23 maja 2019

„Czarodziejka kolorów/Co ma piękne oczy” (s. 53) – A. Lisowska, A. A. Sikorska, „Między palcami a ciszą kolory jej duszy się kołyszą”



      Dziś premierę ma książka, która nie jest jedynie poetyckim tomikiem przeznaczonym do czytania. Nie jest to też album oddany przez wydawcę wyłącznie do oglądania. 
      To książka niezwykła, bo słowem i obrazem zaprasza w świat dziecka wyjątkowego nie tylko swoją przypadłością (autyzm), ale przede wszystkim dojrzałością patrzenia na świat – to oczy dziecka widzące świat dorośle.
    „Między palcami a ciszą/kolory jej duszy się kołyszą” ma dwie autorki. Aleksandra Anna Sikorska stworzyła niesamowitą szatę graficzną – jej obrazy przyciągają swą głębią, magnetyzmem, nieraz oślepiającymi barwami, budzą zachwyt i niepokój, te smugi przenikających się kolorów wsysają widza, pokazując mu głębię pozornie płaskiej przestrzeni powierzchni. 
      Drugą autorką jest Anna Lisowiec – poetka z Góry, rodzinnego miasta Oli – która za malarkę słowem opowiada jej świat, metaforą opisuje rytm tworzenia, reagowania na rzeczywistość, indywidualne sposoby komunikowania się, czyniąc z jej inności atut, piękną wyjątkowość i niezwykłość. „Wiem, że Ona/ Intensywniej odbiera świat/ Czuje mocniej i słyszy to/Czego Ty nigdy nie usłyszysz (…)” pisze Lisowiec, by kilka stron dalej dodać: „Jedyna autentyczna/W swej istocie/maluje obrazy/Zbiera oklaski” i „(…) rozmawia z nami/Słowa ubiera w barwy/Przemawia kolorami.” 
   Świat Oli jest światem głębi cieszy, intensywności koloru i niezwykłości treści – jak dla mnie jej prace są z pogranicza jawy i głębokiego snu, bajki i magii: niby widać paproć i niebo, i motyle, i liście jesienne, ale wszystkie jakby wyjęte z pełnego mityzacji Szchulzowego snu. Jak dla mnie te obrazy wchłaniają, słowa dudnią w uszach o tym, jak inny jest świat autyzmu, jak wyjątkowo uważnym trzeba być, by zrozumieć jego przestrzeń (tego się człowiek nie nauczy, należy zacząć czuć i myśleć uczuciami). A kiedy przestanie się już bać, czeka go niezwykła – choć pełna wyrzeczeń, niepewności i lęków  - wyprawa w świat autystyka. 
    „Między palcami a ciszą/kolory jej duszy się kołyszą” to pozycja, która kłuje wyobraźnię – słowem, treścią, kolorem i przekazem. Czytając, zapomina się że to praca dziecka i o dziecku.


ZA EGZEMPLARZ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ AUTORKOM

1 kwietnia 2019

Z dreszczykiem i tajemnicą…


…przy takich opowieściach najlepiej mi się odpoczywa. Ludzie z krwi i kości, ich wiarygodne problemy czy przygody, starannie (lub prawie starannie) skonstruowany świat przedstawiony, dopracowane dialogi – to lubię, to nie irytuje, pozwala odetchnąć, oderwać się… Dziś wreszcie o tytułach, które stały ostatnio w opozycji do poezji antyku, średniowiecznego deesis czy literatury obozowej. Opisy – w kolejności alfabetycznej.

 

Po pierwsze: Cukiernia pod Amorem. Ciastko z wróżbą/Dziedzictwo Hryciów. Tej pozycji nie trzeba rekomendować. Obroni się sama. Kontynuacja losów wielopokoleniowych cukierników z Gutowa przekona fanów pierwszej serii, jak i fanów sag rodzinnych w ogóle. To nie tylko powieść o skomplikowanej przeszłości rodziny uwikłanej w powstania, przewroty, wojny, o rodzinie zmagającej się z konfrontacją z teraźniejszością, ale również opowieść o niezabliźnionych ranach, jątrzących się zadrach czy niewyjaśnionych konfliktach, a już nade wszystko to historia o rodzących się uczuciach: miłości, przyjaźni, lojalności, wdzięczności czy zrozumieniu. Bo czasem przebyć trzeba naprawdę długą drogę – tę przestrzenną jak i emocjonalną – by ujrzeć, a później zrozumieć, własne korzenie. I nie ważne czy człowieka kształtuje powojenna bieda, szalejący socrealizm, strajki studenckie czy należy odnieść się do niespodziewanego spadku po dziadku – grunt to zrozumieć, kim się jest i co się tak naprawdę liczy.  
                           Lissy
Po drugie: „Lissy” – sięgająca czasów drugiej wojny światowej opowieść o bezdusznym gangsterze, któremu nieobce są kolaboracja czy zdrada, a lojalność zwykł mylić z posłuszeństwem. Zdaje się nie dziwić, że od tyrana, który przy pomocy swoich brutali wymierza przepełnioną krwią sprawiedliwość, uciekła młoda, zadbana i sprytna żona. Dlaczego uciekła? Za czym gnała? Czego szukała w górskim domu zielarza? Czego się bała? Co ją przerażało bardziej od szaleńczej jazdy autem w czas śnieżycy? A może skrywała jakąś tajemnicę? Jak to się stało, że dziewczyna z nizin wpadła w oko brutalowi, który z niejednego pieca chleb jadł? „Lissy” jest powieścią dość obszerną, więc czytelnik ma szansę spędzić z nią kilka miłych wieczorów – jeśli tylko przypadnie mu go gustu.

                                        
Po trzecie: „Pokrewne dusze”. Lekka powieść psychologiczna czy obyczajówka? Trudno określić. Półświatek terapeutów, ludzie z przetrąconymi życiorysami, zgubione owieczki, co albo chronią się w swoich smutnych głowach, albo z arogancją i butą potwierdzają swoje o wiele za wysokie mniemanie o sobie. Więc czytelnik poznaje zmagającą się z żałobą właścicielkę pensjonatu na wyspie, młodego męża alkoholiczki, zarozumiałego agenta nieruchomości, rozwódkę rozpoczynającą nowy etap w życiu swoim i swoich dwóch synów, młodą dziewczynę z lękiem przestrzennym – a także pewną terapeutkę, która wszystkie opowieści tych osób łączy w jedną historię. I rodzą się pytania, gdzie jest granica obowiązku zawodowego, gdzie kończy się terapia, a rozpoczyna daleko idąca ingerencja, gdzie urywa się wywiad psychologiczny, a zaczyna zwyczajne i prymitywne wścibstwo. I gdyby Kołakowska dopracowała swoją powieść, gdyby zwróciła uwagę na kilka wątłych detali (skąd z rana na „jednoobejściowej” wyspie zasapana biegaczka? jakim sposobem tam przybiegła?) i naiwność niektórych scen, można by spokojnie potraktować słowa z „Martwych dusz” Gogola – Nie ma takiego bólu, którego nie można by wypłakać.” – jako motto do „Pokrewnych dusz”. A tak, powstała powieść mogąca być co najwyżej przerywnikiem miedzy innymi, ważniejszymi tekstami. Nic przełomowego czy zaskakującego.  
             
                                            
Po czwarte: „Sekrety i śmierć”. Lekki, łatwy do przyswojenia kryminał pozbawiony przesadnego brutalizmu a nawet wulgaryzmów (co w książce o pracy policji może dziwić :-)). Jest błyskotliwa policjantka, zgrabna pani patolog, elegancki mąż tej pierwszej i trup, który zaległ w ekskluzywnym holu wytwornego baru wspomnianego męża. Ta trójka wspomagana dzielnymi policjantami i prywatnymi kanałami męża-biznesmena szuka początku tej tragicznie kończącej się opowieści o nieugiętej pani dziennikarz. I byłby to może kryminał jak każdy z tych zbudowanych na pytaniach: kto zabił? jak? ofiara przypadkowa czy zbrodnia starannie zaplanowana? gdyby nie fakt, że zamordowana od samego początku nie budzi sympatii – ani w policjantach ani w czytelniku. Nikt jej nie współczuje. Nikt nie prowadzi dochodzenia w imię sprawiedliwości czy zadośćuczynienia, a jedynie z zawodowego obowiązku. I nie jest tego całkiem bezsensowny powód. Powiem tyle – denatka naprawdę się napracowała, by nie być lubianą, by jej nie współczuć i by wielu po jej śmierci odetchnęło z ulgą.

                                                      Książka Ten jeden dzieÅ„ Kaira Rouda
Po piąte: „Ten jeden dzień”. Powieść rozgrywająca się jeden dzień to uczuciowa odyseja, która prowadzi do wnętrza serca i głowy Mii oraz jej idealnego związku u boku uroczego Paula. Jadąc na planowany od dawna weekend tylko we dwoje, odbywają podróż do początku swojej znajomości. Praca w jednej firmie, pierwsza randka, wspólnie spędzany czas, plany na przyszłość, ślub, dzieci, (Paula) awanse zawodowe i powiększający się stan konta. Tylko czy to możliwe, by tak łatwo wieść spokojne i spełnione życie? Wystarczy stabilne zaplecze? Komfort materialny to większa część sukcesu? Bo w końcu Paul ma swoje ugruntowane miejsce w firmie, a Mia dom pełen dzieł sztuki i ogród z ukochanymi truskawkami. Tylko rodzą się pytania: dlaczego wnuki mało znają dziadków? dlaczego taka krótka jest lista tzw. przyjaciół domu? dlaczego Mia tak często choruje? dlaczego odsunęła się od koleżanek ze studiów czy niedawnej jeszcze pracy? I czy rzeczywiście trzeba jechać aż do domku nad jezioro, by spędzić wspólny weekend? „Ten jeden dzień” to powieść, która demistyfikuje. Pokazuje, jak cienka jest granica między prawdą a złudzeniem oraz między pozorem a autentykiem. Autorce wyszedł całkiem zgrabny demaskatorski thriller.

                                              
Po szóste: na zakończenie również saga rodzinna – „W labiryncie wspomnień”. O części pierwszej pisałam tu. Część druga też nie znudzi. Anne Jacobs ponownie wprowadza czytelnika do rodziny fabrykanta Melzera i jego rodziny. Tylko że – teraz, kiedy Europę niszczy szaleństwo I wojny światowej, większość mężczyzn w sile wieku (nawet lokaj) dostało powołanie na front, a w Augsburgu roi się od jeńców wojennych narodowości rosyjskiej – dotychczasowe życie tej rodziny stanęło na głowie. Głód, brak zamówień na tekstylia, wizja bankructwa, napływ złamanych i załamanych inwalidów wojennych, wewnętrzne zatargi – to wszystko każe odnieść się do nowej sytuacji i jej sprostać. Więc sprawy w swoje ręce biorą kobiety. Jedne organizują w posiadłości tymczasowy szpital, inne zostają w nim sanitariuszkami lub pielęgniarkami, inne czuwają nad domowym budżetem, by (choćby gulaszem z brukwi) wyżywić rodzinę i rekonwalescentów, a jeszcze inne nowatorskimi metodami próbują postawić fabrykę na nogi... Nie można nie zauważyć, że to wszystko dość sprawnie wpisuje się w realia początku XX wieku. Autorka ma plan, by opowiedzieć o wpływowej rodzinie na tle najważniejszych przemian dziejowych. I skoro udaje jej się do tego zbudować wiarygodne opisy, staranne dialogi, zróżnicowane postacie i rysy charakterologiczne - do mnie taka historia przemawia. Rozrywka jak się patrzy.      

31 marca 2019

(...) rozsypywałam się na miliard małych kawałeczków (...) - K. A. Figaro, Prosty układ

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
PREMIERA - 3.04.2019


         W niektórych kręgach aż huczy od niedawno opublikowanych statystyk na temat czytelnictwa w Polsce. Niektórzy nie czytają, niektóry czytają sporadycznie, niektórzy nie mają nawet jednej książki – poza (ewentualnie) szkolnymi podręcznikami. Ale ja czytam. Wciąż i niezmiennie. Choć tego tutaj nie widać. 
Okładka książki Prosty układ
      Ale dziś mam książkę, o której chcę mówić. Nie jest wywrotowa, nie jest przełomowa, nie jest odkrywcza, nie zachwyca opisami, filozoficznymi przemyśleniami, spektakularnymi zwrotami akcji czy nietuzinkową historią. Nawet język miejscami mi nie odpowiada. A fabuła taka, jak w niejednej ostatnio opublikowanej książce. 
     Ona – młoda, trochę naiwna, ze średniej klasy społecznej, jeszcze niedoświadczona życiowo. On – ciut starszy, silny, męski, dominujący, władczy i chyba majętny. Wiele ich dzieli, sporo łączy. I może właśnie dlatego nie są w stanie się ignorować. A może i nie chcą. Spotykają się przy partyjce bilardu. Im bardziej on jest nachalny, tym gwałtowniej ona mu się wyrywa; ona sprytnie się wymyka, on zawzięcie jej szuka. Wmawiając sobie, że to tylko fizyczny pociąg, ratuje ją przed innym, bierze odwet za jej cierpienie i, jakby mimochodem, wdziera się do grona jej znajomych. 
     „Prosty układ” to książka o pożądaniu, namiętności, imprezach, zaniechanych obowiązkach, zapomnianych przyjaciołach i dzikim seksie – takim bez zobowiązań, szybkim, namiętnym, przepełnionym bólem, ale nie strachem. Ten przychodzi później. Takich opowieści jest ostatnio sporo – wystarczy wspomnieć te o uległej, przystojnym mafiosie czy bajecznie bogatym Gideonie – więc nie można nie zauważyć realizacji pewnego schematu, szkieletu. Wydawnictwa lubią książki o dominacji mylonej z miłością, o napastliwości mylonej z troską czy szacunkiem. Ale jest w tej schematycznej i przewidywalnej opowieści coś, czego nie da się nie zauważyć: jakaś nić tajemnicy, zagadka ukryta za serią aluzji, niedopowiedzeń, bo i te początkowo naiwne szablony nie mogą być aż tak oczywiste, banalnie skonstruowane – jak choćby ten o mężczyznach wyjątkowo czułym i wybitnie oschłym (bo czyż poza bajką zdarzają się osoby tylko i wyłącznie krystalicznie szlachetne i te paskudnie mętnie?). Ta opowieść na pewno będzie miała ciąg dalszy (już chyba podejrzewam, w którą stronę zmierza), bo dawno nie czytałam powieści, która by się tak gwałtownie urwała, jakby w pół zdania, otwierające w dodatku kilka drzwi fabularnych. 
     Tak. To nie jest książka wywrotowa, odkrywcza czy poruszająca wrażliwe struny. Ale to książka, która mnie zaskoczyła zakończeniem bez nawet połowicznego finału (pojęcie „kompozycja otwarta” nabiera tu zupełnie szerszego znaczenia – bo tu nie ma „otwartości”, lecz zaistniała „wyrwa” zakamuflowana tylną okładką ;-)) i językiem – miejscami wulgarnym, obscenicznym, dosadnym i soczystym. Czy w dzisiejszych czasach o seksie i erotyzmie nie można inaczej mówić jak tylko sprośnie i lubieżnie? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.    



ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE WERSJI PRASOWEJ DZIĘKUJĘ

GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy