24 września 2018

(…) Akcja powieści toczy się w mrocznych czasach (...) - Kristina Sabaliauskaitė



Przy okazji wydania II tomu "Silva rerum" Wydawnictwo Literackie podsyła do przeczytania wywiad z autorką tej świetnie przyjętej przez czytelników jak i krytyków powieści historycznej. Zachęcam do lektury. 


O polsko-litewskiej historii, Wielkiej Dżumie i Wodzie Marszałkowej rozmawiamy z Kristiną Sabaliauskaitė, autorką powieści Silva rerum II. Szlachecka saga, opisująca pasjonujące dzieje rodziny z Rzeczypospolitej Obojga Narodów, na Litwie doczekała się aż 46 wydań, osiągając nakład 250 000 egzemplarzy. Podbiła także serca polskich czytelników, którzy coraz częściej zwiedzają Wilno śladami rodu Narwojszów, poznając barokową scenerię ich awanturniczych przygód, dramatów, namiętności i poświęceń. Kristina Sabaliauskaitė jest doktorem historii sztuki, w jej żyłach płynie krew polskich przodków.

Z okładki Silva rerum II patrzy na nas Kostucha, a pierwsza strona wrzuca nas w sam środek 1707 roku.

Są to czasy Wielkiej Wojny Północnej na Litwie i Wielkiej Dżumy. Wilno straszliwie ucierpiało z powodu zarazy. Nieznany rochita pochował wówczas ponad 20 tysięcy ludzi, piszę o tym w powieści w ślad za wieloma źródłami historycznymi. Na Żmudzi wymarło prawie dwie trzecie populacji. Na okładce widnieje więc Królowa Śmierć z wileńskiego kościoła Św. Piotra i Pawła na Antokolu. Z kosą w ręku tropi korony i mitry. Ten kościół jest związany z epidemią dżumy także poprzez obraz Najświętszej Marii Panny, protektorki przed morowym powietrzem. Akcja powieści toczy się w mrocznych czasach, ale bynajmniej nie jest wyłącznie tylko mroczna... Trochę jak w kościele Św. Piotra i Pawła – tu Kostucha, a tuż obok anielskie piękno. Chciałam pokazać wojnę i dżumę nie na polu bitwy, ale z innych perspektyw, na przykład z punktu widzenia samotnej szlachcianki, przez której dwór wędruje nieprzyjacielska armia.

Obok wielkiej Historii dzieją się tu małe, równie pasjonujące mikrohistorie drobnej szlachty, magnatów, innowierców, mieszczan, chłopstwa, cudzoziemców. Skąd czerpała pani tak drobiazgową wiedzę na temat codziennego życia w XVIII wieku, niderlandzkich podróży i szulerni, studenckich burd, mody, kawy sprzedawanej w aptekach jako środek przeczyszczający, kawioru na stołach Radziwiłłów, zwyczajów wileńskiego półświatka, tajemnic alkowy szlachcianek czy Wody Marszałkowej…

Czasami, żeby napisać jedno zdanie muszę przeczytać 50 książek naukowych. Jestem z zawodu historykiem sztuki więc instrumentariusz badawczy mam dobrze wyćwiczony przez długie lata akademickie. Przede wszystkim jestem wdzięczna polskim historykom oraz historykom sztuki i ich wspaniałym opracowaniom tematów życia codziennego, obyczajów, podróży. Od trzydziestu lat towarzyszą im też historycy z Litwy. Wszystkie te książki naukowe czytam już od wielu lat, a w dodatku często podróżuję do miejsc, które opisuję. Staram się dowiedzieć wszystkiego, nawet tego, jaki kształt ma klamra w pokoju, w którym toczy się dialog, chociaż nie będę jej opisywała. Pojechałam nawet do Paryża, żeby powąchać Wodę Marszałkowej – jest tam wyjątkowe miejsce, w którym przechowuje się aromaty sprzed stuleci.

Znaczna część akcji Silva rerum II rozgrywa się w Wilnie. To powieść o tym mieście, w jakiejś mierze jego beletrystyczna biografia. Gdy stareńka Urszula Birontowa opuszcza je na zawsze, zostawia za sobą „dogorywające miasto żałoby, miasto bez duszy, miasto umarłych”. Jakie miejsce barokowe Wilno zajmowało na mapie Rzeczypospolitej Obojga Narodów i ówczesnej Europy?

Wilno jest jak Feniks – ciągle odrodza się z popiołów i największych tragedii. Najgorsze czasy przeżyło podczas carskiej i sowieckiej okupacji, kiedy znaki historii oraz tożsamość miasta były systematyczne niszczone. Wieki siedemnasty i osiemnasty, nie bacząc na wojny, epidemie czy pożary, to czas kulturalnego rozkwitu miasta. Dzisiaj panicznie obawiamy się uciekinierów, migrantów, lecz imigranci bywają różnego rodzaju, a historia Wilna od czasów Giedymina, który zaprosił rzemieślników i handlarzy z całej Europy i przywitał Żydów, wiele zawdzięcza właśnie imigrantom. Czym byłoby Wilno bez przyjeżdżających tu profesorów uniwersyteckich, bez Karaimów i Tatarów od czasów Witolda, bez hiszpańskich prawników, włoskich artystów i rzeźbiarzy z Ticino, bez niemieckich złotników, bez Jana Krzysztofa Glaubitza, bez Georga Forstera, bez Francuzów i Austriaków... Uciekali od prześladowania religijnego, od konkurencji w rzemieślniczych gildiach i nagle trafiali do dość liberalnego, młodego miasta, w którym magnaci mieli sporo złota i wyobraźni, aby składać im zamówienia. I tu, w swobodnej atmosferze zaczynali tworzyć cuda, stawali się wilnianami. Duch liberalizmu i koegzystencja kultur były tak potężne, że świątynie prawosławne nabierały katolickich cech wizualnych, luteranin mógł być ojcem chrzestnym niemowlęcia katolika, a Żyd świadkiem na ślubie luteranina. Wilno traciło swoją prawdziwą tożsamość tylko w tych okresach, kiedy autorytarne reżimy próbowały go „oczyścić”, ograniczyć do kulturowego „standardu jednej nacji” – czy byli to Rosjanie w czasach carskich, czy Polacy w okresie międzywojennym, czy też Litwini po II wojnie światowej. Bo Wilno jest tym, czym jest. Wolną, trochę prowincjalną mini Europą pośród litewskich puszcz. Jest jak polifoniczny chór, w którym każda narodowość śpiewa we własnym języku, ale melodie są podobne... I w tym tkwi jego niepowtarzalny urok.

Turyści mogą zwiedzać dziś Wilno trasą bohaterów i wydarzeń opisanych w pani powieści. Co mogą zobaczyć podczas takiej wycieczki?

Moje książki stały się tak popularne, że wilnianie podczas wycieczek na Starówce zaczęli pytać przewodników o miejsca opisane w Silva rerum. Tutejsze biuro turystyczne poprosiło mnie zatem o stworzenie takiej powieściowej marszruty. Nakreślając trasę, starałam się uniknąć tradycyjnych klisz literackich wycieczek i powtarzania fabuły powieści. Podczas wycieczek można dowiedzieć się wszystkiego o historii budynków, dziełach sztuki, a także wydarzeniach, z których czerpałam natchnienie. O wszystkim, co podczas pisania, pozostało „za kadrem”. Cieszę się, że nadal są to jedne z najpopularniejszych wycieczek po Wilnie i coraz więcej turystów z Polski interesuje się nimi.

Wielką atrakcją jest także pomnik Barbary Radziwiłłówny….

Ale nie jest on częścią wycieczek szlakiem Silva rerum. To element projektu „Wileńskie rzeźby”, w którym pomniki przemawiają tekstami i głosami litewskich pisarzy. Moim głosem mówi rzeźba Barbary Radziwiłłówny na ulicy Vokiečių, Niemieckiej. Swoją mowę zaczyna po polsku, cytatem z listu do Zygmunta Augusta. Chciałam odtworzyć prawdę historyczną – Barbara była polskojęzyczna – i fakt, że pojęcie tożsamości narodowej za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów nie opierało się o język. Szlachta i magnateria mówiły po polsku, a jednak zdecydowanie czuły się Litwinami.

Opisuje pani Wilno, miasto o splątanych korzeniach, wielokulturowe, wieloetniczne. Pani jest obrazem tej polifonii. Litwinka, w której żyłach płynie także polska krew, studiowała pani w Warszawie, a mieszka w Londynie. Gdzie tak naprawdę Kristina Sabaliauskaitė jest u siebie?

Pochodzę właśnie z tych dawnych polskojęzycznych Litwinów. Polską krew mam od pradziadka, który był „koroniarzem” i przeniósł się na Litwę po ślubie z majętną dziedziczką, moją prababcią. Po II wojnie światowej późniejsze pokolenie rodziny było zmuszone opuścić Wilno i przenieść się do Polski. Została tylko moja babcia, którą żelazna kurtyna odcięła od rodziny. Moja mama ujrzała swoją babcię po raz pierwszy i zarazem ostatni mając 16 lat, kiedy za czasów Chruszczowa dostała jednorazową wizę i mogła odwiedzić członków rodziny w Polsce. Na palcach może policzyć spotkania ze swoją ukochaną kuzynką, z którą ją łączy bardzo silna więź. To typowa tragiczna historia dawnej wileńskiej rodziny... Nasze rodzinne korzenie w Wilnie sięgają połowy XVIII w., więc Wilno zawsze będzie w moim DNA. Chyba tak naprawdę jestem u siebie tam, gdzie jest moja rodzina – a rodzina jest w Londynie, w Wilnie, i w Polsce.

ZA MATERIAŁY PRASOWE DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie logo

13 września 2018

(...) nie byliśmy żadną "normalną" rodziną (s. 129) - V. Hjorth, Spadek




       Jest sobie rodzina: mama, tata, trzy córki i jeden syn. Rodzice, po dobrze przeżytym życiu, mogą się oddać odpoczynkowi, ciesząc się bezpiecznym domem albo na wyjeździe relaksować się w domkach letniskowych. Bo nie ma to jak na starość zbierać słodkie owoce owocnego życia. Napracowali się – wspierać się, dbać o dzieci, łożyć na ich wykształcenie to nie banał. Teraz dzieci – już dojrzałe, same mające dzieci (a nawet wnuki) – mają komu być wdzięczne, mają o kogo dbać, komu podziękować i przy czyim stole się zebrać, by błogie dzieciństwo powspominać. 
      Nic bardziej mylnego. „Spadek” odsłania najbrudniejsze z kart. Porusza brudy, jakie kiedykolwiek stały się udziałem niewielu. Demaskuje fałsz, arogancję, małostkowość, bezduszność, wygodnictwo, obłudę, hipokryzję. A przede wszystkim ból, jaki mogą dzieciom zadać rodzice. I jaki może sobie wzajemnie zadać rodzeństwo. Oto rodzina uwikłana w kłamstwa, która, dla wygody chyba jedynie, chce w nich tkwić, która chce się świadomie okłamywać, która nie chce wysłuchać głosu prawdy. 
        A wszystko zaczyna się dość niewinnie. U progu życia rodzice postanawiają spisać testament, w wyniku którego większą część majątku dostać mają dwie córki. Pozostałe dzieci jedynie rekompensatę finansową. 
        I ta z pozoru prozaiczna wiadomość porusza lawinę wydarzeń. A przede wszystkim emocji. Bo Bergljot nagle postanawia przemówić. Chce na głos, wyraźnie powiedzieć, dlaczego zerwała kontakt z rodzicami, dlaczego ten ból, a nawet rozpacz, które w sobie nosi, nie są pielęgnowane i hodowane, lecz po prostu w niej tkwią, są jej integralną częścią, jak gnijąca w ciele drzazga. Chce innym (i sobie) opowiedzieć swoją wersję historii rodzinnej. Nie po to, by zrozumieć – bo zrozumieć się nie da. Ale by nazwać prawdę po imieniu, wyrwać ją z tego zakłamania innych. Spuścizną, której ona chce, jest jej opowieść o niej samej. Tylko tyle. Aż tyle. I by się do tego choć zbliżyć, przyjdzie jej iść na kolejną wojnę – wojnę z własną rodziną. 
       Bo według „Spadku” rodzina to nie więzi, a tarcia, spory, racje i pół-racje. I okazuje się, że największym dziedzictwem, jaki mogą zostawić rodzice nie jest majątek, a obciążone emocje, uczucia, prawdy o sobie i innych. Przy pomocy tej prowadzonej narracją pierwszoosobową powieści pełnej monologów, skojarzeń, urywanych wątków pokazała Vigdis Hjorth etapy rozpadu – wrażliwości, ufności, szczerości, prostoty i międzyludzkich więzi. To, czego wraz z bohaterką dowiadujemy się o niej i innych, wypływa z czeluści pamięci , lub nie-pamięci. I trudno orzec, czy lepiej, że ujrzało światło dzienne, czy powinno w tych odmętach pozostać. 
    Oto książka trudna, toksyczna, destrukcyjna, ale i odważna, poruszająca, uwierająca – nie ugłaszcze, a emocjonalnie rozhuśta, zaniepokoi. Takie lubię.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania WYDAWnictwoliterackie LOGO

7 września 2018

(…) gra o najwyższą stawkę z samym Panem Bogiem (s. 46) – J. Kosowska, Wróć do Triory




Wróć do Triory     Jest takie miejsce w literaturze, gdzie spotyka się to co prawdopodobne z tym, co fantastyczne, to, co realne z tym, co nierzeczywiste, to, co wiarygodne z tym, co nieprawdopodobne. Takim elementem jest legenda: tekst, w którym wydarzenia autentyczne (czasem wręcz historycznie udokumentowane) mieszają się z fikcją – a  nawet baśniowością. Zjawisko to próbuje przywrócić do łask Jolanta Kosowska swoją najnowszą powieścią „Wróć do Triory”. 
          Jest to kolejna powieść obyczajowa, którą tego późnego lata można znaleźć na księgarnianych półkach. Autorka opowiada w niej historię czwórki niby obcych sobie ludzi, których połączył przypadek. Jeden to były narkoman, drugi – chory na raka muzyk, trzeci – były nauczyciel-społecznik, czwartą osobą jest ukochana muzyka, której nie układa się w relacjach rodzinnych. Każda z tych osób stanęła na rozdrożu życia i choć każda z nich wie, co ma robić i(lub) co robić powinna, nie jest w stanie ruszyć z miejsca, zebrać się w sobie, odpowiednio skupić, by wygrać bój z teraźniejszością. Narkoman rozpamiętuje swoje małe niepowodzenia i na innych zawala za nie odpowiedzialność, muzyk czuje się przegrany (i na takiego wygląda), choć walka z chorobą wciąż jest w toku, nauczyciel – mimo, że dojrzały – wciąż nie umie podjąć decyzji, co uczynić dalej z własnym życiem. Jedynie Weronika wydaje się z nich wszystkich najsilniejsza, najodważniejsza, najbardziej zdeterminowana i przekonana o słuszności swoich decyzji. Jedzie do małej wioski, po ratunek dla ukochanego. Ale to nie jest zwykła miejscowość – w XV wieku wymordowano tam niemal wszystkie oskarżone o czary kobiety. Tylko, że to co nazwano czarami, w rzeczywistości było zielarstwem, a proces i kara wyrazem siły oraz władzy. I z tego Triora do dziś słynie – z kultywowanie przeszłości i ziołolecznictwa. Bo to właśnie medycyna niekonwencjonalna ma pomóc zmęczonemu i sponiewieranemu przez chorobę Kubie. Ta wioska jest miejscem, w którym czas się zatrzymał. Choć wszyscy tam słyszeli o XXI wieku, żyją oni późnym średniowieczem, podsycają spekulacje co do ówczesnych wydarzeń i pielęgnują legendy, by nie uległy zapomnieniu. 
       Jak dla mnie powieść ta ma kilka mankamentów. Na pewno jest w niej za dużo wątków. Jeśli autorka myśli poprzestać na jednej części, wątek ze znudzonym dzieciakiem z bogatego domu wydaje się zbędny, nic nie wniósł do wątku głównego, a jedynie przedłużał całą opowieść, niepotrzebnie ją rozciągnął. Ponadto jest tu sporo naiwności, jak na przykład lekarz, który łamie (nie raz) tajemnicę lekarską, a przy okazji zachęca do medycyny alternatywnej. 
     Nie mogę powiedzieć, by „Wróć do Triory” było kiepską, niedopracowaną czy niespójną powieścią. Autorka o grafomaństwo się nie ociera, co to to nie. Ale jak dla mnie jest to historia zbyt prosta i oczywista, wysiłku intelektualnego nie wymaga, wnętrza nie rozdrażni. Ale na pewno nadaje się na źródło weekednowej rozrywki. I to może być przyczyną potencjalnego sukcesu. 


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE DZIĘKUJĘ
AUTORCE        

24 sierpnia 2018

Kraina dorosłych pomyłek (s. 273) - Patrz, jak tańczę, Sari Wilson


OkÅ‚adka książki Patrz, jak taÅ„czÄ™      Balet jest bardzo trudną dyscypliną artystyczną. Wymaga wysiłku, siły fizycznej, twardych kości, gibkich (zdolnych do spięcia jak i rozluźnienia) mięśni i stawów, narzuca rygor, dyktuje plan dnia, dla tancerza każdy tydzień i miesiąc są takie same – poddane regularności prób, ćwiczeń, występów. Nie każdy tancerz odnosi sukces. Być jak Barysznikow, Akimow, Fokin, Niżyński, Sergiejew, Liepa, Maślankiewicz udaje się niewielu. 
    I właśnie w takiej scenerii – wyrzeczeń, dyscypliny, elity artystycznej, najlepszych z najlepszych, ukształtowanych przez terror prób i ćwiczeń – umieszczona została akcja powieści „Patrz, jak tańczę”. I wcale nie jest to tekst o szkole baletowej, o ogarniętych szałem ambicji uczniach i rodzicach, o krętej jak i niewdzięcznej drodze do sukcesu, o rywalizacji. To wszystko – historia muzyki poważnej, opery, baletu (głównie rosyjskiego z losami Niżyńskich na czele), realia prestiżowej szkoły tańca, ambicja, współzawodnictwo, reżim i posłuszeństwo sztuce, zatracaniu się dla nich - to tylko tło. 
    Narracja „Patrz, jak tańczę” prowadzona jest dwutorowo. W jednej poznajemy historię cenionej i lubianej (tak przez współpracowników jak i studentów), wykładowczyni akademickiej, która badając karierę Niżyńskiego i jego relacje z siostrą, próbuje uporać się z własnym zagubieniem, samotnością i poplątanymi losami. Dla niej niby zawodowy wyjazd do innego miasta staje się podróżą we własną tożsamość, historię, w samą siebie i w głąb tego, co ją ukształtowało, co ją doprowadziło do miejsca, w którym się akurat znajduje. Druga opowieść jest o młodziutkiej Mirze, która w rygor tańca, w surowe reguły baletu i szkoły artystycznej ucieka przed rozwodem rodziców, chaosem matki-artystki, która nijak nie chce (nie umie? nie widzi potrzeby?) nadać życiu córki stabilnych ram i fundamentów – nie znajdując oparcia w rodzicach, szuka go Mira w morderczych treningach, które ją i jej ciało czynią realne, prawdziwe, autentyczne i skonkretyzowane (bo w życiu rodzinnym pewne już nic nie jest); uciekając w taniec, sztukę, dyscyplinując ciało, ujarzmia ona emocje, szuka kontrolni nad życiem. Te dwie kobiety funkcjonują na granicy życia „zwykłego”, przeciętnego i artystycznego, gdzie sztuka kieruje się zdecydowanie innymi prawami niż szara codzienność. To, co bulwersujące dla jednych, nie jest odstępstwem dla drugich; mentor, nauczyciel i mistrz jednych, w oczach innych uchodzi za dziwaka. 
     Tym samym swą książkę „Patrz, jak tańczę” Sari Wilson uczyniła książką o dojrzewaniu, o świadomości siebie, o poszukiwaniu prawdy o sobie, o szukaniu drogi do siebie, o próbie ocalenia siebie z chaosu własnej przeszłości – historii napisanej cierpieniem, często kłamstwem, samotnością i nieumiejętnością ocenienia, co jest prawdą a co kłamstwem, co realne a co ułudą. To opowieść o dziecku, które za szybko dorosło i stało się kobietą, oraz o kobiecie, która w głębi siebie pozostała zranionym dzieckiem. 
     Nie będę kłamać - w „Patrz, jak tańczę” nie ma wartkiej akcji, nie ma brawury, jest liryzm, nostalgia, jest sporo baletu i niemało opery. Ale jest też dawka goryczy, tęsknoty, złości i zawodu. To wszystko czyni z tej (chyba) powieści obyczajowej opowieść rozrachunkową, opowieść o szukaniu prawdy o sobie - o tym, co człowieka kształtuje, szuka odpowiedzi na kwestię, czy naprawdę jest on w stanie odciąć się od tego, co go ukształtowało, miało wpływ na wybory i postawy, kim oraz jaki był kiedyś, a jaki jest obecnie. Oto powieść gorzka, ale i pozostawiająca cień nadziei, że człowiek może się uratować – nawet przed samym sobą.    


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy