25 lutego 2018

(…) efektem wojny jest osamotnienie (…), s. 110 - Chris Cleave, Dzielnym będzie przebaczone

Zdjęcie główne
     Obozy, łapanki, ekspansja, głód, ruch oporu, lagry, eksterminacja, ostateczne rozwiązanie, komory gazowe – z tym przede wszystkim kojarzy się druga wojna światowa. I choć wciąż wiele się mówi o Auschwitz, Treblince, Buchenwaldzie, Ravensbruck, dość rzadko można spotkać się z tekstami na temat działań aliantów. „Pacyfik”, „Most na rzece Kwai”, „Tora! Tora! Tora!”, „Pealr Harbor”, „Dunkierka”, „Dywizjon 303” to najbardziej znane tytuły, mówiące o ich reakcji na poczynania III Rzeszy i jej sprzymierzeńców (na przykład Japonii).      Może właśnie dlatego „Dzielnym będzie przebaczone” Chrisa Cleavea tak bardzo przykuwa i nie można się od książki oderwać. Powieść rozpoczyna się jak opowiastka dla naiwnych panien: ot, po przystąpieniu Wielkiej Brytanii do wojny Mary Notrh zgłasza się do War Office z naiwnym przekonaniem, że jako córkę wpływowego polityka i członka Parlamentu Brytyjskiego, oddelegują ją do zadań wielce istotnych i zostanie na przykład szpiegiem. Już na samym początku musiała ona ten niepoważny pomysł zweryfikować, bo okazało się, że czas wojny jest doskonałym momentem, by Mary zajęła się… nauczaniem, a docelowo pomogła londyńskim pedagogom przy ewakuacji dzieci, które masowo odsyłane były na wieś. W tym momencie po raz pierwszy Mary przekonała się, że jej plany, aspiracje, poglądy, pomysły, projekty i przyzwyczajenie do stawiania na swoim nijak się mają do wojny – ta nie słucha się jej wielkopańskich oczekiwać. Za to nikomu nie oszczędza swoich uroków: głodu, strachu, ciemności, odwróconego dekalogu, nikczemności i bezlitości, której ofiarą padają nawet najmłodsi.
      Historia Mary – dziewczyny z dobrego domu, która szybko weryfikuje swoje ideały uzbrajając się w kolejne i to niezwykle szlachetne, która okazuje się być dojrzalsza od przyzwyczajonych do wygód swojej klasy społecznej rodziców czy najbliższej przyjaciółki, która pochyla się i walczy w imieniu tych wykluczonych, anonimowych i niezauważalnych, która dzielnie odpowiada na rzeczywistość wojenną, która w jej okolicznościach poznaje smak miłości, namiętności, straty, śmierci, upadku ducha, rozpaczy, a która potrafi się podnieść i to już inna, silniejsza, doroślejsza i bardziej świadoma – jest historią wielu Mary i wielu Tomów, Alisterów, Hild, którzy w dorosłość wchodzili z balastem wojny. Z każdą kolejną stroną powieści, czytelnik widzi, jak tracą oni swą młodzieńczość a wzbogacają się o nieludzkie doświadczenia. Każdy kolejny dzień podczas bombardowań Londynu, rzezi pod Dunkierką, oblężenia Malty, jest dniem, kiedy oni stają się innymi ludźmi a świat, w którym dorastali staje się już innym światem – a dramatem jest, że nie wszyscy ten rozpad starego porządku dostrzegają. 
      Niewątpliwie wielkim atutem „Dzielnym będzie przebaczone” jest konstrukcja postaci – są to bohaterowie złożeni, skomplikowani, pozbawieni ckliwości, napuszonej „wzorowatości”, brawurowego ryzykanctwa, o każdym z nich można powiedzieć więcej złego (egoiści, dezerterzy, rozkapryszeni aroganci, niepotrzebnie zuchwali, wygodni pozoranci) niż dobrego (wierni, sumienni, odpowiedzialni, oddani, słowni) - i to właśnie czyni ich wiarygodnymi. I choć jest to, mimo wszystko, powieść obyczajowa, nie współczesnym – żyjącym w czasach względnego spokoju i stabilizacji – oceniać pobudki bohaterów zbudowanych jakby nie było na kanwie autentycznych postaci (dziadków autora; zabieg podobny, jakim posłużyła się P. Simons pisząc o Tatianie i Aleksandrze). 
      Kolejnym atutem jest język (tu wielkie brawa dla tłumacza) – cięty, pełen ripost, czarnego humor, gier językowych i słownych, którym postacie chcą zbudować dystans między sobą a koszmarem wojny. 
    Jak widać – choć nie jest to opowieść optymistyczna, z jednoznacznym i ckliwym zakończeniem - nie pozostaje nic innego jak tylko czytać, czytać, czytać…

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

22 lutego 2018

Plany...


Laureat literackiej Nagrody Nobla Orhan Pamuk w maju przyjedzie do Polski i spotka się z czytelnikami. 
Turecki pisarz przyjął zaproszenie Wydawnictwa Literackiego i Apostrofu. Międzynarodowego Festiwalu Literatury. Noblista będzie również podpisywał książki na stoisku WL podczas Targów Książki w Warszawie, zawita też do Krakowa. 
Przyjazd Orhana Pamuka będzie jednym z głównych wydarzeń 
jubileuszu 65-lecia Wydawnictwa Literackiego.

       Orhan Pamuk to bezsprzecznie najbardziej znany współczesny pisarz turecki i zarazem jeden z najpopularniejszych pisarzy na świecie. Jego książki, przetłumaczone na sześćdziesiąt języków, cieszą się ogromną popularnością wśród milionów czytelników na wszystkich kontynentach, a każda kolejna powieść staje się bestsellerem. 
      Do najbardziej znanych i cenionych powieści tureckiego pisarza należą ŚniegNazywam się CzerwieńStambuł. Wspomnienia i miastoDziwna myśl w mej głowie. Najnowsza powieść Pamuka – Rudowłosa – została opublikowana w Polsce w 2017 roku. Wydawnictwo Literackie jest wyłącznym wydawcą dzieł tureckiego powieściopisarza w Polsce. 
      Orhan Pamuk podczas wizyty w Polsce odbędzie spotkanie z czytelnikami w Warszawie w ramach Apostrofu. Międzynarodowego Festiwalu Literatury organizowanego przez Empik – z pewnością będzie to okazja, aby porozmawiać również o tych momentach, kiedy literatura spotyka się z otaczającą nas rzeczywistością, inspiruje się nią, a jednocześnie ją analizuje.
       To nie koniec literackich atrakcji. Orhan Pamuk podczas wizyty w Polsce będzie również podpisywał książki na stoisku WL na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie, a ponadto odwiedzi Kraków, gdzie również spotka się z czytelnikami.

NA SPOTKANIA ZAPRASZA 
WSPÓŁPRACA

Urodzaj

Ferie sprzyjają kiążkowemu wzbogacaniu się. 
Przychodzą książki od wydawnictw, jak i te upolowane przeze mnie. 
W pierwszej grupie są jak zwykle kryminały (pytanie: Kto zabił/porwał/ukradł i dlaczego? 
chyba nigdy mi się nie znudzi), obyczajówki, jak i pozycje z tzw. wyższej półki. 
Na zdjęciu tytuły w wersji papierowej - te od Prószyńskiego i S-ka
tradycyjnie przychodzą najpierw w wersji elektronicznej. 


W grupie zakupionych przeze mnie są oczywiście biografie, 
zbiór reportaży a nawet powieść z zimną Skandynawią 
jako bohaterem drugoplanowym.  

21 lutego 2018

Idzie wiosna...


…a wraz z nią wysyp propozycji wydawniczych. 
WL nigdy nie obniża poziomu, więc i tym razem sporo tytułów – i to przeróżnych.

Po pierwsze: rodzina to skarb, życie jest darem, a miłość nigdy nie umiera… Proste życiowe mądrości Fannie Flagg są jak balsam dla duszy.
1889, Missouri. Dziesięć lat wcześniej szwedzki imigrant Lordor Nordstrom kupił kawałek żyznej ziemi. Wkrótce potem dołączyli do niego inni osadnicy i tak powstało Elmwood Springs. Niedawno za namową sąsiadów zamieścił w gazecie pewne ogłoszenie…
1889, Chicago. Katrina Olsen od pięciu lat jest służącą w dużej posiadłości. Jej uwagę właśnie przykuł prasowy anons:
37-letni Szwed pozna Szwedkę w celu matrymonialnym.
Mam dom i krowy.
Lordor Nordstrom
Swede Town, Missouri

… I tak zaczęła się ta historia. Poznajcie dowcipną i pełną ciepła opowieść o losach mieszkańców amerykańskiego miasteczka i nadstawcie dobrze ucha, by usłyszeć, o czym plotkuje się na Spokojnych Łąkach. Spokojne Łąki, hmmm..., nie są może najlepszym miejscem do plotek, a jednak gwarno tam i radośnie jak na targowisku.

Fannie Flagg – amerykańska pisarka i aktorka. Autorka poczytnych powieści obyczajowych. Laureatka Harper Lee Prize oraz Scripter Award za scenariusz do opartego na fabule jej książki filmu Smażone, zielone pomidory (reż. Jon Avnet). Nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się jej powieść Boże Narodzenie w Lost River
Fannie Flagg, Całe miasto o tym mówi, przeł. Dorota Dziewońska, premiera 14 marca. 

Po drugie: niesforny dwunastolatek, całkiem wiekowa Panna oraz uwięziony na Ziemi demon
– i awantura gotowa!
Fuj, znowu ta mitologia… Co za nudy! Czyżby? A co powiecie na Zeusa, który resztkę długich siwych włosów zaczesuje w kitkę i któremu od nadużywania ambrozji urósł pokaźny brzuch? Albo na hipsterskiego Hermesa, który wiecznie stuka w aplikacje na swoim ibogu, racząc się gorącym nektarino?
Ale, ale! Ta książka to nie tylko kupa śmiechu. Poza szalonymi bogami poznacie dwunastoletniego Elliota Hoopera, który opiekuje się ciężko chorą mamą, ma poważne kłopoty w szkole, a na jego dom czyhają psychopatyczna sąsiadka i komornik. W tych okolicznościach przyrody w stodole Hooperów ląduje zodiakalna Panna. Panna i Elliot napytują biedy sobie (i całemu światu!), gdy niechcący uwalniają Tanatosa, demona śmierci… 
Poznajcie tajemnice greckich bogów i herosów,
odwiedźcie znane i nieznane zakątki Londynu
wraz z brytyjskim odpowiednikiem słynnego Percy’ego Jacksona.
Będziecie śmiać się do łez i obgryzać paznokcie ze zdenerwowania
Zwariowana opowieść, która wywołała uśmiech na mojej twarzy. Autorka z werwą i humorem opisuje niestworzone sytuacje, a my z napięciem czekamy, co jeszcze zaserwuje nam twórczyni.
Całkiem poważne zmagania chłopca z rzeczywistością przeplatane tutaj są takimi, które wywołują nasz śmiech...
Podsumowując, była to udana podróż i mam nadzieję na równie udane spotkania w przyszłości. Zanosi się na to, że będą kolejne tomy. Polecam. 
Maz Evans, Kto wypuścił bogów?, przeł. Natalia Wiśniewska, premiera 28 lutego. 


Po trzecie: MOCNY I WZRUSZAJĄCO SZCZERY PAMIĘTNIK Z OKRESU POWROTU DO NORMALNEGO ŻYCIA
Nigdy dotąd nie interesowałam się swoim zdrowiem. Bardzo chcę żyć długo i w zdrowiu. Odkryłam, że życie jest cudowne.
Ta książka to poruszająca kronika z rocznego pobytu w zamkniętym zakładzie odwykowym. Katarzyna Nowak, pisarka i dziennikarka, szczerze i wprost mówi o 18 latach swojego  uzależnienia od alkoholu, narkotyków, środków nasennych i o swojej dysfunkcyjnej, choć kochającej się rodzinie. O długim procesie szukania pomocy u psychiatrów i o trudnej, ale przełomowej decyzji, kiedy w końcu sama dobrowolnie poddała się drakońskiej terapii odwykowej. Opisuje swój bunt i początkową niewiarę w sens tego, co słyszy od  psychologów i innych pacjentów. Z czasem jednak zaczyna rozumieć przyczyny swoich zaburzeń, poznaje lepiej samą siebie, zaczyna wyrównywać rachunki ze światem, z rodziną. Ostatecznie udaje się jej odzyskać chęć do życia i zaczyna się nim cieszyć.
 Autorka nie uwodzi czytelników, nie udaje nikogo innego, niż jest, nie ukrywa swoich upadków i wad. Suchy, pozbawiony ozdobników zapis jej szpitalnej codzienności budzi z jednej strony grozę i zdziwienie, jak można tak nisko upaść, a z drugiej sympatię i szacunek do bohaterki, która jako jedna z czterech osób kończy roczny odwyk! Ta książka pomaga uwierzyć, że warto walczyć o siebie i można życiu przywrócić utracony sens.
Z książki: „Napisałam tę książkę, by pomóc innym uzależ­nionym. Pokazać, że warto wytrwać na odwyku, by dokonały się pozytywne zmiany w osobo­wości będące warunkiem trzeźwego życia. Jak mówią terapeuci: sama abstynencja to za mało. Mniej więcej trzydzieści procent nałogowców odstawia używki w wyniku głębokiej terapii. Ja odstawiłam i uczę się trzeźwego życia.
Jest wiele odwyków. Ja polecam taki odwyk, który trwa przynajmniej rok. Przez pierwsze miesiące jest zwykle bunt przeciwko zmianom, przeciwko terapii i zamknięciu. Kiedy jednak pojawiają się pierwsze pozytywne skutki, czło­wiek chce więcej i więcej…”
Katarzyna T. Nowak, rocznik 1964, córka dziennikarki i pisarki Doroty Terakowskiej. Dziennikarstwem parała się przez lata także Katarzyna T. Nowak, współpracując m.in. z ,,Gazetą Krakowską”, ,,Przekrojem” i ,,Twoim Stylem”. Od ponad dziesięciu lat Nowak poświęca się wyłącznie pisarstwu. Wydała trzy książki, wszystkie w Wydawnictwie Literackim. Moja mama czarownica (2005, poświęcona zmarłej matce), powieści: Kobieta w wynajętych pokojach (2007) i Kasika Mowka (2010). Wszystkie książki autorki mają osobisty charakter, a Moja mama czarownica i Kasika Mowka opowiadają o jej rodzinie: wspaniałej i niełatwej zarazem. 
Rok na odwyku, Katarzyna T. Nowak, premiera: początek kwietnia 2018.

DO CZYTANIA ZAPRASZA
WSPÓŁPRACA

15 lutego 2018

Kochanków odrzucano, mężów zdradzano, damy gwałcono, nienawiść triumfowała nad chrześcijańskim wybaczaniem (…) - s. 384. A. Brzezińska, Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach


       Polska Piastów i Jagiellonów to czas wojen, sporów z sąsiadami, sojuszy, unii, bratobójczych walk, podkreślania dominacji politycznej, ciągłego lawirowania w świecie skomplikowanej dyplomacji. Ale to też czas naprzemiennego rozwoju i upadku państwa, wzbogacania się i tracenia, rozkwitu i zguby miast, które dla całych rzesz ludzi napływających ze wsi, pogranicza czy mniejszych miejscowości miały być nadzieją na lepsze. 
     I w taki właśnie Kraków – Kraków wielkiej polityki, potężnych dygnitarzy, kiełkującej nauki, licznych szkół parafialnych, rozwijającego się handlu, prostytutek, awanturników, ale i zwykłych, prostych ludzi, którzy w nie tak dalekim sąsiedztwie dworu próbowali poprawić swój los – wprowadza czytelników w swej najnowszej książce Anna Brzezińska. 
    Ta ceniona mediawistka, autorka licznych książek fantasy, współtwórczyni Agencji Wydawniczej RUNA w „Córkach Wawelu…” odeszła od fabuły z pogranicza prawdopodobieństwa i baśniowości, a całkowicie zbliżyła się do powieści historycznej, eseistyki i opracowania popularnonaukowego. Takim sposobem stworzyła tekst z pogranicza – ni to naukowe, dość przekrojowe omówienie sytuacji Polski połowy XVI wieku, ni to powieść historyczną ze szczegółowo i wiarygodnie rozbudowaną epoką w tle. Bo „Córki Wawelu…” rozpoczynają się jak niejedna powieść: ot, uboga dziewczyna z okolic Nowego Targu przybywa do gwarnego, tłocznego i popularnego Krakowa, by zaciągnąć się do pracy u słodownika; jednak musi zajmować się nie tylko domem, dziećmi pracodawcy-wdowca, ale i nim samym. Więc gdy rodzi potworka-karlicę nie pozostaje jej nic innego, jak pozbyć się „nieszczęścia”. I w tym miejscu rozpoczyna się opowieść nie tyle o matce co o dziecku – Dosi, wędrującej z królewskim dworem i jego księżniczkami niczym maskotka czy atrakcja; wędrującej i obserwującej świat pragnień, marzeń, wielkiej polityki, intryg, niezaspokojonych ambicji, animozji, czy - pod pretekstem polityki międzynarodowej – rozgrywanych prywatnych porachunków. Swą narracją Brzezińska prowadzi misterną nić opowieści, która rozrasta się do gęstej sieci pajęczej tworzącej obraz dawnej Polki i ówczesnych Polaków. Bo mamy tu Kraków brudny, pełen złodziei, bękartów, kanciarzy, handlarek-oszustek i plotkarek, Kraków handlowców, nieuczciwej konkurencji, męskiej dominacji i uniżoności kobiet, jest też Kraków rozświetlony blaskiem dworu i napływającego wraz z Boną renesansu. Dzięki Brzezińskiej dowiadujemy się, jak oni żyli, co jedli, jak zawierali związki, rodzili, leczyli się, karali (na przykład za dzieciobójstwo czy cudzołóstwo), w jaki sposób się bawili i czym na co dzień żyli. I tym co czytelnika może zadziwiać, jest rzucający się w oczy kontrast – bieda, brud, trud pracy i brak wytchnienia prostaczków oraz blichtr, spektakularność życia dworu; jedni nie umieli ukryć swego ubóstwa i poniżenia, a drudzy nie chcieli zmniejszyć rozmachu swego przepychu i rozrzutności. 
       „Córki Wawelu…” nie są na pewno zwyczajną powieścią historyczną. Panoramiczność opowieści, zestawianie dworu polskiego z francuskim na przykład, sięganie opowieściami do czasu Amazonek, przywoływanie danych statystycznych, powoływanie się na zapisy prawne czy dokumenty sądowe czynią z tej książki pozycję nazbyt szczegółową i szeroką. Z kolei lekkość wywodu, ton rodem z gawędy czy klechdy zdecydowanie obniżają ton pracy, a sąsiedztwo postaci autentycznych i fikcyjnych przybliżają ją do beletrystyki. 
     Jakby jednak „Córek Wawelu…” nie zakwalifikować gatunkowo jest to książka, która zachwyca i porywa, od której się nie można oderwać i która już od pierwszej strony przenosi czytelnika w odległy świat Europy XVI wieku; czytającemu świat się zatrzymuje, czas zamiera, a myśli przenoszą się w przeszłość. Kocham takie książki – książki, w których opowieści można się zatracić i zgubić.

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

13 lutego 2018

Tę książkę czyta się jak doskonałą powieść obyczajową - Joachim Petterson, Pszczoły

Wydawnictwo Literackie zaprasza na pełną ciepła, usianą anegdotami opowieść
i fascynującym świecie pszczół,
o tym jak dalece mogą zmienić życie człowieka.
To nie tylko historia powstawania pewnej pasieki,
ale też pełne miłości rodzinne wspomnienie.
Tę książkę wraz z Joachimem Pettersonem
tworzyły jego żona Sara (autorka ilustracji zawartych w książce)
oraz córki Svea i Göta, których rysunek ilustruje pełną grozy opowieść
o zagubieniu królowej roju...


Rekomendacje zapewniają:
Autor książki to wbrew pozorom nie człowiek ze wsi, tylko mieszczuch, który przeorganizował swoją rzeczywistość (np. zmienił harmonogram wyjazdów wakacyjnych, dopasowując do terminów rojenia), aby poświęcić się pszczołom. I zrobił to, mimo że jest uczulony na pszczeli jad… Książka to  zachęta i drobny przedsmak tego, co nas czeka, jeśli zdecydujemy się na życie z pszczołami.
Monika Frenkiel, niesamapraca.wordpress.com

W swojej książce Jochaim Petterson dzieli się z nami historią swojego dzieciństwa. Opowiada jak zaczęła się jego przygoda z pszczelarstwem. Wspomina czasy, gdy jako dziecko odwiedzał wujka i razem z nim zbierał miód. Teraz sam może poszczycić się własną pasieką.
Uświadamia nam, że pomoc tym owadom nie wymaga od nas wiele, że tak naprawdę wystarczy zbudować proste schronienie, którego nakład pracy jest niewielki, a jednak znaczenie ma ogromne. Możemy też przywiązywać większą wagę do uprawy w swoich ogrodach roślin, które lubią te owady. Nie tylko im tym pomożemy, ale sprawimy, że nasz ogród ożyje i będzie przyjemnym miejscem do spędzania czasu.

To książka o pszczołach, pszczelarstwie i pasji życia przeznaczona nie tylko dla pszczelarzy, ale dla wszystkich osób interesujących się życiem pszczół…
Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem, inspiruje i sprawia, że ma się ochotę założyć własną pasiekę lub usiąść w ogrodzie pośród bzyczących pszczół, trzmieli i kolorowych motyli :)



Niewielki fragment pokazuje, 
jaka niesamowita może to być książka:

"Był początek czerwca, całą rodziną staliśmy gotowi do odjazdu na przyjęcie urodzinowe mojego brata, gdy wtem usłyszeliśmy dziwny donośny dźwięk. Jako że mieszkamy blisko lotniska, pierwszą myślą było to, że jakiś samolot leci wyjątkowo nisko. Kiedy jednak spojrzeliśmy na ogród, zobaczyliśmy ciemną chmurę, sięgającą na 10 metrów w górę. „O nie, tylko nie teraz! Spóźnimy się na imprezę”. Nie było wyjścia, musiałem wbić się w kombinezon i założyć kapelusz. Widownię stanowiła cała moja zafascynowana rodzina. Tym razem miałem trochę szczęścia, bo rój zaczął siadać na ulu; nie mogłem zrozumieć, dlaczego się tak zachowują. Zadzwoniłem do swojego mentora, który wyjaśnił, że rój z jakiegoś powodu nie miał matki. Mogła być uszkodzona i leżeć gdzieś w trawie przed ulem. „Jeśli ją znajdziesz, musisz ją zabić. Pszczoły wychowają nową”.
W tej samej chwili usłyszałem swoją dziewięcioletnią córkę, wołającą z ogrodu, że znalazła matkę. Była niewielka szansa na odnalezienie jej i rozpoznanie na nieskoszonym trawniku o powierzchni 25 m2. A jednak jej się to udało! Przez to, że w rodzinie nie było matki, rój mógł wrócić do ula. Zagrożenie minęło, więc spokojnie ruszyliśmy na przyjęcie, spóźnieni tylko o pół godziny.
Innym razem jechaliśmy na zachodnie wybrzeże, by cały weekend świętować urodziny najstarszej córki. Wszystko przebiegało znakomicie do chwili, kiedy zadzwonił sąsiad, informując, że zamierzał właśnie zorganizować w ogrodzie przyjęcie dla dzieci. „Mamy jednak niewielki problem. Przed chwilą nad naszą altanką pojawiła się brzęcząca czarna chmura”.
Przebywać po drugiej stronie kraju, gdy pszczela rodzina właśnie się wyroiła, to sytuacja dość niekomfortowa. Dzięki sąsiadowi, który zachował zimną krew i ciekawie przyglądał się rojowi, miałem czas na skontaktowanie się z dyżurnym, który dość szybko przybył na miejsce. Rój przyciągnął uwagę wielu osób z sąsiedztwa, dostawałem więc na bieżąco esemesowe raporty ze zdjęciami. Rój został zebrany z drzewa, na którym się zatrzymał, przy użyciu długiej drabiny — i przyjęcie mogło odbyć się tak, jakby nic się nie stało. Nie wszyscy sąsiedzi są tacy spokojni i wyrozumiali.


DO CZYTANIA ZACHĘCA:

WSPÓŁPRACA

12 lutego 2018

Zakochał się w marzeniach. Ożenił się z duchem (s. 276) – Małżeństwo ze snu, J. Quinn

Małżeństwo ze snu       Takiej książki nigdy tu jeszcze nie było. Na wskroś lekka, łatwa, o nieskomplikowanej fabule, zmierzająca do jasno obranego (i oczywistego) celu, z jednowymiarowymi postaciami, pozbawiona dramatycznych zwrotów akcji i wydumanych perypetii, które wymagałyby jakichś wyborów moralnych. Ot, prosta lekturka na zimowe wieczory. 
     Autorka – Julia Quinn – oddała do rąk czytelników romantyczną opowieść, której tłem jest niekończąca się wojna w koloniach USA. Ona – Cecilia – jedzie sama z bezpiecznej Anglii do ogarniętego echami wojny Nowego Jorku, by odszukać zaginionego brata (Thomasa) i uciec przed niechcianym małżeństwem. On – Edward – najlepszy przyjaciel Thomasa jest jedyną osobą, która może jej udzielić jakichkolwiek wyjaśnień i informacji. Jest jednak kilka problemów. Po pierwsze: Edward jest ranny i nieprzytomny. Po drugie: nikt z wojska z Cecilią, jako kobietą, nie chce rozmawiać i czegokolwiek wyjaśniać czy ułatwiać. Po trzecie: okazuje się - kiedy Edward się już ocknie – że cierpi na amnezję i nie pamięta niczego z ostatnich kilku tygodni. Więc co pozostaje zrozpaczonej, samotnej na obcej ziemi i pozbawionej większych środków do życia dziewczynie? A no podać się za żonę Edwarda i cierpliwie czekać na efekty poszukiwań Thomasa. Tak rozpoczyna się ten pełen komedii pomyłek romans historyczny, który z Historią (przez wielkie „H”) ma niewiele wspólnego, ale za to z romansem całkiem niemało (;-)). Cecylia brnie w kolejne kłamstwa i niedomówienia, Edward zakochuje się w niej coraz bardziej, wojsko nagle staje się ciut przychylniejsze i tylko tej wojny jak na lekarstwo. Niby narrator informuje o statkach z jeńcami, liczbach rannych czy poległych, bohaterowie rozmawiają o zbiegłych niewolnikach, kosmicznych cenach za chleb czy problemach z podróżowaniem, ale w sumie jest to mało istotny dodatek, który na pewno nie uwiarygadnia tej opowieści. Bo z wiarygodnością nie ma ona za wiele wspólnego. Po prostu to romantyczna opowieść dla dorosłych, w której – nie ma innego wyjścia – wszystko kończy się dobrze; no, lub prawie wszystko. 
     Jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć o sobie czy świecie, jeśli chce sobie odpowiedzieć na kilka pytań, jeśli chce się na chwile zatrzymać i pomyśleć – ta książka na pewno się do tego nie nadaje. Za to jest całkiem miła, jeśli się szuka „wypełniacza” czasu, źródła odpoczynku i nieskomplikowanej czy wymagającej rozrywki. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER  

5 lutego 2018

Ale poza romantyzmem była także polityka (s. 273), Żony, kochanki, damy, intrygantki. Niezwykłe kobiety u boku naszych władców, A. Zieliński

Dobrawa, Jadwiga Śląska, Bona, Barbara, Salomea, Elżbieta, Ludwika Maria, Świętosława, Kinga-Kunegunda – i wiele im podobnych. Partnerki swoich mężów, ojców, braci. Forma „dodatku”, towarzystwa – raczej w cieniu. Ale jak się okazuje - nie zawsze.
Historia Polski pełna jest kobiet silnych, stanowczych, zaradnych a już przede wszystkim sprytnych. Często pozornie ciche, skromne, pokorne i spolegliwe, swoją przebiegłością, cierpliwością, wytrwałością, nieustępliwością i przenikliwością umysłu były w stanie przeforsować niejeden swój pomysł, plan czy zamysł. Nie wszystkie słuszne i niektóre dość pochopne – jak krocie pożyczone przez Bonę, nie wszystkie w dosłownie rozumianym interesie państwa i korony – jak białe małżeństwo Bolesława (Wstydliwego), nie wszystkie przynoszące chwałę i chlubę królowi – jak decyzje wymuszane licznymi humorami, kaprysami i apodyktycznością Barbary, która (choć już bardzo słaba i słaniająca się) doczekała się tytułu królowej. Ale nie ulega wątpliwości, że umiały one skutecznie dążyć do celu i z iście dyplomatyczną wprawą wpływać na mężczyzn, manewrować w świecie wielkiej polityki i to jeszcze nie przysparzając sobie przy tym większej niż zazwyczaj liczby wrogów.
Tak właśnie przedstawia je w swojej książce „Żony, kochanki, damy, intrygantki. Niezwykłe kobiety u boku naszych władców” Andrzej Zieliński. Ten dziennikarz i historyk już na początku deklaruje, że jego intencją nie jest stworzenia kolejnego podręcznika do historii ani też fabularnej (przepełnionej powołanymi na potrzeby literatury małowiarygodnymi dialogami) powieści historycznej. Zależało mu, by jasno, czytelnie i bez zbędnych niedomówień przedstawić pewne zjawisko typowe dla polskich realiów czasów Piastów, Jagiellonów i Wazów – rolę oraz zasługi kobiet silnych, zdecydowanych, ale nie zawsze nastawionych awanturniczo, które miały wokół siebie tyle samo przyjaciół co wrogów, gdyż: „Tron i wykształcone kobiety – to się na ogół nie mieściło w głowach osób skupionych wokół władzy królewskiej (s. 11)”. Ale one – poślubiane z przyczyn politycznych czy ekonomicznych, zostające jawnymi lub ukrytymi kochankami – nie miały zamiaru stać jedynie biernie i wiernie (?) przy swych silnych (i nie zawsz wystarczająco inteligentnych) partnerach. W dobie intryg nie pozostawały głuche na własne interesy. Sprawia to, że czytelnik dość szybko uświadamia sobie, iż historia to nie seria dat, suchych faktów, często tragicznych wydarzeń. Okazuje się, że historia to przede wszystkim żywi kiedyś ludzie, tak samo namiętni, emocjonalni, odczuwający marzenia lub zwody jak my; tak samo jak my radośni, pełni ambicji, ale i smutni, zawiedzeni czy rozczarowani. I to czyni z historii wciąż pulsującą komórkę, od której nie da się odciąć.      
Od pozycji naukowych książkę Zielińskiego różni jeszcze język, jakim posługuje się autor – lekki, bez skomplikowanych fraz czy pojęć, graniczący z narracją legendy, ale dystansujący się od fikcji czy niezwykłości tamtej. Czyni to z „Żon, kochanek, dam…” książkę przystępną, prowadzącą czytelnika po meandrach przeszłości, intryg dworskich, tajnikach królewskich i książęcych sypialń, a nawet zależności korony od Kościoła.  
Jako fanka Piastów i Jagiellonów, która ostatnimi czasy dość mocno zaniedbała swoich ulubieńców, nie mogę całkiem obiektywnie ocenić tej książki. Że wiele faktów zapomniałam, o wielu nie miałam pojęcia (człowiek jest takim ignorantem), sporo informacji mi się poplątało na osi czasu, nie mogę cenić jej czysto naukowej wiarygodności. Przypomniała mi za to, co tak bardzo mnie pociąga w historii i jaką skarbnicą wiedzy o naszych korzeniach może być. I co dla mnie równie istotne – odbrązowuje niektóre postacie. Wreszcie nie są takie szlachetne i pomnikowe, jak niektórzy chcieliby je widzieć. A historia autentycznych postaci, to historia przemawiająca, wciąż żywa, a nie jedynie skostniały relikt przeszłości, który należy bezrefleksyjnie podziwiać. I przy tym pozostanę. 

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

3 lutego 2018

Ależ historia – historia zła (s. 379). A. J. Finn, Kobieta w oknie

Kobieta w oknie      Zaledwie kilka dni temu premierę miała książka, o której już wielu powiedziało, że to powieść „Zdumiewająca. Porywająca. Niesamowita” (G. Flynn), „Prawdziwie fenomenalny debiut” (N. French), „Nieodkładalna” (S. King). Można coś do tego dodać? Można. 
         Bo należy powiedzieć, że „Kobieta w oknie”  to thriller. I to próbujący korzeniami sięgnąć do mistrzów gatunku – w wersji powieściowej (jak na przykład „Rebeki” Daphne du Maurier) oraz filmowej (do „Rebeki”, „Okna na podwórze”, „Cienia wątpliwości” Alfreda Hitchcocka). Są w tej książce psychoza, klaustrofobiczna atmosfera, swoiste depresyjne napięcie typowe choćby dla powieściowej „Rebeki”. I to właśnie te cechy sprawiają, że opowieść o zamkniętej w czterech ścianach swojego domu i umysłu kobiecie, która bezczelnie podgląda sąsiadów (na wzór bohatera „Okna…”) – tak rekompensując sobie totalny strach przed wychodzeniem na zewnątrz czy izolację, na które sama się skazała – za dużo pije i alkohol miesza ze środkami psychotropowymi nie jest kolejnym kryminałem z trupem chyba (!) w roli głównej – z tym, że nie wiadomo, w której (i czyjej) szafie się on znajduje. 
     Ograniczając świat przedstawiony do jednego mieszkania, jednej głównej bohaterki, kilku drugoplanowych i może dwóch epizodycznych, wprowadzając mowę pozornie zależną, monologi wewnętrzne, które przeplatają się z dialogami wydobywającymi się z namiętnie oglądanych przez bohaterkę starych dreszczowców i filmów noir, uzyskał Finn efekt zamknięcia i odseparowania, które każą się czytelnikowi poważnie zastanowić, czy to sąsiada emocje poniosły, czy może bohaterkę głowa i zmysły zawodzą. Dość szybko zatraca się tutaj granica między rzeczywistością, a okraszonymi środkami psychotropowymi wyobrażeniem czy przypuszczeniem. Bo mając za tło niemrawego psychiatrę, nonszalanckiego lokatora z suteryny, zabieganą rehabilitantkę, mało wyrozumiałych jak i dość szorstkich policjantów ci – gwałtowny sąsiad, sfiksowana była pani lekarz, no i może jeszcze nieśmiały oraz wyglądający na zastraszonego syn tego pierwszego – stanowią przyczynek do osobliwego źródła niepokoju czy pytań.
      Nie będę ukrywać: z „Kobietą w oknie” zimowe wieczory się nie dłużą. Umysł cieszy się próbą rozwiązania zagadki (choćby tej podstawowej: trup jest, czy też go nie ma?), która tylko dostarcza następnych pytań i nieścisłości. Aluzje intertekstualne sprawiają, że powieść wcale nie jest kolejnym kryminałem, w którym są „dobrzy” i „źli”, a czytelnik się cieszy, bo jest mądrzejszy od nich wszystkich, gdyż już po kilku stronach się orientuje „o co chodzi”. Że dawno nie maiłam do czynienia z thrillerem (nie mówiąc o rasowym dreszczowcu), ten sprawił mi naprawdę sporo frajdy czytelniczej. Zachęcam.                 





ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy