21 września 2017

Późne lato kryminałem stoi

Wydawnictwo AMBER należy do tych, które, z jednej strony, stawia na tzw. literaturę kobiecą (np. chyba jako jedyne w Polsce ma prawo publikować powieści Danielle Steel) a z drugiej nie stroni od mocnej dawki krwistego kryminału – czy to osadzonego we współczesnych realiach (np. "Owieczki...", ""Ulica...", "Zimny..."), czy historycznego ("Diabeł..."). Nie inaczej teraz. Lato – szczególnie to późne - jest u nich porą pełną kryminałów.
Zaczęło się od „Motyla i burzy”.

Motyl i burza
Jak zapewnia Wydawca to holenderska odpowiedź na Millennium Stiega Larssona. Główna bohaterka to nietuzinkowa osoba. Na ciele ma blizny. Potrafi zabić jednym ciosem. Lecz wciąż pamięta smak niewinności. Niewinności, która umarła jak prawie wszystkie jej wspomnienia. Dziennikarka i mistrzyni sztuk walki Farah Hafiz zamknęła się w pancerzu, odgrodziła od przeszłości. Ale wszystko zmienia jedno słowo, które słyszy w amsterdamskim szpitalu. Powtarza je ranny chłopiec. Tylko Farah je rozumie. I domyśla się, że małego Afgańczyka spotkało coś o wiele bardziej przerażającego niż potrącenie przez samochód... Dziewczyna rozpoczyna śledztwo. Pomaga jej Paul Chapelle, korespondent w Johannesburgu. Jako dzieci bawili się w ogrodzie motyli w Kabulu... Teraz dochodzenie wciągnie ich w szaleństwo zbrodni: od Amsterdamu po Afganistan, RPA, Indonezję i Rosję. Wszędzie czyha na nich śmierć i piętno ich własnej przeszłości. I w tym miejscu zawiązuje się prawdziwa intryga.
W uzasadnieniu jury holenderskiej nagrody Schaduwprijs dla najlepszego debiutu w kategorii thriller można przeczytać: „Niesłychanie bogata powieść, w której wątki polityczne i społeczne genialnie łączą się z osobistymi wątkami głównych bohaterów, nigdzie nie popadając w schematyzm”. Z kolei wg „De Limburger" "To nie tylko brawurowy thriller z polityczną międzynarodową intrygą i bohaterką jak Lisbeth Salander: niebezpieczną, wrażliwą i nieodgadnioną, ale i intrygująca opowieść o utraconej miłości i zaprzepaszczonych ideałach." 

Później AMBER dostarczył sporej dawki emocji przy pomocy „Nigdy więcej nie zdradzisz”.
 
Nigdy więcej nie zdradzisz

On obserwuje, czeka i liczy… swoje przerażające trofea. Każdy trzyma zanurzony w formaldehydzie, żeby zapobiec rozkładowi. Każdy oznacza jedną ofiarę. Torturowaną i zabitą, z sercem wydartym z piersi i zastąpionym symbolem jej zdrady. A on co tydzień zasiada i w samotności napawa się widokiem swoich trofeów. Wszyscy byli winni. A teraz kolejni będą musieli zapłacić… Kto lub co łączy ofiary? Charlotte „Charlie” Stafford, młoda, ambitna detektyw londyńskiej policji, prowadzi dochodzenie w sprawie okrutnych morderstw. Nie ma żadnych poszlak. Żadnych związków pomiędzy ofiarami. Jest tylko pewność, że wkrótce zbrodniarz zabije znowu. I że śledztwo Charlie znalazło się w ślepym zaułku, który może stać się śmiertelną pułapką dla niej samej… Według GOODREADS to „Przerażająco realistyczny, mroczny kryminał pełen fałszywych tropów, które nie pozwalają domyślić się rozwiązania zagadki aż do szokującego końca”.
A teraz przyszła pora na „Dobrzy ludzie muszą umrzeć”.
 Dobrzy ludzie muszą umrzeć
Trzy trupy: wolontariusza w noclegowni dla bezdomnych, pielęgniarki w hospicjum, bibliotekarza-pasjonata o społecznym zacięciu. Punkty wspólne: brutalizm oraz bestialstwo dokonane z  niewątpliwą znajomością ludzkiej anatomii i chirurgiczną precyzją. Obok tego hakerski atak na finanse lokalnych prominentów. Od samego początku praca śledczych przypomina taniec ślepca. A autor już od pierwszego akapitu, tych kilku zdań wstępu wprowadza czytelnika w niesamowitą, trzymającą w napięciu intrygę, która z każdym kolejnym zdaniem przyspiesza, dostarcza nowych informacji, istotnych szczegółów, dość szybko odpowiada na te banalne, podstawowe pytania. Ale ani o krok nie przybliża do znalezienia i ukarania sprawcy, który miał czelność w sposób  przemyślany, w każdym szczególe dopracowany i niezmiernie brutalny zabić. W gąszczu pytań i niewiadomych rozpoczyna się wyścig z czasem i mordercą. Kto się wykaże większym sprytem i pomysłowościom? Komu puszczą nerwy? Kto zachowa czujność i otwarty umysł? I czy uda się udzielić odpowiedzi na pytanie „dlaczego”? Oto pytania, z którymi zmierzają się śledczy i czytelnik.                   

HELEN FIELDS przez trzynaście lat była adwokatem od spraw kryminalnych. Jako pisarka zadebiutowała kryminałem Perfekcjonista – bestsellerem Amazonu i magazynu „The Bookseller”. W ciągu zaledwie pół roku sprzedano w Anglii 125 000 egzemplarzy. Prawa do publikacji kupili wydawcy w innych krajach. Książka zdobyła nominację do CWA Dagger 2017 dla najlepszego debiutu roku (odpowiednik filmowego Oscara dla kryminału). Brytyjska telewizja zrealizuje film na jej podstawie. Dobrzy ludzie muszą umrzeć to druga powieść w serii. Na początku 2018 w Anglii ukaże się trzecia.


TEKST POWSTAŁ PRZY WSPÓŁPRACY Z
Wydawnictwo AMBER

31 sierpnia 2017

Siła naszej osobowości (…) płynie (…) z historii i wspomnień (s. 273) – O. Pamuk, Rudowłosa

      Ewangelista napisał: „Na początku było słowo…”. Ze słów rodzą się zdania, a za zdaniami kryją się opowieści. Często mądre, zabawne, inteligentne, przewrotne, intrygujące, niesamowite; o ludziach, zwierzętach, herosach; osadzone w miastach, wsiach, odmętach dzikiej przyrody. I towarzyszą one człowiekowi wcześniej niż alfabet. W dawnych czasach ludzie tworzący wspólnotę, siedzieli przy ognisku i snuli długie opowieści, które miały moc kreowania wyobraźni i wpływania na los człowieka.          W takiej scenerii – wieczorem, przy ognisku, z dala od gwarnej cywilizacji, zasłuchanych w słowa, skupionych na niesamowitych opowieściach – spotykamy wyjściowych bohaterów najnowszej powieści Pamuka: wchodzącego w dorosłość nastolatka Cema i mistrza-studniarza, którzy, odpoczywając po ciężkich dniach kopania studni dla wymagającego pana Hayriego, snują długie historie. Wszystkie te opowieści spaja jedna, nadrzędna - pierwszoosobowa - opowieść samego Cema, który przedstawia swe losy od momentu, kiedy jego ojciec opuścił rodzinę, a on sam, w celach zarobkowych, dołączył do studniarza, wdał się w romans z piękną Rudowłosą i przyczynił się do śmierci pryncypała, co zaważyło na jego dalszym losie, który miał być losem wziętego pisarza. 
          Ale powieść Pamuka kryje w sobie coś więcej niż tylko historię skomplikowanego życia człowieka, mającego wielkie marzenia, któremu przyszło rozliczyć się z własnymi demonami i który musiał przeorganizować własne plany. To książka o sile słowa - mówionego, zapisanego, a nawet tego jeszcze niewybrzmiałego (jak powieści drzemiące w młodzieńczej głowie Cema, które miały mu przynieść sławę) i książka o  sile opowieści - czy to tyczących się snów, czy też pradawnego mitu o Edypie-ojcobójcy, o dawnej świetności ludzi Stambułu, o przebiegłości żył wodnych, o potworach z podziemnego świata, gór i trzęsień ziemi, o zmarłych ukrytych w obrazach i wielu innych. Każda z tych historii coś nowego mówiła, wnosiła, odsłaniała i pozwalała szerzej spojrzeć na rzeczywistość oraz stać się samoświadomym. 
        I prawdą jest, że Cem cierpiał po starcie ojca, nie mógł mu przebaczyć zdrady rodziny, że stracił głowę dla starszej od siebie kobiety, że wdał się w romans, że oszalał na punkcie cudzej żony, że jego przełożonego czekał tragiczny los, że arogancko czuł się lepszy od Alego, że starał się ulżyć matce. Ale dopiero zmierzenie się z własną historią, kiedy to plamy opowieści snutej jego życiem zaczęły się rozjaśniać, mógł stanąć w prawdzie z sobą i swoim własnym ojcostwem. A to już połowa drogi do odkrycia tajemnicy siebie samego. 
          Nie jest to pierwsza czytana przeze mnie książka Pamuka, ale pierwsza, która aż tak oczarowała mnie konstrukcją narracyjną, aluzjami kulturowymi, rytmem fabuły (który przyspieszał, by wnet zwolnić, jak to ma miejsce w snutych przy ognisku opowieściach) i uniwersalizacją tematu. Bo jak dla mnie, chodzi w niej o człowieka w ogóle – nie tyle Turka, mieszkańca Stambułu, człowieka rozdartego między Azją a Europą (co bardzo było wyczuwalne w „Stambule”), co jednostkę próbującą odgadnąć tajemnicę siebie samego. A książki, które coś mówią są najbardziej warte przeczytania.                  

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

(…) ślad zagadki naszego pochodzenia (s. 124) – Luc Burgin, „Tajne archiwa archeologii”

Tajne archiwa archeologii       Archeologia jest nauką, która próbuje odtworzyć drogi i ścieżki, jakimi ludzkość podążała, by dziś dzierżyć taki a nie inny dorobek cywilizacyjny. Bada kości ludzkie, zwierzęce, zachowane minerały, pozostałości po domach, infrastrukturze miast i wsi, grobowce, również wytwory ludzkich rąk – typu narzędzia. I nie ulega wątpliwości, że to nauka, która bazuje na przeszłości – teraźniejszość interesuje ją o tyle, o ile ułatwia dotarcie do przeszłości, a przyszłość jedynie w aspekcie szacunku dla czasów minionych. I choć popularnością cieszy się od lat, a prace naukowców niezmiennie trwają na wszystkich kontynentach, przeszłość wciąż pokryta jest wieloma pustymi plamami niewiedzy.
       I ten stan stał się jednym z głównych założeń dla autora „Tajnych archiwów archeologii”. Luc Burgin – pisarz, dziennikarz i badacz przeszłości – stawia w swojej dość kontrowersyjnej książce nie jedną problematyczną tezę. Ogólnie rzecz ujmując, pracę jego można potraktować jako sporych rozmiarów rozliczenie z uniwersyteckimi środowiskami archeologów i z ich niechęcią do hipotez innych odkrywców (niekoniecznie amatorów). Burgin skrupulatnie wylicza cały szereg znalezisk, które mogłyby być kluczowe, rewolucyjne, mogłyby wprowadzić ducha nowości i świeżości, mogłyby zweryfikować dotychczasową wiedzę o przeszłości, uzupełnić kilka luk a nawet na nowo poukładać posiadany obraz prehistorii, ale uznane zostały za falsyfikaty i kuglarstwo. Fragment czaszki z Hiszpanii, szczątki ludzkie znalezione nad rzeką Jangcy i te odkryte w północnej Etiopii, kamienne narzędzia z Australii czy wyspy Flores, drewniane oszczepy z Dolnej Saksonii, fragment czaszki z Jawy, flet sprzed 43 do 82 tysięcy lat czy znaleziony we włoskiej kopalni szkielet oreopithecusa to jedynie kilka unikatów, które pretendują do funkcji burzyciela starego porządku wiedzy i wyobrażeń o świecie sprzed ery homo sapiens. Autor zapewnia, że w uniwersyteckich magazynach i piwnicach muzealnych jest cała masa artefaktów, które pozwoliłyby przetasować wiedzę na temat zasiedlania Europy, dałyby początek antydatowaniu okresu zasiedlania Azji, dostarczyłyby nowej wiedzy na temat migracji, stopnia rozwinięcia kultury społecznej, początków zorganizowanych polowań czy żeglugi. Jednak na przeszkodzie stoi skostniała i zacofana, zdaniem autora, postawa najbardziej wpływowych przedstawicieli świata nauki. Jak przekonuje Burgin: „Zamiast tworzyć nową wiedzę, koncentrują się na tym, aby utrwalić wiedzę już istniejącą” (s. 92) oraz: „Tylko wówczas, kiedy będziemy potrafili odrywać się od istniejących wyobrażeń i otwierać na to, co nowe, oraz zadawać wolne od uprzedzeń pytania, możemy natrafić na ślad zagadki naszego pochodzenia” (s. 124). 
      Takim sposobem „Tajemne archiwa archeologii” stają się, z jednej strony, pozycją rozrachunkową z akademikami. A z drugiej strony są pracą, próbującą zinterpretować i omówić te ukryte artefakty – ale jedynie te, do których autor uzyskał dostęp. Interesuje go między innymi zaszyfrowanie tekstu Biblii, okoliczności powstania otworów w kamieniu piramidy egipskiej, 0,03 milimetrowe spirale, podstawa podobna do nogi lądownika, gigantyczne dzbany, mapa przypominająca zdjęcie satelitarne, tajemne rysunki z puszczy brazylijskiej z przedstawieniami dinozaurów na czele, autorstwo monumentów na dnia Rock Lake - dlaczego powstały, jakie miały zastosowanie i z jakiego powodu świat dzisiejszych naukowców tak się ich obawia. 
     I co byśmy nie sądzili o „Tajnych archiwach archeologii” jest to książka, która - choć często sypie odważnymi interpretacjami - każe się zastanowić nad pytaniem, dlaczego tak bardzo boimy się rewolucji naukowej, jaki tak naprawdę jest nasz obecny stan wiedzy i co by było, gdybyśmy niektóre odkrycia zechcieli uwiarygodnić.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER

28 sierpnia 2017

Ludzie z innego świata - Czerwone dziewczyny, Kazuki Sakuraba, s. 31.

     Historia rozpisana na trzy części. Pierwsza obejmuje, począwszy od roku 1953, ponad 20 lat i jej główną bohaterką jest - mająca swe korzenie w owianym tajemnicą rodzie z gór - Manyo, druga to koleje dwie dekady począwszy od roku 1979 i tutaj główną postacią jest córka Manyo – Kemari, a część trzecia, poświęcona wnuczce Manyo, rozpoczyna się w roku 2000 i jest bez końca, ma trwać nadal. 
    Trzy kobiety, trzy różne historie opowiedziane trzema różnymi narracjami. Tak w telegraficznym skrócie można omówić „Czerwone dziewczyny”. 
     Manyo to kobieta „stamtąd”, „przybysz”, „podrzutek”. Na realia równin, małego miasteczka żyjącego pomiędzy stocznią a hutą patrzy z boku, na swój sposób rozumie je inaczej, odbiera je jakby innymi zmysłami i opowiada swoistym językiem. To ta inność, wymykanie się oczywistościom - jak choćby nie opanowanie umiejętności czytania - czyni ją niesamowitą, zagadkową i ciągle otoczoną aurą tajemniczości. I choć rozumienia kodu alfabetu Manyo nie opanowała, posiadła dar widzenia przyszłości i interpretowania znaków – widziała nieoczywistość w oczywistości, czym zaskarbiła sobie uwielbienie, szacunek i miłość wymagającej teściowej. 
      Druga z kobiet to kierująca damskim gangiem wulgarna buntowniczka, która nie boi się nikogo i niczego. I jak dla mnie, to najsłabszy wątek tej powieści – z jednej strony czytamy o sprytnej dziewczynie dobrze radzącej sobie w półświatku bliskim yakuzie, a z drugiej to opowieść o typowej zbuntowanej nastolatce, która niejednym wybrykiem przysparza rodzinie zmartwień, a wśród kolegów budzi postrach. I nawet opowieść o jej wychodzeniu z buntu, znalezieniu sobie innego ujścia dla wciąż kipiących emocji i pasji wydaje się naciągana. 
     Z kolei jej córka to postać łącząca te dwie, jakże skrajne, kobiety. Jako osoba wrażliwa na prastarą mądrość babki, widzi jej siłę i rolę, jaką odegrała w bujnej oraz skomplikowanej przeszłości rodziny. Ale jako córka swej zawsze hardej i upartej matki nie wyobraża sobie, by nie rozwiązać zagadki kryjącej się w ostatnich słowach wypowiedzianych przez umierającą babkę. I ta droga dochodzenia do prawdy o jednej z największych tajemnic babci, okaże się jej osobistą drogą ku dobie – ku własnym miejscu w świecie. 
      O „Czerwonych dziewczynach” napisano wiele: że echa realizmu magicznego (fakt – część pierwsza jest mu bardzo bliska, jest ten duch baśni, rytm prastarych opowieści, elementy mitów i próby ich widzenia w detalach codzienności), że to opowieść o sile kobiet, że to współczesna baśń dla dorosłych z dalekiej Japonii, z duchem nieśmiertelnej yakuzy. A ja powiem tak: część pierwsza rewelacyjna, aż chciało się więcej i to w takim samym duchu czy z takimi opowieściami, czytanie części drugiej to rozczarowanie, estetyczny zawód i żal za zmarnowany potencjał, z kolei ostatnia przynajmniej w części rehabilituje wcześniejszą gorycz – bo dość sprawnie wplata elementy historii detektywistycznej. 
     I choć „Czerwone dziewczyny” chciałyby pretendować do roli genialnej powieści mówiącym magicznym językiem o ludziach magicznego kraju, jak Europejczycy traktują Japonię, pozostaje jedynie powieścią więcej niż dobrą (ale nie rewelacyjną) snującą ciekawą historię o prastarym rodzie, którego siłą i wielkością były jego kobiety.        

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA