27 maja 2016

Słowa zabrzmiały, jakby były w innym języku (s. 138)



Owieczki dobre, owieczki złe
        Nie powiem, decydując się na recenzję książki „Owieczki dobre. Owieczki złe” wydawnictwa AMBER, miałam mieszane uczucia. Okładka nie zachęcała do lektury, tytuł sugerował pełne biblijnych aluzji powiastki/bajki filozoficzne (z tym, że rozbudowane), których bohaterami są zwierzęta stereotypowo odzwierciedlające podstawowe ludzkie cechy i przywary, piętnujące błędne postawy, wyśmiewające wady, zawierające ukryte puentę i przesłanie. Nic bardziej mylnego. 
       Książka „Owieczki dobre…” okazała się nie być umoralniającą powiastką o tym, jak dobrze żyć z sobą i ludźmi, jak z porażki uczynić sukces i jak w upadku znaleźć siłę na przyszłość. To naprawdę – zgodnie z opisem na okładce – kryminał filozoficzny! Jak to możliwe? 
       Akcja powieści rozgrywa się w dwóch perspektywach czasowych (ta właściwa - pewnego lata 1976 roku, a ta dodatkowa, retrospektywna - zimą, w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, 1967 roku) na jednej z ulic pewnego brytyjskiego osiedla. Jak to bywa w takich małych społecznościach, wszyscy od lat się znają, rzadko opuszczają miejsce zamieszkania, przybysze niechętnie są witani, wszyscy często się spotykają, czasem obserwują się wzajemnie, wiedzą o sobie sporo, próbują przeniknąć tajemnicę innych, a kiedy trzeba – nawet wspólnie knują. I w tej dość nudnej, wiodącej senne, przewidywalne, schematyczne i pozbawione atrakcji życie społeczności u progu lata 1976 wydarza się rzecz niezwykła – ginie jedna z mieszkanek. Nie umiera, tylko brak po niej śladu: wyparowuje, znika, zapada się pod ziemię… I jest to to wydarzenie, które budzi tych ludzi z uśpienia, naprawdę ich wszystkich – w tym pastora – porusza. Bo dlaczego, i jakim sposobem, lubiana, ciesząca się sympatią i szacunkiem, pomocna pani może bez śladu przepaść? Wszyscy sobie zadają to pytania, ale nie wszyscy ochoczo współpracują z policją – bo przecież oni są z zewnątrz… Wydaje się, że tylko dwie dziewięciolatki, Grace i Tilly, nie tracą zimnej krwi – aktywnie, z zaangażowaniem i zupełnie na własną rękę rozpoczynają poszukiwanie. Nie powiem, wykazują się przy tym pomysłowością i oryginalnością. Są naprawdę specyficznymi detektywami ze specyficznym planem działania. Punktem wyjścia uczyniły tezę, że jest jedna „osoba”, która zawsze wie wszystko i przed którą nic się nie ukryje i ona na pewno wie, gdzie przebywa zaginiona sąsiadka. Tą „osobą” jest Bóg. Więc wystarczy Mu zadać odpowiednie pytanie i pani… zostanie odnaleziona a później wróci do domu. Ale chcąc zadać to najważniejsze pytanie należy Go… znaleźć. Więc dziewczynki wyruszają ulicą swojej dzielnicy, wędrują od lokatora do lokatora, od mieszkania do mieszkania, zadają niby banalne i nic nie znaczące pytania, ale odkrywają przy tym ślady ciemnych sprawek dorosłych, które dość jasno mówią, że ci dorośli nie są tak mili, jakby się wydawało a starsza pani może i miała powód by odejść… A sięga on roku 1967 i składa się na niego kilka incydentów, które w sumie mogą kojarzyć się z niezłą aferą. Jak widać, w takim miejscu trzeba się młodym detektywom napracować, by Boga znaleźć…
      Książka napisana jest językiem lekkim, narracja płynnie prowadzi czytelnika po fabule i choć czasem trzeba się zatrzymać nad słowami typu:
Odkryłam, że czasem, kiedy zachowuje się ciszę, ludzie nie mogą się powstrzymać przed jej zapełnieniem (s. 129)

lub:

Pewne sprawy są tak złe, tak nikczemne, że nie ma różnicy, czy się ich chciało, czy nie. Gdyby tak było, to każdemu wszystko uchodziłoby na sucho, wystarczyłoby, gdyby powiedział, że nie o to mu chodzi (s. 160)

od nich ważniejsze jest to, co pomiędzy tymi słowami; to, co niewypowiedziane; nad czym trzeba się chwilę zastanowić. 

      Również podział na części i rozdziały jest przemyślany: zawiera klucz, którym są numery mieszkań poszczególnych, odwiedzanych przez dziewczynki, bohaterów – bo to w tych mieszkaniach kłębią się tajemnice dające odpowiedź na pytanie, co się dziś stało z sąsiadką i dlaczego złą sławą owiany jest lokator numeru 11.

     Nie mogę twierdzić, że „Owieczki…” to typowa powieść detektywistyczna, bo byłoby to spore niedopowiedzenie. Nie mogę też powiedzieć, że to powiastka filozoficzna, bo byłoby to przekłamanie. Więc jeśli chcecie wiedzieć, jaki w praktyce kształt przybiera kryminał filozoficzny – sięgnijcie po tę książkę. I jeśli naprawdę lubicie łamigłówki lub/i życiowo mądre (nie zawsze miłe i grzeczne) historie, nie powinniście być zwiedzeni.    

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ 
Wydawnictwo AMBER

25 maja 2016

Polecajka



Karolina z bloga Zwiedzam Wszechświat 



zaproponowała mi wzięcie udziału w tzw. polecajce, podczas której wraz z zaprzyjaźnionymi blogeram będzie przedstawiać książki odpowiednie - naszym zdaniem - na prezent dla Mam z okazji Dania Matki. 
     W pierwszej chwili miałam chwilę zawahania... Bo jak tu wybrać JEDNĄ książkę, która zaspokoi wszystkie upodobania literackie (lub większość z nich), która dostarczy mojej mamie wątków, treści i form językowych najbardziej przez nią lubianych oraz cenionych? Co jakiś czas pożyczam Jej książki swoje, znajomych lub po prostu kupuję Jej tytuł, o którym wiem, że może być „pożądany”. Takim sposobem widziałam (i słyszałam) reakcje, kiedy czytała „Zawód: fotograf” Niedenthala, „Wspomnienia z niepamięci” Holoubka, „Gudtaw i ja” Zawadzkiej, „Lokatorkę Wildfell Hall”, „Dziwne losy Jane Eyre”, „Sońkę”, „Judasza”, „Małgorzata idzie na wojnę”, „Rewers”, „Miniaturzystkę”, „Oczyszczenie”, „Czerwone i czarne”, „Ojca Goriota”, „Archipelag GUŁag” i wiele, wiele, wiele innych, a przede wszystkim „Legion” Cherezińśkiej – książkę tę gotowa jest okrzyknąć arcydziełem nad arcydziełami ostatniej dekady… 
        Więc co mogę podarować mamie, która czyta ambitniej ode mnie i wciąż daje się literaturze zaskoczyć i porwać, oszołomić i oczarować?
             Tym razem na pewno nie fikcję. Ale gdybym miała podarować coś z fikcji literackiej to byłaby to „Anna Karenina” lub/i „Wojna i pokój”. Bo moja mama rozmiłowana jest w tzw. rosyjskiej duszy, bo fascynuje ją wszystko, co związane z Rosją i skoro Dostojewski od dawna gości na jej półkach, pora - by obok niego - zasiadł Tołstoj.
 Tylko że, przekornie, w tym roku mam dla niej dwa tomy z serii Kanon Literatury Podziemnej:) Nic z polecanych propozycji ;-)
Co wybrałam do zaprezentowania, skoro nic z już zakupionych i tu wymienionych? Zobaczcie jutro u Karoliny!
Ja sama jestem ciekawa, co wynajdą i polecą inni. 
Więc spotykamy się jutro na ścieżce pozwalającej zwiedzić literackie wszechświaty!  


23 maja 2016

Wynik

To był bardzo długi - pełen kilku zwrotów akcji i nawet fajnych niespodzianek - dzień.
Ale skoro był szybki konkurs - i wynik być musi. 
Pomimo zmęczenia i zasypiania na klawiaturze, podaję rozstrzygnięcie.
O mini-pakiecik książek walczyło siedem osób. Ich nazwiska/pseudonimy umieściłam w nietypowej maszynie mieszającej.








... potrzęsłam nią i wyjęłam jedną kartkę. Los wytypował D Ch.



Proszę Cię o namiar na siebie - jutro, jeszcze przed południem, chcę wysłać Ci książki, byś w kolejny majowy długi weekend mogła się nimi cieszyć:)

Wam wszystkim dziękuję za udział w konkursie. Mam nadzieję, że Ci z Was, którzy przy jego okazji polubili bloga, profil na fb i g+ pozostaną ze mną na dłużej. I proszę, nie miejcie mi za złe, że sporo wody upłynie zanim ja Was znajdę/podglądnę - to naprawdę jest ciężki i intensywny dla mnie czas.

Serdecznie pozdrawiam!

Gosia

20 maja 2016

Przed-weekendowa ROZDAWAJKA :):)

Kolejny długi, pachnący lenistwem i odpoczynkiem, majowy weekend przed nami:) Z tego powodu mam dla Was szybką rozdawajkę. Możecie otrzymać pakiet dwóch książek. Jedna, ta ufundowana przez Wydawnictwo Literackie, to ironiczna, prześmiewcza, z przymrużeniem oka traktująca „naprawdę poważne sprawy” powieść osadzona w duchu francuskich opowiastek filozoficznych (pisałam o niej tu), a druga, od Wydawnictwa Prószyński i S-ka, to powieść obyczajowa, niby lekka i raczej kobieca, ale pełna nie-banalnych pytań, które mogą przynieść raczej nie wesołe odpowiedzi (więcej tu).    

By powalczyć o książki, należy wypełnić kilka warunków. Oto szczegóły:

1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Zielono Mi… Nagrodę funduje Wydawnictwo Literackie oraz Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

2. Konkurs trwa od 20. 05. 2016 do 23. 05. 2016, do 18.00. Wynik zostanie ogłoszony 23.05.16, około 21.00. Do 23.00 będę czekać na adres korespondencyjny od zwycięzcy. Paczuszkę wyślę 24.05, koło południa, by jeszcze przed czwartkiem ucieszyła zwycięzcę :)  

3. By powalczyć o książkę, należy: zostawić w komentarzu pod tym wpisem odpowiedź na zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy. Będzie mi miło, jeśli zostaniecie obserwatorami bloga/profilu fb/g+ i/lub udostępnicie  informacje o zabawie. Tutaj umieszczam "wizualizację":



4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagrody).

5. Zadanie konkursowe:

Pochwalcie się Waszym najbardziej nietypowym/nieoczywistym spotkaniem literackim (gatunek, tematyka, rok wydania, format, problematyka… – co uważacie). 
I koniecznie powiedzcie, co Was skłoniło do dokonania tego nieoczywistego dla Was wyboru:)

6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

ŻYCZĘ MIŁEJ ZABAWY:)

6 maja 2016

(…) wierzył, że łzy są dla żywych tym samym, czym kwiaty dla zmarłych: dowodem na daremność uczuć. (s. 131)



        Jest typ autorów, którzy - choć wydają kolejne tytuły - to jakby pisali wciąż tę samą książkę – cały czas sięgają po już powołane przez siebie motywy, tematy, problemy… Jakby wciąż dokonywali rozliczeń i szukali odpowiedzi – bo te wcześniejsze okazały się niewystarczające. Tak odbieram Krall - za jej wojenne świadectwa, Sienkiewicza – za niedosyt Polski wojującej, Stasiuka – za opowieści w drodze i o drodze, Wassmo – za świat kobiet mimo świata mężczyzn, Tokarczuk – za przestrzenie realne-nie-realne, Myśliwskiego – za nieme historie skryte za tymi opowiadanymi… A Flanagana za powoływanie człowieka wyobcowanego, samotnego w tłumie, wyrwanego z korzeniami i rzuconego poza swoje miejsce oraz za pulsujące rany zadane wojną, o której wielu wolałoby nie wiedzieć/nie pamiętać.
       
           W „Ścieżkach…” mieliśmy do czynienia z młodym, wykształconym człowiekiem, którego Historia wyrwała z cywilizacji prawie-europejskiej, by w japońskiej niewoli budował tzw. Kolej Śmierci.
         A w „Klaśnięciu…” Flanagan opowiada historię rodziny Buloh, którą wojenna zawierucha rzuciła ze Słowenii na surową ziemię Tasmanii. Wykorzenieni, oderwani od własnego języka, tradycji, bliskich, pozbawieni historii, lekceważący tożsamość próbuję stworzyć się na nowo – siebie jako rodzinę i siebie jako poszczególnego jej członka. I już na wstępie ponoszą klęskę. Matka porzuca dziecko, ojciec oddaje je pod opiekę obcych, sam zatraca się w ponadludzkiej pracy i alkoholu, a to dziecko – niewiele rozumiejąc – tworzy w swojej głowie świat z obrazów minionych, obecnych, przyszłych, doświadczonych i wykreowanych. Opowieść o rodzinie Buloch poznajemy strzępkowo, fragmentarycznie, przy pomocy retrospekcji, oscylują one wokół osoby Sonji, która - stojąc u progu przełomowego momentu swego życia - nie jest  w stanie wejść w nowy etap bez zrozumienia przeszłości, tego, co ją ukształtowało, uwrażliwiło i uczyniło twardą jednocześnie.
         Takim sposobem  „Klaśnięcie…” nie jest kolejną powieścią o wojennych emigrantach zaludniających nieludzką ziemię i kształtujących ją nieludzką pracą; choć wiele w niej aluzji historycznych i politycznych, nie jest powieścią społeczną, pokazującą człowieczy trud na obczyźnie  – to opowieść o wstawaniu, ponownych narodzinach, budowaniu siebie, szukaniu siebie, pomysłu na siebie i swojego miejsca; to jedna z tych powieści, które - choć rozgrywają się gdzieś daleko, poniekąd w egzotycznej scenerii - od pierwszej strony wciągają, uwierają, nie głaszczą miłymi obrazami, lecz kłują surowością i brutalnością. Wraz z Sonją czytelnik podąża przez dzikie przestrzenie nieprzychylnej ziemi oraz przez nawet mroczne pokłady ludzkich emocji.
       I takich książek więcej sobie życzę! Bo cenię sobie literaturę trudną, wymagającą, uwierającą, nieoczywistą i niebanalną. A Flanagan staje się jednym z moich ulubionych pisarzy. Was też zachęcam, by sięgnąć:)

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA