wyprawie naprawdę chodziło o rekina. Dla mnie bardziej jest to opowieść o oceanie, jego bogactwie, a także o przyjaźni, bo przecież towarzyszył panu najlepszy przyjaciel...

To prawda. Z czasem rekin staje się coraz z mniej istotny, a cel naszej misji zmienia się. Zaczynamy kwestionować to, co robimy. Zastanawiamy się, czy jesteśmy mężczyznami typu macho na morzu. Nie, to nie jest książka tego typu. Stawia daleko ważniejsze i bardziej interesujące pytania niż polowanie na rekina. Można przeczytać dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, może nawet czterdzieści stron i nie znajdzie się na nich nawet wzmianki o rekinie. To był punkt wyjścia, pewna rama. Jest pewna misja do wykonania, jest coś, co mamy zrobić. W książce jednak przede wszystkim skupiam się na fantastycznej zawartości morza. W mitologicznym, poetyckim, a także biologicznym sensie.



Czego morze albo ocean mogą nas nauczyć?

To trudne pytanie. Ocean pokazuje nam, jak jesteśmy mali, znikomi i mało istotni. Morze jest nie tyle naszym nauczycielem co bardziej naszym ojcem. Kreacjoniści nie zgadzają się z darwinistami, którzy uważają, że naszymi przodkami są małpy. Cóż, w tym mają rację, tak naprawdę, nie pochodzimy od małp – naszymi przodkami są ryby, jesteśmy takimi „przerobionymi” rybami. Życie na naszej planecie pochodzi z morza. Ten żywioł to nasza kolebka. Mówi się, że powinniśmy być mili dla morza, bardziej się o nie troszczyć, ja jednak uważam, że to morze troszczy się o nas. Większość tlenu wytwarzanego na ziemi pochodzi z morza, jest tam więcej życia niż gdzie indziej, są tam różne gazy więc jeśli morze ma kłopoty, to my też je mamy. Lasy deszczowe są ważne ale ocean jest ważniejszy.

Pan wiele podróżuje. Był pan też w Afryce. Czy da się porównać samotność na morzu do samotności na pustyni? Dla wielu osób doświadczenie pustyni jest przeżyciem mistycznym, jeśli nie religijnym. Jak to jest z morzem?

Oczywiście, są pewne podobieństwa. Tym punktem wspólnym jest odczucie bezmiaru, otwarcia, widok nieba i światło. Pustynia jest miejscem religijnych czy mistycznych doświadczeń, ale morze już nie tak bardzo. Jest zbyt duże, zbyt poruszone, zbyt niebezpieczne. W ładny dzień możesz odczuwać spokój umysłu, ale, jak pokazuję to w książce, nie zdarza się to często. Musisz być bardzo uważnym, zwracać uwagę na to, co robisz. To bardziej niebezpieczne środowisko niż pustynia, o ile będąc na niej masz przy sobie wodę.



Morten A. Strøksnes (ur. 1965) – norweski dziennikarz, pisarz, historyk, fotograf. Studiował w Oslo i w Cambridge. Wydał cztery bardzo dobrze przyjęte książki reportażowe. Najsłynniejsza – Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku – została wyróżniona Nagrodą Bragego oraz Nagrodą Krytyków, a prawa do jej wydania sprzedano do 14 krajów.
(fot. na grafikach - Morten A. Strøksnes)


premiera: 16 marca





11 marca 2017

Co teraz będzie z naszą rodziną? (s. 128)

Bez tytułu

              W jednym ze swoich wierszy Eliza Segiet napisała:
(…)
Każdego dnia mamy bliżej,
aby przestać być człowiekiem,
a stać się
tylko ciałem
i wspomnieniem
w umysłach Figlarzy.
          Autorka dotyka tutaj motywu od-człowieczenia, od-humanienia, sprowadzenia człowieka jedynie do formy ciała, materii pozbawionej tej niewidocznej, a istotnej dla natury ludzkiej, głębi, która staje się narzędziem-marionetką dla prześmiewców i kuglarzy. 
         Do problemu tego powróciła Autorka w ostatniej swojej książce – rozpisanym na dwa akty dramacie „Tandem”. Mamy w nim do czynienia z przeciętnymi i niemłodymi już rodzicami, którzy (początkowo głównie Matka) w swoim synu – Hirusiu – chcą widzieć wybitnego poetę i zgadzają się na każde dziwactwo byleby talent syna mógł mieć odpowiedną pożywkę czy źródło rozwoju. A kiedy głuchoniema ciotka Adela wybitnie, z wczuciem, znawstwem i oddaniem podejmuje się interpretacji tejże poezji, wydaje się, że wiersze te faktycznie mają coś z Wielkiej Sztuki. I już nie tylko rodzice są nimi zachwyceni, ale i przyjaciel syna - a narzeczona czuje jakby jeszcze większe oddanie. 
          Tylko, że tu nie o wiersze tak naprawdę chodzi a o zachwyconych nimi ludzi. Poezja okazuje się być jedynie pretekstem, by spróbować odsłonić sieć fałszywych zależności, układów, ról. Szybko okazuje się, że w tej grupie nikt nie jest taki, za jakiego uchodzi i tym, kim widzą go inni; każdy kogoś gra, coś udaje, ochoczo stwarza pozory – Hiruś jest tym, kim chcą go widzieć, ciotka niby biernie zgadza się odgrywać rolę interpretatorki, a Helena - Muzy. I co wydaje się najstraszliwsze – dość, że wszyscy okłamują innych, to i chcą, by ci drudzy ich okłamywali.
       Motyw niby uszlachetniającej poezji pozwolił pokazać, gdzie ta szlachetność się kończy – bo poezja staje się wyrazicielką najintymniejszych uczuć i potrzeb (co nie znaczy, że szlachetnych), pozwala odsłonić brudy i zakłamania. A kiedy prawda wychodzi na jaw, pęka cienka bańka fałszu. I ta cisza po pozostawionym bez odpowiedzi końcowym pytaniu dźwięczy jak wyrzut oraz zapowiedź czegoś, co może być zapowiedzią Totalnego Rozpadu układu. 
    Swoimi lirykami Eliza Segiet stara się dotknąć najczulszych, najdelikatniejszych i najwrażliwszych strun ludzkich; próbuje zwrócić czytelnika w stronę tego, co zmysłowo nieuchwytne a tak fundamentalne dla człowiek, co sprawia, że wciąż może godnie pozostać tak wysoko na tej Tomaszowej drabinie bytów. Jednak swoim dramatem pokazuje, co jest w stanie sprawić, że ten dumny homo sapiens sam - własną głupotą, próżnością, zakłamaniem – strąci się z tej drabiny i skaże na poniżenie, a w najlepszym przypadku na pośmiewisko. I zapowiedź ta wcale wiele optymizmu nie pozostawia.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
AUTORCE
https://web.facebook.com/profile.php?id=100007962137277&fref=ts