21 lipca 2017

(…) jaśniej niż się widzi normalnie, wolniej niż się widzi normalnie (s.19). – Jan Jakub Kolski, Jańcio Wodnik i inne nowele

      Okres tuż po zakończenia II wojny światowej (2. połowa lat 40.) to w Polsce czas dosłownego odbudowywania państwa z ruin i zgliszczy wojny, organizowania nowej państwowości, przetasowywania sił, wprowadzania represji wobec niezadowolonych wywrotowców, to okres wewnątrzpartyjnych rozgrywek o władzę i wpływy, ekonomicznego wyzysku przez ZSRR (np. skup  węgla za o wiele niższe ceny niż sugerowane przez rynki światowe), upaństwowienia instytucji publicznych (np. banków, przedsiębiorstw komunikacyjnych czy ubezpieczeniowych) i podział majątków rolnych. Jak można przeczytać na temat tej ostatniej kwestii: „Ziemia została częściowo podzielona między chłopów, częściowo przejęta przez państwo. Postanowienia dekretu interpretowano rozszerzająco, wysiedlając dotychczasowych właścicieli z ich domów, pozbawiając dobytku, w tym dóbr kultury. Warstwa ziemiaństwa  została w ten sposób zlikwidowana, a byłym ziemianom zakazano pobytu i zamieszkania w powiecie, gdzie dotychczas znajdował się ich majątek ziemski” (źródło cytatu; sporo na ten temat można przeczytać tu).
     Między innymi w taką polską wieś – wieś tuż po zakończeniu wojny i w przeddzień reformy rolnej - zabiera czytelnika swoimi nowelami reżyser i scenarzysta Jan Jakub Kolski. Jego wieś to miejsce ludzi powracających z Oświęcimia, odszczepieńców, rodziców osieroconych przez dzieci – ofiary wojny, pole rozgrywek i wyrównywania krzywd za lata poniżającej służby, to punkt na partyzanckim szlaku, miejsce z jednej strony ludzi zacofanych, ciemnych, wyrównujących rachunki, rozdrapujących i pamiętających o krzywdach, za wszelką cenę odbierających, co im się należy, którym przemoc nie jest obca, a wręcz przeciwnie – wydaje się być chlebem powszednim, kierujących się prawem silniejszego, przebieglejszego, bardziej prymitywnego, a z drugiej przekonanych o własnej wyjątkowości, charyźmie. Wieś Kolskiego to miejsce od lat kierujące się swoim kodeksem prawnym, gdzie głos większości, siła grupy i wspólnoty są nadrzędne, grupa stoi zdecydowanie wyżej niż indywidualizm czy jednostkowość. Ale to też miejsce ludzi przyzwyczajonych do obyczajów, utartych reguł, tradycji, którzy dziedzictwo – może i proste, schematyczne, pozornie pozbawione głębi – traktują jak największe (bo stanowiące o nich jako o wspólnocie) dobro. To też miejsce, w którym ci inni, wymykający się banalności i stereotypowości, ale wyrośli z tej grupy, nie będący przybyszami, mają siłę przebicia, mogą mieć kluczowe znaczenie dla funkcjonowania wspólnoty, grupy. 
      Jak widać, z tekstów Kolskiego wyłania się wieś okrutna, ciemna, zacofana, kierująca się często prawem pięści, pamiętająca stare krzywdy i braki, ale jednocześnie to wieś ludzi silnych, hardych, zawziętych, przekonanych o własnej niezwykłości, jakby podskórnie mieli wszczepione słowa z Wyspiańskiego: „A bo chłop i ma coś z Piasta,/coś z tych królów Piastów – wiele!/(…) bardzo wiele, wiele z Piasta;/ chłop potęgą jest i basta”. Nie będę ukrywać – swymi tekstami Kolski pokazuje wieś pozbawioną kolorytu, baśniowości, sielankowości i uroku typowego dla sentymentalizmu. Wieś z tych nowel to obszar tarcia się odwiecznych praw, sił i układów wewnątrzspołecznych, ale i teren magiczny – w którym każdy, i wszystko z osobna, ma swój czas, miejsce oraz przywilej. 
     Dlatego też trudno mi jednoznacznie osądzić, czy taka wieś mi się podoba czy nie. Bez wątpienia ma ona jednak niekwestionowane, raz określone miejsce w hierarchii świata. Z tym polemizować się nie da.     

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU

15 lipca 2017

Subiektywne zestawienie opowieści naj-.

Zauważyłam, że przy okazji letniego rozleniwienia na różnych grupach fb pojawiają się luźne pytania o czytelnicze sympatie. Administratorzy pytają o: najciekawsze trylogie czy serie, o przeczytane książki najśmieszniejsze, najulubieńsze, najgrubsze i najcieńsze… Idąc tym tropem, prezentuję moje subiektywne zestawienie książkowych historii  naj-. Zacznę oczywiście od książki najważniejszej, a przy pozostałych tytułach to już kolejność przypadkowa. Może moje zestawienie okaże się zbieżne z zestawieniem kogoś z Was? A może macie zupełnie inne, diametralnie różniące się od mojego? Wydaje mi się nawet, że takie spisy mogą się okazać czytelniczą inspiracją dla literacko niezdecydowanych. Oto moje spontaniczne i jak najbardziej prywatne zestawienie.


- KSIĄŻKA NAJWAŻNIEJSZA to oczywiście „Mistrz i Małgorzata” – ci, którzy dość regularnie przeglądają te zapiski, wiedzą, że od lat zajmuje szczyt mojej listy; nie jest to pierwsza przeczytana przeze mnie tzw. dorosła książka (pierwszą były „Wichrowe Wzgórza”), ale jest pierwszą, która mi pokazała, że tekst ważny, rozrachunkowy, rozliczeniowy, dodatkowo osadzony w autentycznych realiach społecznych, historyczno-kulturowych, politycznych, a nawet w biografii autora, dotykający istotnych problemów etycznych, ekonomicznych, religijnych, może również bawić i być źródłem rozrywki. Bo powieść Bułhakowa jest powieścią ważną, trudną w odbiorze, wielopoziomową, pozbawioną jednego klucza interpretacyjnego, ale jest również powieścią zabawną, ironiczno-groteskową, prześmiewczą, obdzierającą człowieka z jego złudzeń o własnej przebiegłości i bystrości. I to wszystko, co mi powiedziała o świecie, jego kondycji, o ludziach i mnie samej sprawia, że wciąż jest najważniejszym przeczytanym przeze mnie tekstem.
Okładka książki Mistrz i Małgorzata

- OPOWIEŚĆ NAJSMUTNIEJSZĄ jest mi trudno wybrać. Bo przecież historie Łyska, Anielki, niewidomej dziewczynki, oszalałej Danuśki, wykrwawiającego się Kuby do wesołych nie należą. Jednak najbardziej wciąż uderza mnie rozpisana na losy kilku pokoleń historia kobiet z „Drogi do domu”. Ta pozbawiona subtelności i delikatności, ale operująca plastycznym językiem książka o niewolnictwie i sytuacji czarnej ludności na rozległych plantacjach USA sprawia, że czytelnik nie może otrząsnąć się z przygnębienia i szoku, że aż tak przedmiotowo można traktować innych, nie widzieć w człowieku człowieka, lecz jedynie twarde narzędzie pracy (jak motykę czy ścierkę – co jednak różne jest od podejścia III Rzeczy, która inne narody, klasy, grupy najpierw pozbawiła praw, samodzielności, samostanowienia, swobód, a później potraktowała jak darmową siłę roboczą; niewolnicy natomiast nigdy nie mieli za grosz swobody i samodzielności, gdyż z definicji nie byli traktowani jak rozumne istoty ludzkie). I im głębiej wchodziłam w fabułę, tym mocniej czułam (całkiem subiektywnie i w oparciu o intuicję, bez odniesienia do jakiejkolwiek wiedzy naukowo-politycznej), że Stany nie rozliczyły się nawet przed sobą ze zjawiska nazywanego „niewolnictwo”.
Okładka książki Droga do domu

- KSIĄŻKĄ NAJTRUDNIEJSZĄ zdecydowanie było dla mnie „Ferdydurke” Gombrowicza. Ten język, narracja, budowa powieści, dywagacje teoretycznoliterackie, rozbudowane frazy, pozorny brak logiki i związku przyczynowo-skutkowego sprawiły, że do dziś nie mogę się do niej przekonać. Rozumiem problematykę (nota bene istotną i wciąż aktualną), dostrzegam wagę artystyczną, nowatorskość, ale sposoby podania, opowiadania, nawiązywania kontaktu z odbiorcą sprawiają, że wciąż nie mogę się do niej przekonać (być może już wnet ulegnie to zmianie, bo - z przyczyn zawodowych – czeka mnie kolejne z nią spotkanie) i nie sposób mi lekko przebić się przez język.
Okładka książki Ferdydurke

- Z KSIĄŻKĄ NAJZABAWNIEJSZĄ problemów nie mam. To „Nowe przygody Mikołajka” :-) Te króciutkie opowieści prowadzone z punktu widzenia kilkuletniego chłopca obdarzonego bystrym umysłem i ciętym językiem sprawiają, że dorosły żałuje, że jest już dorosły, a drugiej strony wstyd mu za swoją grupę społeczną – bo diagnozy Mikołajka na temat świata dorosłych są miażdżące. Okazuje się, ze w oczach dziecka jesteśmy banalni, dziwni, pozbawieni polotu, schematyczni, niewiarygodni, niesłowni, dosłowni, dziwnie sztywni, pozbawieni poczucia humoru, dystansu do siebie i świata, pełni pozorów i sprzeczności… Jednym słowem: dorosły niczego dobrego o sobie się nie dowie, ale na pewno zaleje się łzami – płacząc nad własną niedorzecznością J    
Okładka książki Nowe przygody Mikołajka. Tom 1

-  NAJWIĘKSZYM ZASKOCZENIEM do dziś pozostaje kilka tytułów. Na przykład „Czekając na Godota” – bo czytając, tuż po maturze, nie mogłam zrozumieć dlaczego tak późno, bo po raz pierwszy oszołomił mnie ten ścisły związek fabuły, problematyki i budowy utworu; „Uciekinierka” Munro za rozwiązanie fabularne, ten niesamowity zwrot akcji, odwrócenie opowieści, nieoczekiwane zakończenie – tak bardzo niczym wcześniej niezapowiedziane. Jednak w tej grupie niepowtarzalnie od kilkunastu lat króluje „Władca pierścieni”. Ci, którzy znają moje upodobania literackie wiedzą, że nie czytam fantastyki. Może jestem zbyt banalna, przyziemna, dosłowna, logiczna, ale nie umiem oderwać się od „tej” rzeczywistości, by czytelniczo przenieść się do innej. Jednak temu przyzwyczajeniu wymknęła się trylogia Tolkiena. Symbolika tekstu, aluzje kulturowe, literackie, tempo narracji, jej język, opowieść o ideałach, wartościach wyższych, mężnych – mimo prób – postawach, istocie przyjaźni, tym, co fundamentalne, a o czym tak łatwo dziś zapomnieć sprawia, że tekst – choć już pokolenia się na nim wychowały - wciąż jest uniwersalny, ani przez chwilę nie traci na aktualności i podoba się nawet tym wychowanym w dobie globalnej wioski.
Okładka książki Władca Pierścieni

- Tekstem NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCYM W PAMIĘĆ dla każdego może być trylogia Simons o Tatianie i Aleksandrze. Ta rozbudowana historia rozpoczynająca się w przeddzień II wojny światowej jest nie tyle romansem, co opowieścią o zwykłych ludziach uwikłanych w wiry polityki i prądy historii, przed którymi nie są w stanie się obronić. Wybuch wojny, blokada Leningradu, głód, przesuwający się front, wewnątrzrosyjskie rozrachunki z więźniami politycznymi, surowość Syberii to jedynie namiastka tego, czym wielka polityka może człowieka „obdarować”. A to wszystko opowiedziane dynamicznie, z zachowaniem historycznej wiarygodności, ale bez ciężkości typowej dla szkolnych podręczników czy opracowań naukowych. Nie będę ukrywać – 3. część może rozczarować (zbliża się do banalnej, babskiej obyczajówki), ale i tak nie przyćmi dwóch wcześniejszych.
Okładka książki Tatiana i Aleksander

- Książką, która budzi mój NAJWIĘKSZY PODZIW to bez wątpienia „Księgi Jakubowe”. Tekst jest efektem wieloletniej pracy, jest wielowymiarowy, doskonale opracowany, historycznie i kulturowo wiarygodny, dopieszczony pod względem edytorskim, redakcyjnym, a nawet ikonograficznym,  porusza - jak zwykle u Tokarczuk – istotne dla zbiorowej pamięci i świadomości kwestie (tym razem na przykład korzeni kulturowych). A już sam fakt, że opublikowanie książki stało się początkiem fali niesmacznej, często pozbawionej merytorycznego argumentowania, krytyki, jakiej doświadczyła autorka, sprawia, że należy po nią sięgnąć.   
Okładka książki Księgi Jakubowe

Tak oto przedstawia się mój dzisiejszy subiektywny ranking książek naj-. Na pewno każdy z Was ma podobny i na pewno nic dziwnego też w tym, że różni się od tego czynionego jakiś czas temu – a i za lat kilka również i ten ulegnie zmianie. Czytajmy, rozwijajmy się, szlifujmy upodobania literackie – i chwalmy się nimi :-).          
ps okładki książek pochodzą z lubimyczytac.pl.  

13 lipca 2017

To historia utrzymana w stylistyce realizmu magicznego

Okładka
    "Czerwone dziewczyny" wciąż są przede mną. Bardzo mi przykro, że powieść utknęła wśród wielu innych tworzących czytelniczy stosik, tym bardziej, że odkąd się ukazała robi furorę wśród blogerów, zawodowych recenzentów, księgarzy i zwyczajnych, typowych czytelników, pasjonatów dobrej książki, których przecież nie brakuje. Nic więc dziwnego, że spotkanie z autorką - Kazuki Sakuraba - kiedy ta przyjechała pod koniec czerwca do polski na Big Book Festival cieszyło się ogromną popularnością. 

      
      Wydawnictwo Literackie, tak to relacjonuje: 
   W dniach 23-25 czerwca br. Kazuki Sakuraba, autorka sagi Czerwone dziewczyny, była gościem Wydawnictwa Literackiego i Big Book Festival. Na spotkanie z pisarką, które znakomicie poprowadziła Katarzyna Boni, ściągnęły tłumy czytelników. Brakowało krzeseł, sala dosłownie pękała w szwach. Uczestnicy festiwalu wymieniają je najczęściej wśród najwyżej ocenianych spotkań, dla wielu osób było ważnym przeżyciem. Autorka porwała publiczność błyskotliwą opowieścią o Japonii, zaskakując przy tym odwróceniem ról – odpowiadając na zadawane pytania, sama formułowała pytania do zebranych. Po spotkaniu – dwie godziny (!) upłynęły niczym kilka sekund – do stolika, przy którym Kazuki Sakuraba rozdawała przepięknie kaligrafowane autografy (w social media pod hasztagami #kazukisakuraba #czerwonedziewczyny można zobaczyć wiele przykładów) ustawiła się długa kolejka chętnych. Spośród 320 tytułów dostępnych w festiwalowej księgarni Czerwone dziewczyny były trzecim najlepiej się sprzedającym. 
    Oprócz spotkań z czytelnikami i dziennikarzami pisarka znalazła czas na zwiedzanie warszawskiej Starówki, muzeów i miejsc pamięci związanych szczególnie z Fryderykiem Chopinem, a także spacer w Łazienkach. Odwiedziła też Auschwitz i Kraków, gdzie zachwyciły ją harce Lajkonika. Do Tokio wróciła z listą klasyki polskiej literatury i wyrazistym wspomnieniem polskich smaków, gdyż Polskę poznawała nie tylko od strony historii, kultury i ludzi, ale też od strony tradycji kulinarnej. Nasze żurki, pierogi, placki ziemniaczane, barszcze, gołąbki i pączki bardzo przypadły jej do gustu. Pośród tych wszystkich zajęć i atrakcji Kazuki Sakuraba wystąpiła w dwóch nagraniach video przygotowanych z myślą o polskich czytelnikach. Zapraszam serdecznie do obejrzenia tego materiału.
     Jakie znaczenie kryje się w pseudonimie literackim Kazuki Sakuraba i co łączy ród Akakuchibów z klanem Kennedych? - odpowiedź tutaj
     Jaka jest rola kobiet w japońskim społeczeństwie i czy historia Manyo, Kemaris i Toko odzwierciedla historię rodzinną samej autorki? - opowieść tu. 
     Dodatkowe, równie pasjonujące, często zaskakujące, bo o rzeczach tak obcym nam, Europejczykom, opowieści znajdziecie w tekście recenzenckim opublikowanym przez "Rzeczpospolitą" (tu) oraz w wywiadzie, jaki autorka udzieliła dla WP (tutaj). 
     Nie będę ukrywać: z jednej strony żal mi, że lektura musi jeszcze trochę poczekać, bo wszystko, co o niej czytam - że realizm magiczny, że podobne do "Stu lat..", że siła kobiet, że panorama społeczna, że napisane z rozmachem i to wiarygodnie - kusi i wabi, w dodatku bardzo, ale z drugiej się obawiam, czy aby nie zawiedzie, czy mój gust faktycznie podobny do gustów wielu innych czytelników... Nic to, czas pokaże :-)   

11 lipca 2017

Przeszłość jej nie określała (s. 196) – Perła w piasku, Tessa Afshar

     W starotestamentalnej Księdze Jozuego są słowa: „Jozue powiedział dwu wywiadowcom, którzy wybadali kraj: "Wejdźcie do domu owej nierządnicy i wyprowadźcie stamtąd tę kobietę wraz ze wszystkimi, którzy do niej należą, jak jej przysięgliście". Weszli więc młodzi ludzie, wywiadowcy, i wyprowadzili Rachab, jej ojca i matkę, jej braci i tych wszystkich, którzy do niej należeli. Również wszystkich jej krewnych wyprowadzili i umieścili ich poza obozem izraelskim. Następnie miasto i wszystko, co w nim było, spalili, tylko srebro i złoto, jak i sprzęty z brązu i żelaza oddali do skarbca domu Pańskiego. Nierządnicę Rachab, dom jej ojca i wszystkich, którzy do niej należeli, pozostawił Jozue przy życiu. Zamieszkała ona wśród Izraela aż po dzień dzisiejszy, ponieważ ukryła wywiadowców, których wysłał Jozue, by wybadali Jerycho” (6, 22 - 25). A w Księdze Rut czytamy: „Amminadab był ojcem Nachszona, Nachszon był ojcem Szalmona. Szalmon był ojcem Booza, Booz był ojcem Obeda. Obed był ojcem Jessego, a Jesse był ojcem Dawida” (4, 20 -22). 
       One wszystkie stały się kanwą do opublikowanej wiosną przez Świat Książki powieści „Perła w piasku”. 
    Jest to skonstruowana z rozmachem fikcyjna, ale oparta na autentycznych, wiarygodnych i historycznie dowiedzionych fundamentach, opowieść o mieszkance Jerycha, która wraz z rodziną - za zasługi dla Izraelitów zdobywających po opuszczeniu Egiptu Kanaan - uniknęła śmierci w podbitym Jerychu. Opowieść o ukryciu zwiadowców, oblężeniu Jerycha, ocaleniu Racheb i jej rodziny czy ich późniejszym przyłączeniu się do Izraela „Perła w piasku” traktuje jako punkt wyjścia do kolejnych opowieści – o klęsce pod Aj, o złamaniu przymierza, o ukamieniowaniu Akana, o ponownej walce o Aj, o ślubie Szalmona. Powieściowa wersja tych wszystkich wydarzeń jest zgodna ze starotestamentowym zapisem, ale jednocześnie wypełnia białe plamy – próbuje uzupełnić luki, dopowiada, co przemilcza Biblia, opowiada całościowo, obdziera historię z niesamowitości typowej dla tekstów księgi świętej i czyni ją przede wszystkim opowieścią nie o sile i potędze wszechmocnego Boga, a tekstem o wyjątkowych i niesamowitych ludziach, którym przyszło żyć w przełomowych czasach, a których wciąż można podziwiać za niezachwianą wiarę. 
   Swą książką Tessa Afshar uczyniła, jak dla mnie, rzecz niesamowitą – tych ludzi przedstawianych przez Biblię niczym postacie posągowe, nieskazitelne, wzorcowe i przykładne, trochę bezmyślne i marionetkowe ubrała w typowe ludzkie cechy: oni też się boją, też mają dylematy, również czują się niepewnie, czasem samotnie, na pewno tęsknią, potrzebują drugiego człowieka, pragnął nawet namiętności, co może przerażać i onieśmielać, ale tym, co ich wyróżnia jest wiara i konsekwentne kroczenia drogą prawa, którego wypełnianie jest ich nadrzędnym zadaniem. Dzięki „Perle w piasku” na ten kawałek biblijnej opowieści spojrzałam jak na opowieść o zwykłych ludziach, których niesamowitością nie jest to, że stali się narzędziem w ręku Boga i ślepo kroczyli za jego zamiarem, ale to, że nie zwątpili i byli w stanie, mieli siłę, ten plan wykonać – postacie, o których Biblia mówi jako o patriarchach, głowach rodów, protoplastach, będących dumą dla wielu późniejszych pokoleń okazują się być postaciami osobowościowo i psychologicznie złożonymi, nie jednowymiarowymi i – choć szlachetnymi – nie pozbawionymi wad czy ułomności. I może się mylę, ale tym nowatorskim przypomnieniem starej historii o ludzie od lat błąkającym się po pustymi (parafraza urywku powieści), tym odbrązowieniem postaci mających uchodzić za wzorcowe, będących narzędziem w rękach tryumfującego swą potęgą Boga autorka nie pomniejszyła ich zasług czy roli, a sprawiła, że - dla osób mających się na nich wzorować - stali się bardziej ludzcy i przystępni. 
    Tym, co jeszcze udało się autorce jest uruchomienie języka dalekiego od współczesnych fraz, uruchomienie dyskretnej, nie agresywnej swą oczywistością, stylizacji biblijnej, takiej maniery językowej, która pozwoli przybliżyć język powieści do tekstu Księgi Jozuego – ale jest to na tyle delikatne, że ryzykowne byłoby porównanie narracji „Perły…” z narracją na przykład apokryfów.
    Nie będę ukrywać – dość sceptycznie podchodziłam do tej książki. Z góry zakładałam banalizację, miałkość, nijakość, bezbarwność, tandetną tkliwość – tym bardziej, że materiały prasowe nacisk kładą na wątek miłosny. Owszem – jest, i to dość rozbudowany, ale jest jednym z wielu i nie dominuje nad całą fabułą. Więc jeśli szukacie książki, po której nie wiecie czego się spodziewać, „Perła w piasku” doskonale się do tego nadaje. Myślę, że wielu może zaskoczyć.                     

ZA EGZEMPLARZ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ