27 października 2018

(…) to, co złe, już się dzieje i nie trzeba na to dłużej czekać (s. 120) - M. Warda, Dziewczyna z gór


    Małgorzata Warda od lat oswaja czytelników z trudnymi tematami: śmiertelny wypadek, ucieczka, pobicie, gwałt, porzucenie, choroba psychiczna… Nie inaczej jest z jej najnowszą książką – „Dziewczyna z gór”. 
   Na kartach tej powieści pojawia się zamożna rodzina z nastoletnią córką i zwariowaną, ale budzącą zaufanie ciotką Wandą, złamany przez życie, nieufny a chwilami nawet agresywny Jakub  oraz niedoświadczona jeszcze policjanta Anna. Ich wszystkich na długie lata połączy - i im wszystkim na zawsze zmieni życie - jedno króciutkie wydarzenie, mające miejsce pewniej późnosierpniowej nocy. Od tego momentu już nic nie będzie takie samo. Olga nie będzie spełniającą się matką, Michał realizującym się ojcem, Wanda ciotką-przylepką, Nadia dzieckiem udającą dorosłą kobietę, a Jakub zdolnym rysownikiem. Tamta noc jest nocą zerową – w niej się wszystko skończyło i wiele zaczęło.
        Swoją powieścią Warda dowodzi, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje, człowiek niejednokrotnie gra – nawet przed sobą i rzadko kiedy otwartymi kartami, relacje międzyludzkie splecione są delikatnymi nićmi, których porwania nie chce się ujrzeć; swoją opowieścią wali prosto między oczy, obnaża tajemnice, obdziera z pozorów, krzyczy w imieniu tych, których nikt nie chce wysłuchać; pokazuje, że nikomu nie jest obca mistyfikacja, kuglarstwo czy sztuczki w pozorowaniu prawidłowych relacji międzyludzkich: tu każdy każdym manipuluje, urabia do swoich racji – tylko powody bywają różne. Więc nastolatka nie jest bezradna, jakby się wydawało, mąż wcale nie daje oparcia, żona raczej nie jest w nim zakochana, sierota to nie tylko skrzywdzony przez dorosłych, bezduszny system i surowe paragrafy chłopak, a policjantce jedynie się wydaje, że widzi wszystkie elementy układanki. 
     Choć to krótka powieść, pisana wartkim stylem, nie przedłużana zbędnymi opisami czy dywagacjami natury psychologiczno-filozoficznymi, już od pierwszych stron wprawia w osłupienie, gra na emocjach, podsyła pytania i obdziera z naiwnych złudzeń, że będzie dobre zakończenie – bo nie będzie, taka historia dobrze skończyć się nie może, ofiary muszą być: choćby uczuciowe i emocjonalne. 
    To jest zdecydowanie książka dla osób o mocnych nerwach, które nie boją się ciężkich tematów, trudnych pytań i prawdy, że nie ma ludzi całkowicie dobrych – bo człowiek to istota bardzo skomplikowana.         

ZA WERSJĘ PRASOWĄ DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i ska logo

17 października 2018

(…) może naprawdę jesteśmy jak dzikie zwierzęta (…) - „Silva rerum II”, Kristina Sabaliauskaitė


OkÅ‚adka książki Silva Rerum II    Co łączy „Lalkę”, „Bunt chimery”, „Miasto świateł”, „Silva rerum II”, Córki Wawelu”, „Dzielnym będzie.. .”, „Królewską heretyczkę”? A no to, że bohaterem ich wszystkich jest miasto – wielkie, tłoczne, gwarne, w ważnym dla siebie momencie, a postacie pojawiają jedynie, by opowiedzieć historię tego miasta, snuć opowieść o Warszawie wieku XIX, Paryżu przełomu wieków, Londynie u progu renesansu czy w czasie niemieckich nalotów lub Wilnie wieku XVIII.
 Właśnie temu ostatniemu poświęcone jest „Silva rerum II” litewskiej historyczki sztuki i pisarki Kristiny Sabaliauskaitė. 
    Na kartach tej 400ta stronicowej powieści powróciła autorka do modnego w kulturze staropolskiej gatunku sylw, które – zgodnie z definicją – są tekstami obejmującymi „(…) niejednorodne formalnie teksty zapisywane "na gorąco" i wyróżniające się różnorodną tematyką. Sylwy staropolskie przybierały postać dwoistą – były (…) zbiorami, w których obok prozaicznych zapisków z życia codziennego autora rękopisu przeważały teksty o charakterze literackim bądź refleksyjnym. Sylwy były również zwane "Bibliami domowymi", pośród wielu zapisków o charakterze informacyjnym (np. narodziny członków rodziny, śmierci, wydarzenia w okolicy, wyniki sejmów i spotkań samorządowych) znajdowały się również zapisy literackie. Sylwy były również zbiorami zasłyszanych dowcipów czy też przepisów kulinarnych. Dzięki sylwom zachowały się wiersze m.in. Daniela Naborowskiego i J.A. Morsztyna. Mogą znaleźć się w niej nie tylko wspomnienia o ślubach czy narodzinach, ale także pamiątki (…). Bardzo często umieszcza się również drzewo genealogiczne rodu (rodziny)”. 
    W jej „Silva rerum II” spotkać można Wilno niedługo po najeździe Szwedów, przez nich spalone, dziesiątkowane przez głód, brud, choroby przenoszone przez szczury; to miasto zabobonów, niechcianych ciąż, syfilityków, dzieciobójczyń, kanibalów, ale i miasto wielokulturowe, w którym Żyd-lekarz prowadzi swoje badania, leczy gojów i tworzy elitę społeczności, sieroty z dobrych rodzin znajdują opiekę (a później mężów) na dworach magnackich czy szlacheckich. Ta książka to barwna opowieść o baroku pełnym dysonansu – przepych i rozrzutność jednych miesza się tu ze skrajną biedą drugich, religijność przeplata się z przesądami, chrześcijaństwo spotyka się z judaizmem, bogobojność z namiętnościami ciała (i nie ważne, że gorszym oskarżeniem niż cudzołóstwo może być zdrada stanu oraz spoufalanie się z grabiącym okoliczne wsie najeźdźcą). Magnaci, żołnierze, mieszczanie, urzędnicy, chłopi, lokaje, gwardziści, rada miasta, złodzieje, mordercy – to jedynie pionki w fabule „Silva rerum II”, którzy mają opowiedzieć losy miasta, koleje jego świetności i upadku, mają również sobą głosić historię sporego skrawka Rzeczpospolitej Obojga Narodów. 
     Ale nie tylko to zasługuje tutaj na uwagę. Również język powieści, który jest barwny, wartki, zrytmizowany, dynamiczny, zbliżony do gawędy, kończącej się nie tam, gdzie autor postawił kropkę, ale tam, gdzie nie ma się już nic do powiedzenia, gdzie historia się dopełnia i zamyka. Stąd te zdania - długie, wielokrotnie złożone, przypominające monologi ogarniętego pasją szaleńca. To one sprawiają, że postacie stają się autentyczne, z krwi i kości, ogarnięte obsesjami, namiętnościami, lękami, nadziejami, wątpliwościami. To nie są osoby pomnikowe, jednowymiarowe, do jakich przyzwyczaił czytelników na przykład Sienkiewicz, ale to ludzie ukształtowani przez historię, okoliczności, rodzinę, powinności względem niej, własnej płci czy funkcji. 
    A że autorka „Silva rerum II” nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania, nie domknęła swej barwnie opowiadanej historii, pozostaje cierpliwie czekać na część III.     

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
 Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie logo

24 września 2018

(…) Akcja powieści toczy się w mrocznych czasach (...) - Kristina Sabaliauskaitė



Przy okazji wydania II tomu "Silva rerum" Wydawnictwo Literackie podsyła do przeczytania wywiad z autorką tej świetnie przyjętej przez czytelników jak i krytyków powieści historycznej. Zachęcam do lektury. 


O polsko-litewskiej historii, Wielkiej Dżumie i Wodzie Marszałkowej rozmawiamy z Kristiną Sabaliauskaitė, autorką powieści Silva rerum II. Szlachecka saga, opisująca pasjonujące dzieje rodziny z Rzeczypospolitej Obojga Narodów, na Litwie doczekała się aż 46 wydań, osiągając nakład 250 000 egzemplarzy. Podbiła także serca polskich czytelników, którzy coraz częściej zwiedzają Wilno śladami rodu Narwojszów, poznając barokową scenerię ich awanturniczych przygód, dramatów, namiętności i poświęceń. Kristina Sabaliauskaitė jest doktorem historii sztuki, w jej żyłach płynie krew polskich przodków.

Z okładki Silva rerum II patrzy na nas Kostucha, a pierwsza strona wrzuca nas w sam środek 1707 roku.

Są to czasy Wielkiej Wojny Północnej na Litwie i Wielkiej Dżumy. Wilno straszliwie ucierpiało z powodu zarazy. Nieznany rochita pochował wówczas ponad 20 tysięcy ludzi, piszę o tym w powieści w ślad za wieloma źródłami historycznymi. Na Żmudzi wymarło prawie dwie trzecie populacji. Na okładce widnieje więc Królowa Śmierć z wileńskiego kościoła Św. Piotra i Pawła na Antokolu. Z kosą w ręku tropi korony i mitry. Ten kościół jest związany z epidemią dżumy także poprzez obraz Najświętszej Marii Panny, protektorki przed morowym powietrzem. Akcja powieści toczy się w mrocznych czasach, ale bynajmniej nie jest wyłącznie tylko mroczna... Trochę jak w kościele Św. Piotra i Pawła – tu Kostucha, a tuż obok anielskie piękno. Chciałam pokazać wojnę i dżumę nie na polu bitwy, ale z innych perspektyw, na przykład z punktu widzenia samotnej szlachcianki, przez której dwór wędruje nieprzyjacielska armia.

Obok wielkiej Historii dzieją się tu małe, równie pasjonujące mikrohistorie drobnej szlachty, magnatów, innowierców, mieszczan, chłopstwa, cudzoziemców. Skąd czerpała pani tak drobiazgową wiedzę na temat codziennego życia w XVIII wieku, niderlandzkich podróży i szulerni, studenckich burd, mody, kawy sprzedawanej w aptekach jako środek przeczyszczający, kawioru na stołach Radziwiłłów, zwyczajów wileńskiego półświatka, tajemnic alkowy szlachcianek czy Wody Marszałkowej…

Czasami, żeby napisać jedno zdanie muszę przeczytać 50 książek naukowych. Jestem z zawodu historykiem sztuki więc instrumentariusz badawczy mam dobrze wyćwiczony przez długie lata akademickie. Przede wszystkim jestem wdzięczna polskim historykom oraz historykom sztuki i ich wspaniałym opracowaniom tematów życia codziennego, obyczajów, podróży. Od trzydziestu lat towarzyszą im też historycy z Litwy. Wszystkie te książki naukowe czytam już od wielu lat, a w dodatku często podróżuję do miejsc, które opisuję. Staram się dowiedzieć wszystkiego, nawet tego, jaki kształt ma klamra w pokoju, w którym toczy się dialog, chociaż nie będę jej opisywała. Pojechałam nawet do Paryża, żeby powąchać Wodę Marszałkowej – jest tam wyjątkowe miejsce, w którym przechowuje się aromaty sprzed stuleci.

Znaczna część akcji Silva rerum II rozgrywa się w Wilnie. To powieść o tym mieście, w jakiejś mierze jego beletrystyczna biografia. Gdy stareńka Urszula Birontowa opuszcza je na zawsze, zostawia za sobą „dogorywające miasto żałoby, miasto bez duszy, miasto umarłych”. Jakie miejsce barokowe Wilno zajmowało na mapie Rzeczypospolitej Obojga Narodów i ówczesnej Europy?

Wilno jest jak Feniks – ciągle odrodza się z popiołów i największych tragedii. Najgorsze czasy przeżyło podczas carskiej i sowieckiej okupacji, kiedy znaki historii oraz tożsamość miasta były systematyczne niszczone. Wieki siedemnasty i osiemnasty, nie bacząc na wojny, epidemie czy pożary, to czas kulturalnego rozkwitu miasta. Dzisiaj panicznie obawiamy się uciekinierów, migrantów, lecz imigranci bywają różnego rodzaju, a historia Wilna od czasów Giedymina, który zaprosił rzemieślników i handlarzy z całej Europy i przywitał Żydów, wiele zawdzięcza właśnie imigrantom. Czym byłoby Wilno bez przyjeżdżających tu profesorów uniwersyteckich, bez Karaimów i Tatarów od czasów Witolda, bez hiszpańskich prawników, włoskich artystów i rzeźbiarzy z Ticino, bez niemieckich złotników, bez Jana Krzysztofa Glaubitza, bez Georga Forstera, bez Francuzów i Austriaków... Uciekali od prześladowania religijnego, od konkurencji w rzemieślniczych gildiach i nagle trafiali do dość liberalnego, młodego miasta, w którym magnaci mieli sporo złota i wyobraźni, aby składać im zamówienia. I tu, w swobodnej atmosferze zaczynali tworzyć cuda, stawali się wilnianami. Duch liberalizmu i koegzystencja kultur były tak potężne, że świątynie prawosławne nabierały katolickich cech wizualnych, luteranin mógł być ojcem chrzestnym niemowlęcia katolika, a Żyd świadkiem na ślubie luteranina. Wilno traciło swoją prawdziwą tożsamość tylko w tych okresach, kiedy autorytarne reżimy próbowały go „oczyścić”, ograniczyć do kulturowego „standardu jednej nacji” – czy byli to Rosjanie w czasach carskich, czy Polacy w okresie międzywojennym, czy też Litwini po II wojnie światowej. Bo Wilno jest tym, czym jest. Wolną, trochę prowincjalną mini Europą pośród litewskich puszcz. Jest jak polifoniczny chór, w którym każda narodowość śpiewa we własnym języku, ale melodie są podobne... I w tym tkwi jego niepowtarzalny urok.

Turyści mogą zwiedzać dziś Wilno trasą bohaterów i wydarzeń opisanych w pani powieści. Co mogą zobaczyć podczas takiej wycieczki?

Moje książki stały się tak popularne, że wilnianie podczas wycieczek na Starówce zaczęli pytać przewodników o miejsca opisane w Silva rerum. Tutejsze biuro turystyczne poprosiło mnie zatem o stworzenie takiej powieściowej marszruty. Nakreślając trasę, starałam się uniknąć tradycyjnych klisz literackich wycieczek i powtarzania fabuły powieści. Podczas wycieczek można dowiedzieć się wszystkiego o historii budynków, dziełach sztuki, a także wydarzeniach, z których czerpałam natchnienie. O wszystkim, co podczas pisania, pozostało „za kadrem”. Cieszę się, że nadal są to jedne z najpopularniejszych wycieczek po Wilnie i coraz więcej turystów z Polski interesuje się nimi.

Wielką atrakcją jest także pomnik Barbary Radziwiłłówny….

Ale nie jest on częścią wycieczek szlakiem Silva rerum. To element projektu „Wileńskie rzeźby”, w którym pomniki przemawiają tekstami i głosami litewskich pisarzy. Moim głosem mówi rzeźba Barbary Radziwiłłówny na ulicy Vokiečių, Niemieckiej. Swoją mowę zaczyna po polsku, cytatem z listu do Zygmunta Augusta. Chciałam odtworzyć prawdę historyczną – Barbara była polskojęzyczna – i fakt, że pojęcie tożsamości narodowej za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów nie opierało się o język. Szlachta i magnateria mówiły po polsku, a jednak zdecydowanie czuły się Litwinami.

Opisuje pani Wilno, miasto o splątanych korzeniach, wielokulturowe, wieloetniczne. Pani jest obrazem tej polifonii. Litwinka, w której żyłach płynie także polska krew, studiowała pani w Warszawie, a mieszka w Londynie. Gdzie tak naprawdę Kristina Sabaliauskaitė jest u siebie?

Pochodzę właśnie z tych dawnych polskojęzycznych Litwinów. Polską krew mam od pradziadka, który był „koroniarzem” i przeniósł się na Litwę po ślubie z majętną dziedziczką, moją prababcią. Po II wojnie światowej późniejsze pokolenie rodziny było zmuszone opuścić Wilno i przenieść się do Polski. Została tylko moja babcia, którą żelazna kurtyna odcięła od rodziny. Moja mama ujrzała swoją babcię po raz pierwszy i zarazem ostatni mając 16 lat, kiedy za czasów Chruszczowa dostała jednorazową wizę i mogła odwiedzić członków rodziny w Polsce. Na palcach może policzyć spotkania ze swoją ukochaną kuzynką, z którą ją łączy bardzo silna więź. To typowa tragiczna historia dawnej wileńskiej rodziny... Nasze rodzinne korzenie w Wilnie sięgają połowy XVIII w., więc Wilno zawsze będzie w moim DNA. Chyba tak naprawdę jestem u siebie tam, gdzie jest moja rodzina – a rodzina jest w Londynie, w Wilnie, i w Polsce.

ZA MATERIAŁY PRASOWE DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie logo

13 września 2018

(...) nie byliśmy żadną "normalną" rodziną (s. 129) - V. Hjorth, Spadek




       Jest sobie rodzina: mama, tata, trzy córki i jeden syn. Rodzice, po dobrze przeżytym życiu, mogą się oddać odpoczynkowi, ciesząc się bezpiecznym domem albo na wyjeździe relaksować się w domkach letniskowych. Bo nie ma to jak na starość zbierać słodkie owoce owocnego życia. Napracowali się – wspierać się, dbać o dzieci, łożyć na ich wykształcenie to nie banał. Teraz dzieci – już dojrzałe, same mające dzieci (a nawet wnuki) – mają komu być wdzięczne, mają o kogo dbać, komu podziękować i przy czyim stole się zebrać, by błogie dzieciństwo powspominać. 
      Nic bardziej mylnego. „Spadek” odsłania najbrudniejsze z kart. Porusza brudy, jakie kiedykolwiek stały się udziałem niewielu. Demaskuje fałsz, arogancję, małostkowość, bezduszność, wygodnictwo, obłudę, hipokryzję. A przede wszystkim ból, jaki mogą dzieciom zadać rodzice. I jaki może sobie wzajemnie zadać rodzeństwo. Oto rodzina uwikłana w kłamstwa, która, dla wygody chyba jedynie, chce w nich tkwić, która chce się świadomie okłamywać, która nie chce wysłuchać głosu prawdy. 
        A wszystko zaczyna się dość niewinnie. U progu życia rodzice postanawiają spisać testament, w wyniku którego większą część majątku dostać mają dwie córki. Pozostałe dzieci jedynie rekompensatę finansową. 
        I ta z pozoru prozaiczna wiadomość porusza lawinę wydarzeń. A przede wszystkim emocji. Bo Bergljot nagle postanawia przemówić. Chce na głos, wyraźnie powiedzieć, dlaczego zerwała kontakt z rodzicami, dlaczego ten ból, a nawet rozpacz, które w sobie nosi, nie są pielęgnowane i hodowane, lecz po prostu w niej tkwią, są jej integralną częścią, jak gnijąca w ciele drzazga. Chce innym (i sobie) opowiedzieć swoją wersję historii rodzinnej. Nie po to, by zrozumieć – bo zrozumieć się nie da. Ale by nazwać prawdę po imieniu, wyrwać ją z tego zakłamania innych. Spuścizną, której ona chce, jest jej opowieść o niej samej. Tylko tyle. Aż tyle. I by się do tego choć zbliżyć, przyjdzie jej iść na kolejną wojnę – wojnę z własną rodziną. 
       Bo według „Spadku” rodzina to nie więzi, a tarcia, spory, racje i pół-racje. I okazuje się, że największym dziedzictwem, jaki mogą zostawić rodzice nie jest majątek, a obciążone emocje, uczucia, prawdy o sobie i innych. Przy pomocy tej prowadzonej narracją pierwszoosobową powieści pełnej monologów, skojarzeń, urywanych wątków pokazała Vigdis Hjorth etapy rozpadu – wrażliwości, ufności, szczerości, prostoty i międzyludzkich więzi. To, czego wraz z bohaterką dowiadujemy się o niej i innych, wypływa z czeluści pamięci , lub nie-pamięci. I trudno orzec, czy lepiej, że ujrzało światło dzienne, czy powinno w tych odmętach pozostać. 
    Oto książka trudna, toksyczna, destrukcyjna, ale i odważna, poruszająca, uwierająca – nie ugłaszcze, a emocjonalnie rozhuśta, zaniepokoi. Takie lubię.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania WYDAWnictwoliterackie LOGO

7 września 2018

(…) gra o najwyższą stawkę z samym Panem Bogiem (s. 46) – J. Kosowska, Wróć do Triory




Wróć do Triory     Jest takie miejsce w literaturze, gdzie spotyka się to co prawdopodobne z tym, co fantastyczne, to, co realne z tym, co nierzeczywiste, to, co wiarygodne z tym, co nieprawdopodobne. Takim elementem jest legenda: tekst, w którym wydarzenia autentyczne (czasem wręcz historycznie udokumentowane) mieszają się z fikcją – a  nawet baśniowością. Zjawisko to próbuje przywrócić do łask Jolanta Kosowska swoją najnowszą powieścią „Wróć do Triory”. 
          Jest to kolejna powieść obyczajowa, którą tego późnego lata można znaleźć na księgarnianych półkach. Autorka opowiada w niej historię czwórki niby obcych sobie ludzi, których połączył przypadek. Jeden to były narkoman, drugi – chory na raka muzyk, trzeci – były nauczyciel-społecznik, czwartą osobą jest ukochana muzyka, której nie układa się w relacjach rodzinnych. Każda z tych osób stanęła na rozdrożu życia i choć każda z nich wie, co ma robić i(lub) co robić powinna, nie jest w stanie ruszyć z miejsca, zebrać się w sobie, odpowiednio skupić, by wygrać bój z teraźniejszością. Narkoman rozpamiętuje swoje małe niepowodzenia i na innych zawala za nie odpowiedzialność, muzyk czuje się przegrany (i na takiego wygląda), choć walka z chorobą wciąż jest w toku, nauczyciel – mimo, że dojrzały – wciąż nie umie podjąć decyzji, co uczynić dalej z własnym życiem. Jedynie Weronika wydaje się z nich wszystkich najsilniejsza, najodważniejsza, najbardziej zdeterminowana i przekonana o słuszności swoich decyzji. Jedzie do małej wioski, po ratunek dla ukochanego. Ale to nie jest zwykła miejscowość – w XV wieku wymordowano tam niemal wszystkie oskarżone o czary kobiety. Tylko, że to co nazwano czarami, w rzeczywistości było zielarstwem, a proces i kara wyrazem siły oraz władzy. I z tego Triora do dziś słynie – z kultywowanie przeszłości i ziołolecznictwa. Bo to właśnie medycyna niekonwencjonalna ma pomóc zmęczonemu i sponiewieranemu przez chorobę Kubie. Ta wioska jest miejscem, w którym czas się zatrzymał. Choć wszyscy tam słyszeli o XXI wieku, żyją oni późnym średniowieczem, podsycają spekulacje co do ówczesnych wydarzeń i pielęgnują legendy, by nie uległy zapomnieniu. 
       Jak dla mnie powieść ta ma kilka mankamentów. Na pewno jest w niej za dużo wątków. Jeśli autorka myśli poprzestać na jednej części, wątek ze znudzonym dzieciakiem z bogatego domu wydaje się zbędny, nic nie wniósł do wątku głównego, a jedynie przedłużał całą opowieść, niepotrzebnie ją rozciągnął. Ponadto jest tu sporo naiwności, jak na przykład lekarz, który łamie (nie raz) tajemnicę lekarską, a przy okazji zachęca do medycyny alternatywnej. 
     Nie mogę powiedzieć, by „Wróć do Triory” było kiepską, niedopracowaną czy niespójną powieścią. Autorka o grafomaństwo się nie ociera, co to to nie. Ale jak dla mnie jest to historia zbyt prosta i oczywista, wysiłku intelektualnego nie wymaga, wnętrza nie rozdrażni. Ale na pewno nadaje się na źródło weekednowej rozrywki. I to może być przyczyną potencjalnego sukcesu. 


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE DZIĘKUJĘ
AUTORCE        

24 sierpnia 2018

Kraina dorosłych pomyłek (s. 273) - Patrz, jak tańczę, Sari Wilson


OkÅ‚adka książki Patrz, jak taÅ„czÄ™      Balet jest bardzo trudną dyscypliną artystyczną. Wymaga wysiłku, siły fizycznej, twardych kości, gibkich (zdolnych do spięcia jak i rozluźnienia) mięśni i stawów, narzuca rygor, dyktuje plan dnia, dla tancerza każdy tydzień i miesiąc są takie same – poddane regularności prób, ćwiczeń, występów. Nie każdy tancerz odnosi sukces. Być jak Barysznikow, Akimow, Fokin, Niżyński, Sergiejew, Liepa, Maślankiewicz udaje się niewielu. 
    I właśnie w takiej scenerii – wyrzeczeń, dyscypliny, elity artystycznej, najlepszych z najlepszych, ukształtowanych przez terror prób i ćwiczeń – umieszczona została akcja powieści „Patrz, jak tańczę”. I wcale nie jest to tekst o szkole baletowej, o ogarniętych szałem ambicji uczniach i rodzicach, o krętej jak i niewdzięcznej drodze do sukcesu, o rywalizacji. To wszystko – historia muzyki poważnej, opery, baletu (głównie rosyjskiego z losami Niżyńskich na czele), realia prestiżowej szkoły tańca, ambicja, współzawodnictwo, reżim i posłuszeństwo sztuce, zatracaniu się dla nich - to tylko tło. 
    Narracja „Patrz, jak tańczę” prowadzona jest dwutorowo. W jednej poznajemy historię cenionej i lubianej (tak przez współpracowników jak i studentów), wykładowczyni akademickiej, która badając karierę Niżyńskiego i jego relacje z siostrą, próbuje uporać się z własnym zagubieniem, samotnością i poplątanymi losami. Dla niej niby zawodowy wyjazd do innego miasta staje się podróżą we własną tożsamość, historię, w samą siebie i w głąb tego, co ją ukształtowało, co ją doprowadziło do miejsca, w którym się akurat znajduje. Druga opowieść jest o młodziutkiej Mirze, która w rygor tańca, w surowe reguły baletu i szkoły artystycznej ucieka przed rozwodem rodziców, chaosem matki-artystki, która nijak nie chce (nie umie? nie widzi potrzeby?) nadać życiu córki stabilnych ram i fundamentów – nie znajdując oparcia w rodzicach, szuka go Mira w morderczych treningach, które ją i jej ciało czynią realne, prawdziwe, autentyczne i skonkretyzowane (bo w życiu rodzinnym pewne już nic nie jest); uciekając w taniec, sztukę, dyscyplinując ciało, ujarzmia ona emocje, szuka kontrolni nad życiem. Te dwie kobiety funkcjonują na granicy życia „zwykłego”, przeciętnego i artystycznego, gdzie sztuka kieruje się zdecydowanie innymi prawami niż szara codzienność. To, co bulwersujące dla jednych, nie jest odstępstwem dla drugich; mentor, nauczyciel i mistrz jednych, w oczach innych uchodzi za dziwaka. 
     Tym samym swą książkę „Patrz, jak tańczę” Sari Wilson uczyniła książką o dojrzewaniu, o świadomości siebie, o poszukiwaniu prawdy o sobie, o szukaniu drogi do siebie, o próbie ocalenia siebie z chaosu własnej przeszłości – historii napisanej cierpieniem, często kłamstwem, samotnością i nieumiejętnością ocenienia, co jest prawdą a co kłamstwem, co realne a co ułudą. To opowieść o dziecku, które za szybko dorosło i stało się kobietą, oraz o kobiecie, która w głębi siebie pozostała zranionym dzieckiem. 
     Nie będę kłamać - w „Patrz, jak tańczę” nie ma wartkiej akcji, nie ma brawury, jest liryzm, nostalgia, jest sporo baletu i niemało opery. Ale jest też dawka goryczy, tęsknoty, złości i zawodu. To wszystko czyni z tej (chyba) powieści obyczajowej opowieść rozrachunkową, opowieść o szukaniu prawdy o sobie - o tym, co człowieka kształtuje, szuka odpowiedzi na kwestię, czy naprawdę jest on w stanie odciąć się od tego, co go ukształtowało, miało wpływ na wybory i postawy, kim oraz jaki był kiedyś, a jaki jest obecnie. Oto powieść gorzka, ale i pozostawiająca cień nadziei, że człowiek może się uratować – nawet przed samym sobą.    


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy

23 sierpnia 2018

On miał tylko te demony. Jedyną pamiątkę po szalonej rodzinie (s. 216) - Agnieszka Olszanowska, Miłość na dziesiątej wsi


OkÅ‚adka książki MiÅ‚ość na dziesiÄ…tej wsi      Rodzina to popularny temat literackie. Nikt inny jak sam wielki Tołstoj swą monumentalną „Annę Kareninę” zaczął od słów: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. A mnie najbardziej interesują te nieszczęśliwe, w momencie rozpadu, lub tuż po nim – ciekawi mnie etap rozgrzebywania, rozwarstwiania, a moment zaczynania wszystkiego od nowa nie zawsze występuje. 
      Dlatego nie do końca rozumiem, dlaczego tak wciągnął mnie cykl powieści Agnieszki Olszanowskiej o metaforycznie nazywanej „dziesiątej wsi” (jako miejscu „zesłania” zatraceńców, życiowych wykolejeńców czy zesłańców). Bo zastosowała ona w nim inny zabieg – pokazała szczęśliwe zakończenie, które poprzedziła fala rozpadów i klęsk; to powieść o wielu nieszczęściach, tragediach, pokoleniowych (i międzypokoleniowych) rozgoryczeniach, które zaowocowały szczęśliwym zakończeniem. I od niego poznajemy całą opowieść – od momentu, kiedy zdradzona, oszukana i sponiewierana przez życie (oraz byłego męża) Beata rozpoczyna nowy etap (o tym mówiła 1. część). 
      Ostatnia część „Miłość na dziesiątej wsi” przedstawia losy Jana, Basi, ocalałej z wojennego chaosu Żydówki Sary i Zefiryna, których niespełnione marzenia, niezrealizowane ambicje, historyczne oraz polityczne przewroty przetrąciły życie i uczyniły z nich ludzi tak nieszczęśliwych jak i samotnych. Ta gorzka opowieść dowodzi, że niejednokrotnie człowiek, choćby nie wiem, jak chciał, nie jest kowalem własnego losu, nie decyduje o swoim życiu, nie zawsze samodzielnie podejmuje decyzje, lecz uwikłany jest w powinności rodzinne, obowiązki, własne (często pielęgnowane lub rozdrapywane) zadry i bóle. A droga do akceptacji, samoakceptacji i pogodzenia okazuje się niemożliwa do przejścia. Dopiero pokolenia późniejsze ( w tym przypadku Kuba, Beata, Paweł) umieją czy są w stanie wyprostować pokiereszowaną rodzinną historię, mogą naprawić błędy przodków i krzywdy przez nich wyrządzone  a nawet dokonać zadośćuczynienia. Tylko czy zechcą? 
      Powieść „Miłość na dziesiątej wsi” pokazuje, że w ludziach jednak przezwycięża dobra wola, że na dłuższą metę nie można serca karmić urazami, ranami czy zawodami – a za czynioną rekompensatą idzie niejednokrotnie uleczenie własnej zranionej duszy. 
    Jak wcześniejsze części, „Miłość na dziesiątej wsi” nie jest powieścią przyjemną, miłą, sielską, nie głaszcze czytelnika przyjemnymi obrazkami z życia wsi czy prowincji, ale pokazuje, że każda rodzina - większa, mniejsza, tubylców, przesiedleńców - jeśli jest już na wskroś poraniona i nieszczęśliwa, nakarmiona ludzkimi żalami, bolączkami, rozgoryczeniami to „jest nieszczęśliwa na swój sposób”. I jak widać, nie zmieniło się to od czasów Tołstoja.     

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
    Znalezione obrazy dla zapytania prószyÅ„ski i ska logo

13 sierpnia 2018

Zwycięzcą jest...

Książkę w konkursie organizowanym przeze mnie i Wydawnictwo Otwarte zostaje...

Chętnych na książkę Giffin o jednym z ważniejszych problemów społecznych nie było wielu, 
a  niektórzy z komentujących nie podali zwrotnego adresu meilowego, więc wybór był niewielki.

Wygranej naprawdę GRATULUJĘ!     

8 sierpnia 2018

Jest właściwe, aby największy matematyk Europy przebywał blisko największego z jej królów (s. 8) - 300 uczonych prywatnie i na wesoło, t.2.



      Osoby ważne dla ludzkości – lekarze, naukowcy, wizjonerzy, konstruktorzy, myśliciele, eksperymentatorzy, którzy nie boją się wytyczać nowe drogi, przekraczać granice czy zmieniać schematy – przedstawiani są jako jednostki poważne, zamyślone, opanowane, skupione na pracy i otoczeniu. Ale czy zawsze tacy byli? Czy Newton i Einstein naprawdę zawsze myśleli o swej - ukrytej za skomplikowanymi wzorami i teoriami - fizyce? Czy największą chlubą Arystotelesa była jego koncepcja państwa? Czy Arrhenius naprawdę żył jedynie dla matematyki, a jedyna ambicją Archimedesa było zbadanie praw przyrody? Otóż nie. 
     Cały szereg mniej znanych faktów z życia największych w dziejach świata naukowców przytaczają dwa tomy anegdot, humoresek, opowiastek i dygresji opublikowanych przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka, a zebranych w ciągu 26 lat przez redakcję miesięcznika „Wiedza i Życie”. 
      To z „300 uczonych prywatnie i na wesoło” (w dwóch tomach) można się dowiedzieć, że Arystoteles, choć kształcił się u Platona, wcale za swym nauczycielem nie przepadał, że jeden uważał drugiego za rywala, Archimedes okazał się świetnym strategiem wojskowym, za to Dominiqowi Francois Arago - w pewnym momencie swej kariery naukowej – zamiast na pracy w swej stacji badawczej, bardziej zależało na wyplątywaniu się z afery szpiegowskiej, z kolei Lagrange, otrzymując tytuł profesora matematyki, był młodszy od swych uczniów, a Plteau sporo część swych badań i eksperymentów przeprowadził cierpiąc na ślepotę. 
     Z tych wielu, wielu, naprawdę wielu opowieści wyłaniają się naukowcy-fanatycy, bezkompromisowi i pomysłowi szaleńcy, osoby oddane, sprytne, bezpośrednie w obyciu, nietuzinkowe, ślepo wierzące w swoje słuszne – jak się niejednokrotnie okazywało - idee i racje. Z kolei w życiu prywatnym wychodziło na jaw, że są roztargnieni, marzycielscy, bujający w obłokach, niedostosowani do realiów, ignorujący przyziemne sprawy lub w ogóle ich nie dostrzegający. 
       I nie ma wątpliwości, że Wood, Wróblewski, Platon, Tesla, Stern, Leibniz, Franklin, Galileusz i wielu innych pchnęło świat na nowe tory, wytyczyli oni nowe ścieżki dla ludzkich potrzeb i myśli. Ale były to też osoby z krwi i kości, które miały swoje wady i zalety. Może właśnie dzięki nim, a pomimo pomnikowego przedstawiania, takie ludzkie się wydają - i przełomowe odkrycia takie wybitne czy niesamowite: bo wyszły spod rąk ludzi a nie mitycznych herosów.   

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻEK DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i ska logo

5 sierpnia 2018

Kto książki pragnie?


Wydawnictwo Otwarte oddaje właśnie do rąk książkę 
WSZYSTKO, CZEGO PRAGNĘLIŚMY 
EMILY GIFFIN. 
Jest to powieść o przemocy wobec kobiet, o tym, 
jak śliska jest granica między pozycją 
ofiary a nie-ofiary, 
jak łatwo jest nie widzieć w sobie winowajcy i 
wybielić nawet najbardziej obrzydliwe zachowanie. 
Dlatego wraz z Wydawcą chcemy oddać do rąk czytelników 
jeden z egzemplarzy tej książki. 
Aby móc o nią powalczyć, wystarczy w kilku (2 – 5) zdaniach 
wyjaśnić, z czym Wam się kojarzy i(lub) 
jakie uczucia budzi w Was akcja #metoo.

Oto szczegóły:
1. Organizatorem jest autorka bloga Zielono Mi…, a fundatorem nagrody – Wydawnictwo Otwarte.

2. Zabawa trwa do12.08.18, do 24. 00. Wynik zostanie ogłoszony 13.08.18, najpóźniej około 22.00. Do 15.08, do 18.00 będę czekać na adres korespondencyjny od zwycięzcy. Książkę zobowiązuje się wysłać Fundator.

3. By powalczyć o książkę, należy: zostawić w komentarzu pod tym wpisem odpowiedź na zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy. Będzie mi miło, jeśli zostaniecie obserwatorami bloga/profilu fb/g+ i/lub udostępnicie informacje o zabawie. Tutaj umieszczam "wizualizację":



(zdjęcie ze strony: http://www.otwarte.eu/book/wszystko-czego-pragnelismy)

1 sierpnia 2018

„Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało/ wielkie sprawy głupią miłością” – K.K. Baczyński

Znalezione obrazy dla zapytania Krzysztof Kamil Baczyński Ten czas. Wiersze zebrane prószyński


       Od lat pierwszy sierpnia kojarzy się z godziną 17.00 symbolicznie nazywaną godziną "W". Wtedy to z inicjatywy Armii Krajowej i Polskiego Państw Podziemnego wybuchło Powstanie Warszawskie, które – wymierzone przeciw okupantowi – trwało do pierwszych dni października. W tych nierównych walkach stanęły naprzeciw siebie zmilitaryzowane, zmechanizowane i doskonale wyposażone wojska III Rzeszy i słabsze, zasilane przez szybko przeszkolonych cywilów, młodzież, harcerzy, sanitariuszy a później ochotników, wojsko AK. W walkach ginęli nie tylko żołnierze, ale i cywile, czego drastycznym przykładem jest rzeź mieszkańców Woli. Jedną z ofiar starć był, nazwany następcą Słowackiego, Krzysztof Kamil Baczyński. 
     Ten młody, chorowity, o delikatnej urodzie i wrażliwym sercu poeta – zanim zginął na placu Blanka z ręki strzelca wyborowego – przeżył swe krótkie życie szybko, intensywnie, z pasją, jakby wyznawał odwieczną maksymę młodych buntowników: Żyj szybko, umrzyj młodo. Wychowywany przez czułą i oddaną matkę, zdał maturę, dostał się na polonistykę, zaangażował się w konspirację, tworzył grafiki, a przede wszystkim pisywał wiersze pełne niepokoju, emocji, pytań bez odpowiedzi, postaci zaplątanych w machinę dziejów, drastycznych obrazów apokaliptycznych dni. To wiersze będące rozrachunkiem z nieludzkimi czasami, w których przyszło mu żyć. 
     Poezja Baczyńskiego – wydawana później w drukarni teściów – cechuje się przenikliwością obserwacji, obrazowością, dosadnością diagnozy, licznymi pytaniami (na które strach udzielać czasem oczywistych odpowiedzi) i namiętnością, jakiej nie jest się w stanie ukryć. Baczyński, jako jeden z nielicznych, był w stanie pisać o swym oddaniu i zatracaniu się w miłości: 
Twoje usta u źródeł
to syte, to znów głodne,
i twój śmiech, i płakanie
nie odpłynie, zostanie.
Uniosę je, przeniosę
jak ramionami — głosem,
w czas daleki, wysoko,
w obcowanie obłokom („Miłość”).
By w następnym tekście pozbawić siebie i ukochaną złudzeń – czas miłości jest też czasem śmierci, mają siebie tyle co tu i teraz:  
Więc nasze ciała długie, splecione jak palce
w nocnym konaniu cierpną i wiatr nam na twarze
niesie płatki tarniny odstrzelone w walce,
i leżą tak jak piętna pośmiertne, na miłość
strącone, aby wspomnieć, że się nic nie śniło,
bo oczy były otwarte i we śnie („Ciemna miłość”).
Bo ich czas, nie jest czasem ludzkim, a czasem nie-ludzkim: W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi - źli troglodyci („Pokolenie”).
W jego wierszach pasja uczuć, zatracanie się w miłości czy namiętności, groza wojny, konieczność walki, świadomość czasów, lęk i odwrócenie znanego porządku zlały się w jedno – to codzienny chleb jego, Basi oraz ich bliskich. 
      I by o nim nie zapomnieć, by uczcić pamięć poety-żołnierza, jego talent, odwagę, dojrzałość, świadomość czasów i ludzi Wydawnictwo Prószyński i S-ka oddaje właśnie teraz, w przeddzień kolejnej rocznicy wybuchu Powstanie Warszawskiego, kompletny zbiór wierszy Baczyńskiego. To nie tylko pozycja ważna dla pozostałych przy życiu powstańców, polonistów, historyków czy innych poetów, ale dla każdego, kto chce zrozumieć, co to znaczy żyć każdego dnia w pełni, świadomie, z otwartym sercem, umysłem, bez zbędnego pytania: Co będzie później? Bo dla Baczyńskiego „później” nie nastąpiło. Było tylko wojenne tu-i-teraz.  


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i ska logo

31 lipca 2018

Brak premedytacji nie umniejszał krzywd (s. 39) - „Wszystko, czego pragnęliśmy” Emily Giffin

Wszystko, czego pragnęliśmy.


         Pod koniec tamtego roku światową opinię publiczną sparaliżował artykuł opublikowany przez „New York Timesa” na temat molestowania seksualnego, jakiego przez lata miał się dopuszczać jeden z hollywoodzkich producentów filmowych. Wg dziennikarzy, a przede wszystkim ofiar, które wreszcie postanowiły przerwać zmowę milczenia, obiecywał on pracę, kontrakty, ciekawe role w zamian za usługo seksualne. Historia ta na tyle wstrząsnęła opinią publiczną, że za namową Alyssa Milano w mediach społecznościowych rozpoczęła się akcja #metoo #jateż, w której kobiety udzielają wsparcia poszkodowanym lub (i) dzielą się opowieściami o wszelkich nadużyciach, jakich ofiarą same padły ze strony silniejszego. Choć od momentu wybuchu afery minęło kilka miesięcy, świat o niej nie zapomniał, a akcja nie przycichła.       Literackim głosem w tej sprawie jest ukazująca się właśnie nakładem Wydawnictwa Otwartego najnowsza książka „Wszystko, czego pragnęliśmy” Emily Giffin. Przy pomocy historii Toma i jego córki Lyli oraz Niny, Kirka i ich syna Fincha próbuje autorka zadać kilka kluczowych pytań. I niejednokrotnie poprzestaje na samych pytaniach – bo często odpowiedzi nie jest się w stanie udzielić, bo nie ma jednej gotowej, bo o pochylenie się nad problemem przede wszystkim tu chodzi. 
       Z opowieści o nastolatkach, którym pozornie głupia zabawa i psikusy wymknęły się spod kontroli wyłaniają się pytania o granice wolności, swobody i przemocy – seksualnej, psychicznej i emocjonalnej, o to, czy nadużycie i (lub) milczenie, że sytuacja nie miała miejsca stają się przemocą, czy milczenie oznacza zgodę, o zjawisko przyzwolenia, o prawo do wolności i godności, o poszanowanie autonomii drugiego, o konformizm, o to, w którym momencie kończy się wyrozumiałość a zaczyna wybielania, krętactwo i tuszowanie nadużycia, o zjawisko ponoszenia odpowiedzialności, o dawane sobie prawo do naginania prawdy, o prawo do wykorzystywania pozycji uprzywilejowanego i przypominanie o niej światu, o to, czy jest się w stanie oswoić rozpacz, co można usprawiedliwić , wytłumaczyć, zrozumieć, nawet zbagatelizować a co temu absolutnie nigdy podlegać nie może i czy mamy prawo ograniczać się jedynie do mówienia o przemocy (co zazwyczaj kojarzy się z siłą, agresją fizyczną, terrorem a w najgorszym wypadku – z gwałtem) seksualnej – a co z tzw.za „dużo sobie pozwalaniem”, wykroczeniem, nadużyciem (które samo z siebie kojarzy się z przywłaszczeniem – godności, równowagi (ducha, emocji), poczucia bezpieczeństwa)? 
      Choć „Wszystko, czego pragnęliśmy” Emily Giffin czyta się lekko, jest to to powieść trudna, nie pozostawiająca złudzeń: ofiara jest zawsze ofiarą (nawet jeśli nie chce tego przyznać), przestępstwo przestępstwem, konieczność kary i ponoszenie odpowiedzialności konsekwencjami. I nie zakryją tego nawet najbardziej wystudiowane postawy hipokryty czy manipulatora. „Wszystko, czego pragnęliśmy” pokazuje nie tylko ofiarę i winowajcę, ale równie ich najbliższych, środowisko, któremu przyjdzie się zmierzyć z tą trudną, smutną i traumatyczną sytuacją.       Oto powieść-ważny głos w dyskusji społecznej. I kolejny, który mówi, że problem jest, choć nie wszyscy tak uważają. Jak dla mnie to pozycja obowiązkowa dla rodziców, młodzieży, psychologów,  pedagogów, a nawet terapeutów.


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU OTWARTEMU

Wydawnictwo Otwarte

26 lipca 2018

(…) echo gasnącego cierpienia (s. 43) - „Będziesz na to patrzył” Magda Rem



      Wydawnictwo Prószyński i S-ska na upalne lato (którego jakoś nie widać) oddało naprawdę dobry kryminał –„Będziesz na to patrzył” Magdy Rem. 
     To naprawdę sprawnie i ciekawie rozpisana historia. Jest w niej sporo wątków, ograniczona (która i tak sukcesywnie się pomniejsza) liczba raczej nieskomplikowanych - pod względem psychologicznym - postaci, trup sieje się gęsto, napięcie wzrasta, ciekawość w czytelniku również, fabuła gna do przodu, by niewiele wyjaśnić, jedynie może połączyć dwa, zdawałoby się odległe, wątki, bo odpowiedź na pytanie: O co w tym chodzi? objawi się na samym, samym końcu. „Będziesz na to patrzył” wprowadza czytelnika w dobrze sytuowaną, o ustabilizowanym życiu rodzinę Barczów: Marek – lekarz kardiolog, Elwira – tłumaczka z tureckiego i ich nastoletni córka Marta, której największym problemem jest niechęć do fizyki. Oni wszyscy padają ofiarą szaleńca najpierw przysyłającego anonimy, a później konsekwentnie wprowadzającego w życie swój misterny plan. I nic dziwnego, że bystry kardiolog nie jest w stanie zrozumieć intencji i motywów szaleńca, skoro nawet policja nie umie przewidzieć jego kolejnych kroków, przeciwnik jest zawsze ciut przed śledczymi, wymyka się im, a spryt i przebiegłość wydają się być jego kolejnymi imionami. 
    Magda Rem oddała czytelnikom powieść, w której trudno doszukać się optymistycznych akcentów, a powtarzająca się raz za razem maksyma, że kamyk stwarza lawinę  wydaje się być najtrafniejszą zapowiedzią wydarzeń „po wszystkim”, „po” rozliczeniu z przeszłością. Ci, którzy szukają w literaturze piękna, subtelności, rozrachunku, prawdy o świecie, sobie, czasach obecnych czy minionych, którzy chcą zaspokoić jakiś głód wiedzy na pewno tego nie dokonają dzięki „Będziesz na to patrzył”. Ale na pewno znajdą dzięki tej książce kawał świetnej rozrywki – wejdą w świat szaleńca i jego nic nie rozumiejących ofiar, których jedynym pragnieniem będzie „jakoś” to „wszystko” przetrwać.


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i ska LOGO