28 czerwca 2018

(…) szykowali się do buntu (s. 532) – H. Yokoyama, Sześć cztery



     Krążą opinie, że Japonia to kraj ludzi sumiennych, pracowitych, zdyscyplinowanych, prawych, odpowiedzialnych, grzecznych, szarmanckich, przywiązanych do korzeni i tradycji, stroniących od skrajnych emocji a już na pewno od ekshibicjonizmu uczuciowemu, dla których liczą się nie indywidualne interesy a wyższe racje. To ponoć kraj, w którym panuje ład, porządek i względna społeczna harmonia, a cesarz, symbolizujący jedność państwa, cieszy się ogromnym szacunkiem. Japończykom przyświecają idee opanowania, powściągliwości, zgody i ugodowości. 
      Dlatego, znając choćby te szczątkowe informacje, odbiorców tak bardzo może zaskoczyć fabuła powieści „Sześć cztery”. Specjalizujący się w historiach kryminalnych Hideo Yokoyama oddał do rąk czytelników opowieść o raczej innej Japonii i troszkę innych Japończykach. Jego „Sześć cztery” to wielowątkowy kryminał, dość szczegółowo prezentujący – obok skrupulatnie rozpisanego wątku policyjnego, w którym aż roi się od nawet dziwnych zagadek – panoramę życia Japończyków i reguły określające układy międzyludzkie (czy to zawodowe czy rodzinne - tej najintymniejszej komórki). Autor nie boi się pokazać, że pod fasadą opanowania, wstrzemięźliwości, dyskrecji i poprawności kryje się cały wachlarz przeróżnych emocji, głęboko skrywanych uczuć, prywatnych interesów czy ambicji. W „Sześć cztery” można ujrzeć szemrane układy policyjne, zjawiska tuszowania pewnych spraw, wpływ polityki na organy ścigania, wzajemnej nieufności, kontroli, patrzenia sobie „na ręce”, zależność od siebie kilku władz (bo przecież nie bez powodu się mówi, że media to tzw. czwarta władza), drogę do punktu, w którym ojciec porwanego dziecka przestaje współpracować z policją, a nawet nie chce mieć z nią cokolwiek wspólnego, cichego buntu i niezgody na (czasem niezrozumiałe) rozkazy. Świat „Sześć cztery” to nie świat ładu, harmonii i powściągliwości, a świat niedomówień i przemilczeń w imię wspólnego interesu, który w konsekwencji okazuje się być interesem garstki. 
       Ale by to odkryć, należy przebić się przez sporo pond 700 stron kryminału przedstawiającego kilka opowieści. Jest tu nierozwiązana, obniżająca morale śledczych historia sprzed czternastu lat, kiedy to jakiś szaleniec porwał fabrykantom siedmioletnią córkę, wodził ich po manowcach i prawie bezludnej okolicy w celu zdobycia okupu a później i tak dziecko zabił. Jest wątek zrozpaczonego policjanta, którego zbuntowana i słaba emocjonalnie córka uciekła z domu. Jest tragiczny w skutkach wypadek drogowy, którego szczegóły stawiają na ostrzu noża relacje policji z mediami. Jest i ponowne porwanie. A to wszystko się kumuluje, kiedy prawdziwa szycha w mundurze postanawia przyjechać na wizytację, by poprawić wśród cywilów wizerunek organów ścigania. I nie ważne jest, że jedni to biurokraci, a inni prężni śledczy, że jedni ogarniają sprawy administracyjne, a inni dochodzenia kryminalne – ważne jest, by w tym bałaganie jakoś się rozeznać i wspólnie sprawnie funkcjonować. Tylko że w toku okaże się, na ile to „wspólnie” jest prawdziwe i szczere. 
    Nie ulega wątpliwości, że „Sześć cztery” to bardzo dobra, wielowątkowa i pozbawiona uproszczeń powieść, której każdy z osiemdziesięciu jeden rozdziałów wnosi do fabuły inny, niby mało istotny element. Jednak wszystkie razem budują bardzo zgrabną, ciekawą i zagadkową powieść, która nie tylko jest doskonałą rozrywką na długie wieczory, ale pokazuje prawdziwe realia kawałka dalekiej Azji. A to takie historie mają szansę zostać na dłużej w pamięci.     

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ

27 czerwca 2018

(…) wydaje się silniejsza niż zwykle” (s. 87) – L. Colombani, Warkocz



       Indie to jedno z największych i najludniejszych państw świata. Ważniejszymi z jego problemów są ubóstwo, korupcja, słaba opieka zdrowotna i bród. Z kolei Kanada to drugie co do wielkości państwo świata (plasuje się tuż za Rosją). Jest dwujęzyczna, pozostaje pod wpływem Wielkiej Brytanii i słynie z bogactw naturalnych. Zupełnie inaczej sprawa ma się z Włochami – to słynący z turystyki i bogatej kulturowej przeszłości kraj, zamieszkany przez kolorowych ludzi o ekspresywnych temperamentach. 
       W tych trzech państwach Laetitia Colombani umieściła akcję swojej debiutanckiej powieści – „Warkocza”. To opowieść o trzech kobietach, które znalazły się w krytycznych momentach swojego życia i próbują z nich wyjść z podniesioną głową. Smita postanawia zawalczyć o przyszłość małej córki, co w kastowych Indiach - gdzie każdy ma swoje miejsce i prawie żadne szanse na awans społeczny - nie jest łatwe. Sara, wzięta i charyzmatyczna prawniczka, musi zawalczyć o siebie, nie zapominając o dobru dzieci, a młodziutka Włoszka – Giulia – zanim pomyśli o stabilizacji rodziny, musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zdoła unieść ciężar nałożonych na siebie obowiązków. 
        Oto trzy kobiety. Trzy historie. Trzy odmienne realia społeczne i kulturowe. I jeden finał. Jedno proste (?) rozwiązanie, będące w stanie pomóc tym kobietom, które nigdy się nie spotkały ani nie wymieniły ze sobą ani jednego zdania. Snując trzy – jak pasma klasycznego warkocza – opowieści, Laetitia Colombani oddała do rąk czytelników powieść o sile kobiet (brzmi to jak tani, oklepany i płytki feministyczny frazes), wzajemnym wsparciu oraz ratunku; o tym, jak ciężko je złamać, jak wierzą w swoje plany, zamierzenia i o „całościowej” (nie „połowicznej”) walce. 
    „Warkocz” nie należy do długich powieści, nie jest to rozbudowany tekst, niektóre motywy upraszcza, niektóre bagatelizuje lub traktuje powierzchownie, ale ten zabieg sprawia, że czytelnik zaczyna szukać tego, co może być (według niego) najistotniejsze, co stanowi o sednie tej książki. Wydaje się, że chcąc głębiej odczytać tę powieść, warto zwrócić uwagę właśnie na ten wspomniany już aspekt walki oraz moment, w którym się do niej dojrzewa, kiedy się człowiek na nią decyduje, kiedy stawia wszystko na jedną kartę, kiedy znajduje odwagę i postanawia zwyciężyć  - nawet swoje lęki czy słabości. A później jest nowy, inny, ponownie narodzony. I taki idzie w świat – Indii, Włoch, Kanady… Nie ważne gdzie, z kim – istotne jest po co (i jakim) się kroczy. 
     Oto nauka, jaką współczesnemu człowiekowi daje Laetitia Colombani. Choćby dla niej warto przeczytać ten króciutki, przeplatany liryką, „Warkocz”.  



ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

21 czerwca 2018

„Najważniejsze jest podtrzymanie żywych, ruchomych wspomnień” (s. 31) – Zdzisław Beksiński, Norman Leto, Jarosław Mikołaj Skoczeń, Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa


      Nie ulega wątpliwości, że Beksiński to jeden z najbardziej tajemniczych, artystycznie różnorako odczytywanych i tragicznych postaci w polskiej kulturze. Refleksje nad jego pracami niejednokrotnie są odległe, nawet sprzeczne, a jego (prezentowany za życia) upór w nie-wypowiadaniu się na temat własnych dzieł nie pomaga ani krytykom sztuki, ani przeciętnym odbiorcom. Dlatego nieco światła na tę kwestię może rzucić opublikowana niedawno przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka książka „Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa”. 
        Jak sam tytuł pokazuje, jest to zapis wywiadów, rozmów, listów z lat 2000 - 2005, jakie zbliżyły do siebie dwóch jakże różnych twórców. Norman Leto (Łukasz Banach) to artysta tzw. młodego pokolenia. Zajmuje się video artem, tworzy instalacje, fotomontaże, pracuje w przestrzeni realnej i wirtualnej, co wszystko razem wzięte (na wielu etapach drogi artystycznej) interesowało również Beksińskiego. Ich ścieżki zetknęły się w dość nietypowy sposób (bardzo precyzyjnie przedstawia to „Detoks...”) i od początku znajomość ta opierała się nie tylko na relacji uczeń-mistrz, ale na partnerstwie dwóch plastyków. 
       W rozmowie z Jarosławem Skoczniem, która poprzedza zapis korespondencji, Leto zauważa, że Beksiński nigdy nie traktował go z góry, nie przybierał mentorskiej pozy, ale również zbytnio się nie spoufalał – jak w życiu publicznym, tak i tutaj dbał o prywatność czy dyskrecję. Wymieniali oni uwagi na temat aspektów technicznych (na przykład, jak gruntować podłoże dzieł plastycznych), światopoglądowych, egzystencjalnych, moralnych, czy prywatnych problemów. „Detoks...” przybliża ważne dla każdego artysty kwestie: zależność - skomplikowana forma a prostota tematów, cel tworzenia, technika pracy, rzemiosło, relacja - stara szkoła a młode pokolenie malarzy, związek obrazów z codziennością realizm fantastyczny prac Beksińskiego czy jego ulubione tematy (melancholia, dramatyzm, smutek, groteska), miejsce outsidera w małej społeczności, nowatorskość, przekraczanie barier dotychczasowej sztuki, ograniczenia narzucane na artystę z zewnątrz, twórcze możliwości, jakie daje metropolia. Nie sposób jednak było uniknąć tak tragicznych czy istotnych tematów jak śmierć Tomka Beksińskiego, filozofia życia, czy rola czasu w kontekście jednostki. 
     Z zapisów tych wyłania się obraz silnych, pewnych swych artystycznych założeń charakterów – z tym, że jeden się dopiero konkretyzuje, a drugi jest już w pełni ukształtowany. I choć dzięki „Detoksowi...” czytelnik ma do czynienia z dwoma różnymi artystycznymi osobowościami, nie ulega wątpliwości, że są to artyści niezłomni, świadomie realizujący swoje założenia i twórcze plany. 
      Mimo, że książka ta stawia na równi dwóch plastyków, pokazuje dwie drogi twórcze, niewątpliwie staje się również głosem „w sprawie” Beksińskiego – tego mrocznego, tragicznego, naznaczonego, depresyjnego Beksińskiego, którego wielu podziwia, a niewielu tak naprawdę rozumie. 


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
PRÓSZYŃSKI I S-KA

14 czerwca 2018

Nie wierzył, że po końcu może istnieć ciąg dalszy (s. 301) – Barbara Sęk, Nowakowie. Kruchy fundament




OkÅ‚adka książki Kruchy fundament   Oto książka o pozorach, kłamstwie, oszustwie, grze, o udawanej stabilizacji, fałszywej bliskości, słowach bez pokrycia i maskowaniu faktów. A tak naprawdę o rozpadzie rodziny i tchórzostwie. Wielkim tchórzostwie, które zastąpiło szczerość, odpowiedzialność, dojrzałość, a przede wszystkim prawdę. 
       W swojej powieści Barbara Sęk kreuje portret rodziny zbudowanej nie tyle na kruchych fundamentach, co na wielkim fałszu. Ale zanim czytelnik to odkryje, autorka pokaże mu portret idealnej rodziny: sporo zarabiający mąż, piękna i błyskotliwa żona, czworo zdrowych, utalentowanych o silnych osobowościach dzieci, dom z wysokimi standardami, kilka samochodów, zaufane grono znajomych, regularne spotkania z dziadkami/teściami, a każdy dzień wydaje się być czasem sielskim, ze znanym z góry scenariuszem, który nic nie jest w stanie zakłócić. 
       Faktycznie tak jest dopóki dwoje najstarszych dzieci nie stanie się obserwatorami sceny, która na zawsze odmieni ich dotychczasowe spojrzenia na świat, dorosłych i reguły relacji międzyludzkich. Od tamtego momentu, w ciągu czterech dni akcji właściwej powieści (bo retrospekcji zawarte we wspomnieniach niektórych postaci obejmują aż dwadzieścia lat), autorka godzina za godziną, minuta po minucie pokazuje etapy, części i warunki rozpadu rodziny – dom Nowaków burzy się jak domek z kart i nie są w stanie tego procesu zatrzymać nawet wyznawane wartości, bo ich po prostu nie ma (i nie było). Okazuje się, że rodzice nie są tak krystaliczni - jakby chciały tego dzieci, dzieci nie są tak posłuszne i zdyscyplinowane - jakby sobie życzyli rodzice, a dziadkowie nie cieszą się takim posłuchem i szacunkiem - jakby sami chcieli. Dom Nowaków szybko zmienia się w kupę prywatnych brudów, powoli przekształcających się w lokalne bagienko, w którym każdy z osobna się tapla. Sęk stworzyła powieść o tym, jakie piekło potrafią swoim dzieciom zgotować dorośli tylko dlatego, że w pewnym momencie zabrakło im odwagi, odpowiedzialności i (lub) najzwyczajniej w świecie wolą wygodę oraz tzw. święty spokój. Pokazuje, jak w pewnej chwili relacje w domu przeobrażają się w batalię niczym na sali sądowej, a zwycięstwo raz jest po stronie tych, by za chwilę być po stronie tamtych. Odkrywa ona oblicza okrucieństwa, które zadają dorośli sobie oraz dzieciom. I choć to powieść obyczajowa, trzyma w napięciu niczym kryminał czy thriller, a czytelnik nie jest w stanie pohamować się od psychologicznych dywagacji wokół pytania: Co oni wszyscy w sobie mieli, że w przeszłość podejmowali decyzje, które obecnie doprowadziły do takiej katastrofy? I wnioski mogą wprawić w osłupienie. 
        Bo to okrutna powieść o okrutnych ludziach, którzy: „Są zbyt daleko od siebie, by mogło między nimi dojść do kolizji” (s. 155). 

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy

13 czerwca 2018

W końcu udawanie zaczyna przypominać normalne życie (s. 186) - Janice Y.K. Lee, „Emigrantki”




     Jasno trzeba mi przyznać – nie przepadam za opowieściami o Chinach, Japonii, Korei czy Tajlandii. Nigdy nie pojęłam sukcesu „Szanghajskiej kochanki” czy „Wyznań gejszy”, a „Czerwone dziewczyny” jasno oceniłam, jako powieść nierówną, niedopracowaną, w której każda część została potraktowana z różną starannością, jakby pisało ją trzech odmiennie zdyscyplinowanych autorów. Dlatego wiedząc, że akcja „Emigrantek” rozgrywa się w Hongkongu, podchodziłam do lektury ze sporą dozą ostrożności. To, co mnie skusiło to te lapidarne określenia wydawcy, że oto oddaje do rąk czytelników książkę o własnych demonach, wyobcowaniu i samotności – przecież to takie uniwersalne stany emocjonalne, że nie można je było ubrać we „wschodniość” Azji. I jak się okazało, nie można było. 
    Bo „Emigrantki” Janice Y.K. Lee to opowieść totalnie uniwersalna, która mogłaby się rozegrać w każdym zakątku globu i stałaby się tak samo wymowna.  Są w tej książce trzy kobiety: Mercy - która odgrodziwszy się od rzeczywistości grubym murem, nie ma pojęcia, czego chce od siebie i życia, każdy dzień bezproduktywnie przepływa jej między palcami, co ma niestety uzasadnienie w minionych wydarzeniach, Hilary – która doskonale czuje, czego chce, ale zdaje się być w tych pragnieniach bardzo osamotniona, jest również i Margaret – która sama tylko najlepiej wie, dlaczego wiedzie podwójne życie, dlaczego nosi dwa oblicza (to przeznaczone dla siebie i drugie – dla otaczającego świata), i z jakiego powodu każdy dzień jest powrotem do przeszłości. Bohaterki może i mogą irytować, może nie są posągowe czy majestatyczne, ale za to prawdopodobne jest, że ich dylematy bliskie są naszym dylematom - co czyni już z tej powieści historię wiarygodną, bliską życiu, nie bajkową, ckliwą czy niewiarygodną.
    Oto trzy różne kobiety, trzy różne historie, trzy różne osobiste tragedie i jedno rozwiązanie, jeden spektakularny finał, który raczej do najszczęśliwszych nie należy, ale na pewno jest takim, który potrafi zapewnić względny spokój. I nie wynika on z przepychu, bogactwa i blichtru kręgu finansjery z Hongkongu, z upodobanych sobie przez nią wycieczek do Bangkoku, Tajlandii czy Chin, ani z wygodnego życia wiedzionego wśród szoferów, niań i gosposi. Spokój tych kobiet ma się wziąć z odpowiedzi na pytania: „Gdzie chcę wrócić, kiedy kolejny azjatycki kontrakt się skończy?”, „Kim chcę być, skoro nie Amerykanką w Hongkongu?” oraz „Kim w ogóle jestem?”. 
     Dla mnie „Emigrantki” to nie opowieść o kobietach, które w poszukiwaniu nowego początku poleciały aż na inny kontynent, które w ucieczce przed starym wybrały świat zupełnie odmienny kulturowo, obyczajowo i mentalnie. To książka o powrocie, o tym, co to znaczy „wrócić” – do siebie, do rodziny, do świata, do ludzi, do życia w pełni. W tej wzruszającej, magnetyzującej oraz misternie prowadzonej opowieści Lee podaje jasne wnioski: trzeba mieć odwagę uporządkować i określić siebie; trzeba umieć poukładać jestestwo, swoje serce oraz pragnienia, by przeniknąć, przyjąć oraz zaakceptować zajmowaną przez siebie rzeczywistość, dary losu, konsekwencje swoich czynów, jak i decyzji; należy się oddalić od starego, by ze świeżym umysłem zbudować to, co nowe i ważne. Wtedy to się okaże, że jesteśmy w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu i z odpowiednimi ludźmi; wszystko co było wcześniej to jedynie fałsz, zakłamanie i liczne mistyfikacje. 
    Bo „powrót”, „cywilna odwaga” i „demaskacja pozorów” to podstawowe kody, którymi możne odczytać „Emigrantki” Janice Y.K. Lee. I naprawdę warto to uczynić.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI 
DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

12 czerwca 2018

(…) ostatni rzut oka na świat i znikniemy.” (s. 24) – M. Kulisiewicz, „Kot Wittgensteina i inne wiersze”.

Okładka książki - Kot Wittgensteina


      Faktem jest, że w Polsce niewiele się czyta poezji. Na pewno wymaga ona pewnej dyscypliny, cierpliwości czy zadumy, by jej przekaz mógł nabrać siły i mocy sprawczej. I często tak się dzieje, że wielu dziś brakuje wytrwania oraz woli, by wczytać się w jej słowo. Nie znaczy to jednak, że poezji się nie publikuje czy nie promuje. Jest ona wciąż ważną, a dla niektórych wręcz fundamentalną, dyscypliną artystyczną. 
    Udowadnia to wydany niedawno tomik wierszy Małgorzaty Kulisiewicz – „Kot Wittgensteina i inne wiersze”. 
     Warto się już na początku pochylić nad tytułem. Wspomnienie w nim o Wittgensteinie – filozofie, logiku, teoretyku języka i prekursorze pragmatyki – sugerować może pewien kod rozumienia czy interpretacji całego tomiku. Niemniej należy się zastanowić, czy to nie jest ukryta aluzja co do pewnego, możliwego, poziomu trudności w przyswojeniu i odczytaniu zawartych w nim utworów literackich. Bo tomik ten zawiera aż 70 utworów, które rzadko kiedy bezpośrednio odwołują się do aktualnych spraw, komentują bieżące wydarzenia, przeżycia dzisiejszego, często zagmatwanego, człowieka. Trudno również w nim szukać egzystencjalnych rozważań określających kondycję współczesnego człowieka.
     Utwory te są poetyckim komentarzem do odległych wydarzeń społecznych, politycznych, a przede wszystkim kulturowych, do wydarzeń, które cywilizację pchnęły na nowe, często wręcz nowatorskie tory, tak pod względem jakości życia, odkryć naukowych, wartości etycznych, jak i poglądów filozoficznych. Znaleźć w nim można utwory poświęcone randze i fundamentalnej randze poezji („Poezja stwarza się/ciągle na nowo” – s. 34.), francuskiej aktorce teatralnej - Sarze Bernhard, Newtonowi, reżyserowi teatralnemu i operowemu – Swinarskiemu, docenianemu poecie i dramatopisarzowi - Różewiczowi, na kartach spotkać można migawki i scenki rodzajowe z przeszłości Nowej Huty, Łodzi, Krakowa, poetyckie komentarze do mitów starogreckich, legend, „Dziadów”, „Konrada Wallenroda” (tutaj dzięki „Teatralnemu biesowi” nowego znaczenia nabiera utarte hasło: „zrzucam z ramion płaszcz Konrada”), dramatów Szekspira, Wyspiańskiego, liryki Norwida i Wojaczka, obrazów Malczewskiego, opowieści o dekadentach, rajskiej Ewie, naukach Koheleta. Wiersze z tego tomiku zabierają czytelnika na wędrówkę po realiach zaborów, II wojny światowej, przemian przełomu wieków, okresu kosynierów, zesłań na Syberię, stanu wojennego.
     Te wydarzenia historyczne, połączone z kontekstem kulturowym i ukrytymi wnioskami czynią te wiersze tekstami o wymowie uniwersalnej, stanowią poetycką interpretację świata, w którym teraźniejszość spotyka się z minionym, ubierają one uniwersalną prawdę w formę wiersza, stają się głosem w sprawie dorobku kulturowego i swoistym literackim podsumowaniem czasu przeszłego. Jednak, by je zrozumieć i prawidłowo odczytać, należy znać pierwowzór, kod i kontekst kulturowy, co czyni z nich lekturę niełatwą, wymagającą wysiłku intelektualnego, znajomości tradycji i dorobku cywilizacyjnego, w którym to "(…) człowiek,/pionek/na wielkiej szachownicy historii (…)” jest. 
     Tworząc taką poetyką kompozycję, Kulisiewicz jasno określiła grupę czytelników, którzy będą w stanie w tych licznych aluzjach wyczytać uniwersalizm, ponadczasowość i mądrość pokoleń wcześniejszych. A takich jest zapewne nie mało. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
AUTORCE