21 kwietnia 2017

Latem 1939 roku zoo wyglądało naprawdę okazale (s.24) – A. Żabińska, „Ludzie i zwierzęta”.

        Kampania wrześniowa, Holocaust, front wschodni, powstanie w getcie, rzeź Woli, powstanie warszawskie, barykady, 14.09, Generalne Gubernatorstwo, Oświęcim, Brzezinka, Katyń, Al. Szucha, Pawiak, karuzela  – oto pojęcia/określenia, które przeciętnemu Polakowi kojarzą się (lub powinny)  z okresem II wojny światowej. W tym czasie pożogi, zawieruchy, kiedy człowiek człowiekowi wilkiem był, a ludzie ludziom potrafili ciężki los zgotować nie brakowało silnych osobowości i niesamowitych jednostek – Starzyński, Kolbe, Karski, Korczak, Sendlerowa, Anders i wielu, wielu innych. 
       Ostatnio, za sprawą amerykańskiego filmu „Azyl” (a wcześniej książki o tym samym tytule) świat mógł usłyszeć o Antoninie i Janie Żabińskich, którzy na terenie warszawskiego zoo zorganizowali tajną i jedynie wtajemniczonym znaną enklawę dla uciekinierów z getta. Wielu filmowi zarzucało infantylizm, prostotę, banalizację, stereotypowość, ale na szczęście historię Żabińskich, ich rodziny, przyjaciół i podopiecznych - ludzkich czy zwierzęcych – możemy poznać również (lub przede wszystkim) dzięki autobiografii Antoniny Żabińskiej „Ludzie i zwierzęta”.     
             Książka ta to nie tylko opowieść o tych kilku ciężkich, traumatycznych i nieludzkich latach wojny. Obejmuje ona okres już przedwojenny, kiedy Żabińscy – jako cenieni i doświadczeni zoologowie – udoskonalali warszawskie zoo, współpracowali z dyrektorami licznych zachodnioeuropejskich (w tym oczywiście niemieckich) ogrodów zoologicznych, przyczyniali się do rozwoju badań nad zaginionymi gatunkami czy gatunkami egzotycznymi, jak na przykład: „(…) udało się skrzyżowanie zebry Chapmana z zebrą Hartmanna, w wyniku czego okazało się, że produktem tej krzyżówki jest… zebra Warda, do tej pory uważana za odrębny gatunek (…) – s.23”, stawali się poważanym i słuchanym głosem w swoim środowisku i nie bali się nowatorskich, jak na tamte czasy, metod. Jako oddani swojej pracy fachowcy i pasjonaci mieszkali na terenie zoo, czuwali nad każdą z podejmowanych tam inicjatyw, czuli się związani tak z pracownikami, jak i zwierzętami, którym niejednokrotnie nadawali ludzkie imiona. Ta koegzystencja skończyła się wraz z wkroczeniem Niemców do miasta, kiedy to część zwierząt trzeba było odstrzelić, gdyż na wolności (klatki zostały zniszczone przy bombardowaniu) zagrażały bezpieczeństwu ludzi, inna grupa po prostu uciekła, sporą część Niemczy wywieźli do III Rzeszy, a jeszcze inna partia stała na przeszkodzie niemieckim planom, zgodnie z którymi zoo miało się stać świńską chlewnią założoną na potrzeby wojska (a później jeszcze ogródkami działkowymi). I mniej więcej wtedy Żabińscy zezwolili na wykorzystanie zaplecza zoo do celów transportowych i przerzutowych ludności żydowskiej. Takim sposobem rozpoczęło się równoległe życie ogrodu i jego mieszkańców – życie podziemne, tajne, w ukryciu i ciemności; pełne napięć, obaw i konspiracji, kiedy to każdemu trzeba było wypracować w sobie sporą dozę dyscypliny, dyplomacji a nawet talentu aktorskiego serwowanego odwiedzającym ogród Niemcom... Książka nie pomija również kwestii rewitalizacji i rekonstrukcji zoo – bo okazało się, że powojenna odbudowa miasta to nie tylko odbudowa mieszkań, naprawa infrastruktury, reorganizacja zaplecza biurowo-urzędniczego. To również konieczność przywrócenia miastu choć szczypty normalności – a zoo okazało się być jej synonimem. 
        Wspomnienia Żabińskiej napisane są językiem lekkim, bardzo prostym, czasami wręcz infantylnie dziecięcym. Ale ta  nieskomplikowana, pozbawiona obróbki językowej opowieść bardzo mocno oddziałuje na czytelnika, sprawia, że staje się ona bardziej wiarygodna i autentyczna, bliska życiu, realnym problemom realnych ludzi, którym przyszło zająć konkretne stanowisko w konkretnych wojennych realiach – daleko jej do wygładzonej, wykreowanej literatury. Być może to właśnie czyni „Ludzi i zwierzęta” tak mocnym głosem w sprawie Holocaustu i okupacji: bo niepotrzebni, gorsi, niżej postawieni – ludzie i zwierzęta – stali się dla siebie wsparciem i schronieniem. 
         Literatura do tej pory nie raz i nie dwa podejmowała tematy eksterminacji, komór gazowych, AK, prześladowań czy czystości rasy, ale nikt do tej pory tak głośno i wyraźnie nie mówił, nie zauważał, że obok cierpiących, samotnych, zaszczutych ludzi były też i zwierzęta – oszołomione oraz otumanione. Co zdecydowanie czyni książkę Żabińskiej pozycją dla osób o silnych nerwach. Mnie nie raz serce zadrżało!      

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

3 kwietnia 2017

(…) on był reżyserem filmowym, a ja reżyserowałam nasz związek (s. 74) – K. Cierniak-Morgenstern, "Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia"

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA




       Oto fragmenty jednego z najbardziej popularnych i rozpoznawalnych filmów Janusza Morgensterna. Od premiery minęły dziesięciolecia, a oglądani tam Cybulski, Tuszyńska, Polański, Fedorowicz, Kowalski wciąż są ikonami kina polskiego. I nie ważne, czy zasłynęli jedną silną rolą, czy całą plejadą dobrze odegranych postaci – istotne jest, że wpisali się w świadomość kulturową Polaków a dzięki pracowitości jeszcze za życia przypięto im chlubną łątkę profesjonalistów. 
      O takich kultowych postaciach polskiego kina powojennego i polskiej szkoły filmowej wspomina w swojej książce „Nasz film. Sceny z życia z Kub. Wspomnienia” Krystyna Cierniak-Morgenstern. Piszę „wspomina”, bo książka ta nie jest kroniką kina polskiego ani historią rozwoju polskiej kinematografii powojennej.
      To nostalgiczna, miejscami rzewna, smutna i melancholijna opowieść o ponad pięćdziesięciu latach małżeństwa słynnego reżysera z docenianą autorką gobelinów. A że małżeństwu temu cały czas towarzyszyły traumatyczne echa wojny, atmosfera kolejno powstających filmów i rodzących się projektów, w książce Cierniak-Morgenstern aż roi się od postaci takich jak Polański, Kutz, Wajda, Kawalerowicz, Osiecka, Komeda, Has, Konwicki, Holoubek, Tyrmand, Dygat, Hłasko, Janda, Jędrusik, Przybora...
    Niewątpliwie wielkim atutem „Naszego filmu…” są anegdoty tyczące się ich samych jak i ich bliskich, przyjaciół, rodzin tych przyjaciół, ale z zachowaniem dyskrecji, ze sporą dozą szacunku tak obcym wielu książkom wspominkowym. Innym walorem tekstu jest autentyczność myśli, przeżyć – są one tak pełne celnych ripost, wielu skojarzeń, czasem gorzkich uwag czy wniosków, że nie mogą być udawane. Autorka uchyla również drzwi do domowych pieleszy, by pokazać zaplecze tworzenia filmów, zmagań z cenzurą lub jej powolną ścieżkę sukcesu na poletku związanym z rękodziełem. I okazuje się, że ten najbardziej prywatny i intymny film, ten ich osobisty film, w których główne role grali oni oraz rzesza indywiduów połowy XX wieku wcale nie był kolorowy, „sitkomowy”, zawsze ze szczęśliwym zakończeniem każdej chwili.
    Więc okazuje się, że „Nasz film…” to również panorama przemian społecznych, ekonomicznych, obyczajowych i politycznych w Polsce. Bo nie mówić o sobie w oderwaniu od tego, co obok.  Co rusz czytamy słowa typu: „Był PRL, biednie i niewesoło, a czasem strasznie. Ale my przeżyliśmy wojnę, dla nas wszystko, co potem, było już tylko lepsze” (s. 128). Lub: „Miałam mu trochę za złe, że nie bierze na warsztat tematów, które otworzą jego kino na świat, przyniosą  szansę na międzynarodowe nagrody. Było go stać na taki film” (s. 119). A w innym miejscu: „(…) po wojnie wiek liczyło się inaczej. Wojna odebrała mu młodość, więc w wieku trzydziestu siedmiu lat był tak młody, jak nie jest młody żaden dzisiejszy chłopak” (s. 75). 
     W finale książka Cierniak-Morgenstern okazuje się być książką nie tylko o kinie, aktorstwie, reżyserowaniu fikcyjnych, ale bliskich życiu, opowieści. To też książka o długim i szczęśliwym małżeństwie, które miało ciekawą, intrygującą pracę, wykonywaną z ciekawymi ludźmi, któremu co jakiś czas wiatr wiał w oczy co raz za razem ich umacniało i scalało. Polecam. Nie tylko fanom kina.


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA