10 stycznia 2017

Nabytki grudniowo-styczniowe

Istnieją dwa typy wpisów blogowych, które u mnie są sporadyczne – by nie powiedzieć rzadkie. To – po pierwsze – zestawienia zapowiedzi wydawniczych. A po drugie – „chwalipięctwo” – czyli co książkowo nowego zamieszkało na moich regałach. I dziś będzie ten sporadyczny wyłom – prezentacja grudniowo-styczniowych nabytków. Nie powiem, niektóre z nich nie były planowane, a te poczynione z zawodowej konieczności nie wyczerpują listy zapotrzebowani. Cóż, klasyka powoli się uzupełnia. 

Oto pełen zestaw.

Są w nim tytuły nabyte do pracy – wiadomo, nieśmiertelna klasyka. Gombrowicz, na ten przykład, językowo nie jest moim ulubieńcem, ale za to zmysłu obserwacji i trafności stawiania diagnoz nie mogę mu odmówić… To wydanie „Potopu” mogło by mieć ciut-ciut większe litery, a „Zbrodnia…” – choć na pewno nie można mnie nazwać sympatyczką tego wydawnictwa – jest obłędne! Gruby, kredowy papier, przejrzysta czcionka i te grafiki – wiarygodne i sugestywne! Z tym wydaniem do pracy na pewno nie będzie się wygodnie chodziło – jest ciężkie i duże, ale estetycznie zachwyca!

Mam też tytuły nabyte dla próżności: bo cena zachęciła, bo krytyka (i ta zawodowa, i amatorska) już dawno postawiła wysokie noty, bo lubię teksty różnorodne, nie jestem literacko monotematyczna, no i liczę na długą oraz spokojną emeryturę…;-)

Są i nabytki świąteczne – grube, zróżnicowane a już na pewno nieoczekiwane.

Na końcu przesyłki z WL. Zamówiony Flanagan (już po paru stronach widzę kilka punktów spójnych z poprzednimi jego książkami) oraz… „coś” nietypowego, nieoczekiwanego – fragment anonimowej powieści bez tytułu, której premiera będzie w lutym tego roku. W odręcznie podpisanym liście stworzonym na czerpanym papierze  Wydawnictwo prosi o wyrażenie opinii na temat tegoż fragmentu i podjęcia się „zabawy” w zgadywanie ciągu dalszego – jak zapewnia, za jakiś czas mogę się spodziewać kolejnych odsłon tajemniczej powieści. Nie powiem, czuję się zaskoczona i poniekąd uradowana – nie jestem maniaczką opowieści obyczajowych, zazwyczaj w dość wyważony sposób o nich mówię/piszę, a i tak zostałam zaproszona do wspólnej zabawy i stworzenia tego nietypowego czworoboku: Autor - jego Tekst - Wydawca i ja. Teraz drogę do pracy umilać mi będzie tekst, który mówi do mnie „Po prostu przeczytaj…”. Więc czytać będę… - a co mi tam… ;-)          


1 stycznia 2017

Jak to było w 2016...

      Niektórzy z Was na pewno już pełną piersią weszli w 2017 rok, ale u mnie jeszcze choć dziś ciut 2016. Oto moje literackie zestawienia i totalnie subiektywny wybór książki roku.
      W ubiegłym roku recenzowałam książki dla czterech wydawnictw, w kolejnym patronowałam jednej pozycji książkowej i, co oczywiste, przeczytałam kilka książek z czysto prywatnych chęci, bez relacji ja-wydawca. 
      Oto moje podsumowanie: 

RECENZJE DLA PRÓSZYŃSKI I S-KA


RECENZJE DLA WL

RECENZJE DLA AMBER

RECENZJE LUŹNE (I KILKA POZA WSPÓŁPRACĄ)


Jak widać, w tym roku przeważała współpraca z Prószyńskim i WL – po 12 tytułów. Nie ma tu wszystkich otrzymanych od nich książek, bo - niestety - nie umiem wydłużyć sobie doby, ale naiwnie zakładam, że kiedyś nadrobię te braki (na pewno uda mi się na płaszczyźnie ja-WL, a co do Prószyńskiego – dyscyplina zostanie wzmożona).
Poza tym co relacjonowałam, czytałam również pozycje analizowane w pracy: „Król Edyp”, „Dziady" cz.IV, i „Dziady" cz. III, „Kordian”, „Bajki” Kołakowskiego. A teraz przymierzam się do „Lalki”.

Jednocześnie ogłaszam w tym miejscu, że moją książką roku jest zdecydowanie „Droga do domu” Yaa Gyasi. By po nią sięgnąć, wystarczyły mi zapewnienia wydawcy: „Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Mroczne czasy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość -  Droga do domu to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji”. Ale - jak dla mnie - mówienie, że jest to powieść o kolonizacji, niewolnictwie, klasowości i niesprawiedliwości społecznej to nie powiedzenie niczego. Bo to książka, która mnie emocjonalnie przeorała! Wdziera się w umysł, uczucia i obezwładnia, paraliżuje… http://zielonomi939.blogspot.com/search?q=Droga+do+domu      

  

30 grudnia 2016

Ten dom niemal wrósł w nią (s.289) – Anne Jacobs, W cieniu tajemnic

             Są narracje, struktury zdaniowe, rytmy opowieści, które już od pierwszej frazy czytelnika wciągają, mamią i nie wypuszczają z sideł fabuły. Takie zjawisko spotkało mnie, gdy sięgnęłam po „W cieniu tajemnic”. Wydawca zapewniał, że jest to powieść z klimatem i światem znanym z „Downton Abbey”, ale mnie jest ciężko zaprzeczyć lub potwierdzić, gdyż nie widziałam ani jednego odcinka (a wiem, że wytwórnia wypuściła w świat 6 (!!) sezonów). 
         Niemniej stwierdzam, ze dla mnie „W cieniu…” jest lekturą świetną. Opowiada o życiu, jakie w Augsburgu roku 1913/1914 wiodą mieszkańcy wielkiej posiadłości fabrykanta – jego rodzina i służba. To – z jednej strony – świat dostatku, przepychu, wielkich pieniędzy, pozycji społecznej, interesów, operatywności, odpowiedzialności za decyzje finansowe, rozwagi, taktu i manier, a z drugiej strony – świat fałszu, pozorów, obłudy, intryg, plotek i grzeszków większych czy mniejszych, wrogości, podstępu, rywalizacji, w którym kobiety powinny być ładnymi dodatkami do panów, a panowie to nikt inny jak jegomoście z maksymalnie napompowanym ego. To świat balów i wystawnych kolacji, które służą nie zabawie a są dopełnieniem kolejnej transakcji (firmowej lub matrymonialnej – co za różnica skoro każda z nich ma przynieść wymierne skutki?), dobroczynnych herbatek, które mają utwierdzić organizatorki w przekonaniu o ich hojności, świat rywalizacji, w którym trofeum mają być szeroko komentowane zaręczyny, to też świat ciężko pracującej służby, która – mimo często przedmiotowemu traktowaniu – czuje się związana z pracodawcą, jest lojalna, uczciwa, dyskretna, taktowna, rywalizująca między sobą o przychylność pastwa jak również pełna tarć i wewnętrznych napięć. A dodatkiem do tego jest przebogate tło pełne równych odniesień do epoki: damskie toalety, wieczory w operze, ciemne ulice podejrzanych dzielnic, nowi - szokujący - kreatorzy mody i coraz głośniej mówiąca nowoczesna sztuka.  
        Rodzinę Melzerów poznajemy dzięki Marie, która pewnego późnojesiennego dnia rozpoczyna pracę pomocy kuchennej w domu fabrykanta. Jest to jej kolejne miejsce zatrudnienia, gdyż bezpośrednie usposobienie, przenikliwy umysł i odwaga w mówieniu tego, co myśli nie ułatwiały jej w zachowaniu posady na stałe. Jednak nie jest ona główną postacią. Czytelnik, podążając za narratorem, który wiedzie go po pokojach panienek (Katarzyna i Elżbieta – jedna szczera, otwarta i ciut naiwna marzycielka a druga pusta pannica szukająca wolnego kawalera), bawialni pani, po fabryczne biuro pana, od pokojówki do kucharki a nawet do ogrodnika odsłania – z jednej strony – misterną nić zależności, a z drugiej – pozwala każdej z postaci mówić swoim głosem. I okazuje się, że dom zamieszkują nietuzinkowe charaktery, barwne (co nie znaczy, ze nie irytujące) osobowości, jednostki wepchnięte w dawno temu utarte role społeczne. 
         Mieszkańcy tego świata nie wiedzą jeszcze, że za chwilę - dzięki pewnemu wydarzeniu w Sarajewie – ten świat runie, zniknie i przyjdzie im się przyzwyczaić do zupełnie innego układu społecznego. Czy wszyscy sobie z tym poradzą? Czy każdy zrozumie, że stare nie powróci? Czy każdy będzie miał w sobie tyle kreatywności, by pojąć, że świat dzielony na „my-państwo” i „oni-służba” już nie taki będzie miał podział? Wpierw jednak należy odkryć i zrozumieć, jaką rolę w tym świecie mają odegrać: niechciana ciąża, pewne nieślubne dziecko, zawiedziona miłość, zazdrość, cichy układ z budzącym grozę sierocińcem – i jakim cudem to wszystko tworzy misterną nić zależności, układów, powiązań. 
         Choć „W cieniu tajemnic” jest książką o ckliwym tytule i banalnej okładce można w niej znaleźć niesamowity, dawno pogrzebany świat, który wciąż może zadziwiać, zaskakiwać, a nawet uwodzić swoją niesamowitością.          

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka

29 grudnia 2016

(…) nagle z ofiary zmienił się w myśliwego (s. 65) - Nocnym śpiewie ptaka, Kjell Eriksson


Nocny śpiew ptaka
        Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas (zaplanowane mam na 1.01), ale już dziś o największym literackim rozczarowaniu kończącego się roku. Tytuł ten przypadł książce czytanej już w grudniu, a która znalazła się w moich rękach przed przypadek – zabrałam koleżance, która podążała z nią do bibliotecznego zwrotu. Mówię tu o „Nocnym śpiewie ptaka” Kjell Erikssona. 
    Bez dwóch zdań to kryminał – pewnej weekendowej nocy zostaje zdemolowane centrum Uppsali, a choć straty są ogromne, nikt nie widział sprawców. Jakby tego  było mało, wśród wybitych witryn, potłuczonych szyb, zniszczonej księgarni znaleziono również zwłoki młodego, zadbanego chłopaka o trudnej do ustalenia tożsamości. Całkiem niedługo po tym wydarzeniu wybuchają w mieście zamieszki oraz podpalenia na tle nacjonalistycznym i skierowane przeciwko emigrantom, policja dowiaduje się o znalezieniu kolejnych zwłok a w pogorzelisku trzy zwęglona ciała.
       Choć szkielet powieści zawiera niby wszystko, co dobry kryminał zawierać powinien – skondensowaną akcję, wiarygodny wątek główny, misterną sieć motywów pobocznych, profesjonalną grupę dochodzeniową, która, mimo wewnętrznych napięć, uparcie dąży do rozwikłania zagadki – brakuje mu napięcia, wewnętrznej dyscypliny, magnetyzmu, przyciągania czy psychologii postaci. Powieść jest zbyt rozwleczona, momentami przegadana, wprowadzono wątki, które niczego nie zmieniają, a jedynie nadają książce objętości, niektóre tematy nie mają wyjaśnienia, a finał przychodzi zbyt szybko i zbyt szybko czytelnik domyśla się rozwikłania całej zagadki. 
    Nie powiem, by czas z „Nocnym śpiewem…” był czasem zmarnowanym (tym bardziej, że powieść czytałam w czasie choroby, więc nie byłam zdolna do wytężonych operacji intelektualnych), ale nie był to też czas literackiej uczty, która by pobudziła moje zmysły. Zdecydowanie stwierdzam, że czytałam lepiej dopracowane, naprawdę trzymające w napięciu, kryminały.