31 grudnia 2015

Podsumowanie

Podsumowania nie są moją mocną stroną. Dokonałam może jednego, ale, że moje ogólnomiesięczne statystyki są ubogie, nie ma czego na bieżąco opracowywać… Ale dziś chciałabym rozpisać roczne zestawienie książek biorących udział w poszczególnych wyzwaniach, wskazać moje literackie odkrycie i przedstawić ogólne plany na nadchodzący rok.
Zacznę do tego, co najprostsze: literackiego odkrycia - i tytułowego, i autorskiego. Wydają się one oczywiste i są spójne – to naturalnie „Nieważkość” i jej autorka – Julia Fiedorczuk. O istnieniu książki nie miałam pojęcia, po raz pierwszy zobaczyłam ją, kiedy Mąż podarował mi ją z okazji 14.02, prawie od razu zaczęłam czytać i przepadłam. Jej wielopoziomowość, zróżnicowanie narracyjne, wielowątkowość, mrok i szarość świata przedstawionego sprawiły, że sięgnęłam po wcześniejszą pozę autorki i naprawdę przepadłam. To świat z filmów Smarzowskiego, a nie kart typowej literatury pięknej – jest szary, pełen zgnilizny, upadku i bohaterów z marginesu (społeczeństwa, wyznawanych wartości i przyjmowanych postaw), którzy sami siebie traktują jak drugiej – a jednak pierwszej – kategorii. Prozę Fiedorczuk polecam wszystkim, którzy nie boją się tekstów trudnych, stawiających nieciekawą diagnozę nieciekawemu światu… O „Nieważkości” możecie przeczytać tu , o „Białej Ofelii” tu, a o „Poranku Marii…” tutaj.   

             
                Zupełnie inaczej – znacznie trudniej - ma się sprawa z wyzwaniami. Było ich cztery, więc powoli – ale spróbuję – ogarnąć… Pierwsze: Agaty Adelajdy z SETNEJ STRONY – Czytam książki nieoczywiste (tu); drugie: Edyty z ZAPISKÓW… - Mitologia w literaturze (tu); trzecie (również Edyty): W 200 książek dookoła świata (tutaj), a czwarte – Wyzwanie biblioteczne – jest od Marty  z Okiem MK (tutaj). 
Książki przeczytane (i obanerowane) w ramach:
- zabawy mitologicznej:
„Opactwo...” -

- zabawy bibliotecznej:
„Biała Ofelia” -

- książek nieoczywistych:

- książek z każdego zakamarku świata:
„Biała Ofelia” -
„Broadchurch” -
Jak widać, tytuły się czasem powtarzają, ale chyba żadne z w/w wyzwań nie zabroniło ich łączenia.
           
Co do planów na rok następny: na pewno będę chciała brać udział w wyzwaniach - ale maksymalnie w dwóch (ciężko jest łączyć hobby z pracą zawodową - a wyzwania wymagają dyscypliny (trzeba składać "raporty" (czego ja niestety prawie w ogóle nie robię, więc jest możliwe, że organizatorki nie zaliczą moich wyników - cóż, za opieszałość trzeba płacić...), kontrolować przebieg, a i czytać "na czas"/"na wyścigi" nie mam zamiaru). Będę też chciała kontynuować wpisy (średnio raz w miesiącu) typu: Co u mnie słychać, a recenzje książkowe powinny ukazywać się minimum dwie miesięcznie... Zobaczymy, co z tego wyjdzie:)

Serdecznie wszystkich pozdrawiam 
i życzę Wam literacko oraz osobiście pięknego 
roku 2016:):)

30 grudnia 2015

"Próba"

Są książki, które się wymykają.
Trudno jednoznacznie określić, o czym tak naprawdę mówią, kto jest głównym bohaterem i co stanowi wątek przewodni. Do takich książek zaliczyłam kiedyś „Nieważkość” – tu. A dziś „Próbę”.
Według tego, co głoszą materiały reklamowe i wypowiedzi autorki to książka o
zdemaskowanym romansie uczennicy i jednego z nauczycieli pewnej ekskluzywnej szkoły artystycznej oraz wielkim skandalu i oburzeniu opinii publicznej, jakie temu zdemaskowaniu towarzyszyły. Mówi się też, że to książka o dojrzewaniu, odkrywaniu tego co istotne, wchodzeniu w dorosłość, poznawaniu własnej seksualności a nawet sprawdzaniu jej.
Jednak, jak dla mnie, to książka o pozorach, prowokowaniu i próbie sił. Bo choć tak – romans był, zdarzył się między uczennicą a nauczycielem i oburzenie społeczne wystąpiło, to cała ta heca jest jakby z boku. Na plan pierwszy wysuwają się układy i powinności społeczne, konieczność odegrania - w tej trudnej i kontrowersyjnej sytuacji - konkretnej roli: dzieci względem rodziców i nauczycieli, nauczycieli względem rodziców i dzieci, rodziców przede wszystkim względem dzieci, psychologów względem podopiecznych, uczniów względem napiętnowanej koleżanki – i zdają się tu przeważać zazdrość, zawód i żal, że to nie ich udziałem stało się całe to zamieszanie. Bo, przede wszystkim, trzeba się jakoś zachować i przyjąć odpowiednią postawę formę (śmiem twierdzić -  maskę) – tę dla siebie, i tę dla obserwujących. I to te kształtowane postawy zdominowały to, co wydawałoby się kluczowe – motyw romansu i zakazanego, a jednak kuszącego, owocu. Z każdą kolejną stroną książki bohaterowie wydają się być marionetkami, którzy to co istotne – chcąc podtrzymać choć trochę normalności i zwyczajności - oglądają jakby zza wielkiej i grubej szyby lub mgły.
Sprzyja też temu narracja: chaotyczna, postrzępiona, pourywana, w której żaden z bohaterów nie kończy swojej sekwencji, plącze się w wypowiedziach, nie przywiązuje do nich wagi, nie przekonuje również odbiorcy. Cała istota opowieści zdaje się być ukryta w głowach bohaterów, którzy – na pokaz - skupiają się na pozorach i sami je budują.
„Próba” jest powieścią o młodości i młodzieńczości, o szeroko rozumianym erotyzmie, jej akcja rozgrywa się częściowo w murach starej szkoły, ale nie to jest  - według mnie – jej istotą. Chciałabym, by każdy, kto sięgnie po tę książkę, odkrył jej drugie dno i znalazł tam coś dla siebie.


ZA PRZECZYTANIE KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU
Wyzwanie 2.

24 grudnia 2015

"(...) krok za krokiem..."

Kochani,
w ten wyjątkowy czas życzę Wam
ciepła i spokoju, 
obecności Bliskich i Ważnych, 
wytchnienia i odpoczynku
a przede wszystkim tego Czegoś, co te dni uczyni na zawsze uczyni 
NIEZAPOMNIANYMI!


12 grudnia 2015

Szczęście to radość z tego, co stało się naszym udziałem. /Stolarska/

Dziś trochę prywaty - kilka takich małych chwil, na wspomnienie których wciąż się w duchu uśmiecham:)

1. Resztki pięknej jesieni - dobrze jest pojechać do Mamy:)




















2. Coś słodkiego i ciepłego:)



3. Zimy odsłona pierwsza:)




4. Grunt to ładować baterie:)



5. Oto Bzik :):



6. Przygotowania do "Mikołajowania :):



7. Bo przecież mamy Adwent:)



Moja Siostra robi takie cuda:) 
Siedzi, myśli, komponuje, a później skleja, o dostawę materiałów prosi i planuje co komu podarować:)
Piękny talent i moc cierpliwości ma:)

7 grudnia 2015

Jest wynik...

- ...bo był konkurs. 
Mały, skromny, w niewielkim gronie - ale był i wynik pora mi podać.
"Próbę" otrzyma Monika Piotrowska-Wegner (tu więcej)
Za odpowiedź z atmosferą "Opowieści wigilijnej" w tle. Gratuluję! 
Mam nadzieję, że nagroda Ci się spodoba. 
Ja książkę już czytam i z każdą stroną rodzą się kolejne pytania (a główne niezmiennie brzmi: 
O co w tym wszystkim chodzi?)
Nawet Michał Nogaś - książkowy "wyjadacz" - nie umiał przejść obok niej obojętnie (tu)
Do środy (9.12.2015) czekam na adres do wysyłki 
(w czwartek powinno mi być z pocztą po drodze:)).


29 listopada 2015

„(…) wola serca i wola języka (…)” (s. 437)

Przejechałam kiedyś z południowej na północną część Polski, a najdalej udałam się do Grecji przez Serbię. Ale to nie znaczy, że nie chciałabym być tu-czy-tam i że nie jestem ciekawa świata. Jestem i to bardzo.
I jest to drugi z powodów, dla których sięgnęłam po najnowszą powieść Pamuka - „Dziwna
myśl w mej głowie…” (pierwszym są oczywiście chęć i konieczność poznania książki noblisty – już ten tytuł jest dla mnie wystarczającą rekomendacją). Po spotkaniu z jego „Stambułem” wiedziałam, że „Dziwna…” będzie historią zupełnie odmienną od tych zazwyczaj przeze mnie czytywanych.
Już bardzo rozbudowany tytuł mówi, że to książka nietypowa, a jej bohaterem nie jest jeden z dygnitarzy czy notabli a zwykły, prosty i zapracowany człowiek. Jest nim Mevlut Karatas, którego życie poznajemy z kliku perspektyw czasowych. W taki niechronologiczny sposób dowiadujemy się między innymi o jego dzieciństwie w typowo tureckiej wiosce, burzliwych początkach udanego małżeństwa, życiu z ojcem w wielkim Stambule, relacjach z mieszkającym tam wujostwem, tajnikach obnośnego handlu tradycyjną buzą (coś na kształt jogurtu sprzedawanego na wagę bezpośrednio z dużych pojemników), lokatorskich problemach typowych dla chcących na dobre zapuścić korzenie w Stambule… - jak na dobrze skonstruowaną sagę rodzinną przystało jest niemało wątków i niemało motywów.
Ale „Dziwna…” nie jest rozbudowaną, obszerną w szczegóły opowieścią o typowym i pełnym młodzieńczej fantazji, mieszkańcu Stambułu, który we wczesnej młodości – w poszukiwaniu wykształcenia – przyjechał z ojcem do tego wielkiego, wciąż rozbudowującego się miasta. Jak dla mnie to w dużej mierze książka o wielkiej, kolorowej, zróżnicowanej – głównie pod względem ekonomicznym – Turcji, która przechodziła niemałe zmiany gospodarcze, demograficzne, oświatowe i polityczne. Na przykładzie losów Mevluta poznajemy kawałek historii egzotycznego, jak dla mnie, państwa, które dzielnie szło z nurtem historii i wciąż zadziwia odmiennie barwną kulturą, obyczajami oraz tradycjami – nie trzeba daleko szukać, wystarczy wspomnieć o całym zachodzie z koniecznością uprowadzenia ukochanej, by móc się z nią ożenić. Opowieści tego typu sprawiają, że najnowsza książka Pamuka nie jest nudnym wykładem z zakresu kulturoznawstwa czy historii Turcji a opowieścią o barwnym i nienudnym życiu pewnego sprzedawcy buzy, który zaznał tak biedę, jak i wygody życia we wciąż powiększającym się Stambule.
Nie ulega wątpliwości, że „Dziwna…” to literacka perełka, której nie można przeczytać przy jednym podejściu. To wielopoziomowa, wielowątkowa i wieloproblemowa powieść o państwie, które wciąż jest mi tajemnicą i bajkową krainą, a Mevlut jest jednym z jej mieszkańców.    

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ



Wyzwanie 2.

26 listopada 2015

Prezentowo...

Dzięki jakże miłej pomyłce pracowników Magazynu WL, mam dla Was jeden świeżutki, prosto z prasy drukarskiej egzemplarz „Próby” autorki spektakularnie przyjętego „Wszystko co lśni”. Wydawana właśnie książka jest debiutem pisarskim autorki i na półki polskich księgarń trafi już 3.12.2015. Może to być całkiem przyjemny prezent mikołajowo-gwiazdkowy:)

By powalczyć o książkę, należy wypełnić kilka warunków - oto szczegóły:

1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Zielono Mi… Nagrodę funduje Wydawnictwo Literackie.

2. Konkurs trwa od 27.11.2015 do 4.12.2015, do 23.59. Wynik zostanie ogłoszony najpóźniej 7.12.2015 roku. Istnieje szansa, że prócz książki, zwycięzca otrzyma kilka drobnych bonusów:)

3. By powalczyć o książkę, należy: zostawić w komentarzu pod tym wpisem odpowiedź na zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy. Nie trzeba zostawać obserwatorem bloga/profilu fb/g+ ani udostępniać  informacji o zabawie, jednak miło mi będzie, jeżeli rozpowszechnicie ją wśród swoich znajomych:) Tutaj umieszczam tzw. baner:



4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagrody).

5. Zadanie konkursowe:
Proszę napisać króciutką rymowankę (jedno zdanie/dwuwiersz) o Mikołaju/prezentach/podarkach/paczkach/obdarowywaniu…

6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

ŻYCZĘ MIŁEJ ZABAWY:)!!


14 listopada 2015

(...) znikali we własnym piekle, położonym gdzieś w pobliżu nieustannie wydłużających się torów kolei obłędu (s. 105).

         Określenia typu: „literackie odkrycie”, „olśnienie”, „perełka” może i są banalne, ale nie znajduję innych i innymi kategoriami myśleć o tej książce nie umiem... Poruszyła we mnie to, co intymne, emocjonalne, uczuciowe, wrażliwe, może i zapomniane, uśpione, odrzucone, czy zduszone... 
 „Ścieżki Północy” to straszna książka – nie da się temu zaprzeczyć. To książka, która dwoma historiami (a jednak wciąż jedną)  opowiada o tym, co głęboko w człowieku skrywane, o tym, co osoba może w sobie nosić, kim jest i co to znaczy „być człowiekiem”.
       Głównym bohaterem jest Dorrigo Evans. Można powiedzieć, że wygrał los na loterii: jako pierwszy w rodzinie skończył studia, został lekarzem, dostał się do wojska, zaręczył z dziewczyną z zamożnej rodziny, co już na wstępie otwierało mu wiele drzwi i ułatwiało karierę zawodową… Tylko, że w czasie szalejącej na świecie wojny nic nie jest łatwe i oczywiste. Nawet jeśli jest się w Australii – bo przecież Japonia nie tak całkiem daleko. Więc i Dorrigo stał się jej ofiarą. Aresztowany, osadzony w obozie jenieckim, zmuszony do budowy Kolei Śmierci (między Birmą a Syjamem (dzisiejsza Tajlandia)) poznał oblicze wojny, mające ze strzelaniem niewiele wspólnego, ale za to sporo z przekształcaniem jeńców w tanią siłę roboczą, która bez jedzenia, snu, leków, mimo chorób, szalejącej oraz dziesiątkującej - i więźniów i Japończyków - śmierci, mimo monsunów, insektów, braku odzieży, podstawowych narzędzi i przy odurzonych lekami kierowników obozu ma zaspokoić imperialistyczne zapędy cesarza japońskiego. Szał, gorliwość, bezduszność, zaślepienie Japończyków oraz niemożliwość, niemoc i bezsilność chorych, czy głodnych jeńców to dzień powszedni w dżungli. 
       Te opisy osadzonych, którzy prawie gołymi rękami wydzierali lasom kolejne metry, by otwierać drogę ku Indiom (kolonia Brytyjska) są przeciwstawiane wspomnieniom o szalonym romansie Dorriga z Amy – o trzy lata młodszą od siebie żoną wujka. Swoją żywiołowością, magnetyzmem, wrażliwością, wewnętrzną siłą, atrakcyjnością i nowoczesnością wniosła wszystko to, czego brakowało związkowi Dorriga z Ellą, a co później stało się lekarstwem na zło wojny, substytutem, namiastką normalności.
       „Ścieżki…” to książka trudna i piękna jednocześnie. Zapierają dech i każą zwolnić tak opisy wojennej nikczemności, jak i historia miłosna. Majstersztykiem jest język książki – subtelny, ale precyzyjny, dokładny, ale miejscami wręcz liryczny, misterny i finezyjny. To nie jest narracja, przez którą się gna jak przez wojenną zawieruchę, ale to opowieść, która wsysa swoją wielopoziomowością, wielowątkowością i szufladkowością. Niesamowite jest to, z jaką poetyckością udało się autorowi odmalować napięcie i przyciąganie między kochankami, że znalazł słowa, by oddać to uczucie i że potrafił wszystko tak zgrabnie ponazywać. Może wystarczy choćby taka króciutka wzmianka: W poszukiwaniu Amy przepatrywał wszystkie pokoje swojego życia, lecz nigdzie nie mógł jej znaleźć. (s. 122) Ale nie można subtelnym językiem mówić o nikczemnościach wojny. Więc obok niego są i dosadne brutalizmy: (…) spali, obejmując najbliższego sąsiada nogami, otoczeni parującym odorem stęchłych wymiocin, brudnych ciał, gówna i potu, i tak jechali dalej, usmarowani kopciem i przygnębieni. Pięć dni bez jedzenia, sześć przystanków, trzy trupy. (s. 51) 
       Tak skonstruowana narracja jest dwutorowa: opowiada o wydarzeniach w dżungli i o historii z Amy; raz widzimy Dorriga podczas wojny, raz na plaży z kochanką, a później znów w pokoju hotelowym, kiedy - zapijając wspomnienia (wyrzuty sumienia? ból? smutek?) - przygotowuje się do odczytu i promocji książki o wojennych losach. W tej książce nie ma narratora wszechwiedzącego (choć narracja trzecioosobowa), nie ma typowych dialogów – choć mówi każdy z bohaterów i ich - czasami długie - wywody zastępują narratorskie dopowiedzenia. Jak dla mnie to narracja zbliżona do polisemiczności, gdzie tak wydarzenia z dżungli, jak i te romansowe poznajemy z punktu widzenia głównych, złożonych, postaci – każda z nich wnosi coś nowego do fabuły i to pod względem akcji, jak i w płaszczyźnie przeżyć. 
       Z powyższego wynika, że „Ścieżki…” – wojenny romans (upraszczając) – to piękna, trudna historia, opowiedziana językiem wyszukanym i oryginalnym, gdzie każde zdanie jest ważne i nie ma ani jednego zbędnego, a wszystkie one tworzą jedną wielką księgę prawd o człowieku.     
   
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


Wyzwanie 2.

31 października 2015

Co się działo....

pomiędzy ostatnimi wzmiankami o książkach? Całkiem sympatyczne wydarzenia. Po pierwsze: wciąż czytam. Różne książki - i podręczniki szkolne, i lektury szkolne (obecnie: etap Króla Edypa), jak i tytuły podesłane przez Zaprzyjaźnione Wydawnictwa. I pomimo napiętego kalendarza, wciąż książki gromadzę - bo zakładam, że starość mnie czeka długa, piękna i spokojna...:)
Ostatnio może i nie udało mi się wyjątkowo wiele książek pozyskać, ale grubość kilku z nich robi wrażenie:)
Oto książki kupione sobie i Mężowi (oczywiście "Stasiuki") w arosie:

Poniższe to efekt wizyt w kilku marketach i polowania na kioskowe dodatki:

A te z kolei to tytuły nadesłane przez Wydawnictwa ("Excentrycy" to wygrana w konkursie:)):
"Małe..." były opisywane tutaj, a "Narzeczona..." tutaj. Na tym zdjęciu brakuje "Opactwa..." oraz "Kalendarzy", które - pożyczone - wędrują od domu do domu:) Już wnet notatka o "Ścieżkach...", a zaraz później zasiądę do Pamuka - aż sama siebie pytam, czego tym razem dowiem się o Stambule (po moim pierwszym spotkaniu z inną książką autora, długo nie mogłam się otrząsnąć). 

Ale nie tylko książkami żyję - do pracy chodzić trzeba. I kiedy uporałyśmy się (polonistki-wychowawczynie) z obowiązkami biurokratycznymi, z powinnościami wychowawcy u początku roku szkolnego,a pierwszoklasiści stali się pełnoprawnymi uczniami szkoły, udaliśmy się na wycieczkę do Krakowa. Był to dzień długi i intensywny. Najpierw: warsztaty w Muzeum Archeologicznym (tajniki pisania na glinianych tabliczkach i ręczne wyrabianie biżuterii):
- piszemy




- a tu nawlekamy

















                                         

Później poszliśmy do kamienicy Szołayskich na wystawę "Szuflada Szymborskiej" (Trójka "robiła" o niej program) - o największych skarbach (w tym książkach - kupowanych, nie pisanych) i najważniejszych bibelotach Noblistki. Bardzo fajny pomysł, tylko mało miejsca i nasza dość spora grupa miała problem, by na spokojnie, bez ścisku wszystko sobie oglądnąć (więc i zdjęcia kiepskie:()











A później, już wieczorem, był spektakl w Teatrze im. Juliusza Słowackiego - "Arszenik i stare koronki".












Muszę przyznać, że dawno tak się nie uśmiałam, a młodzież wyszła wręcz zachwycona i już dwa dni później pytali, kiedy kolejny wyjazd z teatrem w roli głównej - bardzo mnie to podbudowało... I mimo późnego powrotu do domu, był to fantastyczny wyjazd, który odchorowałam jedynie niewielkim katarem:)
A na podsumowanie ostatniego tygodnia był jeszcze konkurs recytatorski poezji Wojtyły, z którego moje uczennice wróciły z dyplomami i niewielkimi upominkami pocieszenia, co je nie zniechęciło a utwierdziło w postanowieniu, że za rok znów się zgłoszą:)

Ot, takie moje dni... Praca oparta również na kontakcie z książką, czas wolny z książkami oraz dom zawalany książkami i papierami - moimi i Męża... I może dlatego B. już nie chce w nim spać i woli budę????

Do blogowego zobaczenia:)

24 października 2015

Dokonuję szybkiego bilansu (…). (s. 66)

       Powieści obyczajowe są takimi, po które najrzadziej sięgam. Czytanie o codziennych (?), typowych (?), a nawet banalnych (?) perypetiach zwykłych (?) ludzi jakoś mnie nie pociąga – może po prostu dlatego, że nie ma tam przyciągającego mnie odpowiednim napięciem dreszczyku typowego dla surowych kryminałów czy wiarygodności i autentyczności literatury faktu, a za to niemało ckliwości i truizmu. Tak czy inaczej – obyczajówek w moim domu mało i mało ich na blogu. 
       Ale dziś jest - i to nie taka oczywista, lekka, banalna, do odpoczynku i z typowym „żyli długo i
szczęśliwie”. Dziś o „Kalendarzach”. Na książkę skusiłam się, bo talent autorki – Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk - jej umiejętność snucia opowieści wielowątkowych i wielopoziomowych, opowiadanych piękną polszczyzną zachwyciła mnie przy okazji serii o Cukierni pod Amorem i historii o pewnej polskiej malarce robiącej piorunującą karierę w Paryżu - Róży z Wolskich.
       Tak oczarowana nie mogłam nie sięgnąć po najnowszą jej powieść. Jest ona inna od tamtych. Brak w niej szerokiego wachlarza różnorodnych i skomplikowanych postaci, brak intrygi i wielowątkowości. Bo jak wskazuje tytuł, to opowieść o tym, co jest istotą kalendarza – o osobistych, czasem oderwanych od siebie zapiskach, licznych momentach, skrawkach zdarzeń, które - złożone razem – dają całościowy pogląd na życie i pozwalają je ocenić lub podsumować. 
        Główną bohaterkę spotykamy w ciężkim i może smutnym – ale całkiem oczywistym - momencie życia: jej syn wyprowadził się z domu, podkreślając tym samym swoją niezależność, dorosłość, samodzielność i konieczność pisania własnej historii. Wydarzenie to stało się dla bohaterki pretekstem do skonfrontowania siebie z całą swoją historią i przeżyciami, z dotychczasowym – a może przede wszystkim tym odległym czasowo - życiem. Opowieści o nim prowadzone są pierwszoosobowo – momenty teraźniejsze, monologi wewnętrzne kierowane apostrofą do nieobecnego syna oraz trzecioosobowo – retrospekcje, w których bohaterka patrzy na siebie w dzieciństwie jak na obcą osobę, jakby dystansowała się do tamtej siebie, jakby ona-dziś niewiele przypominała ją-wtedy i konieczne stało się mówienie o sobie „ona”, „dziewczynka”. Te myślowe wyprawy w przeszłość  przypominają – i właściwie stają się – spotkaniami z duchami: matką, ojcem, dziadkami, ich sąsiadami ze wsi, młodszą siostrą, nieznanym w zasadzie wujostwem. Pozwala jej to odpowiedzieć na pytanie, co było ważne kiedyś, co jest ważne dziś, co było ważne dla moich bliskich w przeszłości, a co obecnie. W konfrontacji „kiedyś” z „teraz” przeszłość jest idealizowana i koloryzowana; pracowity czas u dziadków na wsi był czasem trudnym, nerwowym – jak nerwowy bywał dziadek, ale to piękny okres z ludźmi, których już więcej się nie spotka… 
       W tych opowieściach nie ma nic napuszonego, górnolotnego, wielkopańskiego, czy wyjątkowo przełomowego – to opowieści o tym, jak zwykłe, nawet bardzo skromne życie, może być piękne i autentycznie ważne. Z tych historii wyłaniają się uniwersalne prawdy życiowe – wystarczy chcieć ich poszukać. Muszę nieśmiało przyznać, że chyba żadna książka – jak ta właśnie - nie wywołała we mnie tylu wspomnień z własnego dzieciństwa; przy czytaniu żadnej książki myśli o własnych dziadkach, rodzicach, wczesnym dzieciństwie rodzeństwa nie były tak mocne i natarczywe*. Chwilami mimochodem okazywało się, że - zamiast za wspomnieniami bohaterki-narratorki - podążam za własnymi myślami w głąb własnej historii. Bo jak nie zatrzymać się przy słowach typu:
„Z życia dziadków znamy jedynie schyłek, na który cieniem kładzie się ich śmierć. Życie naszych rodziców to w zasadzie wyłącznie ich dorosłość. Starzejąc się, niepostrzeżenie robimy się do nich podobni. Życie naszych dzieci to przede wszystkim ich dzieciństwo. Wszystko inne to obrosły domowymi legendami, wielokrotnie zmieniany przekaz” (s. 37)?
       Uważam, że „Kalendarze” warto przeczytać nie po to, by przeżyć niesamowitą, pełną dreszczy oraz emocji przygodę, ale po to, by móc przypomnieć sobie te chwile, które były ważne i które może nas ukształtowały.   

WSPÓŁPRACA

*Ci co mnie znają prywatnie, wiedzą, że dzieciństwo (babcię:)!) mam na piedestale:):)

Wyzwanie 2.

21 października 2015

Mężczyzna, którego kochałam, moja najbliższa przyjaciółka, mężczyzna, który kochał ją, wszyscy przemienieni przez żałobę w coś, czego nawet sami nie potrafią rozpoznać. (s. 300)

       Najbardziej niesamowite jest to, jak książka początkowo nudna, monotonna, nużąca, ze wstępem „ciągnącym się”, męczącym, bez wyraźnie zarysowanej fabuły, zmienia się w historię pełną napięcia, dreszczyku, osaczającą, kleszczącą czytelnika w swych niewidzialnych mackach, które każą raz za razem pytać: „Co dalej?” Niesamowite jest to, jak historia początkowo bez wyrazu zmienia się w opowieść, której – z jednej strony - nie chciałoby się kończyć, a z drugiej – nie możemy doczekać się finału i rozwiązania. Bo przecież, niczym w tragedii starogreckiej, rozwikłanie i rozplątanie wszystkich napięć nastąpić wreszcie musi.  
       W taki sposób podsumowuję sobie „Małe mroczne kłamstwa”. Bo początek tej książki - opis
przygotowań płetwonurka do zejścia pod wodę, nurkującej kobiety i jej ucieczki przed walczącymi o posiłek rybami - jest dla mnie całkiem przydługi*. Zanim dobrnęłam do jego końca, książkę kilkakrotnie odkładałam i wmawiałam sobie, że nie dam rady – ale dałam:) I bardzo dobrze! Inaczej pozbawiłabym się przyjemności przeczytania świetnie rozpisanego, dozującego napięcie, odpowiednio dawkującego informacje i wielowymiarowego kryminału.
       Jego fabuła poprowadzona jest narracją pierwszoosobową, ale tych „osób pierwszych” jest w nim aż trzy: dwie kobiety i mężczyzna. Każda z tych osób okazuje się być wnikliwym obserwatorem rzeczywistości, a przede wszystkim siebie, każda z nich perfekcyjnie nazywa siebie i swoje stany, uczucia. Odkrywając przed czytelnikiem kolejne wątki opowieści, odsłania tak naprawdę kolejne pokłady własnych wrażeń  i emocji. A ich opowieść o sobie i o tragicznych wydarzeniach, które stały się ich udziałem należy do gatunku tych najtrudniejszych. Dlatego obok narracji właściwej konieczne okazało się posłużenie się licznymi retrospekcjami. 
       Bo oto w mieście Stanley, które wciąż pamięta interwencję zbrojną na Falklandach w 1982 roku, w którym wciąż stacjonuje wojsko (1 żołnierz na 1 mieszkańca), a wody zaśmiecają wraki statków dochodzi do kilku tragedii. 
       Jedna jest bardzo osobista: przed trzema latami dotknęła Catrin i jej męża Boba – w tragicznych okolicznościach zginęli ich dwaj synowie. Mimo upływu czasu, zmiany stylu życia i poniekąd otoczenia, Catrin nie jest w stanie przepracować w sobie bólu i straty, nie potrafi iść dalej; wciąż dłamszą ją rozpacz, żal, gniew, nienawiść, żyje w sobie, wśród własnych napastliwych myśli i emocji, nie wśród ludzi – a mijanie codziennie sprawczyni tej tragedii nie ułatwia powrotu do równowagi.
       Obok tego - dla niektórych wciąż żywego - nieszczęścia rozgrywają się inne: jakiś czas temu zaginęło dwóch chłopców i do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało (ofiary pedofila/zwodniczej wody/mordercy/porywacza/własnej lekkomyślności/nieuwagi opiekunów), a i teraz, podczas rodzinnej zabawy, przepadło kolejne dziecko – kolejny chłopczyk, syn turystów. 
       Dla małej, zamkniętej społeczności Stanley tego już za dużo: po mieście, niczym widmo, chodzi młoda matka cała w żałobie, wciąż nieznane są losy wcześniej zaginionych chłopców, a teraz jeszcze to – kolejne zaginięcie. Co się dzieje z tą małą społecznością? Bo coś się dziać musi… 
       Mimo tych licznych, przeplatających się ze sobą wątków, mimo kilku historii pobocznych, mimo niewielu głównych postaci, z których każda jest na swój sposób popaprana i pozbawiona klarowności, okazuje się że, że „Małe…” to nie jest typowa powieść kryminalna, w której pełno opętanych tajemnicami bohaterów i której istotą jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: ”Co stało się z chłopcami?”. W dużej mierze to powieść psychologiczna, w której  chodzi o rozrachunek z samym sobą, swoją przeszłością, z wrogiem we mnie, z demonami, które nie są obok mnie a w mojej głowie; to powieść o nienawiści i wyrzucie sumienia; o tym, jak trudno czasem ruszyć z miejsca, zostawić ból za sobą i spróbować się od niego oderwać; a przede wszystkim to historia o potrzebie wybaczenia – sobie i otoczeniu. Przemawiająca z tej książki diagnoza brzmi: Nie można być człowiekiem bez człowieczeństwa. I trzeba poznać wersję/opowieści wszystkich zainteresowanych/zamieszanych, by zobaczyć całość sytuacji, pełne pola wydarzeń, motywy postępowania i najbardziej skryte pragnienia czy tajemnice. A tych jest niemało. 
       Niedawno wydawca książki poinformował, że kryminały Sharon Bolton, autorki „Małych…”, tłumaczone są na 18 języków. I mnie to nie dziwi. I życzę sobie, by wszystkie początkowo drętwe i mało ciekawe książki tak się rozwijały, tak wsysały czytelnika i tak mocno przy sobie trzymały – aż do rozwikłania zagadki.



*Ale może to być całkiem subiektywne odczycie, bo chorobliwie nie znoszę książek o wodzie, pływaniu, morzu, rybakach, statkach, rybach… 



ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

Wyzwanie 2.