21 czerwca 2018

„Najważniejsze jest podtrzymanie żywych, ruchomych wspomnień” (s. 31) – Zdzisław Beksiński, Norman Leto, Jarosław Mikołaj Skoczeń, Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa


      Nie ulega wątpliwości, że Beksiński to jeden z najbardziej tajemniczych, artystycznie różnorako odczytywanych i tragicznych postaci w polskiej kulturze. Refleksje nad jego pracami niejednokrotnie są odległe, nawet sprzeczne, a jego (prezentowany za życia) upór w nie-wypowiadaniu się na temat własnych dzieł nie pomaga ani krytykom sztuki, ani przeciętnym odbiorcom. Dlatego nieco światła na tę kwestię może rzucić opublikowana niedawno przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka książka „Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa”. 
        Jak sam tytuł pokazuje, jest to zapis wywiadów, rozmów, listów z lat 2000 - 2005, jakie zbliżyły do siebie dwóch jakże różnych twórców. Norman Leto (Łukasz Banach) to artysta tzw. młodego pokolenia. Zajmuje się video artem, tworzy instalacje, fotomontaże, pracuje w przestrzeni realnej i wirtualnej, co wszystko razem wzięte (na wielu etapach drogi artystycznej) interesowało również Beksińskiego. Ich ścieżki zetknęły się w dość nietypowy sposób (bardzo precyzyjnie przedstawia to „Detoks...”) i od początku znajomość ta opierała się nie tylko na relacji uczeń-mistrz, ale na partnerstwie dwóch plastyków. 
       W rozmowie z Jarosławem Skoczniem, która poprzedza zapis korespondencji, Leto zauważa, że Beksiński nigdy nie traktował go z góry, nie przybierał mentorskiej pozy, ale również zbytnio się nie spoufalał – jak w życiu publicznym, tak i tutaj dbał o prywatność czy dyskrecję. Wymieniali oni uwagi na temat aspektów technicznych (na przykład, jak gruntować podłoże dzieł plastycznych), światopoglądowych, egzystencjalnych, moralnych, czy prywatnych problemów. „Detoks...” przybliża ważne dla każdego artysty kwestie: zależność - skomplikowana forma a prostota tematów, cel tworzenia, technika pracy, rzemiosło, relacja - stara szkoła a młode pokolenie malarzy, związek obrazów z codziennością realizm fantastyczny prac Beksińskiego czy jego ulubione tematy (melancholia, dramatyzm, smutek, groteska), miejsce outsidera w małej społeczności, nowatorskość, przekraczanie barier dotychczasowej sztuki, ograniczenia narzucane na artystę z zewnątrz, twórcze możliwości, jakie daje metropolia. Nie sposób jednak było uniknąć tak tragicznych czy istotnych tematów jak śmierć Tomka Beksińskiego, filozofia życia, czy rola czasu w kontekście jednostki. 
     Z zapisów tych wyłania się obraz silnych, pewnych swych artystycznych założeń charakterów – z tym, że jeden się dopiero konkretyzuje, a drugi jest już w pełni ukształtowany. I choć dzięki „Detoksowi...” czytelnik ma do czynienia z dwoma różnymi artystycznymi osobowościami, nie ulega wątpliwości, że są to artyści niezłomni, świadomie realizujący swoje założenia i twórcze plany. 
      Mimo, że książka ta stawia na równi dwóch plastyków, pokazuje dwie drogi twórcze, niewątpliwie staje się również głosem „w sprawie” Beksińskiego – tego mrocznego, tragicznego, naznaczonego, depresyjnego Beksińskiego, którego wielu podziwia, a niewielu tak naprawdę rozumie. 


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
PRÓSZYŃSKI I S-KA

14 czerwca 2018

Nie wierzył, że po końcu może istnieć ciąg dalszy (s. 301) – Barbara Sęk, Nowakowie. Kruchy fundament




OkÅ‚adka książki Kruchy fundament   Oto książka o pozorach, kłamstwie, oszustwie, grze, o udawanej stabilizacji, fałszywej bliskości, słowach bez pokrycia i maskowaniu faktów. A tak naprawdę o rozpadzie rodziny i tchórzostwie. Wielkim tchórzostwie, które zastąpiło szczerość, odpowiedzialność, dojrzałość, a przede wszystkim prawdę. 
       W swojej powieści Barbara Sęk kreuje portret rodziny zbudowanej nie tyle na kruchych fundamentach, co na wielkim fałszu. Ale zanim czytelnik to odkryje, autorka pokaże mu portret idealnej rodziny: sporo zarabiający mąż, piękna i błyskotliwa żona, czworo zdrowych, utalentowanych o silnych osobowościach dzieci, dom z wysokimi standardami, kilka samochodów, zaufane grono znajomych, regularne spotkania z dziadkami/teściami, a każdy dzień wydaje się być czasem sielskim, ze znanym z góry scenariuszem, który nic nie jest w stanie zakłócić. 
       Faktycznie tak jest dopóki dwoje najstarszych dzieci nie stanie się obserwatorami sceny, która na zawsze odmieni ich dotychczasowe spojrzenia na świat, dorosłych i reguły relacji międzyludzkich. Od tamtego momentu, w ciągu czterech dni akcji właściwej powieści (bo retrospekcji zawarte we wspomnieniach niektórych postaci obejmują aż dwadzieścia lat), autorka godzina za godziną, minuta po minucie pokazuje etapy, części i warunki rozpadu rodziny – dom Nowaków burzy się jak domek z kart i nie są w stanie tego procesu zatrzymać nawet wyznawane wartości, bo ich po prostu nie ma (i nie było). Okazuje się, że rodzice nie są tak krystaliczni - jakby chciały tego dzieci, dzieci nie są tak posłuszne i zdyscyplinowane - jakby sobie życzyli rodzice, a dziadkowie nie cieszą się takim posłuchem i szacunkiem - jakby sami chcieli. Dom Nowaków szybko zmienia się w kupę prywatnych brudów, powoli przekształcających się w lokalne bagienko, w którym każdy z osobna się tapla. Sęk stworzyła powieść o tym, jakie piekło potrafią swoim dzieciom zgotować dorośli tylko dlatego, że w pewnym momencie zabrakło im odwagi, odpowiedzialności i (lub) najzwyczajniej w świecie wolą wygodę oraz tzw. święty spokój. Pokazuje, jak w pewnej chwili relacje w domu przeobrażają się w batalię niczym na sali sądowej, a zwycięstwo raz jest po stronie tych, by za chwilę być po stronie tamtych. Odkrywa ona oblicza okrucieństwa, które zadają dorośli sobie oraz dzieciom. I choć to powieść obyczajowa, trzyma w napięciu niczym kryminał czy thriller, a czytelnik nie jest w stanie pohamować się od psychologicznych dywagacji wokół pytania: Co oni wszyscy w sobie mieli, że w przeszłość podejmowali decyzje, które obecnie doprowadziły do takiej katastrofy? I wnioski mogą wprawić w osłupienie. 
        Bo to okrutna powieść o okrutnych ludziach, którzy: „Są zbyt daleko od siebie, by mogło między nimi dojść do kolizji” (s. 155). 

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy

13 czerwca 2018

W końcu udawanie zaczyna przypominać normalne życie (s. 186) - Janice Y.K. Lee, „Emigrantki”




     Jasno trzeba mi przyznać – nie przepadam za opowieściami o Chinach, Japonii, Korei czy Tajlandii. Nigdy nie pojęłam sukcesu „Szanghajskiej kochanki” czy „Wyznań gejszy”, a „Czerwone dziewczyny” jasno oceniłam, jako powieść nierówną, niedopracowaną, w której każda część została potraktowana z różną starannością, jakby pisało ją trzech odmiennie zdyscyplinowanych autorów. Dlatego wiedząc, że akcja „Emigrantek” rozgrywa się w Hongkongu, podchodziłam do lektury ze sporą dozą ostrożności. To, co mnie skusiło to te lapidarne określenia wydawcy, że oto oddaje do rąk czytelników książkę o własnych demonach, wyobcowaniu i samotności – przecież to takie uniwersalne stany emocjonalne, że nie można je było ubrać we „wschodniość” Azji. I jak się okazało, nie można było. 
    Bo „Emigrantki” Janice Y.K. Lee to opowieść totalnie uniwersalna, która mogłaby się rozegrać w każdym zakątku globu i stałaby się tak samo wymowna.  Są w tej książce trzy kobiety: Mercy - która odgrodziwszy się od rzeczywistości grubym murem, nie ma pojęcia, czego chce od siebie i życia, każdy dzień bezproduktywnie przepływa jej między palcami, co ma niestety uzasadnienie w minionych wydarzeniach, Hilary – która doskonale czuje, czego chce, ale zdaje się być w tych pragnieniach bardzo osamotniona, jest również i Margaret – która sama tylko najlepiej wie, dlaczego wiedzie podwójne życie, dlaczego nosi dwa oblicza (to przeznaczone dla siebie i drugie – dla otaczającego świata), i z jakiego powodu każdy dzień jest powrotem do przeszłości. Bohaterki może i mogą irytować, może nie są posągowe czy majestatyczne, ale za to prawdopodobne jest, że ich dylematy bliskie są naszym dylematom - co czyni już z tej powieści historię wiarygodną, bliską życiu, nie bajkową, ckliwą czy niewiarygodną.
    Oto trzy różne kobiety, trzy różne historie, trzy różne osobiste tragedie i jedno rozwiązanie, jeden spektakularny finał, który raczej do najszczęśliwszych nie należy, ale na pewno jest takim, który potrafi zapewnić względny spokój. I nie wynika on z przepychu, bogactwa i blichtru kręgu finansjery z Hongkongu, z upodobanych sobie przez nią wycieczek do Bangkoku, Tajlandii czy Chin, ani z wygodnego życia wiedzionego wśród szoferów, niań i gosposi. Spokój tych kobiet ma się wziąć z odpowiedzi na pytania: „Gdzie chcę wrócić, kiedy kolejny azjatycki kontrakt się skończy?”, „Kim chcę być, skoro nie Amerykanką w Hongkongu?” oraz „Kim w ogóle jestem?”. 
     Dla mnie „Emigrantki” to nie opowieść o kobietach, które w poszukiwaniu nowego początku poleciały aż na inny kontynent, które w ucieczce przed starym wybrały świat zupełnie odmienny kulturowo, obyczajowo i mentalnie. To książka o powrocie, o tym, co to znaczy „wrócić” – do siebie, do rodziny, do świata, do ludzi, do życia w pełni. W tej wzruszającej, magnetyzującej oraz misternie prowadzonej opowieści Lee podaje jasne wnioski: trzeba mieć odwagę uporządkować i określić siebie; trzeba umieć poukładać jestestwo, swoje serce oraz pragnienia, by przeniknąć, przyjąć oraz zaakceptować zajmowaną przez siebie rzeczywistość, dary losu, konsekwencje swoich czynów, jak i decyzji; należy się oddalić od starego, by ze świeżym umysłem zbudować to, co nowe i ważne. Wtedy to się okaże, że jesteśmy w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu i z odpowiednimi ludźmi; wszystko co było wcześniej to jedynie fałsz, zakłamanie i liczne mistyfikacje. 
    Bo „powrót”, „cywilna odwaga” i „demaskacja pozorów” to podstawowe kody, którymi możne odczytać „Emigrantki” Janice Y.K. Lee. I naprawdę warto to uczynić.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI 
DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

12 czerwca 2018

(…) ostatni rzut oka na świat i znikniemy.” (s. 24) – M. Kulisiewicz, „Kot Wittgensteina i inne wiersze”.

Okładka książki - Kot Wittgensteina


      Faktem jest, że w Polsce niewiele się czyta poezji. Na pewno wymaga ona pewnej dyscypliny, cierpliwości czy zadumy, by jej przekaz mógł nabrać siły i mocy sprawczej. I często tak się dzieje, że wielu dziś brakuje wytrwania oraz woli, by wczytać się w jej słowo. Nie znaczy to jednak, że poezji się nie publikuje czy nie promuje. Jest ona wciąż ważną, a dla niektórych wręcz fundamentalną, dyscypliną artystyczną. 
    Udowadnia to wydany niedawno tomik wierszy Małgorzaty Kulisiewicz – „Kot Wittgensteina i inne wiersze”. 
     Warto się już na początku pochylić nad tytułem. Wspomnienie w nim o Wittgensteinie – filozofie, logiku, teoretyku języka i prekursorze pragmatyki – sugerować może pewien kod rozumienia czy interpretacji całego tomiku. Niemniej należy się zastanowić, czy to nie jest ukryta aluzja co do pewnego, możliwego, poziomu trudności w przyswojeniu i odczytaniu zawartych w nim utworów literackich. Bo tomik ten zawiera aż 70 utworów, które rzadko kiedy bezpośrednio odwołują się do aktualnych spraw, komentują bieżące wydarzenia, przeżycia dzisiejszego, często zagmatwanego, człowieka. Trudno również w nim szukać egzystencjalnych rozważań określających kondycję współczesnego człowieka.
     Utwory te są poetyckim komentarzem do odległych wydarzeń społecznych, politycznych, a przede wszystkim kulturowych, do wydarzeń, które cywilizację pchnęły na nowe, często wręcz nowatorskie tory, tak pod względem jakości życia, odkryć naukowych, wartości etycznych, jak i poglądów filozoficznych. Znaleźć w nim można utwory poświęcone randze i fundamentalnej randze poezji („Poezja stwarza się/ciągle na nowo” – s. 34.), francuskiej aktorce teatralnej - Sarze Bernhard, Newtonowi, reżyserowi teatralnemu i operowemu – Swinarskiemu, docenianemu poecie i dramatopisarzowi - Różewiczowi, na kartach spotkać można migawki i scenki rodzajowe z przeszłości Nowej Huty, Łodzi, Krakowa, poetyckie komentarze do mitów starogreckich, legend, „Dziadów”, „Konrada Wallenroda” (tutaj dzięki „Teatralnemu biesowi” nowego znaczenia nabiera utarte hasło: „zrzucam z ramion płaszcz Konrada”), dramatów Szekspira, Wyspiańskiego, liryki Norwida i Wojaczka, obrazów Malczewskiego, opowieści o dekadentach, rajskiej Ewie, naukach Koheleta. Wiersze z tego tomiku zabierają czytelnika na wędrówkę po realiach zaborów, II wojny światowej, przemian przełomu wieków, okresu kosynierów, zesłań na Syberię, stanu wojennego.
     Te wydarzenia historyczne, połączone z kontekstem kulturowym i ukrytymi wnioskami czynią te wiersze tekstami o wymowie uniwersalnej, stanowią poetycką interpretację świata, w którym teraźniejszość spotyka się z minionym, ubierają one uniwersalną prawdę w formę wiersza, stają się głosem w sprawie dorobku kulturowego i swoistym literackim podsumowaniem czasu przeszłego. Jednak, by je zrozumieć i prawidłowo odczytać, należy znać pierwowzór, kod i kontekst kulturowy, co czyni z nich lekturę niełatwą, wymagającą wysiłku intelektualnego, znajomości tradycji i dorobku cywilizacyjnego, w którym to "(…) człowiek,/pionek/na wielkiej szachownicy historii (…)” jest. 
     Tworząc taką poetyką kompozycję, Kulisiewicz jasno określiła grupę czytelników, którzy będą w stanie w tych licznych aluzjach wyczytać uniwersalizm, ponadczasowość i mądrość pokoleń wcześniejszych. A takich jest zapewne nie mało. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
AUTORCE