8 lutego 2017

(…) powraca schizofrenia mojego życia”. – s.159. Listy miłości, Maria Nurowska

Okładka książki Listy miłości              „Zakorzeniłam się w swojej miłości i w swoim strachu. Miłość i strach stały się istotą mojego życia”. Oraz: „Tamto kłamstwo stawało się prawdą, ale ta prawda była jak szyderstwo…” A dalej: „Strach był tak blisko miłości, był z nią przemieszany”. I: „(…) wszystko jedno, co nas oddziela od ukochanego mężczyzny, krata czy prawda…”. Tak zwykła siebie, swoje przeżycia i emocje charakteryzować bohaterka „Listów miłości” Marii Nurowskiej. 
      Powieść zawiera siedem, powstałych przez szereg lat, listów, pisanych przez główną bohaterkę do ukochanego mężczyzny. Elżbieta-Krystyna: pół-Żydówka, córka profesora, głodująca i poniżana „mieszkanka” getta warszawskiego, dziewczyna do towarzystwa w jednym z tamtejszych burdeli to kobieta, której, dzięki sporej dawce sprytu oraz szczęścia, udało się stamtąd uciec i na długie lata zakorzenić w polskiej rodzinie, opiekować się seniorką rodu, jej wnukiem, synową-byłą więźniarką obozu w Oświęcimiu, a nawet szaleńczo zakochać w zaangażowanym w sprawy AK synu. 
        Choć Krystyna popełniła sporo błędów, choć nie zawsze postępowała godnie czy szlachetnie i nie jest bohaterska, posągowa, jednowymiarowa, czytelnik staje się sprzymierzeńcem jej i jej rodziny – bo podstawową zasadą zawsze była potrzeba ocalenia siebie i bliskich. I choć w tej opowieści jest sporo historii i uwikłanych w nią postaci (jest II wojna światowa, z echami powstania w getcie czy informacjami o powstaniu w Warszawie, jest czas powojennych rozrachunków z działaczami AK, jest kiełkujący komunizm z jego absurdami, podejrzliwością, szantażami i szarzyzną, są dość jednoznaczne aluzje do roku ’68, są żołnierze – z jednej jak i drugiej strony barykady, są towarzysze, wrogowie nowego ustroju, jak i zwykli śmiertelnicy próbujący nie zwariować w tym zwariowanym układzie) to „Listy miłości” są historią o głębi, zróżnicowaniu, zaplątaniu i niejednoznaczności ludzkich uczuć, pragnień, potrzeb oraz tęsknot. 
      Wykorzystując styl powieści epistolarnej, możliwości pełnej epitetów narracji metaforycznej, subtelność opisów, zbliżając się miejscami do prozy poetyckiej stworzyła Nurowska niesamowitą powieść o zwykłych potrzebach, które urastają do rangi niesamowitości, wyjątkowości i mogą przywrócić ład, stabilizację oraz nadać sens temu co bez sensu – nawet w czasach, kiedy każdy może być wrogiem każdego. 
        Jednym słowem to doskonale skonstruowana powieść z narracją, której dawno nie spotkałam, z subtelnym językiem w mówieniu o tym co ważne, fundamentalne i istotne bez względu na okoliczności; to też mocna, wpijająca się w świadomość czytelnika powieść o rozrachunku z sobą, historią, tym co jest prawdą a tym co stało się długoletnim kłamstwem. Polecam. 


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

4 lutego 2017

Typowe dla książkomaniaka...

To oczywiście zakładki do książek. Dziś, natchniona wczorajszą prezentacją Marty, opowiem o moim zbiorze zakładek. Z racji, że zajmują sporych rozmiarów pudło, pokażę jedynie wybrane. Jak się przekonacie, mam je przeróżne - ale od lat moje preferencje się nie zmieniły :-)

Po pierwsze: zakładki typowe - kartoniki przygotowane specjalnie, by wskazywać miejsce porzucenia czytanego tekstu; te tutaj to specjalnie przywiezione mi z Włoch przez Koleżankę, której siostra na Ischii prowadzi polsko-włoską księgarnię i takież wydawnictwo :-)

Mam również zakładki ręcznie wykonane - by efekt był tak spektakularnym, jak widać poniżej, potrzeba wiele cierpliwości, staranności i czasu (o tym, jak powstają te wyklejane, możecie poczytać tu, a o tym jak ta malowana tutaj):

Posiadam również sporo otrzymanych od znajomych - a to, jako dodatki do podarowywanej mi książki, a to jako pamiątka z jakiegoś spotkania, a to jako nietypowa kartka z życzeniami (obeznani zapewne zauważą, że przeważa Edycja Świętego Pawła):

Z tych nowoczesnych - na miarę XXI wieku - mam magnetyczą (z matrasa), blaszkową (już nie pamiętam skąd, od kogo :-() oraz świecącą (od Bardzo Dobrej Koleżanki, która identyczną sprawiła swemu Mężowi - większemu ode mnie pasjonatowi literatury z najwyższej półki):

Swego czasu zbierałam pomysłowo wykonane karty telefoniczne (ktoś jeszcze poza mną w czasie studiów dzwonił przy ich pomocy do domu :-) ?) - i one również zamieszkały w książkach; mam takie z artefaktami polskiej kultury, z zabytkami architektonicznymi (jak ta poniżej) oraz ze zwierzętami pod ochroną:    

   A na koniec perełka: dowód, że zakładką może być każda ulotka, reklama i wizytówka - niekoniecznie związana z półświatkiem wydawniczym: 
  
I pora się przyznać, że choć zakładki uwielbiam, mam ich naprawdę sporo i różnego rodzaju, najczęściej posługuję się... ołówkiem... :-) 

A Wy? Co preferujecie?   

2 lutego 2017

Wszystkie wielkie rody powstały z marzeń o potędze (s. 29). – Magdalena Niedźwiecka, Królewska heretyczka.


Co powszechnie wiadomo o Elżbiecie I? Córka Henryka VIII i Anny Boleyn; siostra Marii I oraz Henryka VI; szwagierka Filipa II; królowa-dziewica; niedoszła żona Iwana IV Groźnego – lub innego wielkiego władcy (bo kandydatów do jej ręki nie brakowało); przeciwniczka polityczna  Marii Stuart; gruntownie wykształcona poliglotka o nieprzeciętnej błyskotliwości i inteligencji, która sprawnie lawirowała pomiędzy różnymi frakcjami politycznymi czy religijnymi, a obok Szekspira - wpływająca również na formę teatru nowożytnego, autorytet oraz ikona swojej epoki.

Z postacią tą spotykamy się na kartach ponad 900stronicowej powieści Magdaleny Niedźwieckiej – „Królewska heretyczka”. Powieść rozpoczyna rozmowa królowej z damami dworu oraz ukochanym Robertem Dudleyem na temat objęcia tronu francuskiego przez Franciszka II, męża Marii Stuart. I od tego momentu czytelnik wchodzi w świat intryg, dworskich plotek, animozji, sympatii, antypatii, szykan, podejrzliwości, szpiegowania i donoszenia - w tym świecie każdy człowiek ma swojego człowieka do zbierania informacji na temat ludzi innych ludzi.
Spotyka się z nie tylko z faworytem królowej - Robertem Dudleyem, zaufaną dwórką Kat Ashley, ale i wysłuchuje opinii na temat Marii de Guise, Anny Boleyn, Katarzyny Medycejskiej. Poznaje okoliczności silnych rządów Henryka VII i Henryka VIII, krwawo rozprawiających się z przeciwnikami. Raz za razem odkrywa niuanse spisku Tomasza Wyatta, który chciał zapobiec małżeństwu Marii, siostry Elżbiety, z Filipem II czy krótkiego panowania Jane Gray.
Czytelnik wędruje po Hampton Coutr, Whitehall, budynku Giełdy, bywa w Arundel w hrabstwie Suessex, w Westminsterze.
Jak żywi stają mu przed oczyma: przede wszystkim William Cecil - sekretarz stanu, książę Norfolk – wuj królowej, Thomas Radclyffe – hrabia Suessex, dyplomata francuski Michel de Castelnau, Francis Knollys – wicemarszałek dworu, Michel de Sevre – ambasador Francji, polityk Francis Walsingham, Nicolas Throckmorton - ambasador Anglii we Francji, Thomas Howard – książę Norfolk i wielu innych. Pośrednio, lub bezpośrednio, poznaje intelektualistów epoki: Edmunda Grindala, Rogera Aschama, Johna Dee - astrologa, Jamesa Burbage’a – twórcę pierwszego stacjonarnego teatru w Londynie, Marka Greena – aktora.
Ale w tych wszystkich kombinacjach, konfiguracjach i relacjach poznajemy Elżbietę- kobietę silną, stanowczą, mocno stąpającą po ziemi, nie bojącą się mężczyzn, świadomą swojej roli, wartości, pozycji i garściami czerpiącą z autorytetu, jaki z definicji przysługiwał tytułowi królowej i jaki dodatkowo swojej osobie ona sama wypracowała. Powieściowa Elżbieta zwykła mawiać: „Królowa Anglii nie uznaje niczyjego zwierzchnictwa. (…) jestem wykształcona jak mało który monarcha. Z każdy europejskim władcą mogę rozmawiać w jego ojczystym języku, więc niech Filip zacznie mnie traktować jak partnera do rozmowy i niech zacznie się bać.” Z kart powieści wyłania się też Elżbieta-znakomity polityk, który umiał obserwować, podejmować decyzje, wnioskować, wdawać rozkazy, poszukiwać kompromisów, jak choćby ten: „Podpisywała się: „królowa Anglii, Francji i Irlandii, obrończyni wiary et cetera”. (…) „Et cetera” w miejscu, gdzie pisano zawsze: „Najwyższa Głowa Kościoła”.”   
Z drugiej strony Niedźwiecka pokazuje Elżbietę-kobietę wrażliwą, emocjonalną, uczuciową, chwilami wybuchową, świadomą swej urody lubującą się w klejnotach kokietkę, która była spragniona czułości, szczerości, autentyczności i wiarygodności - tak obcych na dworach Europy; to też kobieta, która chciała kochać i być kochaną w sposób taki zwykły, powszedni nawet – a z lęku przez rolą marionetki w rękach zadufanych mężczyzn nie uległa pragnieniom o uczuciu i na zawsze pozostała samotną. To wszystko sprawia, że Elżbieta w „Królewskiej heretyczce” jest przede wszystkim kobietą – a nie jedynie monarchinią i sprawnym politykiem, który dyplomacją i otwartym umysłem stara się zapewnić stabilizację państwu.
Równoległym wątkiem jest opowieść o Philipie Sierocie - zaufanym człowieku Roberta Dudleya, który przemierza Anglię i zbiera dla pracodawcy pożyteczne informacje. Jako dość tajemnicza osoba, obdarzona sporym talentem aktorskim, bogatym słownictwem, odpowiednimi manierami, może dostosować się do niejednego miejsca i niejednego towarzystwa. To idąc za nim, czytelnik ogląda brudny, śmierdzący miejscami Londyn, widzi wiszące na Moście Londyńskim głowy skazańców, jada w szynkach, spotyka prostytutki, bierze udział w próbach teatralnych, ogląda od środka więzienie. W tym wszystkim Philip zachowuje sporą dozę anonimowości, tworzy raz za razem nową wersję swojej biografii, nie odkrywa wszystkich kart, nie zdradza prawdy o sobie, dając do zrozumienia, że tak wtedy było – każdy, kto choć trochę wykazywał się samodzielnością, błyskotliwością i sprytem, mógł choćby przed sobą udawać, że jest panem świata (przynajmniej swego własnego).
Wszystko to – bogate tło kulturowe, polityczne i społeczne, wiarygodne opisy życia na dworze, znajomość codzienności czy reguł rządzących światem szesnastowiecznej Anglii sprawia, że „Królewska heretyczka” jest rewelacyjną książką o kobiecie, o której nawet wiek XXI nie może zapomnieć. To też powieść-panorama o Londynie kupców, polityków, handlarzy, aktorów, dziwek i lordów, Londynie szynków, pałaców, karczm i rezydencji – jednym słowem to opowieść o mieście, którego już nie ma i królowej, która już tam nie przemówi.

ZA EGZEMPLARZ PRASOWY KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

30 stycznia 2017

(…) w innej skórze było jej łatwiej znieść coś, czego nie dało się znieść (s. 83). – R. Frydrych, Załatw pogodę, ja zajmę się resztą.

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
PREMIERA POWIEŚCI – 2.02.2017


      Zdecydowanie nie jestem specem od literatury obyczajowej.  Ale czasem przeczytam coś z tej kategorii. I później nie zawsze wypowiadam się w samych superlatywach. Dlatego bardzo zdziwiłam się, kiedy przez WL zostałam wytypowana do rozbudowanej akcji promocyjnej książki Renaty Frydrych. Najpierw otrzymałam fragment powieści, w ascetycznej okładce z banalnym hasłem „Po prostu przeczytaj…”, później rozsypankę, z której – po ułożeniu – wyłoniła się okładka książki o Poli Kukułce, i list z zapewnieniem, że już całkiem niedługo będzie pełnowartościowy tekst powieści. Ale zanim dotarła do mnie jej ostateczna wersja, przeczytałam ten spory fragment promocyjny i dziś słów kilka o nim.
       Bohaterką jest 27letnia wdowa, która, wychowując trójkę dzieci – jedno swoje, dwoje zmarłego męża, próbuje sobie na nowo wszystko poukładać: siebie i swą chorobliwą nieśmiałość, rytm rodziny, relacje ze starszym bratem, wizyty w ośrodku społecznym, którego pracownicy jakoś uparcie nie chcą dostrzec jej starań i prób wychodzenia na prostą. 
      Jednak po tych 200 stronach dochodzę do wniosku, że to nie do końca jest powieść o nieporadnej, emocjonalnie rozchwianej, lubiącej szyć (nawet książki dla dzieci) kobiecie, którą przerasta moment próby, samotności, a każde niepowodzenie wydaje się doprowadzać do ostateczności. Choć to babska powieść – z kobietą w roli głównej, z babskimi pytaniami, dylematami, marzeniami, potrzebami, kryzysami, ze sporą dozą humoru (tkwiąca głową w swojej czasoprzestrzeni babcia Róża i misiowato milusiński, choć niby groźnie wytatuowany, wujek Rysiek trafnie przełamują ton powagi i wisielczości) - pod tą pierwszą, może i typową dla gatunku, warstwą kryje się inna, bardziej uniwersalna. 
      Cała ta galeria barwnych postaci, „produktów” epoki – bezradna Pola, niedorastający Łukasz, nieśmiały i przytłoczony przebojowymi Paweł, zakochany w sobie manipulant Wiktor, czyniący rozrachunek z sobą zawodowy kierowca, chowający się za szorstkością i tatuażami Rysiek oraz zawadiacka Mariola – to jedynie środek do opowiedzenia tego, co czasem opowiedzieć trzeba, a chwilami nie wiadomo jak: o pokornej, ale niełatwej, zgodzie na chorobę, o żałobie przeżywanej przez dziecko, o potrzebie swego miejsca w świecie, o wytwarzaniu mechanizmu obronnego przed światem i wrednymi ludźmi, o spóźnionych wyrzutach sumienia… 
      Z tych krótkich, różnorodnych rozdzialików, podobnych do szytej przez Polę makatki, wyłaniają się bohaterowie rozbrajająco autentyczni, życiowi, prawdziwi, często wykolejeni, i tacy, którzy potwierdzają, że sława może być fasadą, za którą kryje się sławny.
       Nie wiem, jaki jest finał powieści, nie wiem, czy ta diagnoza pokolenia 30+ się utrzyma, czy realia pełne pozorów wciąż będą tymi dominującymi, ale ta powieść z przeciętną babską obyczajówką ma wspólne jedynie lekki język i dziewczynę jako główną bohaterkę. Bo choć Pola Kukułka, stawiając czoła codziennym przeciwnościom, jest dzielna i odważna, nie zamieniłabym się z nią na role. Póki co optymizmu w jej codzienności nie za wiele.