13 czerwca 2018

W końcu udawanie zaczyna przypominać normalne życie (s. 186) - Janice Y.K. Lee, „Emigrantki”




     Jasno trzeba mi przyznać – nie przepadam za opowieściami o Chinach, Japonii, Korei czy Tajlandii. Nigdy nie pojęłam sukcesu „Szanghajskiej kochanki” czy „Wyznań gejszy”, a „Czerwone dziewczyny” jasno oceniłam, jako powieść nierówną, niedopracowaną, w której każda część została potraktowana z różną starannością, jakby pisało ją trzech odmiennie zdyscyplinowanych autorów. Dlatego wiedząc, że akcja „Emigrantek” rozgrywa się w Hongkongu, podchodziłam do lektury ze sporą dozą ostrożności. To, co mnie skusiło to te lapidarne określenia wydawcy, że oto oddaje do rąk czytelników książkę o własnych demonach, wyobcowaniu i samotności – przecież to takie uniwersalne stany emocjonalne, że nie można je było ubrać we „wschodniość” Azji. I jak się okazało, nie można było. 
    Bo „Emigrantki” Janice Y.K. Lee to opowieść totalnie uniwersalna, która mogłaby się rozegrać w każdym zakątku globu i stałaby się tak samo wymowna.  Są w tej książce trzy kobiety: Mercy - która odgrodziwszy się od rzeczywistości grubym murem, nie ma pojęcia, czego chce od siebie i życia, każdy dzień bezproduktywnie przepływa jej między palcami, co ma niestety uzasadnienie w minionych wydarzeniach, Hilary – która doskonale czuje, czego chce, ale zdaje się być w tych pragnieniach bardzo osamotniona, jest również i Margaret – która sama tylko najlepiej wie, dlaczego wiedzie podwójne życie, dlaczego nosi dwa oblicza (to przeznaczone dla siebie i drugie – dla otaczającego świata), i z jakiego powodu każdy dzień jest powrotem do przeszłości. Bohaterki może i mogą irytować, może nie są posągowe czy majestatyczne, ale za to prawdopodobne jest, że ich dylematy bliskie są naszym dylematom - co czyni już z tej powieści historię wiarygodną, bliską życiu, nie bajkową, ckliwą czy niewiarygodną.
    Oto trzy różne kobiety, trzy różne historie, trzy różne osobiste tragedie i jedno rozwiązanie, jeden spektakularny finał, który raczej do najszczęśliwszych nie należy, ale na pewno jest takim, który potrafi zapewnić względny spokój. I nie wynika on z przepychu, bogactwa i blichtru kręgu finansjery z Hongkongu, z upodobanych sobie przez nią wycieczek do Bangkoku, Tajlandii czy Chin, ani z wygodnego życia wiedzionego wśród szoferów, niań i gosposi. Spokój tych kobiet ma się wziąć z odpowiedzi na pytania: „Gdzie chcę wrócić, kiedy kolejny azjatycki kontrakt się skończy?”, „Kim chcę być, skoro nie Amerykanką w Hongkongu?” oraz „Kim w ogóle jestem?”. 
     Dla mnie „Emigrantki” to nie opowieść o kobietach, które w poszukiwaniu nowego początku poleciały aż na inny kontynent, które w ucieczce przed starym wybrały świat zupełnie odmienny kulturowo, obyczajowo i mentalnie. To książka o powrocie, o tym, co to znaczy „wrócić” – do siebie, do rodziny, do świata, do ludzi, do życia w pełni. W tej wzruszającej, magnetyzującej oraz misternie prowadzonej opowieści Lee podaje jasne wnioski: trzeba mieć odwagę uporządkować i określić siebie; trzeba umieć poukładać jestestwo, swoje serce oraz pragnienia, by przeniknąć, przyjąć oraz zaakceptować zajmowaną przez siebie rzeczywistość, dary losu, konsekwencje swoich czynów, jak i decyzji; należy się oddalić od starego, by ze świeżym umysłem zbudować to, co nowe i ważne. Wtedy to się okaże, że jesteśmy w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu i z odpowiednimi ludźmi; wszystko co było wcześniej to jedynie fałsz, zakłamanie i liczne mistyfikacje. 
    Bo „powrót”, „cywilna odwaga” i „demaskacja pozorów” to podstawowe kody, którymi możne odczytać „Emigrantki” Janice Y.K. Lee. I naprawdę warto to uczynić.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI 
DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

1 komentarz: