30 grudnia 2016

Ten dom niemal wrósł w nią (s.289) – Anne Jacobs, W cieniu tajemnic

             Są narracje, struktury zdaniowe, rytmy opowieści, które już od pierwszej frazy czytelnika wciągają, mamią i nie wypuszczają z sideł fabuły. Takie zjawisko spotkało mnie, gdy sięgnęłam po „W cieniu tajemnic”. Wydawca zapewniał, że jest to powieść z klimatem i światem znanym z „Downton Abbey”, ale mnie jest ciężko zaprzeczyć lub potwierdzić, gdyż nie widziałam ani jednego odcinka (a wiem, że wytwórnia wypuściła w świat 6 (!!) sezonów). 
         Niemniej stwierdzam, ze dla mnie „W cieniu…” jest lekturą świetną. Opowiada o życiu, jakie w Augsburgu roku 1913/1914 wiodą mieszkańcy wielkiej posiadłości fabrykanta – jego rodzina i służba. To – z jednej strony – świat dostatku, przepychu, wielkich pieniędzy, pozycji społecznej, interesów, operatywności, odpowiedzialności za decyzje finansowe, rozwagi, taktu i manier, a z drugiej strony – świat fałszu, pozorów, obłudy, intryg, plotek i grzeszków większych czy mniejszych, wrogości, podstępu, rywalizacji, w którym kobiety powinny być ładnymi dodatkami do panów, a panowie to nikt inny jak jegomoście z maksymalnie napompowanym ego. To świat balów i wystawnych kolacji, które służą nie zabawie a są dopełnieniem kolejnej transakcji (firmowej lub matrymonialnej – co za różnica skoro każda z nich ma przynieść wymierne skutki?), dobroczynnych herbatek, które mają utwierdzić organizatorki w przekonaniu o ich hojności, świat rywalizacji, w którym trofeum mają być szeroko komentowane zaręczyny, to też świat ciężko pracującej służby, która – mimo często przedmiotowemu traktowaniu – czuje się związana z pracodawcą, jest lojalna, uczciwa, dyskretna, taktowna, rywalizująca między sobą o przychylność pastwa jak również pełna tarć i wewnętrznych napięć. A dodatkiem do tego jest przebogate tło pełne równych odniesień do epoki: damskie toalety, wieczory w operze, ciemne ulice podejrzanych dzielnic, nowi - szokujący - kreatorzy mody i coraz głośniej mówiąca nowoczesna sztuka.  
        Rodzinę Melzerów poznajemy dzięki Marie, która pewnego późnojesiennego dnia rozpoczyna pracę pomocy kuchennej w domu fabrykanta. Jest to jej kolejne miejsce zatrudnienia, gdyż bezpośrednie usposobienie, przenikliwy umysł i odwaga w mówieniu tego, co myśli nie ułatwiały jej w zachowaniu posady na stałe. Jednak nie jest ona główną postacią. Czytelnik, podążając za narratorem, który wiedzie go po pokojach panienek (Katarzyna i Elżbieta – jedna szczera, otwarta i ciut naiwna marzycielka a druga pusta pannica szukająca wolnego kawalera), bawialni pani, po fabryczne biuro pana, od pokojówki do kucharki a nawet do ogrodnika odsłania – z jednej strony – misterną nić zależności, a z drugiej – pozwala każdej z postaci mówić swoim głosem. I okazuje się, że dom zamieszkują nietuzinkowe charaktery, barwne (co nie znaczy, ze nie irytujące) osobowości, jednostki wepchnięte w dawno temu utarte role społeczne. 
         Mieszkańcy tego świata nie wiedzą jeszcze, że za chwilę - dzięki pewnemu wydarzeniu w Sarajewie – ten świat runie, zniknie i przyjdzie im się przyzwyczaić do zupełnie innego układu społecznego. Czy wszyscy sobie z tym poradzą? Czy każdy zrozumie, że stare nie powróci? Czy każdy będzie miał w sobie tyle kreatywności, by pojąć, że świat dzielony na „my-państwo” i „oni-służba” już nie taki będzie miał podział? Wpierw jednak należy odkryć i zrozumieć, jaką rolę w tym świecie mają odegrać: niechciana ciąża, pewne nieślubne dziecko, zawiedziona miłość, zazdrość, cichy układ z budzącym grozę sierocińcem – i jakim cudem to wszystko tworzy misterną nić zależności, układów, powiązań. 
         Choć „W cieniu tajemnic” jest książką o ckliwym tytule i banalnej okładce można w niej znaleźć niesamowity, dawno pogrzebany świat, który wciąż może zadziwiać, zaskakiwać, a nawet uwodzić swoją niesamowitością.          

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka

29 grudnia 2016

(…) nagle z ofiary zmienił się w myśliwego (s. 65) - Nocnym śpiewie ptaka, Kjell Eriksson


Nocny śpiew ptaka
        Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas (zaplanowane mam na 1.01), ale już dziś o największym literackim rozczarowaniu kończącego się roku. Tytuł ten przypadł książce czytanej już w grudniu, a która znalazła się w moich rękach przed przypadek – zabrałam koleżance, która podążała z nią do bibliotecznego zwrotu. Mówię tu o „Nocnym śpiewie ptaka” Kjell Erikssona. 
    Bez dwóch zdań to kryminał – pewnej weekendowej nocy zostaje zdemolowane centrum Uppsali, a choć straty są ogromne, nikt nie widział sprawców. Jakby tego  było mało, wśród wybitych witryn, potłuczonych szyb, zniszczonej księgarni znaleziono również zwłoki młodego, zadbanego chłopaka o trudnej do ustalenia tożsamości. Całkiem niedługo po tym wydarzeniu wybuchają w mieście zamieszki oraz podpalenia na tle nacjonalistycznym i skierowane przeciwko emigrantom, policja dowiaduje się o znalezieniu kolejnych zwłok a w pogorzelisku trzy zwęglona ciała.
       Choć szkielet powieści zawiera niby wszystko, co dobry kryminał zawierać powinien – skondensowaną akcję, wiarygodny wątek główny, misterną sieć motywów pobocznych, profesjonalną grupę dochodzeniową, która, mimo wewnętrznych napięć, uparcie dąży do rozwikłania zagadki – brakuje mu napięcia, wewnętrznej dyscypliny, magnetyzmu, przyciągania czy psychologii postaci. Powieść jest zbyt rozwleczona, momentami przegadana, wprowadzono wątki, które niczego nie zmieniają, a jedynie nadają książce objętości, niektóre tematy nie mają wyjaśnienia, a finał przychodzi zbyt szybko i zbyt szybko czytelnik domyśla się rozwikłania całej zagadki. 
    Nie powiem, by czas z „Nocnym śpiewem…” był czasem zmarnowanym (tym bardziej, że powieść czytałam w czasie choroby, więc nie byłam zdolna do wytężonych operacji intelektualnych), ale nie był to też czas literackiej uczty, która by pobudziła moje zmysły. Zdecydowanie stwierdzam, że czytałam lepiej dopracowane, naprawdę trzymające w napięciu, kryminały.

28 grudnia 2016

(…) czuje się jak obca we własnym życiu (s. 127) – Carl Frode Tiller, Osaczenie



       Zapowiadając „Osaczenie”, wydawca przekonywał, że jest to „(…) anty-Knausgård... Epos o współczesnej Norwegii, thriller psychologiczny, sztuka kameralna. Powieści Carla Frodego Tillera nie da się zamknąć w jednej formule. Wielokrotnie nagradzane dzieło doczekało się wreszcie polskiego przekładu. Czytelnicy Knausgårda, Lunde i Christensena będą zachwyceni. Lipiec, 2006 rok. Do szpitala psychiatrycznego w Trondheim trafia pacjent, który stracił pamięć. W prasie pojawia się ogłoszenie – bliscy i znajomi młodego człowieka proszeni są o kontakt, aby pomogli mu odzyskać tożsamość. Odpowiadają trzy osoby − dwójka przyjaciół z liceum: Jon, wrażliwy i niespełniony muzyk, przeżywająca małżeński kryzys Silje oraz ojczym pacjenta, Arvid – były pastor, borykający się z problemem utraty wiary i nieuleczalną chorobą. W listach do Davida opowiadają jego i swoją historię – wkraczania w dorosłość, pierwszych seksualnych doświadczeń, rodzinnych tajemnic, zawikłanych relacji, porzuconych marzeń, winy, przemocy i miłości. Te opowieści, na ogół zgodne, a jeszcze częściej zaprzeczające sobie, budują obraz przygnębiającej egzystencji w prowincjonalnym norweskim miasteczku, pełnej frustracji, nudy i samotności, a wyłaniający się z nich portret Davida staje się coraz bardziej zagadkowy i niejednoznaczny”. 
           I w tym opisie jest wszystko, co można powiedzieć o „Osaczeniu”. Bo książka ta – złożona z listów i części narracyjnych prowadzonych pierwszoosobowo, co uruchamia skrajny subiektywizm – odsłania niewidzialną na pozór sieć zaciskających się wokół człowieka pętli. To jego dom, rodzina, zawiedzione zaufania, rozczarowania, źle ulokowane nadzieje, wiodąca na manowce seksualność, duszne układy społeczne, pozerstwo i konieczność spełniania czyichś oczekiwań. Tytułowe osaczenie to nic innego, jak cały zespół ról, które trzeba odegrać, a które grającemu nie przynoszą ani radości ani spełnienia. Człowiek staje wśród nich i czuje się bezradny jak dziecko – dusi się, szamocze, miota i nie wie, jak zachować autentyczność, indywidualność, prawdziwość siebie samego. Z książki Tillera wyłania się prawda, której niejeden wolałby nie poznać – że każda sytuacja życiowa, każdy moment, spotkanie z drugim człowiekiem czegoś od nas wymagają, każą stanąć na jakiejś pozycji, zająć stanowisko i tkwić na nim – czy tego chcemy czy nie. Nie jest to książka optymistyczna i nie podaje optymistycznych diagnoz. Z uruchamianych przez nią listów trzech różnych postaci, o różnych osobowościach i zróżnicowanych życiowych doświadczeniach jasno wynika, że człowiek to marionetka, jeden z trybików, którego wręcz osaczyć mogą rodzina, pozorni przyjaciele, niezrealizowane marzenia. I z tą świadomością trzeba w świat iść z podniesioną głową. 
            Skoro taką prawdę wyczytałam z 1. części trylogii Tillera, strach się bać, kolejnych tomów.   

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
 WSPÓŁPRACA

27 grudnia 2016

(…) dorosłość polega na tym, że pozwala się spoczywać w pokoju duchom z przeszłości” (s. 258). Małgorzata Warda - „Ta, którą znam”

           Wydaje się, że opowieści o relacjach rodzinnych (a w szczególności o trudnych relacjach rodzinnych), o zaszłościach, wzajemnych niechęciach, nagromadzonych żalach z przeszłości i skomplikowanej teraźniejszości są najczęstszym motywem literackim – czy to w warstwie pierwszoplanowej czy jako wątek drugoplanowy lub wręcz epizodyczny. Element ten pojawia się również w ostatniej książce Małgorzaty Wardy - „Ta, którą znam”.
          Pierwsze strony sugerują, że może to być powieść o pełnej sukcesu i zawodowego spełnienia drodze, jaką Ada - pochodząca z małego i zapyziałego miasteczka – przebyła, by stać się jedną z najbardziej rozchwytywanych fotomodelek. Ale nie - motyw z wypadkiem samochodowym jej siostry i konieczność przyjazdu bohaterki do domu, gdzie czeka zrozpaczony ojciec i dwie zagubione siostrzenice sugeruje, że może to być opowieść o nękanej wiatrem w oczy przeciętnej rodzinie, która po traumatycznych chwilach – jak to bywa w powieściach obyczajowych – podnosi się z upadku i wiedzie dalej spokojny żywot. Dość szybko okazuje się, że to też nie ten typ powieści. Bo wspomniany powyżej wypadek sprawia, że Ada musi uporać się z demonami z przeszłości, uczciwie odpowiedzieć (przede wszystkim innym) na pytanie, dlaczego tyle lat minęło od jej ostatniej wizyty w domu i dlaczego jej relacje z innymi charakteryzują przede wszystkim dystans i niedopowiedzenie. 
              Okazuje się, że „Ta, którą znam” to jedynie z pozoru opowieść o zwyczajnej, przeciętnej rodzinie, zmagającej się z dość typowymi problemami, w której jest picie - ale z umiarem i bez patologii, w której są zdrady - ale bez chęci upokorzenia, są rozwody - ale bez popularnego prania brudów, są spory i tarcia - ale bez pogwałcania rodzinnej lojalności. Jednak dość szybko okazuje się, że tu nie o relacje międzyludzkie chodzi, ale o fakt, że każda z tych postaci ma w sobie zadrę, jątrzącą się ranę, piętno, z którym radzi sobie sama, z innymi tworząc jedynie relacje powierzchowne i banalne. Więc mamy tutaj samotnego wilka-reportera odsłaniającego losy tych, którzy mają zdecydowanie gorzej do niego, mamy samotną matkę, eks-policjanta, którego dręczy nierozwiązana w przeszłości sprawa morderstwa młodej turystki, lokalnego rzezimieszka, który już od wczesnej młodości budzi postrach w lokalnej społeczności i mamy też starą cegielnię, na widok której Ada kurczy się w sobie jak małe przerażone dziecko. 
           Znajdujące się na końcu książki pytania do tekstu i ukryte w nich statystyki sugerują, że głównym wątkiem powieści należy uczynić motyw gwałtu i zastraszenia ofiary. Ale rozchwianie i wewnętrzne zagubienie innych bohaterów każe na „Tę, którą znam” popatrzeć z szerszej perspektywy. Tym sposobem książka Wardy staje się opowieścią o samotnym zmaganiu się z demonami przeszłości, o tym, że banałem jest fraza „zacząć wszystko od nowa” (bo jak to od-nowa miałoby przebiegać i wyglądać?). I po raz kolejny okazuje się, że nie można z drugim człowiekiem zbudować zdrowych i szczerych relacji, jeśli wciąż towarzyszą dni, które dawno powinny być zamknięte. 
             Może to zbyt dosłowny i pozbawiony głębszej interpretacji odbiór powieści, ale jak dla mnie jest ona czymś znacznie więcej niż obyczajówką o rodzinie nękanej różnymi przeciwnościami i błędnymi decyzjami jej członków, czymś poważniejszym niż opowieścią o dziennikarzu rzucającym się w wir pracy oraz czymś szerszym niż powieścią o brutalnym morderstwie i gwałcie. A czym może stać się dla was? Sprawdźcie. Polecam.    

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka

11 grudnia 2016

Uczę się żyć od nowa. (s.158)

        Literacko ostatnio trafiam na życiowych rozbitków i losowe kaleki – bo źle wybrali, bo za nich wybrano, bo wpadli w sidła podłych ludzi, bo zbyt cicho protestowali, bo w ogóle nie protestowali, bo stali się ofiarą surowej litery prawa lub systemu, bo inni nie widzieli i nie słyszeli – lub nie chcieli….
Dziś o „Listach z dziesiątej wsi” Agnieszki Olszanowskiej.
Na pierwszym miejscu to powieść o pewnej porzuconej przez męża Beacie, która z dwójką dorastających synów, w zgrzybiałym mieszkaniu robotniczym musi odpowiedzieć sobie na pytanie: Co teraz? Bez pracy, bez pieniędzy, z opustoszałą lodówką, z długami (niewielkimi, ale jednak) i wstydem… Brat zadecydował, że pora wracać rodzinnego do domu. Ale tam już nic nie jest takie samo: pielęgnowany przez matkę ogród zniknął, zróżnicowane pola uprawne również – wszystko poddało się ekspansywnej sile kukurydzy przynoszącej konkretne dochody. Nawet duży ogród przy sąsiedniej posiadłości nie zachował niczego ze swojego uroku. Ale mimo to w Beacie pulsują wspomnienia o kiełkującym tam dziewczeńskim zauroczeniu przechodzącym w miłość do późniejszego męża. A to nie pomaga w dochodzeniu do równowagi. I to, co miało przynieść nowy początek czy równowagę – nowe miejsce, gwarantowana przez brata stabilizacja finansowa, pierwsza w życiu praca zarobkowa, sukcesy edukacyjne synów, nowe znajomości – niczego dobrego nie wniosło. Nawet dość uprzejmy, choć zdziwaczały, mroczny i szorstki w obyciu, silący się na miłe słowo szef nie jest w stanie dziewczyną emocjonalnie potrząsnąć i obudzić do nowego życia.
Nie powiem, te cechy Beaty budzą moją niechęć – jej tkliwość, nadmierne użalanie się nad sobą, rozdrapywanie ran… – jakby przyjemność sprawiało jej bycie kozłem ofiarnym. Takim wątkom w literaturze mówię stanowcze nie: to nie dla mnie, mnie to nie przekonuje, a rozczulanie się i „mazgajowatość” już dawno przestały mnie wzruszać. I gdyby na tym poprzestano, „Listami…” rzuciłabym w kąt. Ale nie poprzestano.
Bo powieść Agnieszki Olszanowskiej ma i drugi wątek – dla mnie znacznie ciekawszy, intersujący, wciągający i intrygujący, bo z zagadką: jest to wątek skonstruowany wokół postaci szefa Beaty: ten oschły typ spod ciemnej gwiazdy to eks-narkoman, który zerwał kontakty z rodziną i przy nie do końca wyjaśnionych okolicznościach przeniósł się na wieś. Z jakiegoś też powodu przed laty swój fast-food nazwał przekształconym imieniem „Beata” i całkiem niemało wie o jej rodzinie, a przede wszystkim o babci.
I tu pojawia się trzeci wątek powieści – drugi z ciekawych, dla mnie najmocniejszy, najbardziej wiarygodny i najciekawiej opowiedziany, bo listami. To historia babci Beaty: jej wojenne losy, codzienność między Rosjanami i Niemcami, opowieści o przesuwających się frontach, kiełkującym komuniźmie, losie kułaka, wieloletniej zażyłości z przyjacielem z dzieciństwa, o dzieciach traconych w skutek przedwczesnej śmierci, o utraconych złudzeniach kobiety z nizin społecznych. I to było życie trudne, ciężkie, smutne, pozbawione perspektyw, nadziei – ale i życie godnie przeżyte, bez krzywdzenia innych, bez kłamstw i pozorów. I jak babcia z każdej losowej opresji wychodziła cało i z godnością, tak pora, by i Beata wróciła do rzeczywistości ze swojej prywatnej dziesiątej wsi, bo „(…) dziesiąta wieś jest tam, gdzie idziemy bezwiednie, bez zastanowienia. Tylko po to, by stracić serce i spokój” (s. 204).                     
„Listy z dziesiątej wsi” to powieść obyczajowa. Ale nie z tej typu „żyli długo i szczęśliwie”. Bo to opowieść o trudnej codzienności, rozczarowaniach, własnej bezradności i nieporadności. A zakończenie jest tak niejednoznaczne, tak rozgrzebane, tak nie-kończące niczego, z tyloma pytaniami bez odpowiedzi, że musi być początkiem ciągu dalszego (jeszcze nie spotkałam takiego zakończenia – które niczego by nie kończyło, a generowało nowe pytania i było właściwie właściwym początkiem historii). Choć stronię od ckliwych „babskich” powieści, od „Listów z dziesiątej wsi” nie mogłam się oderwać.  

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU PRÓSZYŃSKI I S-KA

28 listopada 2016

Rozbitkowie na morzu uczuć...

      Dziś chyba najbardziej osobisty i subiektywny wpis na tym blogu. Jeszcze nie było tu tak bardzo mojej, wyrwanej z serca opowieści. Dziś z moich skojarzeń powstanie próba przedstawienia najbardziej rozdygotanych i rozchwianych wewnętrznie bohaterów literackich… Czasem to jednostki, czasem pary, a czasem… - sami zobaczcie, jakie i czyje stany tu mam…
…opowieść o tym, jak dwoje ludzi może się o siebie rozbić – i jedynym kołem ratunkowym okazuje się być rozstanie – to z „Pod skrzydłami anioła”;
…o kobiecie, która dla niego być nie mogła, a bez niego nie umiała; pozostała jej ostateczność – innego rozwiązania nie znalazła – „Pestka”;
…piękność, która włóczyła za sobą nieuporządkowany wór przeszłości, świadomie pozwoliła mu na dominację i jakby tego było mało – przyjęła na siebie swą własną pokutę – z „Księgi Diny”;
…a co ci pozostaje, gdy rozglądając się wokół siebie, nie widzisz nic stabilnego, pewnego i niezawodnego, i każdą chwilę wypełnia napięcie do granic wytrzymałości? – wyjęte z „Godzin”;
…a czym może się stać chwila, gdy patrząc w lustro nie wiesz, na kogo tak naprawdę patrzysz i co ci może dać ten ty sam odbijający się w szkle? – „Klaśnięcie jednej dłoni”;
…jest i opowieść o tym, że afrykańska pustynia może użyźnić pustynię duszy i myśli, choćby się miało przy okazji zatracić w odmętach amoku czy obsesji – „Angielski pacjent”;   
…a na koniec oczywiście opowieść o tym, jak będąc doprowadzonym do skrajności, jest się w stanie zdobyć na krok ostateczny – pakt z samym diabłem Wolandem: ma się coś do stracenia? chyba już nic… - znalezione oczywiście u Bułhakowa

A Wy macie typy na życiowych i uczuciowych rozbitków? 

...ot, mój luźny ciąg skojarzeń na dziś...

...a jako komentarz - niezawodny Stan....

27 listopada 2016

Ustalono nowych właścicieli :-)

Słowo się rzekło: dziś podaję wyniki. 
Większą popularnością cieszył się zestaw 1. – nawet nie sądziłam, że zagadki ubrane w literacką szatę cieszą się większą sympatią niż kobiecą ręką lekko rozpisane babskie opowieści.

Z mini-grupy amatorów literatury…

…ręka losującego - moja – wytypowała te oto osoby:

Edyta wygrała książki dla siebie, a Jagoda dla Babci Basi (swoją drogą to niesamowite, że tworzy się nam maleńki łańcuszek – dwa tytuły pójdą dalej, do inne domu: my z Jagodą jesteśmy tylko pośredniczkami:-)).     
     
Już Was powiadamiam i do wieczora czekam na adresy korespondencyjne, bym jutro paczuszki mogła posłać.

Niech się książki dobrze sprawują :-)


G.    

25 listopada 2016

(…) była chora z miłości. (s.113)

                Wydaje się, że o Agnieszce Osieckiej prawie wszyscy wiedzą wszystko: w końcu jedne pokolenia były świadkami powstawania jej tekstów a drugie wychowują się w ich cieniu; jedni mają świadomość autorstwa zawołania: „on nie jest grosza wart”, a drudzy nie – ale i tak potrafią dopowiedzieć ciąg dalszy: „a weź go czart”; jedni wolą wykonania Nosowskiej, inni Raz Dwa Trzy. Mimo tych rozbieżności jedno jest pewne: za tym wszystkim stoi ona – tytan pracy, który z największego banału i z najmocniejszego prozaizmu uczyni perełkę piosenki satyrycznej i estradowej: Agnieszka Osiecka.
        Jakiś czas temu pisałam tu o jej biografii opublikowanej nakładem WL. Dziś mam inną perełkę: zbiór-przedruk, do tej pory rozrzuconych w magazynach i czasopismach, licznych rozmów z poetką - tym razem zostały one ułożone przez Violettę Ozminkowski w wywiad-rzekę o poetyckim tytule „Lubię farbować wróble”. 
         Jak w ostatniej części zbioru zapewnia redaktorka: „Książka powstała na podstawie autentycznych, niezmienionych słów Agnieszki Osieckiej z ponad stu wywiadów przeprowadzonych z nią od 1964 do 1997 roku przez liczne grono dziennikarzy i dziennikarek (…) a także cytatów z jej książek, które poetka wplatała w swoje wypowiedzi” (s.151). 
             Twórcy książki „Lubię farbować wróble” nie starali się stworzyć sztucznej atmosfery wywiadu przeprowadzanego autentycznie, nie wprowadzili też typowych dla rozmowy bezpośrednich zwrotów do rozmówcy - pozostawili za to wiele miejsca na niedopowiedzenia i przemilczenia, przy których najważniejszy jest ciąg pytań i czasem wręcz bardzo rozbudowanych odpowiedzi. Bo choć Osiecka nie lubiła wywiadów, zapytana, wypowiadała się szeroko, często z charakterystycznymi dla siebie anegdotami. Takim sposobem „Lubię farbować wróble” to barwna opowieść o trudnym dzieciństwie, szarym staliniźnie, o młodości burzliwej i bogatej w przyjaźnie, miłostki oraz zawodowe poszukiwania własnego miejsca, której cechą najważniejszą był korowód barwnych osobowości tamtego okresu: Słonimski, Tyrmand, Polański, Cybulski, Holoubek, Jarecki, Kraftówna, Morgenstern, Jędrusik, Hłasko*, Minkiewicz, Ważyk… 
         Z wypowiedzi Osieckiej wyłania się ona – dziewczyna i kobieta silna, młoda, zawzięta, raczej ekscentryczna, lgnąca do ludzi i świata, która ma w sobie na tyle dystansu, ironii czasem wręcz zawstydzającej szczerości, że nie boi się mówić gorzko: o sobie, szarej rzeczywistości, rodzicach, chwilami zaborczej matce, popełnianych błędach; opowiada o genezie niektórych utworów i perypetiach z ich aranżacją; ocenia siebie, swoich bliskich a nawet nasz mały polski światek. I takim sposobem staje się jeszcze bliższa. Czytelnik naocznie dostrzega źródło jej natchnień, pomysłów, powoli zaczyna rozumieć skąd ta kpina, a nawet czarny humor.
        Może wydawanie po latach takich zbiorów, dokonywanie redakcji tekstów dawno zapomnianych, ubieranie ich w nową formę choć (a może właśnie dlatego) najbardziej zainteresowany nie będzie mógł dokonać autoryzacji (lub najzwyczajniej się wypowiedzieć) jest kolejnym wydawniczym chwytem. Ale w tej sytuacji mnie cieszy. Do wielu z tych wywiadów na pewno sama bym nie dotarła, wielu nigdy nie czytałam, a teraz są w jednym miejscu. I cieszą.              

* swoją drogą - w pewnym momencie irytujące musiało się stać takie ciągłe opowiadanie o tym, jak to było z tym Hłaskiem, jego maszyną do pisania, białym futrem, burzliwymi zakochaniami, zaręczynami i rozstaniem; jakby dla niektórych ta Osiecka była atrakcyjna tylko przez ten dość burzliwy romans z jednym w polskich amantów…

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka

22 listopada 2016

„(…) przecież o malowanie tu, właśnie, do cholery, chodzi”. (s. 276)


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Okładka książki Muza

W swojej czytelniczej historii mam takie książki, które wessały od pierwszych zdań. Wystarczy, że wymienię: „Prawiek i inne czasy”, „Podróż ludzi księgi”, „Miniaturzystkę”, „Nieważkość”, „Tajemnicę Domu Helclów”, „Siłę wyższą”, „Penelopiadę”, „Wyznania”, „Pestkę”… A ostatnia to „Muza” autorstwa Jessie Butron - wychwalanej równo dwa lata temu (recenzja tu: http://zielonomi939.blogspot.com/search?q=miniaturzystka) za pełną rozmachu i panoramiczności, ale przede wszystkim za nutę zgrabnie dawkowanej tajemniczości „Miniaturzystkę”.
I w najnowszej powieści (premiera 24.11) autorka wprowadza czytelnika w świat sztuki, artystów, obrazów, marszandów, półświatka artystycznego, gdzie bogactwo mierzone jest tak naprawdę nie zasobnością portfela lecz zawartością ram wiszących na ścianach  (mieszkań lub galerii). Jej książka to powieść o ludziach, którzy dla sztuki pracują, którzy się dla niej poświęcają, przekraczają granice, często kłamią, łamią zakazy, których życie stało się sztuką dla innych, którzy jej rozwój śledzą, jak dobrze skrojoną intrygę, którzy widzą w niej jednocześnie sprzymierzeńca i zdrajcę; to opowieść o tym, jak pokrętna jest droga do sławy i jakimi meandrami chadza ona oraz jej lokaje; ta powieść odsłania tajniki pracy marszandów, twórców galerii, odpowiadając na pytanie, jak daleko są w stanie się posunąć w staraniach o upragnioną zdobycz. To też powieść o tym, jak obraz, jego tajemnice, pokrętne losy, mogą stać się obsesją, jaką mają moc w zawładaniu ludzką świadomością; jaką moc, siłę przyciągania i magnetyzm może mieć obraz – dzieło dawno nieżyjącego, niszowego, ale charyzmatycznego, malarza-rewolucjonisty.  
Tutaj, jak w przypadku „Miniaturzystki”, główne głosy oddała autorka kobietom: żyjącym w Hiszpanii połowy lat 30. - Teresie i Oliwii oraz mieszkankom w Londynie końca lat 60. - Odelle i jej przełożonej. Te pierwsze są świadkami powstania pewnego obrazu i zawiłej drogi do jego sławy. Te drugie z kolei obserwują drugą młodość, kolejną falę zachwytów nad dziełem i jego twórcą; te pierwsze widzą, jak sława się rodzi, a te drugie jak – na skutek odnalezienia dzieła sztuki – na nowo wybucha.
Tylko czy wszystko jest tym, czym wydaje się być? Córka marszanda tylko córką? Malarz jedynie sprzymierzeńcem ludu? Marszand zawsze zabieganym handlarzem? Pomoc domowa dziewczyną do sprzątania? Pracownica nowoczesnej galerii ekspertem od plastyki? Maszynistka utalentowaną literacko pracownica biura? A młody chłopak pogrążonym w żałobie po matce spadkobiercą niejednoznacznego w odbiorze płótna?
W tej intrydze z obrazem w roli głównej roi się od aluzji, niejasności, niedopowiedzeń, fragmentaryczności, z którymi, przy pomocy retrospekcji i wsłuchując się w dwóch narratorów, czytelnik musi sam się zmierzyć. To opowieść o tym, jak wielka historia sprzyja nagromadzaniu się tajemnic, jak tajemnice podsycają ogień sławy, i jak bardzo temu blisko do fałszu.
Autorka może i nie umie stworzyć psychologicznej głębi czy zawiłej, pełnej niuansów i wielowątkowości fabuły. Ale na pewno są to przemyślane, dobrze opracowane, kompozycyjnie dopieszczone powieści godne uwagi: ze względu na motyw główny (sztukę), głównego bohatera (dzieło sztuki), wiarygodność historyczną, obyczajową, przemyślaną konstrukcję fabularną i narracyjną. To są powieści zgrabnie opowiedziane, z ciekawymi perypetiami, których finał chce się poznać - już-teraz-natychmiast... A później jest żal, że już koniec...                 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
EGZEMPLARZA PRASOWEGO DZIĘKUJĘ 
WSPÓŁPRACA

19 listopada 2016

ROZDAWAJKA PRZEDMIKOŁAJOWA

Z racji, że każdy miłośnik literatury książki lubi też rozdawać, uruchamiam kolejną szybką inicjatywę. Tym razem możecie – dla siebie, lub kogoś bliskiego (w końcu niektórzy już dziś myślą o 6.12 :-)) – zdobyć jeden z zestawów książkowych.

Zestaw pierwszy:
„Test krwi”
„Słodki zapach brzoskwiń”
dla tych, którzy lubią literacką zagadkę – czy to w szacie powieści obyczajowej czy sensacji kryminalnej.

Zestaw drugi:
„Był sobie książę”
„Pamiętniki Jane Austen”
to propozycja raczej dla kobiet pracujących ciężko (intelektualnie lub fizycznie, w domu lub korporacji), które podczas tych 5-ciu minut dla siebie pragnął całkowicie wyłączyć się z tu-i-teraz.

Jak powalczyć o zestawy?     
Oto zasady i warunki:
          1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Zielono Mi. Ona również jest fundatorem nagród, którymi są nowe, nieużywane książki.
       2. Konkurs trwa od 19.11.16 do 26.11.16, do 14.00. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 27.11.16 i już tego dnia będę prosić o adresy korespondencyjne - bym 28.11.16 rano mogła nadać przesyłki. 
        3. By wziąć udział w zabawie należy: zostawić w komentarzach pod tym wpisem odpowiedź na pytanie/zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy; dodatkowo: zostać obserwatorem bloga (w komentarzu proszę podać imię/pseudonim) i na swoim blogu umieścić konkursowy baner (a jeśli nie jest się autorem bloga – na fb, google+…).
WZÓR:
- odpowiedź na pytanie,
- adres meilowy,
- informacje o obserwowaniu oraz banerze.
4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagród).
5. Pytanie/zadanie konkursowe:
Podziel się informacją dla kogo walczysz o książki (siebie/taty/bratowej/zapracowanej kumpeli…) i przekonaj mnie, że obdarowany (Ty lub ktoś Ci bliski) na pewno się z tych podarków ucieszy:-)
6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

Zapraszam! 
Będę zaszczycona gościć Was podczas tej zabawy! 
A oto jej skromna wizualizacja:


11 listopada 2016

(…) kronika życia spisywana krwią. (s. 58)


 W swoim blogowym dorobku opisałam wszystkie (nie było ich też tak wiele) opublikowane w Polsce książki Flanagana – „Ścieżki Północy” i „Klaśnięcie…”. Już od pierwszych kart pierwszej z nich wiedziałam, że to będzie „mój” autor: postarał się o to ona sam – pięknymi, ważnymi historiami opowiedzianymi ciekawymi technikami narracyjnymi (retrospekcje, wspomnienia, mowa pozornie zależna), oraz jego polski tłumacz – rewelacyjnie oddający atmosferę książki i znajdujący do tego odpowiednie polskie frazy. Bo piękny język powieści Flanagana niewątpliwie jest ich ogromnym atutem. Ale za pięknym językiem nie zawsze idą piękne, wzniosłe i pełne otuchy opowieści. Nie rozczarowałam się i trzecią książką – „Księgą ryb Williama Goulda”.


To opowieść o obdarzonym talentem malarskim skazańcu – Williamie Gouldzie - zesłanym do karnej kolonii w głębi Australii. I to nie droga do osadzenia – droga pełna przemocy, brunatności, kłamstw, fałszerstw, krwi – jest sednem opowieści. Jest nią to, co bohater spotkał w miejscu, które (przynajmniej w teorii) miało go resocjalizować. A spotkał tam Komendanta. Szalonego, zdziwaczałego, bezwzględnego i opętanego szałem realizacji swoich pomysłów stworzenia w obrębie kolonii karnej swego małego „królestwa”. Każdy z nowoprzybyłych więźniów stawał się kolejnym narzędziem służącym do realizacji tych zamierzeń. I niejeden uległ osobliwościom tych wizji. Jak czytamy w opisie kolonii: „(…) bajkowej krainy, może i rządzonej przez tyrana, ale zaczarowanej jego opowieściami (…) krainy, która z każdym słowem i gestem Komendanta stawała się dla nas coraz bardziej realniejsza (…) wydawało się nam (…) że daje nam jakiś cel, sens, coś, dzięki czemu przestawaliśmy się czuć jak skazańcy, wykraczaliśmy poza narzędzia tortur jak kołyska i knebel rurowy, i tego właśnie wszyscy pragnęliśmy: jakiejś innej wizji nas samych (…) bo żeby zesłaniec mógł uciec, musiał uciec od samego siebie, od swojej przeszłości i przyszłości, wyznaczonej przez system penitencjarny” (s.109-111). Dlatego, kiedy Williamowi „(…) w 1828 roku, rzekomo w interesie nauki, lekarz kolonii karnej na Sarah Island kazał malować wszystkie łowione tam ryby” (s.21), ten godzi się bez większych protestów. Ale robi coś jeszcze: rysunki uzupełnia o dziennik, prywatne zapiski, kronikę tego, co działo się na wyspie. Pisze, czym może i kolorami, jakimi akurat dysponuje. I ma świadomość, że łamie tym niejeden zapis obozowego regulaminu.
Z jego relacji wyłania się rzeczywistość oniryczna, surrealistyczna, nierealna wręcz i senna. To świat okrutny i magnetyczny jednocześnie; straszny i przyciągający swą innością, zwyczajność znana autorowi-opowiadaczowi jest tak niezwyczajna, że aż zasysa.                
Oddając swą książkę czytelnikowi, oddał Flanagan tekst totalnie dopracowany, perfekcyjnie ułożony, a wcześniej przemyślany. Uruchomił w nim budowę szkatułkową, dwóch narratorów pierwszoosobowych, momentami fragmentaryczność (co każe się skupiać i obudzić w sobie wytrwałego czytelnika), monologi, opisy, autorefleksje bohatera i nawet głębokie analizy psychologiczne postaci. Dlatego nikt z wytrawnych smakoszy literatury nie powinien czuć się zawiedziony spotkaniem z „Księgą ryb…”!  

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

WSPÓŁPRACA

30 października 2016

Musiała się dopiero zakochać, poznać ból istnienia. (s. 68)



Przetasowania, jakie nastąpiły w Europie  po rozpadzie ZSRR, upadku Muru Berlińskiego, stopniowym (ale nie bezkrwawym) rozkładzie Jugosławii sprawiły, że ludzkie masy przemieszczały się ze wschodu na zachód i czasem – choć bardzo rzadko – w odwrotnym kierunku. I właśnie to zjawisko migracji jest odległym – ale wyczuwalnym i dość istotnym – tłem ostatniej powieści Vensy Goldsworthy. 
W jej „Gorskim” posiadające różny status majątkowy i prezentujące różne profesje postacie na przykład z Bułagarii, Serbii, Rosji, Czarnogóry dość przypadkowo spotykają się w przestrzeni gwarnego, tłocznego i o nieograniczonych możliwościach Londynu początku XXI wieku.
Punktem wyjścia dla fabuły jest nietypowe zadanie zlecone przez tytułowego miliardera właścicielowi małej, upadającej księgarni. Miał on za zadanie zgromadzić najdroższe, kolekcjonerskie i unikatowe wydania każdej książki z zakresu literatury, podróży i sztuki. „(…) zbiór miał wyglądać tak, jakby dużą część  odziedziczył po rozmiłowanych w lekturze przodkach. Gorski chciał mieć wydania wszystkiego, łącznie ze Starym Testamentem, do tego egzemplarze miały być w idealnym stanie” (s.15). Przy realizacji tego zadania pieniądze nie grały roli. Nie trzeba dodawać, że walczący o przetrwanie na rynku księgarni Fynch przyjął wyzwanie, a jego pracownik ze skrupulatnością miał je realizować. Jednak to nie miłość do książek – niemych i biernych bohaterach – jest głównym motywem powieści, a wielka, nieszczęśliwa miłość do Natalii – żony angielskiego finansisty – która w przyszłości miała korzystać ze zbiorów Gorskiego. Ten, w przypływie melancholii i słabości, odkrywając swą słowiańską duszę, wyznał: „Kobieta, która bardzo wiele dla mnie znaczy, znała… wciąż zna, być może… całego Onegina na pamięć” (s. 64)    
Książki i niebotyczne sumy na nie wydawane sprawiają, że kartach tej ponad 200-stronicowej powieści spotkamy księgarza-idealistę, literaturoznawcę-pasjonata, byłą sportsmenkę, kosmicznie wręcz bogatego inwestora, biznesmena, koneserkę sztuki elitarnej, całą plejadę amatorów opery, bywalców modnych kawiarni, dobrych restauracji, klimatycznych księgarni, ekskluzywnych hoteli czy drapaczy chmur, których właściciele mają jedno zadanie: pomnożyć majątek (swój lub innych). Świat „Gorskiego” to świat pieniędzy, przepychu, pozerstwa i licznych układów, który mogłyby wzbogacić wielka miłość i sztuka, ale czy jest tam na nie miejsce?  
Wszystkie te elementy sprawiają, że powieść porównywana jest do „Wielkiego Gatsbiego”. Namiętna miłość, wielkie pieniądze, blichtr, przyjęcia, teatralność, nonszalancja postaci, mgiełka tajemnicy, gęste układy towarzyskie a nawet plotki – oto elementy mające przybliżać te dwie historie.   
I – obok tego ciekawego pomysłu wskrzeszenia już zadomowionego w literaturze motywu zakazanej miłości i ponownego uczynienia z literatury tematu literatury – intrygujący jest również narrator: pierwszoosobowy, w osobie poszukującego unikatowych wydań pracownika księgarni Fyncha. To on, wchodząc w świat Gorskiego, odkrywa przed czytelnikiem realia jego życia, motywów postępowania, bajecznej rozrzutności i ekscentryzmu. I nie ma tu uwielbienia czy fascynacji szalonym miliarderem, lecz jedynie rzeczowa opowieść kogoś, kto niczym cień podążą za zleceniodawcą.      
Ale język „Gorskiego” jest płytki i banalny, rytm narracji zbyt szybki, postacie mdłe, mało wyraziste, pozbawione głębi, trudno tu wyczuć dlaczego uczucie, które zdominowało tytułowego bohatera jest tak wielkie, bo brak mu magii, przyciągania i oddanej na kartach powieści namiętności. Trochę zostało to niedopracowane, a potencjał niewykorzystany. Szkoda. Bo autorka pomysł miała. I nie taki głupi pomysł.


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
PRÓSZYŃSKI I S-KA

Nikomu nie mogę tutaj ufać. (s. 197)

          Zawodowo jestem na etapie mitów (ostatnio esej Herberta o Narcyzie) i „Pana Tadeusza” (czytanie ze zrozumieniem w oparciu o tekst Witkowskiej). Już wnet zajmiemy się „Królem Edypem” i „Kordianem”. Ale o blogowych zobowiązaniach nie zapomniałam (choć w ogóle tego tutaj nie widać – wiem). Szykuję się do tekstu o „Księdze ryb…” (czeka od końca sierpnia), „Gorskim” (czeka od połowy sierpnia), a najbardziej realnym wydaje się być ten o „Muzie”. Bo czytam. Tzn. staram się czytać – i to nie tylko zawodowo, ale również blogowo. Jak zwykle – najczęściej czytam w autobusie. A że jesień nie-mokra, więc i ten autobus rzadko występuje…. Ale czytam. I czasem - kiedy tak wracam po godzinach obcowania z literaturą klasyczną, z toposami, archetypami, z poważnymi szkicami krytycznymi na temat poważnych tekstów - aż mi się tęskni do czegoś oczywistego, nie wymagającego i prostego w odbiorze. Więc ostatnio padło na „Milczenie nocy”.
Milczenie nocy        Jak w przypadku poprzedniej książki autor znów przenosi czytelnika do odległego, małego, zimnego ale dusznego atmosferą klaustrofobii islandzkiego miasteczka. Znów spotykamy młodego policjanta, Ari Thóra, który – zdaje się - po latach szamotania z samym sobą wreszcie na dobre znalazł swoje miejsce w świecie i drogę, którą chciałby iść. I jak na młodego, energicznego, pełnego aspiracji człowieka przystało – mimo uporczywego przeziębienia – z werwą, zawziętością oraz zapałem podchodzi do kwestii śmiertelnego postrzału swego nowego przełożonego. Tym bardziej, że zdarzenie miało miejsce w walącym się i opuszczonym budynku okrytym mroczną przeszłością a zajście poprzedziły dwa dość dziwne i tajemnicze telefony.      Autor wcześniejszą już częścią oswoił czytelnika z widokiem dociekliwego, wnikliwego i wykazującego się samodzielnością czy pomysłowością bohatera, kiedy ten zawzięcie dąży do odkrycia prawdy. I w tym swoim profesjonalizmie jest w stanie zapomnieć nawet o własnej urażonej dumie czy zwiedzionych nadziejach. Wszystko byleby stanąć na wysokości zadania. 
           Ale w tej powieści mamy nie tylko śmiertelnie postrzelonego policjanta, drugiego rzetelnie wykonującego swoją pracę, trzeciego wracającego na stare śmieci (by pomóc temu drugiemu), ale są i wisząca w powietrzu małżeńska zdrada, zawsze smutna i emocjonalnie wyciszona żona, chorobliwie ambitny burmistrz i jego tajemnica asystentka, gadatliwa staruszka i „śliski” lokalny gangster. 
          Te wątki sprawiają, że „Milczenie nocy” jest dobrą książką, którą dobrze się czyta po godzinach intensywnego wysiłku. Prowadzi ona czytelnika po zawiłościach małego miasteczka, sięgających niekiedy odległej przeszłości skomplikowanych związków między bohaterami, a prostota konstrukcji postaci, uzyskanie odpowiedzi na wszystkie niejasności i zamknięta kompozycja sprawiają, że przy tej książce można odpocząć. I nic więcej. 
         Bo „Milczenie…” nie dostarcza wzniosłych uczuć estetycznych, nie zachwyca skomplikowanymi postaciami, nie powala zaplątaną fabułą, pięknym językiem opowiadania, konstrukcją narracyjną (choć tu jest pewien niewykorzystany pomysł korelacji dwóch narratorów: pierwszo- i trzecioosobowego; ten pierwszy jest głosem z przeszłości (ale słabo go dopracowano i w efekcie wyszedł mdły), a ten drugi – z teraźniejszości i głównie to on towarzyszy czytelnikowi), czy lekkim niedopowiedzeniem (tutaj każdy wątek jest zamknięty – niekiedy wręcz z wykorzystaniem skrótowości streszczenia). 
           Takim sposobem książka jest jedną z wielu, którą można – ale nie trzeba - przeczytać, której fabułę można zapamiętać, ale niekoniecznie, którą można zatrzymać na półce, lub podarować innej zmęczonej osobie. Bo jedno nie ulega wątpliwości – przy tej historii można się wyłączyć.  
                


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo

9 października 2016

Niezwykły tekst wielkiego poety

Teatrzyk Zielona Gęś ma zaszczyt przedstawić "Człowieka z głową jak ogórek"
Występują:
Człowiek z głową jak ogórek i Głęboki Talerz.
Rzecz dzieje się współcześnie.
Człowiek z głową jak ogórek:
(u szczytu rozgoryczenia) A bodaj ci nóżka spuchła, Jowiszu, i tobie, Diano, siostro Apollina, tobie, która pod nazwą Lucyny opiekujesz się porannymi porodami. Bo cóż z tego, że się urodziłem o poranku, gdy, proszę państwa, urodziłem się na pośmiewisko całemu wszechświatu, czyli z głową jak ogórek!!!!!!!! Wszędzie palcami pokazują mnie. Wszędzie na mój widok ze śmiechu pękają. Na żałobne akademie z tego powodu chodzić nie mogę, chociaż lubiłbym. Na premierach starożytnych tragedii i nowożytnych dramatów też się pokazywać nie muszę, bo się zaraz robi chichot i ryk: - O, idzie człowiek z głową jak ogórek!
A sumienie, proszę państwa, czyli psychologia wewnętrzna, dręczy mnie, proszę państwa, dniem i nocą, bo ileż to ileż popsuł patetycznych napięć mój groteskowy wygląd moim patetycznym rodakom! Ale wiem, co uczynię. Skorzystam ze światłej rady Osiołka Porfiriona, czyli wejdę do najbliższej restauracji i poproszę o głęboki talerz.
BO DOŚĆ MAM WSZYSTKICH SZYDERSTW, BZDUREK,
JA, CZŁOWIEK Z GŁOWĄ JAK OGÓREK.
(w najbliższej restauracji otrzymuje głęboki talerz i przemienia się w mizerię)
Głęboki Talerz:
(basem) Thank you very much.
K U R T Y N A

Tak w 1948 roku pisał w jednej z wielu odsłon swojego szalonego Teatrzyku Konstanty Ildefons Gałczyński.
Ale ten zakorzeniony w tradycji klasycznej kreator nieprzystosowanego indywidualisty, lirycznego cygana i wyrafinowanego estety ma w swoim dorobku nie tylko karty zapisane sukcesami zawodowymi i artystycznymi, ale i momentami trudnymi, by nie rzecz dramatycznymi.
Tragiczną kartę biografii Gałczyńskeigo–poety wyrafinowanego erudyty – jest opublikowana niedawno przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka książka „Notatnik z Altengrabow”.
Jak sam tytuł wskazuje, pozycja jest zbiorem zapisków, jakie autor prowadził w czasie pobytu w niemieckim obozie jenieckim. Zapiski, w tym podarowanych przez współwięźnia zeszycie, obejmują okres od 18.08.41 do 18.11.41. I nie jest to taki zapis obozowego życia, form represji i prześladowań, do jakiego przyzwyczaiły nas inne teksty-relacje. Bo za tymi przekazami surowego i nieludzkiego życia kryje się autor-humanista, odwołujący się do etyki ukrytej w kartach Goethego, moralności i uniwersalności Biblii oraz klasycznego piękna antyku. Świadczą o tym choćby słowa: „(…) wartość ludzką mierzy niebezpieczeństwo, a tonącego w rzece wroga należy bezwzględnie wyciągnąć na brzeg” (s. 18). Zapiski te są dowodem na próbę ocalania/znalezienia nadrzędnych cech ludzkości w tych jakże nieludzkich, trudnych do przetrwania warunkach. Widać, że autor próbował nie tylko „przetrwać”, ale próbował również znaleźć „głębię” w tym, co przede wszystkim miało poniżyć, upodlić i już w ziarenku zgnieść ocalałe poczucie człowieczeństwa.   
Wszystko to sprawia, że „Notatnika…” – w jego intymności, głębi, tęsknocie za rodziną, dowodach na miłość do niej, trudzie obozowego życia – nie można oceniać kategoriami piękna, odpowiednio obranego warsztatu, dopracowania i przemyślenia kompozycji. Bo w regularnie pisanym „Notatniku…” chodzi o wiarygodność i autentyzm przeżyć, emocji, stanów i uczuć, a nie kunszt literacki czy pisarski.  
A to wszystko czyni z tej książki pozycję WAŻNĄ.       

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

2 października 2016

Prawdziwe osiągnięcia wymagają trudu, pokonywania przeszkód, siły i konsekwencji. (s. 20)

Skazani na sukces. Jak wytrenować mózg i zdobyć pracę marzeń - Radziszewska Iwona

   Dzisiejszy „świat” ma to do „siebie”, że na półkach księgarń można znaleźć nie tylko podręczniki szkolne, powieści obyczajowe, fantasy, kryminały, romanse, reportaże czy powieści historyczne. Są również poradniki. Jak pielęgnować i zakładać ogród, jak dbać o zwierzęta domowe, jak wypracować w sobie umiejętność szybkiego czytania, jak radzić sobie ze stresem, jak pozytywnie przejść rozmowę o pracę czy wypracować w sobie pozytywne myślenie. I ta kategoria książek jest najrzadziej przeze mnie czytaną. 
      Jednak ostatnią, jaką miałam okazję poznać  jest „Skazani na sukces” Iwony Radziszewskiej. I już na wstępie muszę powiedzieć, że nie jest to typowy poradnik. Jego autorka – wieloletnia dziennikarka telewizyjna (raz związana z Grupą TVN, raz z TVP) i aktorka z wykształcenia - nie daje jasnych rad, pomysłów czy recept jak osiągnąć sukces totalny. 
      Ta książka to taka pozycja, która jasno wykazuje, że do sukcesu prowadzi kilka dróg i należy pokonać nie jedną przeszkodę. Bo na pełną jego definicję składa się parę elementów. Autorka porusza między innymi takie kwestie jak: uczenie się – i to nie tylko w sensie zdobywania wiedzy i wiadomości, ale przede wszystkim w sensie pomnażania doświadczeń; czerpania z wszelkich sytuacji; wyciągania pozytywów nawet z porażki, od której można odbić się w sferę zwycięstwa; omawia również zjawisko rozgoryczenia, jego źródła i kresu relacje indywidualnej, solowej pracy a zespołowego działania, układu: sukces-frustracja-aprobata a nawet związku między pracą a zainteresowaniami. 
        Tworząc tę całą nić powiązań i zależności z pojęciami „praca” i „sukces” w środku, autorka nie bazuje jedynie na swoich intuicjach czy subiektywnych spostrzeżeniach, a opiera się na pracach psychologów, socjologów, filozofów, teologów, dokładając do nich swój tzw. łańcuch pojęć i emocji. „Skazani na sukces” to próba przedstawienia i poklasyfikowania wszystkich czynników, wyzwań, porażek, a nawet pozornych zwycięstw napotykanych na drodze do zawodowego spełnienia. 
     Ale nie koniec na tym. Pozycja ta omawia również całą paletę nowoczesnych, utrzymanych w duchu aktualnych czasów, inicjatyw czy pomysłów utożsamianych z sukcesem - na tyle nowatorskich koncepcji, że już w fazie pomysłu dobrze rokujących (np. korzystanie z automatów do nagrywania CV). 
      A to co z definicji jest częścią poradnika – garść rad (bardziej-mniej realnych, bardziej-mniej wiarygodnych) – w książce Radziszewskiej znajduje się na końcu i nie do końca jest tak oczywista, jak by się mogło wydawać (bo kto niewtajemniczony wie, że granat i ciemne wersje niebieskiego wzbudzają zaufanie i dlatego po takie kolory sięgają np. politycy?). 
       I ciekawostka na koniec: blog również może być furtką do pełnego sukcesu zawodowego (a nie tylko hobby i pomysłem na kreatywne spędzanie wolnej chwili) – a o okolicznościach (nie tylko reklamie i promocji) kiedy się tak dzieje, dość szczegółowo w jednym z rozdziałów. 
        Zachęcam. 


ZA KSIĄŻKĘ DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU 

1 września 2016

(…) nie znam żadnego miejsca, gdzie mógłbym się czuć u siebie – s. 159.

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA - DATA PREMIERY: 29.09.16

Pod koniec ubiegłego tygodnia otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego książkę, o którą nie prosiłam  (pewnie jakieś niedomówienie się wdarło lub czyjeś dobre serce:-)). Jej opis i notka prasowa jakoś nie przemawiały do mojego gustu i od początku wydały się obce moim literackim upodobaniom. Ale wystarczyło jedno, przeczytane na przypadkowo otwartej stronie, zdanie, bym stwierdziła, że w sumie nic nie wiem o autorze, na pewno nie spotkałam się z jego tekstami, ale chcę jednak te „Interwencje 2” przeczytać. I przeczytałam. Prawie jednym tchem….
Bo może nie zrozumiałam wszystkiego – na pewno wszystkiego nie zrozumiałam; mój brak podstawowej wiedzy na temat problemów nurtujących francuskiego społeczeństwo lat 90. i ogólna niechęć do tego, co francuskie na pewno nie ułatwiły lektury i nie uczyniły jej bardziej zrozumiałą – jednak znalazłam tam niemało dla siebie i nad niejednym zdaniem musiałam się zastanowić. Ale po kolei…
„Interwencje 2” to dość obszerny zbiór esejów, listów, wywiadów, recenzji, felietonów jednego z bardziej kontrowersyjnych, bezkompromisowych, dosadnych i bezpośrednich w swoich opiniach pisarzy francuskich. I nie musiałam czytać „Platformy”,  „Cząstek elementarnych”, „Uległości”, by mieć dowód, jak bardzo trafny, celny i soczysty bywa jego język i czym mógł się narazić tym-czy-tamtym…
W swoich tekstach Houellebecq wypowiada się na przeróżne tematy: polityczne, społeczne, kulturowe; na temat obejrzanych filmów, promocji, odbytych czy planowanych podróży, reakcji rynku i czytelników na jego kolejne książki, a nawet na temat kondycji oraz roli współczesnej krytyki literackiej; nie kryje się ze swoją fascynacją kinem niemym; analizuje przemiany kulturowe (dowodząc, że niejednokrotnie zataczają koło i powracamy „do źródeł” – np. „do jaskini”); niejednokrotnie polemizuje też z innymi pisarzami, wypowiada się na temat innych ludzi pióra i popularnych gatunków literackich. Te z najbardziej osadzonych w rzeczywistości francuskiej tekstów najmniej do mnie przemówiły i najmniej z nich zrozumiałam. Polityka jest dla mnie ciemną masą, w którą nie mam ochoty się zagłębiać. Jednak na wypowiedzi na temat problemów współczesnego człowieka, bolączek społeczeństwa przełomu lat 90. i dwutysięcznych nie mogłam nie zareagować. Nawet jeśli na jakąś kwestię nie miałam zdania, nie umiałam się określić, pora było zająć stanowisko i zdanie sobie wyrobić – zmusił mnie właśnie Houellebecq; jego poglądy niejednokrotnie są tak konkretne – radykalne wręcz – że nie można na nie być głuchym. Bo jak nie dokonać refleksji nad zdaniem typu: „(…) poszanowanie dla tożsamości stało się tak silne. Poszanowanie stało się obowiązkowe, nawet wobec kultur najbardziej niemoralnych i głupich” (s. 169) i jak nie zareagować na słowa takie jak: „Nietzsche, Schopenhauer i Spinoza dzisiaj już by nie przeszli. Polityczna poprawność, a raczej to, czym się stała, sprawia, że niemal cała filozofia zachodnia jest dzisiaj nie do przyjęcia” (s. 179)? Z drugiej strony niemałą przyjemność odczuwałam, czytając na przykład: „Podobnie jak Dostojewski uważam, że od każdego głosiciela generalnych, wspaniałomyślnych idei należy wymagać, aby zbudować szczęście jednej konkretnej osoby” (s. 174).   
Formułując swoje tezy i argumenty Houellebecq posługuje się ciętym językiem, częstymi ripostami, cechuje się błyskotliwością; udowadnia, że posiada umysł analityczny i wypracował sobie poglądy na wiele kwestii, ale tym co może irytować jest przeświadczenie o własnej nieomylności (może to cicha cecha eseju?), przyjmowanie postawy głosiciela „prawdy absolutnej”.
Mam świadomość, że „Interwencje 2” nie są książką dla każdego, nie jest to zbiór, który znajdzie wielu amatorów, ale wydaj mi się, że z czytających mało który będzie w stanie całościowo zignorować zawarte w nim teksty. I tym się książka może obronić.          

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:
WSPÓŁPRACA

25 sierpnia 2016

Konkurs - lato zamknięte między stronami :-)

Z wielkim żalem pora przyznać, że kolejne wakacje powoli-powolutku odchodzą w przeszłość. Znów zaczynamy myśleć o pracy, zbliżającej się partii nowych obowiązków i rutynie, zastanawiając się, na jak długo wystarczy nam energii… By choć na chwilę zatrzymać  te jeszcze ciepłe promienie lata lub dostarczyć sobie na jesienną pluchę wakacyjnego materiału, mam do oddania pakiecik dwóch wakacyjnych książek:   
"Magiczny ogród"
"W pełni lata". 


By powalczyć o książki, należy wypełnić kilka warunków. Oto szczegóły:

1. Organizatorem konkursu i fundatorem nagrody jest autorka bloga Zielono Mi…

2. Konkurs trwa od 25.08.2016 do 31.08.2016, do 24. 00. Wynik zostanie ogłoszony 2.09.16, najpóźniej około 21.00. Do 4.09.16, do 18.00 będę czekać na adres korespondencyjny od zwycięzcy. Paczuszkę wyślę zaraz po weekendzie :-)  

3. By powalczyć o książkę, należy: zostawić w komentarzu pod tym wpisem odpowiedź na zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy. Będzie mi miło, jeśli zostaniecie obserwatorami bloga/profilu fb/g+ i/lub udostępnicie informacje o zabawie. Tutaj umieszczam "wizualizację":



4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagrody).

5. Pytanie konkursowe:

Którą z omówionych przeze mnie w tym roku książek chciałbyś/-łabyś przeczytać i dlaczego  
(co takiego intrygującego/zachęcającego jest w jej opinii)? 
Zwycięży autor najlepszego według mnie uzasadnienia.  

6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

ŻYCZĘ MIŁEJ ZABAWY :-)


23 sierpnia 2016

Zawsze gdy przypominam sobie tamto wydarzenie, błagam moją pamięć o litość (…) – s. 153.

            Kilka tygodni temu Olga z Wielkiego Buka zwróciła uwagę na najpopularniejsze tematy literackie ostatnich miesięcy (tu). Zauważyła, że są wśród nich takie, które po raz pierwszy spotyka fala popularności (dla mnie to temat Imperium Osmańskiego, ale nie w ujęciu Pamuka, który konfrontuje dzisiejszą Turcję z Turcją doby paszów, lecz Imperium pokazywane barwnie, kolorowo i bajkowo jak z opowieści Szeherezady), jak i takie, które powracają, których głos i wymowa na nowo stają się istotne (dla mnie: temat dojrzałości, pozbawiania się dziecięcych złudzeń i autentycznego odkrywania siebie, nawet jeśli to odkrywanie wiedzie krętą i trudną drogą). Innym z wymienionych przez Olgę tematów jest „Kierunek: Afryka”. I nie mówiła ona o historiach typu „Biała Masajka” czy „Kwiat pustyni”, które przeżywały (-ją) swoje drugie życie dzięki stosunkowo niedawnym ekranizacjom, lecz o książkach, które pokazują Afrykę, jej problemy, czynniki kulturotwórcze, uwarunkowania społeczne w sposób „szeroki”, panoramiczny, nie jako tło bohatera (bohaterów), lecz jako miejsce, które samo z siebie może stać się bohaterem. Olga wspomniała o trzech znanych mi książkach: reportażu Rosiaka (mam i znam z innego niż pokazywanego na Buku wydania), „Drogi do domu” (pisałam o tej książce tu) oraz o „Rybakach” (Olga pokazuje anglojęzyczne wydanie).  I ja dziś właśnie o tej ostatniej książce.
Nie ma w niej nic z tego, co tak ostatnio częste w literaturze. Nie ma lekkiej opowiastki okraszonej egzotycznymi sceneriami, nie ma banalnych dialogów, prostolinijnych postaci, serialowo rozpisanych perypetii, z góry wiadomego heppy-endu. „Rybacy” to tylko pozornie powieść o czwórce rodzeństwa z klasy średniej, którego ojciec pracuje w banku, matka ma mały straganik na miejskim targu i utrzymanie rodziny godzi z wychowaniem dwójki kolejnych maluchów. To nie jest opowieść o tym, jak po wyjeździe ojca w delegację chłopcy zaczynają wagarować, jak każdy z nich odkrywa swoje zainteresowania i jak – choćby ze względu na różnicę wieku – powoli rozchodzą się ich drogi. To opowieść o tym, jak naprawdę wygląda Afryka; jak cywilizacja i postęp ścierają się ze „starą” kulturą; jak chrześcijaństwo do dziś zmaga się ze starymi religiami i plemiennymi zabobonami; jak mocna jest wiedza pierwotna i jak bardzo wciąż jest aktualna i okraszona wiedzą życiową, ni książkową; jak zdrowy rozsądek przegrywa w konfrontacji z czymś, co z prawdopodobieństwem nie ma zbyt wiele wspólnego. Bo w chwili, kiedy chłopcy zetknęli się z szalonym prorokiem-wizjonerem i wysłuchali jego bezdusznej przepowiedni cały ich dotychczasowy świat legł w gruzach, a dorobek cywilizacyjno-kulturowo-religijny okazał się niewystarczający; lęk przed realizacją proroctwa oszołomił i zamroczył nie tylko jego bezpośredniego odbiorcę. Więc w drugim planie „Rybacy” stają się powieścią o rozpadzie rodziny, o tym, jak jedno słowo i wyrysowana tym słowem wizja wprowadza niepokój, jak sieje spustoszenie, zbierając automatycznie jego żniwo; to też powieść o tym, jak człowiek wciąż zaplątamy jest w spiralę wierzeń i mitów, jak w momencie próby myślenie racjonalne ustępuje pola myśleniu mitycznemu i magicznemu.
I jak przystało na powieść ze starymi religiami w tle, na opowieść o bohaterach odwołujących się w życiu codziennym do pierwotności i prymitywizmu swoich przodków, należało wprowadzić specyficzny język narracji. Prowadzi ją jeden z braci – kilkuletni Ben, który w swej dziecięcej naiwności i nierozumieniu niektórych wydarzeń, próbuje tę historię logicznie ułożyć, wyjaśnić, przedstawić tak, jakby chciał, by wszyscy – z nim na czele – wreszcie zrozumieli, co stało się z Ikennem i jego braćmi. Chwilami swą opowieść prowadzi chaotycznie, spiralnie, odchodzi od niektórych wątków, by po chwili – w celu uzupełnienia – do nich powrócić. Jak na dziecko Afryki przystało, posługuje się językiem metaforycznym, barwnym, pełnym przenośni, epitetów i obrazów rodem z ludowych baśni (np. członków rodziny porównuje do zwierząt najlepiej oddających ludzkie cechy osobowości). Stosuje zwroty do adresata (słuchającego? bo od samego początku mówi, jakby zdawał relację/składał zeznania), spowalnia/przyspiesza akcję, liczne retrospekcje – cokolwiek, byleby tylko spróbować wytłumaczyć, jak to możliwe, że słowo szaleńca i myślenie mityczne zrujnowało rodzinę szanowanego urzędnika bankowego.
Ci, którzy „podglądają” mnie na fb wiedzą, że czytałam tę powieść na czarnogórskiej plaży. I nadzwyczajność tej powieści, urok jej opowiadania oraz indywidualność postaci doskonale wtopiły się w niezwykłość miejsca, w którym przebywałam. Jak „Droga…” opowiada o wciąż bolących Afrykę ranach, jakimi były niewolnictwo, walki plemienne i handel siłą roboczą, tak „Rybacy” pokazują, że Czarny Kontynent podskórnie wciąż uwikłany jest w liczne sidła wierzeń, zabobonów, przepowiedni i mitów, których wieki chrześcijaństwa nie wypleniły.
Gdyby mnie ktoś pytał o zdanie, życzę sobie więcej takich historii!   
      
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA