16 listopada 2019

(...) nie karm złej części świata. (s. 337) - M. Bunda, Kot niebieski


     Olga Tokarczuk powiedziała niedawno: Duchowość ma większy sens dzisiaj niż kiedyś.” I wygląda na to, że Marta Bunda dokładnie z takiego założenia wyszła, pisząc „Kota niebieskiego”.         Z jednej strony jest to opowieść o historii – a przede wszystkim ludziach – klasztoru w Kartuzach na Kaszubach. Założony pod koniec XIV wieku gromadzący w swych murach zakonników żyjących surową regułą (milczenie, post, praca, samotność) klasztor, przetrwał do dnia dzisiejszego. Wokół niego gromadziło się życie, powstawały, najpierw skromne, później coraz okazalsze, domy i dały one początek wsi, w której punktem centralnym – obok klasztoru – był zajazd przemianowany z wcześniejszej karczmy. Choć wielka polityka i historia nie oszczędzały ani mieszkańców wsi ani zakonników, klasztor stoi nadal. A w międzywojniu pojawił się w jego murach niejaki Aleksander Majkowski – pasjonat i kolekcjoner sztuki kaszubskiej – który gromadził w swej willi Erem wszelkie pamiątki związane z Kaszubami (dziś są częścią majątku Muzeum). 
        Ta część jest ważnym wątkiem w opowieści Bundy. Dzięki niej można dokładnie poznać wszystkie niuanse i przyczynki, które sprawiły, że ludzie związani z zakonem i wsią okazywali się być tacy a nie inni, a sama wieś wywierała na nich silne wrażenie. I tu pojawia się zasadnicza część tej historii – opowieść o ludziach, barwnych postaciach fundamentalnych dla tamtego regionu i tamtych czasów. To wieśniacy – wykorzystywani i niejednokrotnie gnębieni przez swego pana, to obłąkani z żalu za niespełnionymi marzeniami, to przeklęty przez wszystkich kat, jego dziwna córka-akuszerka, jak i cały korowód żołnierzy/wojsk. 
       Tylko, że w tej części nie o bieg historii chodzi, a o bieg myśli, intelektu, rozumu, który za wszelką cenę pragnie poznać boski plan, boską proporcję i boski zamysł w organizacji świata. Dlatego „Kot…” jest opowieścią o wielkich umysłach, wielkich myślicielach, którzy pytali, porządkowali, katalogowali i wciąż stawiali nowe niewiadome. Ich umysł nigdy nie czuł się zaspokojony, tak jak i boskie stwarzanie porządku nie wydaje się być zakończone. Gwiazdy, liczby, mądrość roślin, cykliczność natury, mądrość snów, granica bólu i rozkoszy – oto podstawa i materia ich badań. To są ludzie, którzy patrzyli nie w książki a w otaczający ich świat, patrzyli szeroko otwartymi oczyma, umysłem bez barier i czystym sercem. Dlatego widzieli lepiej, więcej i jaśniej od innych. Skazali się na margines życia wiejskiego, rodzinnego, zakonnego czy nawet uniwersyteckiego. I wygrali. Życie w spełnieniu.
        A świadkiem wszystkiego zawsze jest jakiś przedstawiciel razy nietypowych niebieskich kotów.       

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania WYDAWNICTWO LITERACKIE LOGO

27 października 2019

(…) zagłębiałam się w labiryncie istnień węszonych (s. 19). – M-H. Lafon, Nasze życie

Okładka książki Nasze życie


     Co to znaczy „opisywać”? Co to znaczy „snuć opowieści”? Czym jest obrazowanie słowem? Wydaje się, że to powoływanie do teraźniejszości – zdarzeń, ludzi, emocji, relacji czy miejsc. To kreowanie, tworzenie i ustanawianie światów równoległych. Ten dar posiada narratorka-bohaterka mini-powieści „Nasze życie” wydanej 25.09 przez WL. 
    Akcja tej miniaturki prozatorskiej rozgrywa się we współczesnym Paryżu, a punktem wyjścia jest króciutka scena rozgrywająca się między klientką a kasjerką jednego z osiedlowych supermarketów. Pierwsze z nimi spotkanie wydaje się być chaotyczne, rwane, a nawet niewyraźne – oto kobieta opowiada, że stoi na wprost drugiej kobiety, schyla się, podnosi coś z ziemi i podje tamtej. W następnej sekwencji okazuje się, że tym czymś jest portfel, z którego wysunęły się dwa zdjęcia i choć styczność tych kobiet trwa raptem kilka sekund, obrazy wspomnianych zdjęć objawiły swoją tajemnicę. 
      I w tym punkcie następuje coś, co niektórzy nazywają „ekspozycją utworu” – w jednym punkcie spotykają się najważniejsze postacie, ich osobowości (choćby podane strzępkowo) i ten detal, który pchnie fabułę ku rozwojowi oraz napięciu. Bo te zdjęcia pozwalają narratorce na snucie opowieści, na sianie przypuszczeń, wymyślanie życie właścicielki i postacie ze zdjęć, na podawanie tak śmiałych hipotez, że zaczyna się w nie wierzyć. Tylko, że czytelnik odnosi wrażenie, jakoby narratorka wpadła w swoją własną pułapkę: wymyślając życie Gordany (historię jej emigracji, ewentualnego macierzyństwa, miłości, namiętności, kalectwa, pozycji w pracy, stosunku do innych ludzi), zmusiła siebie do równoległego snucia opowieści o sobie: swoich losach, romansach, odpowiedzialnościach, sympatiach, relacjach, nadziejach, zawodach, żalach czy radościach. I choć niejednokrotnie są to gorzkie, ocierające się o banał, diagnozy (bliscy odchodzą, kochani mogą zdradzić, samotność boli, więzi trudno utrzymać, a niezagojone rany pieką jak przed laty), nie można wyzbyć się przekonania, że Jeanne opowiada nie tylko ewentualne losy Gordany, nie tylko siebie, ale każdego innego człowieka. 
         Bo między wierszami stawia ona diagnozę, wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś uniwersum – zbudowanego z codzienności pełnej detali (zdjęć, wspomnień, skojarzeń, sugestii). Człowiek tworzy wspólnotę w wielkim kosmosie relacji i interakcji, proza życia może być przyczynkiem do małych-wielkich rozrachunków, do wykazania, jak bardzo jednostkowość wpływa na wspólnotowość.     Najważniejsze w tej opowieści wydają się być więzi – autentyczne, znane, jawne, a przede wszystkim te ulotne, chwilowe, tymczasowe (z metra, z momentu płacenia za zakupy, podglądania czytanej przez drugiego książki). I może być tak, że u kresu życia najbardziej będzie się pamiętać te detale i zwyczajności, powszedniości. „(…) w rutynowych czynnościach, które pozwalają przetrwać czas, cierpienia i życie, jest coś uspokajającego (…) poranne gesty, które wprowadzają w dzień, porządkują świat i których brakuje, kiedy coś je uniemożliwi, coś nam przeszkodzi, najtrudniejsze ze wszystkich do dzielenia się z drugą osobą (s. 58 – 59).                        


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA POWIEŚCI DZIĘKUJĘ 
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie LOGO

22 października 2019

Szaleństwo i spokój przynależą do odrębnych światów (…), s.118 – A. Sward, Vera

Okładka książki Vera


       Literatura przyzwyczaiła czytelników do kilku zjawisk: 1. W kontekście II wojny światowej kobiety zazwyczaj bywają cichymi jej uczestnikami, pozostawia się je na marginesie wielkich działań i wielkiej polityki. 2. O II wojnie światowej wciąż mówi się w warunkach rozliczania – atakujących i obrońców, dyplomacji przed, w trakcie i po, szuka się winnych, jak i bezbronnych, analizuje się strategie militarne. 3. Więzi matki z córką pokazywane są jako bardzo silne i dla obu fundamentalne – nawet (albo właśnie szczególne wtedy), jeśli są patologiczne. 4. Powieści drogi to takie, w których bohater się przemieszcza, a każda następna zmiana położenia pozwala mu zdobyć nowe doświadczenia. 
      A co się stanie, jeśli czytelnik otrzyma do rąk kombinację przeczącą wszystkim powyższym założeniom? Okaże się, że ma do czynienia z „Verą” Anne Sward. 
      To opowieść rozpisana na dwa tory – bohaterką jednego jest Sandrine, a drugiego tytułowa Vera. Jak opowieści pierwszej związane są z przeszłością (sama mówi, że oporuje językiem dzieciństwa, gór i wojny (por. s. 419)), tak ta druga odnosi się do teraźniejszości, bo to: „Dziecko, w którego głowie nie ma wojny” (s. jw.). Sandrine utożsamia się z ucieczką, z nieustającym ruchem – od siebie, swojego grzechu, doświadczeń wojny, strat, pomyłek,  ludzi, konsekwencji wyborów i postaw. Vera symbolizuje początek, niewinność, dziewiczość, brak balastu. Jak Sandrine szczelnie zamyka się przed światem i celowo się od niego odwraca, tak Vera patrzy na niego wielkimi, zdziwionymi oczyma, które i tak zdają się mówić, że wszystko rozumieją, a ona sama pojęła dziwną logikę świata dorosłych. I choć obie pokonują wiele, wiele kilometrów, liczy się to, co zyskają duchowo, o co staną się wewnętrznie bogatsze. 
        A wtedy czytelnik uświadomi sobie, że trzyma w dłoniach książkę o kobietach, które nie pozwalały na stanie się zakładniczkami wojny, na paraliż, a nawet na zachowawczą postawę „przeczekania”. Dla tych kobiet wojna to nie wielka polityka i manewry wojskowe, a walka o godny byt i ochronę własnego człowieczeństwa. To też czas wyborów – nawet tych dyktowanych przez instynkt samozachowawczy. Czytając, nie można wyzbyć się przekonania, że te ucieczki (wojenne i powojenne, pozorna emocjonalna jałowość, bierność, rezerwa), ta postawa odwrotu od bycia zakładnikiem wojny, rodziny, błędów, to jedynie zasłona dymna dla wielkiej duchowej podróży, u końca której nastanie czas nowych decyzji i wyborów. 
       Autorka nie uzyskałaby takiego efektu, gdyby nie wyjątkowa warstwa językowa – niby baśniowa, zrytmizowana jak północne sagi, a z drugiej strony bardzo oszczędna w środki stylistyczne: brak tu opisów, pojawia się tylko jeden – w kluczowym momencie – zapis dialogowy, brak detali czy szczegółów, jakby tym językiem chciano podkreślić, że w fabule faktycznie chodzi tylko i wyłącznie o człowieka, a wszystko inne jest dodatkiem, narzędziem. 
      I w tym momencie nie pozostaje nic innego, jak mieć nadzieję, że inni czytający również uznają, że jest to powieść wyjątkowa - wprowadzająca narrację na nowe tory: styk baśni, gawędy i realizmu oraz wskrzeszająca typ odwróconego od świata i odradzającego się bohatera.


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie LOGO

21 października 2019

„Dzień był czasem dyscypliny, noc – chaosu” (s. 76) – M. James, Diabeł urubu


Okładka książki Diabeł Urubu

         „Diabeł urubu” to debiutancka powieść Marlona Jamesa – Jamajczyka, który w 2017 otrzymał nagrodę Bookera za „Krótką historię siedmiu zabójstw”. 
      W swej pierwszej książce opowiada o mieszkańcach miasteczka Gibbeah, którzy stali się świadkami (jak i „zezwolicielami”) pojedynku – moralnego, teologicznego i ideologicznego - dwóch przewodników duchowych: Hectora Bligha i Apostoła Yorka. W tej walce toczącej się na granicy snu i jawy, na styku umysłu trzeźwego i otumanionego oparami alkoholu, gdzie jedna strona sięga po rzeczowość, a druga po fanatyzm, przeświadczenie o zwycięstwie mąci się z dogłębną samotnością i zwątpieniem. 
        Bo tutaj wszystko się miesza: realizm z magicznością, świętość z potępieniem, język poetycko-mityczny z obscenicznym, żarliwa wiara i ewangelizacja z wierzeniami przodków, obrzędy chrześcijańskie z pogańskimi, grzeszność i upadek z boskością, cielesność z religijnością. To wszystko tu jest na granicy i wszystko się tu ściera – świat cywilizowany z pradawnym, postęp z prymitywizmem, pogaństwo z chrześcijaństwem, rozum z przeczuciem. 
            Więc skoro przestrzenie wartości się mielą, to i bohaterowie nie mogą być czarno-biali czy jednoznaczni. Ten, który z całą mocą swojej charyzmy podejmuje się nadać nowy porządek rzeczy i podnieść małą społeczność z duchowych ruin, okazuje się być demagogiem, manipulantem i szarlatanem. Z kolei ten, który nie miał prawa być jakimkolwiek autorytetem, a już na pewno podporą moralną - pijak i obdartus, znalazł w sobie na tyle siły, by mimo swojego upadku, uratować innych i pozwolić im wejść na drogę prawdy (w końcu: Prawda was wyzwoli) – o sobie, swoich pragnieniach, granicznych pobudkach jednostki, która zorganizowała życie w małej mieścinie na wzór życia kolonii karnej lub odciętej od cywilizacji komuny.
         Dlatego też przez sporą część opowieści nie wiadomo, do czego bohaterowie dążą, co jest ich pomysłem na siebie i swoje życie, co ich ukonstytuowało, co wypełnia ich dzień. Dopiero finalna scena pokazuje, jak bardzo wszyscy dali się oszukać, a nawet wręcz zaślepić – i mieszkańcy Gibbeah, tak bardzo pragnący autorytetu, który nada porządek rzeczom (nawet codziennym), że nie zauważyli chytrego wybiegu, ani czytelnik, który dopiero na końcu mówi sam do siebie: A więc o to chodziło… I bez wątpienia to jest największa wartość tej powieści – ten moment zaskoczenia, ten odnaleziony wytrych, który otwiera w głowie czytelnika uśpioną do tej pory zapadkę. 
      Nie da się powiedzieć, by „Diabeł urubu” był powieścią łatwą. Nie jest też powieścią jednowymiarową. Na pewno może budzić mieszane uczucia – polski czytelnik nie jest przyzwyczajony, by realizm magiczny mieszał się z obscenicznością, a okrucieństwo tak głęboko wchodziło w sacrum. Nie jest również powieścią o sile, znaczeniu i potrzebie szeroko rozumianych duchowości oraz fanatyzmu – choć to stanowi jej trzon. To jest powieść o zemście. O zemści jednostki, która dla zaspokojenia własnych instynktów pozwoliła sobie na sięgnięcie po „rząd dusz”. I to zgrabne ukrywanie istoty rzeczy, to trzymanie odbiorcy w niepewności, jest największym atutem tej powieści.       

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie LOGO