31 lipca 2018

Brak premedytacji nie umniejszał krzywd (s. 39) - „Wszystko, czego pragnęliśmy” Emily Giffin

Wszystko, czego pragnęliśmy.


         Pod koniec tamtego roku światową opinię publiczną sparaliżował artykuł opublikowany przez „New York Timesa” na temat molestowania seksualnego, jakiego przez lata miał się dopuszczać jeden z hollywoodzkich producentów filmowych. Wg dziennikarzy, a przede wszystkim ofiar, które wreszcie postanowiły przerwać zmowę milczenia, obiecywał on pracę, kontrakty, ciekawe role w zamian za usługo seksualne. Historia ta na tyle wstrząsnęła opinią publiczną, że za namową Alyssa Milano w mediach społecznościowych rozpoczęła się akcja #metoo #jateż, w której kobiety udzielają wsparcia poszkodowanym lub (i) dzielą się opowieściami o wszelkich nadużyciach, jakich ofiarą same padły ze strony silniejszego. Choć od momentu wybuchu afery minęło kilka miesięcy, świat o niej nie zapomniał, a akcja nie przycichła.       Literackim głosem w tej sprawie jest ukazująca się właśnie nakładem Wydawnictwa Otwartego najnowsza książka „Wszystko, czego pragnęliśmy” Emily Giffin. Przy pomocy historii Toma i jego córki Lyli oraz Niny, Kirka i ich syna Fincha próbuje autorka zadać kilka kluczowych pytań. I niejednokrotnie poprzestaje na samych pytaniach – bo często odpowiedzi nie jest się w stanie udzielić, bo nie ma jednej gotowej, bo o pochylenie się nad problemem przede wszystkim tu chodzi. 
       Z opowieści o nastolatkach, którym pozornie głupia zabawa i psikusy wymknęły się spod kontroli wyłaniają się pytania o granice wolności, swobody i przemocy – seksualnej, psychicznej i emocjonalnej, o to, czy nadużycie i (lub) milczenie, że sytuacja nie miała miejsca stają się przemocą, czy milczenie oznacza zgodę, o zjawisko przyzwolenia, o prawo do wolności i godności, o poszanowanie autonomii drugiego, o konformizm, o to, w którym momencie kończy się wyrozumiałość a zaczyna wybielania, krętactwo i tuszowanie nadużycia, o zjawisko ponoszenia odpowiedzialności, o dawane sobie prawo do naginania prawdy, o prawo do wykorzystywania pozycji uprzywilejowanego i przypominanie o niej światu, o to, czy jest się w stanie oswoić rozpacz, co można usprawiedliwić , wytłumaczyć, zrozumieć, nawet zbagatelizować a co temu absolutnie nigdy podlegać nie może i czy mamy prawo ograniczać się jedynie do mówienia o przemocy (co zazwyczaj kojarzy się z siłą, agresją fizyczną, terrorem a w najgorszym wypadku – z gwałtem) seksualnej – a co z tzw.za „dużo sobie pozwalaniem”, wykroczeniem, nadużyciem (które samo z siebie kojarzy się z przywłaszczeniem – godności, równowagi (ducha, emocji), poczucia bezpieczeństwa)? 
      Choć „Wszystko, czego pragnęliśmy” Emily Giffin czyta się lekko, jest to to powieść trudna, nie pozostawiająca złudzeń: ofiara jest zawsze ofiarą (nawet jeśli nie chce tego przyznać), przestępstwo przestępstwem, konieczność kary i ponoszenie odpowiedzialności konsekwencjami. I nie zakryją tego nawet najbardziej wystudiowane postawy hipokryty czy manipulatora. „Wszystko, czego pragnęliśmy” pokazuje nie tylko ofiarę i winowajcę, ale równie ich najbliższych, środowisko, któremu przyjdzie się zmierzyć z tą trudną, smutną i traumatyczną sytuacją.       Oto powieść-ważny głos w dyskusji społecznej. I kolejny, który mówi, że problem jest, choć nie wszyscy tak uważają. Jak dla mnie to pozycja obowiązkowa dla rodziców, młodzieży, psychologów,  pedagogów, a nawet terapeutów.


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU OTWARTEMU

Wydawnictwo Otwarte

26 lipca 2018

(…) echo gasnącego cierpienia (s. 43) - „Będziesz na to patrzył” Magda Rem



      Wydawnictwo Prószyński i S-ska na upalne lato (którego jakoś nie widać) oddało naprawdę dobry kryminał –„Będziesz na to patrzył” Magdy Rem. 
     To naprawdę sprawnie i ciekawie rozpisana historia. Jest w niej sporo wątków, ograniczona (która i tak sukcesywnie się pomniejsza) liczba raczej nieskomplikowanych - pod względem psychologicznym - postaci, trup sieje się gęsto, napięcie wzrasta, ciekawość w czytelniku również, fabuła gna do przodu, by niewiele wyjaśnić, jedynie może połączyć dwa, zdawałoby się odległe, wątki, bo odpowiedź na pytanie: O co w tym chodzi? objawi się na samym, samym końcu. „Będziesz na to patrzył” wprowadza czytelnika w dobrze sytuowaną, o ustabilizowanym życiu rodzinę Barczów: Marek – lekarz kardiolog, Elwira – tłumaczka z tureckiego i ich nastoletni córka Marta, której największym problemem jest niechęć do fizyki. Oni wszyscy padają ofiarą szaleńca najpierw przysyłającego anonimy, a później konsekwentnie wprowadzającego w życie swój misterny plan. I nic dziwnego, że bystry kardiolog nie jest w stanie zrozumieć intencji i motywów szaleńca, skoro nawet policja nie umie przewidzieć jego kolejnych kroków, przeciwnik jest zawsze ciut przed śledczymi, wymyka się im, a spryt i przebiegłość wydają się być jego kolejnymi imionami. 
    Magda Rem oddała czytelnikom powieść, w której trudno doszukać się optymistycznych akcentów, a powtarzająca się raz za razem maksyma, że kamyk stwarza lawinę  wydaje się być najtrafniejszą zapowiedzią wydarzeń „po wszystkim”, „po” rozliczeniu z przeszłością. Ci, którzy szukają w literaturze piękna, subtelności, rozrachunku, prawdy o świecie, sobie, czasach obecnych czy minionych, którzy chcą zaspokoić jakiś głód wiedzy na pewno tego nie dokonają dzięki „Będziesz na to patrzył”. Ale na pewno znajdą dzięki tej książce kawał świetnej rozrywki – wejdą w świat szaleńca i jego nic nie rozumiejących ofiar, których jedynym pragnieniem będzie „jakoś” to „wszystko” przetrwać.


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i ska LOGO

11 lipca 2018

Oto nasze przedtem. Nasze cudowne przedtem (s. 391) – Luke Allnutt, Niebo na własność

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 


      Nie lubię powieści obyczajowych. Najczęściej są ckliwe, mdłe, proste, oczywiste, przewidywalne, z naiwną fabułą i nieskomplikowanymi postaciami obdarzonymi wydumanymi problemami, perypetiami czy przygodami, zazwyczaj występuje do tego naiwnie szczęśliwe zakończenie. No, życie różowym lukrem oprószone… Dlatego jeśli już pora mi się zmierzyć z jakąś obyczajówką, zdaję się na wybór innych. 
   Tym razem od Wydawnictwa Otwartego przyszła książka „Niebo na własność” Brytyjczyka mieszkającego w Czechach. Zaskakuje już sam fakt, że to mężczyzna napisał powieść o perypetiach pewnej dobrze sytuowanej materialnie rodziny klasy średniej. Następnie zadziwia, że zdecydował się on na zastosowanie narracji pierwszoosobowej, a później, że głównym bohaterem uczynił mężczyznę – i to jeszcze nie krystalicznie szlachetnego mężczyznę. W książce tej Luke Allnutt oś wydarzeń oparł o trzy osoby: komputerowego geniusza – Roba, jego pedantyczną, poważną i surową żonę – Annę i ich syna – Jacka. Autor całkiem zgrabnie przedstawił rysy charakterologiczne dorosłych, ich zwyczaje, upodobania, poglądy, a nawet trudne, poszarpane i skomplikowane dzieciństwa, które niewątpliwie wpłynęły na ich późniejsze wybory, sposoby radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi czy granicznymi. Rob to niby luzak, który rzadko pracuje, bo woli pieniądze zarobić raz a dobrze; Anna jest skrupulatna, metodyczna i pedantyczna, a ich mały Jack to bystry, wnikliwy łobuz, który nawet ze starszakami się kumpluje. Tylko, że ich życie rodzinne zaczyna przeorganizowywać wykryty w głowie chłopca guz. I w tym momencie okazuje się, na ile to ułożone życie jest stabilne i na ile stabilni są oni – jako mała wspólnota. 
       Niesamowite jest to, że zmagania z chorobą syna, lęki, dylematy, niepewności, wewnętrzną konieczność opanowania kryzysu autor przedstawił z punktu widzenia mężczyzny-ojca. Właściwie wiadomo, że matki bardzo przeżywają cierpienie dziecka, cierpią właściwie z nim. Ale mało kto pyta się o ojca. Kto jego ma uspokoić? Kto ukoi jego rozedrgane, chaotyczne i galopujące myśli? Kto jemu pomoże? Kto poda silne ramię? Kto pozwoli mu się zwyczajnie bać? Powieściowy Rob niejednokrotnie staje na wysokości zadania – jest pomocą dla żony, wsparciem dla syna, partnerem w firmie, dyplomatą wobec teściowej. Ale nie znajduje wiarygodnego, solidnego i rzetelnego oparcia dla siebie. Będąc filarem dla innych, gnie się pod ich zwątpieniami. Zapewne dlatego zaczyna robić głupie czy nieodpowiednie rzeczy, decyduje się na nieoczekiwane kroki, zwyczajnie pęka – jak niemało ludzi złamanych przez los – i poznajemy go pijanego, podrywającego pospolitą dziewczynę w tandetnym barze, tylko po to, by choć przez chwilę poudawać zwyczajnego czy banalnego nawet. 
    Ta odwrócona perspektywa, zmiana punktu widzenia, skupienie się na zrozpaczonym, walczącym i szukającym ratunku ojcu, który chce w teraźniejszości zatrzymać przeszłość wyróżnia tę książkę z masy innych. I okazuje się, że w kontakcie z cierpieniem dziecka nie chodzi o współcierpienie matki, ojca czy rodziny – ale rodzica, tego, kto przyczynił się do „zro-dzenia”. 
    A to chce czynić „Niebo na własność” powieścią nie tyle obyczajową co moralizującą. Bo może pora przestać generalizować i (lub) nadmiernie feminizować, a czas skupić się na istocie wyłaniającej się z szerokiej perspektywy? Pozostawiam pytanie bez odpowiedzi…   
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WYDAWNICTWU OTWARTEMU
Wydawnictwo Otwarte

10 lipca 2018

(…) musi stąd wyjść, nie mając dokąd się udać (s. 349) - Gorączka, Mary Beth Keane


      Nowy York uważany jest dziś za jedno z najważniejszych miast świata. To centrum kultury, finansjery, nauki, sportu. Tam znajdują się prestiżowe ośrodki akademickie, a sławnymi na całym świecie mostami (na przykład Brooklińskim czy Manhattan Bridge) do dziś zachwycają się liczni - nie tylko Marylin Monroe. Jednak w przeszłości było to zupełnie inne miejsce. Nazwane początkowo Nouvelle Angoulême, później Nowym Amsterdamem, by wreszcie około 1664 stać się ostatecznie Nowym Yorkiem przechodziło z rąk do rąk europejskich kolonizatorów (bardzo ważne dla tej kwestii były II wojna angielsko-holenderska oraz wojna o niepodległość USA). Pod wpływem napływających emigrantów ludność dziesiątkowana była przez żółtą febrę a później tyfus. W 2. połowie XIX wieku odbyły się rozruchy uliczne na skutek obowiązkowego poboru do wojska, a pochłaniająca ponad 1000 ofiar katastrofa parowca - do czasów 11 września 2001 - przyniosła największą liczbę poległych cywilów. To dziś barwne, kolorowe i słynące z wolności czy tolerancji miasto wyrosło na bólu oraz cierpieniu wielu. 
      Takie właśnie tło nadała swej „Gorączce” Mary Beth Keane. W dusznym, brudnym, cuchnącym, pełnym fermentujących i rozkładających się odpadów komunalnych Nowym Yorku 1. połowy XX wieku rozgrywa się dramat pewnej młodej, 37-letniej, kobiety. Mary Mallon przybywa do Stanów z rodzinnej Irlandii w wieku piętnastu lat. By oswoić się z miastem, zatrzymuje się na kilka tygodni u siostry babki, poznaje topografię nowego miejsca i po krótkim czasie, dzięki biurowi pośrednictwa pracy, najmuje się w domu bogatych mieszczan jako praczka. Jednak jej marzeniem jest zostać kucharką. Już w Irlandii zdobyła odpowiednie doświadczenia, ma świadomość posiadanego talentu kulinarnego, a teraz musi jedynie innych przekonać do tego pomysłu. Sukcesywnie, ale dzięki uporowi, zawziętości, pomysłowości a nawet przebiegłości osiąga swój cel. Mary Mallon zostaje docenianą przez kolejnych pracodawców kucharką - gotuje dla domowników czy ich gości potrawy wyszukane lub typowe, ale podane w wyjątkowy sposób. Sama nadzoruje zakupy, potrafi się targować i wprawnie wyszukiwać rarytasy. Jednak ta harmonia pewnego dnia się kończy. Ktoś ze służb sanitarnych dostrzega prawidłowość, zgodnie z którą w domach pracodawców Mary wybuchają epidemie gorączki przechodzące później w tyfus, co kończy się dla niektórych śmiercią. Kobieta zostaje aresztowana (wręcz porwana z miejsca pracy), poddana badaniom a później odosobnieniu na wyspie pełniącej funkcję izolatki dla ciężko chorych. 
      W tym momencie rozpoczyna się nerwowa walka Mary z systemem. Kobieta pragnie wyjaśnień: skąd to niedorzeczne oskarżenie (bo przecież jej samej nigdy nic nie było, jest okazem zdrowa i nigdy się na nic nie uskarżała), kto je tak naprawdę wystosował, jak można zwyczajną, uczciwą i pracowitą dziewczynę tak skrzywdzić, dlaczego bez jej zgody traktuje się ją niczym królika doświadczalnego, przetrzymując w dodatku na prawie bezludnej wyspie, narażając na straty finansowe (bo przecież nie pracuje)? Powód aresztowania, jego przebieg, zawziętość i pełna uporu postawa Mary od razu uczyniły z niej sensację, temat na pierwszą stronę gazet, co skończyło się nadaniem jej niechlubnego pseudonimu „Tyfusowa Mary” i uczynieniem z niej postrachu społeczeństwa. 
      „Gorączka” to powieść niesamowita. Ni to obyczajówka dość wiarygodnie ulokowana w klimatach retro, ni to powieść historyczna – bo Mary Mallon istniała naprawdę, bo z podejrzeniem o nosicielstwo choroby poddano ją obserwacji, badaniom, izolacji, bo wytoczyła proces, bo była dość liberalna, harda, zawzięta i charyzmatyczna nawet jak na Nowy York, bo stała się pożywką dla dziennikarzy, ni to powieść prawie detektywistyczna – bo czytelnik towarzysząc Mary, podążając za jej wspomnieniami, śledzi wraz z nią drogę do tej fatalnej sytuacji i odtwarza wszystkie okoliczności, które uczyniły z niej ponoć najgroźniejszą kobietę tamtych czasów (a ona chciała tylko gotować – i bardzo to lubiła), ni to powieść rozrachunkowa – z bezdusznym systemem, z mitem o Ameryce wolnej, otwartej i tolerancyjnej (co okazało się chyba największym fałszerstwem), z własnymi marzeniami i aspiracjami. 
      „Gorączka” to powieść, która raz za razem każe pytać: Co z tą Ameryką? Czy troska o wielu pozwala skazać jednostkę na potępienie i osąd bez aktu oskarżenia oraz sprawiedliwego procesu? Czy nawet w imię tzw. dobra wspólnego można bez rozprawy wydać wyrok? Czy obywatel – pracowity, sumienny, oddany pracy i pracodawcom – ma obowiązek biernie zniżyć kark przed systemem? 
     I pozostaje jeszcze kwestia tytułu tej książki. Czym jest ta gorączka? Można to odczytać wieloznacznie (trochę jak w „Dżumie” – choć więcej oczywistych podobieństw nie znajduję). Gorączka to objaw chorobowy, stan ciała w osłabieniu. Gorączka to tutaj nerwowa panika, psychoza, histeria, jakie w społeczeństwie wywołała opowieść o kucharce, która sobą zabija pracodawców. To również niepokój i wzburzenie głównej bohaterki jakże dziwną sprawą, która zaistniała właśnie dzięki niej – ubogiej emigrantce z głodującej Irlandii. 
      Jakby tego nie interpretować, Mary Beth Keane oddała książę trzymającą w napięciu, doskonale udokumentowaną, oddającą ducha czasów, ówczesnych realiów, problemów i dowodzącą, że historia swą bezduszną ręką dotknęła losów zwykłych śmiertelników, nie tylko możnych tego świata. Oto powieść o małości człowieka, wielkości świata, surowości systemu i sporej niewiedzy nawet o sobie samym. Polecam.     

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ