12 lutego 2018

Zakochał się w marzeniach. Ożenił się z duchem (s. 276) – Małżeństwo ze snu, J. Quinn

Małżeństwo ze snu       Takiej książki nigdy tu jeszcze nie było. Na wskroś lekka, łatwa, o nieskomplikowanej fabule, zmierzająca do jasno obranego (i oczywistego) celu, z jednowymiarowymi postaciami, pozbawiona dramatycznych zwrotów akcji i wydumanych perypetii, które wymagałyby jakichś wyborów moralnych. Ot, prosta lekturka na zimowe wieczory. 
     Autorka – Julia Quinn – oddała do rąk czytelników romantyczną opowieść, której tłem jest niekończąca się wojna w koloniach USA. Ona – Cecilia – jedzie sama z bezpiecznej Anglii do ogarniętego echami wojny Nowego Jorku, by odszukać zaginionego brata (Thomasa) i uciec przed niechcianym małżeństwem. On – Edward – najlepszy przyjaciel Thomasa jest jedyną osobą, która może jej udzielić jakichkolwiek wyjaśnień i informacji. Jest jednak kilka problemów. Po pierwsze: Edward jest ranny i nieprzytomny. Po drugie: nikt z wojska z Cecilią, jako kobietą, nie chce rozmawiać i czegokolwiek wyjaśniać czy ułatwiać. Po trzecie: okazuje się - kiedy Edward się już ocknie – że cierpi na amnezję i nie pamięta niczego z ostatnich kilku tygodni. Więc co pozostaje zrozpaczonej, samotnej na obcej ziemi i pozbawionej większych środków do życia dziewczynie? A no podać się za żonę Edwarda i cierpliwie czekać na efekty poszukiwań Thomasa. Tak rozpoczyna się ten pełen komedii pomyłek romans historyczny, który z Historią (przez wielkie „H”) ma niewiele wspólnego, ale za to z romansem całkiem niemało (;-)). Cecylia brnie w kolejne kłamstwa i niedomówienia, Edward zakochuje się w niej coraz bardziej, wojsko nagle staje się ciut przychylniejsze i tylko tej wojny jak na lekarstwo. Niby narrator informuje o statkach z jeńcami, liczbach rannych czy poległych, bohaterowie rozmawiają o zbiegłych niewolnikach, kosmicznych cenach za chleb czy problemach z podróżowaniem, ale w sumie jest to mało istotny dodatek, który na pewno nie uwiarygadnia tej opowieści. Bo z wiarygodnością nie ma ona za wiele wspólnego. Po prostu to romantyczna opowieść dla dorosłych, w której – nie ma innego wyjścia – wszystko kończy się dobrze; no, lub prawie wszystko. 
     Jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć o sobie czy świecie, jeśli chce sobie odpowiedzieć na kilka pytań, jeśli chce się na chwile zatrzymać i pomyśleć – ta książka na pewno się do tego nie nadaje. Za to jest całkiem miła, jeśli się szuka „wypełniacza” czasu, źródła odpoczynku i nieskomplikowanej czy wymagającej rozrywki. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER  

2 komentarze:

  1. Czasami takie książki są świetną odskocznią i odpoczynkiem :)I czyta się je jednym tchem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakoś mój stan ducha sprawia, że nie potrafię czytać takiej lekkiej lektury.....

    OdpowiedzUsuń