27 listopada 2017

(…) mogłoby to być i nawet Twoje milczenie, byleby przy mnie (s. 147) –Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan, Tylko mnie pogłaszcz... Listy do Haliny Poświatowskiej


       A jednak potrzeba mi twoich słów i trzeba twojej pamięci. Pamiętaj o mnie, dobrze? Może będę się mniej bała, może będę usypiała spokojniej... Oraz: Są takie noce, przyjacielu, kiedy świat się kończy. Świat odchodzi i zostawia nas z rozszerzonymi źrenicami i bezradnie opuszczonymi rękoma
     Tak w wydanej po raz pierwszy w 1967 roku, nakładem krakowskiego WL, „Opowieści dla przyjaciela” zanotowała Poświatowska – filozof, poetka, tłumaczka, autorka kilku dramatów i całej masy listów, które z uporem do licznych znajomych pisała przez całe swoje krótkie życie. Tym tajemniczym, tytułowym „przyjacielem” jest Ireneusz Morawki – polonista, literat, którego Poświatowska poznała jeszcze w czasie swojego „częstochowskiego” okresu. Ich emocjonalna zażyłość, ostudzona przez pobyt Poświatowskiej w USA i późniejszy wyjazd do Krakowa, stała się przyczynkiem do tego autobiograficznego przekazu. Ale nie tylko ta pozycja świadczy o uniwersalizmie czy sile ich relacji. Poza nią są jeszcze listy. Cała masa listów – bo Poświatowska z nich „słynęła”. 
        I całkiem niedawno nakładem Prószyńskiego i S-ka ukazał się zbiór listów – „Tylko mnie pogłaszcz…(…)” - jakie przez lata wysyłał do poetki Morawski. Były one nie tylko odpowiedzią na jej wiadomości, ale są również „dowodem” na „epistolarne inicjatywy” autora „Spotkania z Marią”. W zbiorze tym są listy i długie i krótsze, poważne i o lżejszej tematyce, okraszone aluzjami politycznymi i literackimi (ta jest rozbrajająca: „Szkoda, że nie było Pani na tym zjeździe. Rewelacyjne wiadomości. muzyka skończyła się definitywnie jeszcze w dziewiętnastym wieku. Znalazł się także pewien optymista, który dość hałaśliwie obwieszczał nieśmiertelność jedynie poezji. Sam starał się być poetą. Idąc dalej, określił on nawet charakter przyszłej twórczości poetyckiej. Mieliśmy ubaw do pasa. Stwierdził on, że domeną w poezji jest pointa, a największe poematy za lat sto czy dwieście to będą tylko trzy pointy: na początku pointa, w środku pointa i na końcu też. Ciekawe? Potem ryczał szerokim gardłem: – Ja sobie nie życzę, żeby ktokolwiek zrozumiał moje wiersze, bo moje wiersze muszą być mózgowe. – Mój komentarz: Najgorzej, to jak się komu pomiesza mózg z siedzeniem”), są nawiązania do domowego zacisza, pracy zawodowej, akademickiej, a nawet sytuacji zdrowotnej – bo problemy z nim są jednym z kilku tematów, które połączyły tych literatów. 
      Z tekstów tych wyłania się Morawski-erudyta, sypiący aluzjami literackimi, bawiący się konwencją gatunkową listu, chętnie sięgający po powiedzenia i łacińskie aforyzmy, prowadzący grę słowną (oto jej przykład: „(…) jest taki Polski [sic!], Poświatowski Pazur. Trzy P. Przepraszam Panią. Teraz lepiej, bo pięć”), otwarcie mówiący o swojej pracy literackiej, jak i wypowiadający się na temat sukcesów oraz planów Poświatowskiej. Uważny czytelnik z łatwością wychwyci ton szacunku, dyskrecji, koleżeńskiego zaufania; zauważy przejście z formy oficjalnej na intymną i przyjacielską. 
     Z przedmowy można się dowiedzieć, że przez lata Poświatowska – widząc kunszt , artyzm we frazowaniu i w literackości ujmowania w słowa własnych myśli i emocji -  namawiała Morawskiego do opublikowania tych tekstów, jednak on uporczywie odmawiał, a wydaną przez poetkę „Opowieść…” potraktował ze sporą rezerwą, co dobitnie świadczy o znacznym ochłodzeniu ich relacji. Dlatego niniejsza pozycja mogła ukazać się dopiero po śmierci prozaika, z inicjatywy jego żony i Marioli Pryzwan – jednej z ważniejszych polskich biografek. 
      I ja, pasjonatka pióra Poświatowskiej, muszę śmiało przyznać, że dzięki „Tylko mnie pogłaszcz…(…)” mam pełniejszy, jaśniejszy obraz poetki; kilka plam powoli się zapełnia.           


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

23 listopada 2017

(…) słowa nie są materią logiczną, precyzyjną ani konsekwentną (s. 6) - 1000 słów, Jerzy Bralczyk

Okładka książki 1000 słów

   Profesor Bralczyk bez wątpienia jest jednym z największych polskich autorytetów w dziedzinie językoznawstwa. Zna reguły języka polskiego, wie, jak je stosować, uczy tego już kolejne pokolenie Polaków, nie jest mu też obcy rodowód poszczególnych słów czy zwrotów. Między innymi o tym mówi jego wydana niedawno przez Agorę oraz Prószyński i S-ka książka „1000 słów”.
      Autor zawarł w niej dokładnie 1001 pojęć (i jak sam zaznacza, każdy z czytelników może sobie usunąć to jedno niepasujące, według niego nieodpowiednie), które omawia, wyjaśnia ich użycie, przytacza pochodzenie i zmiany funkcjonalne. 
     I nie są to słowa dowolnie wybrane ani ułożone zgodnie z fantazją autora. Ten leksykon ma swój klucz konstrukcyjny i sam dyktuje klucz interpretacyjny – a są nimi kategorie, na jakie podzielono omawiane w nim wyrazy. 
     Są to „Słowa obiecujące” – które niosą sobą jakieś zapewnienie, magię, niesamowitość i zdecydowanie mają pozytywny wydźwięk, jak na przykład: hart, łaska, optymizm, serce, zaloty (i tego typu słów jest najwięcej). Później to „Słowa niepokojące”, jak: arogancja, chuligan, klęska. Kolejne - „Słowa, którym na nas nie zależy” – to pojęcia odnoszące się do zjawisk funkcjonujących niezależnie od człowieka, a nasza zasługa ogranicza się jedynie do nadania tym zjawiskom (np. deska, gen, wiosna, zapach, zioło) nazw. Następne to „Słowa stwarzające świat”. I tu z kolei mamy do czynienia z pojęciami przywołującymi (…) do istnienia coś w jakiś sposób przez nas wymyślonego i to wymyślonego wraz z nazwą (s. 271). Bo okazuje się, że człowiek ma również zdolność kreowania zjawisk czy stanów i dodatkowo jeszcze je nazywa. W tej grupie profesor umieścił określenia typu: bezmiar, inteligencja, karykatura, wola, żart. Najciekawsze wydają mi się „Słowa, które znaczą coraz więcej. Tutaj są „Terminy prawne i socjologiczne, słowa nazywające coraz ściślej otaczające nas nowe rzeczy i zjawiska brzmią czasem tajemniczo, czasem wręcz zagrażająco. (…) stare, poczciwe słowa zaczynają zyskiwać jakieś nowe odniesienia (…). Konkrety się uabstrakcyjniają, codzienności instytucjonalizują... (s. 369). To z tego powodu znalazły się tu słowa typu: debata, kasować, okno, powód, system. Warto również wspomnieć o „Słowach milowych” – typu: Herod, Arkadia, ikona – które określają stopień rozwoju kultury. Nie mogło również zabraknąć całej listy słów-zapożyczeń: czat, online, punk, spam
        I jak zaznacza sam Bralczyk, w tym bogatym zestawie nie chodzi o ich ładne brzmienia czy popularność wśród użytkowników, a o podstawowe znaczenie w życiu człowieka. Bo czy ktoś sobie wyobraża posługiwanie się językiem bez pojęć takich jak: rodzina, szaleństwo, zero, człowiek, sen? Czy bylibyśmy w stanie opisać świat bez terminów typu: instynkt, miejsce, śmiech, zdrada? Czy bylibyśmy w pełnie sprawni językowo, gdybyśmy nie operowali nazwami typu: kamień, księżyc, woda, zapach? A skoro już są takie ważne, nadrzędne, to mamy pewność, że posługujemy się mini prawidłowo? Że wraz z nimi tworzymy zgodne z normami stylistycznymi i językowymi konstrukcje zdaniowe? 
       I nad tymi wszystkimi kwestiami pochyla się autor „1000 słów”. I daleki jest od mentorskiego, dydaktycznego tonu. W tej pozycji spotykamy nie Bralczyka-profesora-wykładowcę, a Bralczyka-użytkownika języka, który ma świadomość, jak ważne jest sprawne posługiwanie się językiem – niekoniecznie dlatego, że erudycja świadczy o naszym wykształceniu czy poziomie intelektualnym, ale dlatego, że świadczy o naszym człowieczeństwie, jest tym, co nas wyróżnia z rzeszy innych stworzeń. I właśnie temu obniżeniu mentorskiego tonu służą liczne anegdoty, prześmiewczy ton, ironie, kpina – nie z użytkowników słów, a z samych pojęć, określeń – bo tak się rozsiadły, rozpanoszyły i rozzuchwaliły w polskim słowniku. I już one mogą być najlepszą reklamą tej książki – książki dla każdego. 
    Bo to książka, która oswaja z językoznawstwem, polską gramatyką, regułami języka, a przy okazji pokazuje, jak świetnie można się bawić słowem, jak bardzo język może stać się rozrywką – bo bywa zagadką do odszyfrowania.    

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

6 listopada 2017

Tarantula może przez dwa lata nic nie jeść.

Okładka


Od pewnego czasu pozycje książkowe o sile przyrody, cichym życiu, które się w niej toczy, a którego świadkami jesteśmy są bardzo popularne. A to drzewa, a to kwiaty, a to szeroko rozumiane rośliny… Tym razem przyszła pora na zwierzęta. WL podsyła na te chłodne i często mgliste wieczory jesienne książkę magiczną – bo o tajemnicach…. Zapraszam na spotkanie z „Sekretami zwierząt”, jej autorką i tymi, którzy pozycją już się zachwycili.

Tak Fleur Daugey opowiada o pracy nad „Sekretami zwierząt”, zaangażowaniu w projekty ochrony przyrody i konserwacji gatunków zagrożonych, zagrożeniach naturalnych, zadziwiającej faunie Paryża, miejskich legendach i rajskich zakątkach: Myślę, że przyroda jest niewyczerpanym źródłem naszego zachwytu. Bez przerwy nas czymś zaskakuje. Nowe odkrycia dokonywane przez naukowców w świecie roślin i zwierząt niezmiennie wprawiają mnie w zdumienie i podsycają przekonanie, że wszystkie żyjące stworzenia, a także rzeki, góry i pustynie, winniśmy otaczać najwyższym szacunkiem. Muszę przyznać, że bardzo rozbawiła mnie anegdota o jaszczurce z Australii, która ma niebieski język i pokazuje go drapieżnikom, żeby je odstraszyć! (śmiech) Przyrodzie nie zbywa na dobrym humorze!

Sięgając po książkę, można tam znaleźć takie oto opisy:
Na ławie oskarżonych
Od czasów średniowiecza do XVIII wieku kara publicznej egzekucji na stosie lub szubienicy groziła nie tylko ludziom. Zwierzęta również bywały oskarżane o przestępstwa i za swoje uczynki trafiały przed oblicze sądu. Takie procesy zdarzały się rzadko, mogły jednak stać się udziałem owadów, gadów, ptaków i ssaków, a nawet zwierząt morskich. Głównym powodem oskarżeń było zabójstwo, w następnej kolejności kradzież oraz wejście w szkodę.
W 1120 roku po raz pierwszy zostały obłożone ekskomuniką polne myszy i gąsienice, którym zarzucano zniszczenie upraw. W 1266 roku wieprz oskarżony o pożarcie dziecka stał się pierwszym zwierzęciem, które skorzystało z dobrodziejstw prawdziwego procesu. Osioł powalony strzałem z arkebuza, powieszony wół, żywcem spalona klacz – wyroki były bezlitosne. Zoofilia karana była śmiercią na stosie, co dotyczyło zarówno sprawcy, jak i zwierzęcia, które padło jego ofiarą.
Owady i gryzonie, które nie mogły być pozwane indywidualnie, sądzone były całymi gatunkami. W 1554 roku pijawki podejrzewane o zdziesiątkowanie ryb w rzece zostały ekskomunikowane przez biskupa Lozanny. W 1585 roku wikariusz generalny Walencji postawił przed sądem gąsienice. Miały prawo do adwokata, ale to nie uchroniło ich przed skazaniem na opuszczenie diecezji.

Krowy melomanki
Psycholodzy z brytyjskiego uniwersytetu w Leicester sprawdzili, jaki wpływ ma muzyka na mleczność krów rasy holsztyńskiej. Odkryli, że gdy muzyka jest powolna i spokojna – w rodzaju Symfonii Pastoralnej Beethovena albo piosenki Everybody Hurts grupy R.E.M. – zwiększa się ilość wytwarzanego przez krowy mleka. Muzyka o szybszych rytmach nie przynosiła żadnego efektu pod tym względem.

Umrzeć ze śmiechu
Legenda głosi, że około 207 roku p.n.e. stoicki filozof Chryzyp zobaczył podczas biesiady osła jedzącego figi ze stołu. Zaczął się tak strasznie śmiać, że się zakrztusił i umarł.

Pisanki na żądanie
Kury ras ameraucana i araucana znoszą jajka zielone i niebieskie.

Jasnowidzące zwierzęta
Zwierzętom często przypisuje się zdolność przepowiadania katastrof. Nie ma w tym zapewne nic nadzwyczajnego. Ich zmysły zdolne są odbierać informacje, na które my pozostajemy głusi i ślepi. Reagują na znaki zapowiadające kataklizmy, ponieważ potrafią wyczuwać zmiany w swoim środowisku. Słonie odbierają fale sejsmiczne poprzez specjalne receptory w stopach. Pierwsze oznaki trzęsienia ziemi nie są więc dla nich zaskoczeniem. Ryby rozpoznają zmiany prądów morskich i dość łatwo mogą uciec przed nadchodzącym tsunami. Ptaki natomiast wyczuwają ziemskie pole magnetyczne i wykorzystują je do orientacji w terenie. Zbliżające się wstrząsy sejsmiczne wywołują prawdopodobnie jakieś zaburzenia fizyczne, których nie jesteśmy w stanie percypować, a które mogłyby stanowić sygnał alarmowy. Naukowcy wciąż powtarzają, że trzęsienia ziemi nie da się przewidzieć. A może wystarczy badać zachowanie zwierząt?
Najedzona
Tarantula może przez dwa lata nic nie jeść.
Opiekuńcze zwierzęta
Profesor Erika Friedmann ze swoim zespołem z uniwersytetu w Pensylwanii badała wpływ zwierząt domowych na zdrowie ludzi. Okazało się, że chorzy hospitalizowani z powodu chorób serca, którzy posiadają jakieś domowe zwierzę, żyją dłużej niż ci, którzy czworonożnych przyjaciół nie mają. Towarzystwo takiego kompana daje nawet lepsze rezultaty niż obecność współmałżonka czy pomoc rodziny.

Potwór pod ochroną
Potwór z Loch Ness na mocy ustawy o ochronie zwierząt z 1912 roku jest w Szkocji uznawany za gatunek chroniony.

Danie ubogich
W XVIII wieku w Nowej Anglii było tyle homarów, że karmiono nimi świnie. W amerykańskim stanie Massachusetts służący w bogatych domach musieli jeść homary praktycznie codziennie. Nie mogli już na nie patrzeć. Obrzydły im tak bardzo, że wytoczyli proces swoim panom. Sąd orzekł, że nie wolno podawać homarów służbie domowej częściej niż trzy razy w tygodniu.

Nawet autorytety w dziedzinie przyrodoznawstwa dostrzegają urok tej książki: To niesamowite i zadziwiające bestiarium, to florilegium autorstwa Fleur, ucieszy z pewnością każdego miłośnika przyrody. Są tu i deszcze żab lecące prosto z nieba, i grzyby atakujące mrówki, i niezwykłe dzieje owczarka Rintintina, i karłowate słonie śródziemnomorskie, a do tego opowieści o zdumiewającej pamięci ryb, o boginiach-wężach, o stworzeniach odpornych na zamarzanie, o inteligencji ośmiornicy – pałac odkryć, przez który prowadzi nas Fleur Daugey, wydaje się nie mieć końca. Oby ta książka przyczyniła się do tego, że na nowo rozpalimy w sobie zainteresowanie dla dzikiej przyrody i dla żywych, wolnych zwierząt.
Marc Giraud, przyrodnik, pisarz i autor audycji radiowych.


ZA MATERIAŁY PRASOWE DZIĘKUJĘ 
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie

4 listopada 2017

Wszyscy jesteśmy ofiarami wojny, w której nie braliśmy udziału – M. Bunda, Nieczułość

Okładka

      Oto saga o wielkiej historii i kobietach, które jako jedyne potrafią stawić jej opór. Powieść o mocy kobiet i ich solidarności.
     O czym? O kobietach. Rozela samotnie wychowuje trzy córki: Gertę, Trudę i Ildę. Mieszkają w domu położonym na samym szczycie Dziewczej Góry, małej wsi na Kaszubach, krainie, o którą co chwila upomina się historia. Kobiety dzielnie stawiają czoło kolejnym kataklizmom: najpierw wojnie, która każe płacić wysoką cenę za przetrwanie, a potem nowej, komunistycznej władzy. By przeżyć, nie okazują uczuć. Nieczułość ma być ich tarczą przed złem i przeciwnościami losu. Mimo to kochają, rodzą i wychowują dzieci. Wszystkie są ze sobą bardzo mocno związane i nieważne, jak daleko zapuszczają się w świat, zawsze wracają do Dziewczej Góry. Po wsparcie i bliskość. 
      Jaki problem? Martyna Bunda stworzyła wielowymiarową sagę, dziejącą się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, która zadziwia nastrojem, kompozycją i wyrazistością bohaterów. Dotyka niezabliźnionych ran, ale nie robi tego dla efektu. Nieczułość to wspaniały hołd złożony matkom, babkom, ciotkom i przyjaciółkom, jednym słowem: kobiecej solidarności, która jako jedyna siła jest w stanie pokonać tryby historii. 
        Według Autorki: „Wszyscy jesteśmy ofiarami wojny, w której nie braliśmy udziału. Dźwigamy bagaż poprzednich pokoleń. Traumatyczne doświadczenia są jak lód: trzeba w jakimś sensie zamarznąć, żeby przeżyć. A jednak wygojenie takich ran jest niemożliwe bez czucia. Napisałam książkę o kobiecej empatii, która leczy, z nadzieją, że opowiadanie polskich historii w ten sposób trochę pomoże nam wszystkim”.
     Martyna Bunda – od 18 roku życia reporterka prasowa, co z perspektywy czasu okazało się dla niej najważniejszą szkołą. Oznaczało setki odwiedzonych domów (Polacy lubią, gdy zdejmuje się buty), godziny rozmów prowadzonych z ludźmi – nierzadko w krańcowych, szczególnych sytuacjach.
Od 2012r. kierowniczka działu krajowego w tygodniku „Polityka”. Praca redaktorska przyniosła kres autorskiemu pisaniu i otworzyła przestrzeń do zajęcia się książką. Niezrealizowana gitarzystka po szkole muzycznej. Matka dwóch córek. Urodzona w dzień kobiet, w światowym roku kobiet (według ONZ), za osiem ósma – co stanowczo musi coś oznaczać. Wychowana na Kaszubach. Powieść Nieczułość to jej debiut literacki. 
          O książce tej dobrze mówi nie tylko Wydawca, ale również giganci pióra – jak choćby Krzysztof Varga. 
      Swój tekst zaczyna on od dość podstawowego pytania:  Gdzie autorka była wcześniej, czemu dopiero teraz daje nam tę opowieść, z jakiej przyczyny tak długo się przed nami skrywała?” A dalej jest już obszerniej: „(...) nie mam wątpliwości, że właśnie warsztat reporterski dał jej umiejętność okiełznania języka i pisania w sposób barwny, sugestywny, lecz wyzbyty zupełnie efekciarstwa, raczej opisowy niźli metaforyczny. Zaś doświadczenie redaktorskie dało jej dystans do własnego tekstu i świadomość, że język literacki czasami trzeba trzymać na smyczy, zaś świetna opowieść nie potrzebuje wcale kwiecistości, by być wiarygodną i przejmującą. „Nieczułość” – swoją drogą kapitalny tytuł – jest powieścią skonstruowaną, owszem, ze znanych elementów, przywodzącą na myśl święcącą triumfy w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku prozę mitograficzną, ale jednocześnie daje nam, osobliwie na tle współczesnej literatury, kojący powiew. Otóż najważniejszą dla mnie zaletą tej książki – jakkolwiek to brzmi – jest absolutny brak w niej najmniejszego szantażu emocjonalnego. Literatura zahaczająca bowiem o wojenną traumę, powojenną biedę, komunistyczną opresję, literatura zajmująca się niedolą samotnych kobiet, bądź kobiet doświadczonych traumatycznymi przeżyciami osobistymi może nieświadomie nawet, a często niestety z premedytacją, popaść w rodzaj epatowania cierpieniem. Nie ukrywajmy – żyjemy w czasach, kiedy nieszczęście ludzkie bywa atrakcyjną przynętą na czytelnika – tutaj nie ma ani grama takiego myślenia i ani jedno zdanie nie powstało po to, aby nami cynicznie wstrząsnąć, z zamysłem nas przejąć, sprytnie wycisnąć łzę wzruszenia. Ta historia kaszubskich kobiet z powieściowej Dziewczej Góry, gdzieś koło Kartuz, skąd przecież pochodzi autorka, jest szczera i paradoksalnie radosna. Kartuzi to zakon o niebywale surowej regule, zdaje mi się, że Martyna Bunda z iście kartuską dyscypliną podeszła do pisania tej książki, nie pozwalając sobie na poddanie się pokusie łatwości, uwodzenia czytelnika (choć przecież mamy do czynienia z prozą wielkiej urody), prowadzenia gry znaczonymi kartami, w tej historii kaszubskich kobiet nie ma też żadnego błysku melodramatyzmu, żadnego kiczu, który zdarza się w takich mitograficznych opowieściach aż nazbyt często. Jest Bunda już pisarką w pełni świadomą swych możliwości, panującą nad materią słowa z mistrzowską precyzją i z pełną świadomością wszelkich pułapek czyhających na każdego, kto porywa się na pisanie rodzinnej sagi. A dzięki sprawności pisarki, jej usunięcia się na bok, tak by autor nie był widoczny, nie przypominał nam nieustannie o swoim istnieniu, „Nieczułość” się nawet nie tyle dobrze czyta, ile płynie się przez nią, jak przez spokojne morze – bezkresne, ale nie sztormowe. Jedna rzecz mnie w „Nieczułości” ujęła i wzruszyła tak, jak żadna książka ostatnio. Ma Bunda niebywały dar pisania o zwierzętach: sceny ze zwierzętami, często przecież brutalne, jak świniobicie, ukazane są tu z jednej strony z niesamowitym humorem, delikatnością, ale z drugiej strony też bez sentymentów: śmierć świni jest przejmująca, opis trzymania umierającego zwierzęcia za ryjek rozdziera serce, ale też w dziwny sposób uspokaja i umiemy nawet uwierzyć w to, że biednemu stworzeniu lżej się umierało. Historia bujającej się w koszu kury – iście bajkowa. Dzieje stadka pawi – zabawne i szalone, rozpacz samicy z powodu śmierci jej partnera: tak ludzka jak nawet nieczęsto zdarza się samym ludziom. Każde zwierzę byłoby szczęśliwe, gdyby Bunda o nim napisała. W każdym razie gdybym ja był zwierzęciem, czy to domowym, czy hodowlanym, marzyłbym o tym, aby Martyna Bunda opisała mój los, nawet jeśli miałby on być tragiczny". 

       Nie wiem jak Wy, ale ja czuję się bardzo zachęcona!

ZA MATERIAŁY PRASOWE DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie

2 listopada 2017

Potrzebujemy tylko, żeby kilku z nich umarło (s. 321) – S. Bolton, Już jesteś martwa

KSIĄŻKA Z MOIM PATRONATEM MEDIALNYM 

Już jesteś martwa     Znajdujący się w północno-wschodniej Anglii Park Narodowy Northumberland zajmuje prawie ¼ powierzchni hrabstwa Northumberland, jego atrakcją są między innymi rozległe wrzosowiska i rzymski wał obronny - Mur Hadriana, a symbolem został Kulik wielki – duży brodzący ptak z dość długim i specyficznym dziobem.
    W takiej scenerii Sharon Bolton – znana choćby z powieści „Małe mroczne kłamstwa”, „Stokrotka w kajdanach” czy „Mroczne przypływy Tamizy” – umieściła początek swej najnowszej książki: „Już jesteś martwa”. Oto piękne krajobrazy: zieleń, lasy, łąki, torfowiska, lawendowe wrzosy, niebieskość wody, a nad tym oni – pasażerowie wycieczkowego balonu wznoszącego się ponad cudami przyrody i podziwiający sprawczą siłę Matki Natury. Balon powoli sunie, kilkanaście osób się relaksuje, wymienia opinie, robi zdjęcia, dwie siostry zacieśniają więzi, rodzina księgowego celebruje wspólny czas, a małżeństwo w średni wieku i emerytowany dziennikarz odprężają się wiecznym czasem wolnym… 
       A w dole, tuż pod nimi rozgrywa się dramat młodej kobiety – biegnie, gna, a tuż za nią podąża silny, gibki mężczyzna i mierzy do niej z broni palnej. Kobieta upada, mężczyzna celuje, strzela. W balonie zaczyna panować chaos, całkowite zamieszanie, jedni wycieczkowicze próbują robić tragedii zdjęcia, inni chcą złapać zasięg telefoniczny, by o zajściu powiadomić władzę. Bezskutecznie. Nikt nie jest w stanie utrzymać emocji na wodzy. Sytuacja znacznie pogarsza się, kiedy mężczyzna zauważa wycieczkowiczów, celuje w stronę balonu i pilotowi odstrzeliwuje głowę. Kilka chwil później rozpętuje się koszmar – sceny niczym z Dantego: krzyki, próba przejęcia przez wycieczkowiczów kontroli nad balonem, pościg ze strony mordercy, kolejne salwa strzał, zderzenie pojazdu z drutami wysokiego napięcia i wybuch… Właściwie wszyscy giną – dwanaście osób. Cudem udało się przeżyć jednej – kobiecie. I w tym momencie rozpoczyna się gra – między myśliwym i jego ofiarą. 
     Zapraszam na pościg, który sporo wspólnego ma z wydarzeniami zaistniałymi nawet ponad dwadzieścia lat wcześniej. Dlaczego? Odpowiedzi dostarczy prawie 400ta stronicowa powieść Bolton – „Już jesteś martwa”. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER