5 czerwca 2017

"Świat polityki, finansów i niezupełnie legalnie działających organizacji (...)" - s. 111. B. Gałczyńska-Szurek, Wieczność bez ciebie

        Zamość - miasto kamienic ormiańskich, umocnień obronnych, zabytkowego Ratusza, podcieni, Książnicy Zamojskich wpisane w 1992 na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miasto, w którym spotykały się wielka polityka i wielka kultura, świat wielkich problemów i tych lokalnych, które ostatecznie ogólnokrajowymi okazywały się być.          W tak urokliwym miejscu Bożena Gałczyńska-Szurek – muzyk, prozatorka i autorka komedii kryminalnej – umieściła swoją powieść „Wieczność bez ciebie”. W tej dość krótkiej opowieści (tekst liczy sobie 252 strony) udało się jej umieścić wszystko, co dobra literatura kobieca lubi: wątek miłosny (już na początku spotykamy dwie całkiem odmienne pary zakochanych), obyczajowy (wprowadzany przez obdarzoną dość ekscentryczną osobowością starszą panią i jej całkiem niemało wścibską gosposię), jest wątek kryminalny (już po kilku kartkach mamy do czynienia z trupem), są rodzinne napięcia, tajemnica z przeszłości, osobiste dylematy, niejasne układy, zatargi, zapomniane samobójstwo, wielkie pieniądze i małe, prymitywne zazdrości. A zarzewiem tego wszystkiego jest ślub hrabiego Adama – potomka cenionego w Zamościu rodu z poznaną w Londynie zdolną panią adwokat. I jak już wspomniano, tłem tych przeróżnych międzyludzkich napięć i animozji jest piękny, stary Zamość, któremu nieobce wciąż żywe legendy oraz pamięć o wielkiej historii (jak choćby okoliczności jednej z największych miłości polskiej historii – Jana III Sobieskiego i jego pięknej Marysieńki). 
        Autorka starała się bohaterów „Wieczności bez ciebie” zaopatrzyć w przeróżne cechy charakterów i typy osobowości. Z jednymi udało się jej całkiem nieźle (osobiście sympatią pałam do przypominającego małego chłopca na wakacjach u cioci Greka, obdarzonej ciętym językiem gosposi, czy pełnej staroszlacheckiej charyzmy Anny), a z innymi mniej. Niemniej nie ma dwóch identycznych osobowości, szablonowych postaci i takich zachowań – w historycznym mieście spotkało się kilka pokoleń i przedstawicieli różnych grup, by raz na zawsze wyjaśnić pewne stare niedopowiedzenia i zagadki. 
         Dla kogo w takim razie jest ta powieść z pogranicza obyczajówki i kryminału? Na pewno dla tych, którzy chcą dać głowie odpocząć, którzy po intelektualnym wysiłku potrzebują relaksu – ale nie tandetnie banalnego, lecz intrygującego i budzącego ciekawość. To powieść w sam raz na letnie plażowanie :-)           

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
Wydawnictwo Szara Godzina 2017

21 maja 2017

(…) nigdy nie żyła z demonami, ani pod dachem, ani w sercu (s. 224). – Agnieszka Olszanowska, Tajemnica dziesiątej wsi

          Kiedy pół roku temu przeczytałam „Listy z dziesiątej wsi” (tu), moją pierwszą reakcją był spontaniczny e-mail do Wydawcy z zapytaniem o ewentualną kontynuację, bo instynktownie czułam, że tak to się skończyć nie może – niby jednoznacznie, ale z wieloma niewiadomymi, niby wszystko się wyjaśniło, ale nic konkretnie i czytelnik pozostawał ze sporym niedosytem. 
       I tak, jest kontynuacja – „Tajemnica dziesiątej wsi”. W tej części spotykamy bohaterów dobrze znanych z poprzedniego tomu - co nie znaczy, że lubianych: Beatę, Pawła, Zefiryna, ciotkę Zośkę, Kubę, ale i pojawiają się nowi: choćby Tadeusz i jego żona czy Małgośka. Mamy też do czynienia z taką samą narracją: retrospekcjami, opowieściami prowadzonymi z perspektyw kilku bohaterów, a co najciekawsze: wątki, sceny czy tematy tej części (a obce poprzedniej), spotykają się z tymi z tomu wcześniejszego - ale ich nie powtarzają, lecz traktują skrótowo i z perspektywy kogoś innego (np. wątek przyjęcia Beaty do pracy w fast foodzie w części pierwszej przedstawiono z perspektywy jej samej, a w drugiej z punktu widzenia pracodawcy, z kolei motyw sprzątania rodzinnego domu w pierwszej potraktowano raczej neutralnie, a w drugiej scenę tę oglądamy oczami Pawła). Takim sposobem czytelnik ma wrażenie, że niektóre opowieści stykają się z sobą, by zaraz się oddalić i wejść w interakcje z innymi – jak pasma warkocza: niby są osobnymi elementami, ale przeplatając się, tworzą całość. Również fabularnie ta część spójna jest z poprzednią: dotyka mieszkańców Zwierzyńca i Starszego Folwarku. W pierwszej części poznajemy ich dzięki Beacie – powracającej do rodzinnego domu matki dwójki chłopców a zdradzonej przez męża i przeoranej przez życie młodej kobiecie, a w tej za sprawą Pawła - życiowego, duchowego i moralnego rozbitka, który chcąc nie chcąc musi osiąść na wsi. I jak tamta odsłaniała kulisy oraz niuanse życia protoplastów rodów ze Zwierzyńca i Starszego Folwarku – i to życia osadzonego w głębokiej komunie niechętnej wszystkim niezaangażowanym w idee, tak ta odkrywa pełne antagonizmów, zawiści, niechęci i złośliwości układy łączące mieszkańców tych dwóch posiadłości. A z tego wszystkiego wyłania się mroczna opowieść z przeszłości, która zaczyna żyć nowym życiem w umysłach żyjących – opowieść o szalonym Zefirynie i jego demonicznych obsesjach, których ofiarą był nie on jeden. Z kolejnymi rozdziałami czytelnik próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie: Jak bardzo jesteśmy podobni do przodków i ile z nich nosimy w sobie? I czasem, patrząc na reakcje Pawła i naiwność Beaty, wydaje się, że całkiem sporo. 
           Nie będę udawać, że „Tajemnica z dziesiątej wsi” nie ma cech negatywnych. Ta histeryczna osobowość głównej bohaterki, ckliwe zakończenie (ten dosłownie ostatni akord), zbyt skrótowe potraktowanie niektórych wątków (na przykład relacji Pawła z siostrą) mogą rozczarowywać, ale nie przytłaczają tych zdecydowanie dopracowanych i wiarygodnie rozwiniętych elementów konstrukcji narracyjnej i fabularnej. 
          Całościowo „Tajemnica dziesiątej wsi” okazuje się być jedną z wielu ostatnio bardzo popularnych powieści obyczajowych, ale ze względu na ciekawy i nietypowy tok snucia opowieści, ten motyw warkocza – w narracji i fabule – czynią spotkanie z powieścią Agnieszki Olszanowskiej ciekawym przeżyciem. I choć nie jestem zafiksowaną fanką tego typu książek, na pewno sięgnę po tom trzeci. Bo zapewne się ukaże.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ   
    

16 maja 2017

„Polska, szalona i radosna z odzyskanej wolności, leży dziś między Rosją bolszewicką i zrewolucjonizowanymi, socjaldemokratycznymi Niemcami” (s. 42) – Warszawa literacka w okresie międzywojennym, Piotr Łopuszański


(…) I tłum na ulice wylegnie, 

Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie 
Świętować wiosną w mieście, 
Świętować jurne święto. 
I Ciebie się pochwali, 
Brzuchu na biodrach szerokich 
Niewiasto! (…)


     Takie oto słowa w 1918 poddawał ostatniej korekcie młody Tuwim. Kiedy jego „Wiosna. Dytyramb” dotarła do licznych odbiorców w społeczeństwie zawrzało. „Zaprotestowali studenci, grzmiała prasa. O młodym poecie zaczęło się mówić w środowisku literackim. I o to chodziło. (…) Cała warszawska prasa komentowała wybryk poety. Redaktor odpowiedzialny pisma, Edward Boyé, ustąpił ze stanowiska. Odszedł również opiekun pisma, profesor Juliusz Kleiner. W kolejnym numerze ukazał się list otwarty byłych współpracowników pisma, którzy napisali: „Nie znamy w poezji utworu bardziej obrażającego estetyczne uczucia czytelnika”. Koledzy studenci pisali, że Wiosna to „ Dzieje grzechu w miniaturze”. (…) Tuwim nie przejął się tą opinią i skandalem. Postanowił dalej „epatować filistra”. Na wykładzie profesora Józefa Kallenbacha oświadczył głośno, że „takie wykłady są zniewagą dla literatury polskiej”. Nie wyjaśnił, co mu się nie podobało. Poza tym sam żadnych studiów nie ukończył” (s. 32).
     Pełno tego typu opowieści i anegdot w opublikowanej niedawno przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka  książce „Warszawa literacka w okresie międzywojennym” Piotra Łopuszańskiego. Ale książka nie jest jedynie zbiorem barwnych czy pikantnych opowieści z życia literackiego półświatka (a stanowią one zasadniczy atut tej pozycji), które wyznawało na przykład zasadę, że Pod Picadorem: „Zabraniano wstępu osobom zbyt trzeźwym oraz odgadywania rymów” (s. 45). 
    Bo „Warszawa literacka…” próbuje wykazać liczne związki literatury z modą, gustami, upodobaniami, szerokim rozumieniem słowa „obyczajowość”, z polityką, wielką historią, przemianami społecznymi, teatrem, radiem a przede wszystkim z biurem cenzur. Z książki Łopuszańskiego wynika, że dwudziestolecie to epoka pisarzy modernistycznych oraz twórców średniego i młodego pokolenia, którzy totalnie różnili się manierą mówienia o rzeczywistości, poglądami, usposobieniami, ale jedno jest pewne: potrafili oni wszyscy zająć jasne i wyraziste stanowisko względem zachodzących zmian oraz odbudowującego się kraju. Pracownicy urzędów, wykładowcy, prelegenci, dziennikarze, twórcy kawiarń, teatrów, kabaretów czy autorzy odczytów o roli literatury w wolnym kraju – oni wszyscy próbowali się ustosunkować do otrzymanej wolności, odbudowywania się państwowości, do wcześniejszych okresów rusyfikacji i niemieckiej dominacji, późniejszego przewrotu majowego i sanacji. Imprezowanie Lechonia, wariactwa i romanse Witkacego, pełne powagi uwagi Dąbrowskiej, dygresje Nałkowskiej mieszają się w „Warszawie literackiej…” z licznymi statystykami, opowieściami o codziennych bolączkach, niedostatkach i oczekiwaniach przeciętnych warszawiaków, z czego jasno wynika, jak, mimo trudności w organizacji codzienności, ważne były swoboda twórcza i możliwość wypowiadania się – nawet jeśli treść wypowiedzi nie każdemu przypadała do gustu. 
    Nie mogę powiedzieć, że książka Łopuszańskiego nie ma niedociągnięć, bo ma. Częste przeskakiwanie z wątku-na-wątek, brak spójności, fragmentaryczność, niedopowiedzenia (niedoprecyzowania) (jak na przykład w tym fragmencie: „(...) autor na stronie tytułowej napisał odręcznie wierszyk o córkach Marszałka i książkę z owym wierszem przesłał Józefowi Piłsudskiemu. Marszałek zrewanżował się, przesyłając przez adiutanta „Moje pierwsze boje”. W swojej twórczości poetyckiej nawiązywał do poetów młodopolskich, Langego, Tetmajera oraz do Leśmiana i skamandrytów” - i ja się pytam, kto nawiązywał? Piłsudski?) sprawiają, że ma się wrażenia czytania wersji jeszcze roboczej, bez ostatecznej korekty – co może być prawdą, gdyż ja korzystam z EGZEMPLARZA PRASOWEGO. Mam nadzieję, że wersje premierowe są już doszlifowane i dopieszczone, gdyż autor, który innym zarzuca błędy merytoryczne i niedokładność sam nie może sobie na nie pozwolić. 
     Ale nie ulega wątpliwości, że anegdoty, wycieczki w prywatę i półoficjalność, szczypta pikanterii, intymności  i spora dawka humoru oraz ta próba znalezienia wspólnej nici między najbanalniejszą – nawet polityczną - codziennością a potrzebą literackości i sztuki są potężnym walorem „Warszawy literackiej…” Łopuszańskiego.      

10 maja 2017

"Nasz świat jest światem pozbawionym mapy, zagubiliśmy się" - Mathias Énard.

WL szykuje się do wydania kolejnego tytułu, który znalazł się w finale przyznawanej co dwa lata Międzynarodowej Nagrody Bookera. Po "Wszystko, co lśni", "Ścieżkach Północy", "Krótkiej historii siedmiu zabójstw" przychodzi kolej na kipiącą od problemów współczesnego świata "Busolę".  

Okładka

        Wydawca potrafi zachęcić i skusić potencjalnego czytelnika: wielka miłość, konflikt syryjski, relacja: Europa-Orient, malowniczość i fanatyzm - oto podstawowe hasła reklamowe. 
I by naświetlić fabułę wystarczy powiedzieć: Wiedeń, przed północą. Muzykolog, Franz Ritter, po raz kolejny sięga po opium. Jest chory, ciężko chory i chce uciec przed bólem. Narkotyk pobudza jego wyobraźnię i podczas tej kolejnej nocy spędzonej samotnie Franz majaczy o niespełnionej miłości – Sarze. Niedawno otrzymał od niej list, dający nadzieję na podjęcie romansu, który połączył ich na jedną noc dawno temu, w Teheranie... 
Sara jest uznanym naukowcem, orientalistką zafascynowaną obrazem Wschodu w relacjach podróżników z Europy oraz jego ciemną stroną, czarną magią. We wspomnieniach i obsesyjnych wizjach Franza te orientalne wątki – sam również kocha tę kulturę – wtapiają się w miłosne reminiscencje. Zdaniem recenzentów ta erudycyjna i pełna melancholii powieść jest najlepszą odtrutką na obraz Wschodu, budowany przez współczesne wydarzenia. 
       A i wypowiedzi samego autora sprawiają, że "Boston" intryguje: 
Od wielu lat chciałem napisać o Syrii (spędziłem tam cztery lata). Nie jest to takie łatwe. Dramat, który rozgrywa się w Syrii, jest niewyobrażalny. Przesiedlono miliony osób. Jestem smutny i bezradny. Chciałem napisać o tym kraju inaczej niż przez pryzmat wojny. Wolałem to zrobić przez pryzmat relacji między Orientem i Europą, pokazując, dlaczego tak wielu ludzi fascynuje się kulturą Syrii i jej pejzażami.

Chciałem w „Busoli" pokazać pewną wspólnotę losów, wspólną konstrukcję Zachodu i Wschodu. Wiele rzeczy z Iranu, Turcji, Syrii, Libanu przyszło do Europy i wiele tym krajom zawdzięczamy. Równocześnie, te kraje zmieniały się w kontakcie z nami. Należy to przypominać, i to oczywiście ma ewidentnie wymiar polityczny.

Nasz świat jest światem pozbawionym mapy, zagubiliśmy się. Musimy odnaleźć sens rzeczy. „Busola" pozwala odnaleźć Wschód, tzn. przypomnieć to, co zawdzięczamy tamtej części świata, przypomnieć o współzależności naszych losów. Zapomina się, że w stronę Wschodu ukierunkowane są kościoły w Europie, że patrząc z perspektywy Paryża, Mekka jest właściwie w tym samym kierunku co Jerozolima.

Zapominamy, że islam to kultura, która ma swoją filozofię, swoją wizję świata inną niż tylko przemoc. Tego nie chcemy widzieć. Wolimy skupiać uwagę na ekstremistach i fanatykach.

Książka, niestety, jest gestem politycznym. Projekt „Busoli" powstał dawno, nie było jeszcze  wtedy mowy o Państwie Islamskim, ale pisałem ją, wiedząc już o horrorze tej wojny. Musiałem pokazać po pierwsze, że islam i Orient nie powinny być utożsamiane ze ślepą przemocą i bezbrzeżną głupotą, i po drugie, że wszyscy jesteśmy trochę orientalni. Oczywiście, nie wolno zaprzeczać, że przemoc istnieje, że bracia Kouachi (autorzy zamachu na „Charlie Hebdo”) krzyczeli „Allahu Akbar”. Niestety, w Europie strach nie pozwala nam zobaczyć tej muzułmańskiej cząstki, która jest w nas.