1 kwietnia 2019

Z dreszczykiem i tajemnicą…


…przy takich opowieściach najlepiej mi się odpoczywa. Ludzie z krwi i kości, ich wiarygodne problemy czy przygody, starannie (lub prawie starannie) skonstruowany świat przedstawiony, dopracowane dialogi – to lubię, to nie irytuje, pozwala odetchnąć, oderwać się… Dziś wreszcie o tytułach, które stały ostatnio w opozycji do poezji antyku, średniowiecznego deesis czy literatury obozowej. Opisy – w kolejności alfabetycznej.

 

Po pierwsze: Cukiernia pod Amorem. Ciastko z wróżbą/Dziedzictwo Hryciów. Tej pozycji nie trzeba rekomendować. Obroni się sama. Kontynuacja losów wielopokoleniowych cukierników z Gutowa przekona fanów pierwszej serii, jak i fanów sag rodzinnych w ogóle. To nie tylko powieść o skomplikowanej przeszłości rodziny uwikłanej w powstania, przewroty, wojny, o rodzinie zmagającej się z konfrontacją z teraźniejszością, ale również opowieść o niezabliźnionych ranach, jątrzących się zadrach czy niewyjaśnionych konfliktach, a już nade wszystko to historia o rodzących się uczuciach: miłości, przyjaźni, lojalności, wdzięczności czy zrozumieniu. Bo czasem przebyć trzeba naprawdę długą drogę – tę przestrzenną jak i emocjonalną – by ujrzeć, a później zrozumieć, własne korzenie. I nie ważne czy człowieka kształtuje powojenna bieda, szalejący socrealizm, strajki studenckie czy należy odnieść się do niespodziewanego spadku po dziadku – grunt to zrozumieć, kim się jest i co się tak naprawdę liczy.  
                           Lissy
Po drugie: „Lissy” – sięgająca czasów drugiej wojny światowej opowieść o bezdusznym gangsterze, któremu nieobce są kolaboracja czy zdrada, a lojalność zwykł mylić z posłuszeństwem. Zdaje się nie dziwić, że od tyrana, który przy pomocy swoich brutali wymierza przepełnioną krwią sprawiedliwość, uciekła młoda, zadbana i sprytna żona. Dlaczego uciekła? Za czym gnała? Czego szukała w górskim domu zielarza? Czego się bała? Co ją przerażało bardziej od szaleńczej jazdy autem w czas śnieżycy? A może skrywała jakąś tajemnicę? Jak to się stało, że dziewczyna z nizin wpadła w oko brutalowi, który z niejednego pieca chleb jadł? „Lissy” jest powieścią dość obszerną, więc czytelnik ma szansę spędzić z nią kilka miłych wieczorów – jeśli tylko przypadnie mu go gustu.

                                        
Po trzecie: „Pokrewne dusze”. Lekka powieść psychologiczna czy obyczajówka? Trudno określić. Półświatek terapeutów, ludzie z przetrąconymi życiorysami, zgubione owieczki, co albo chronią się w swoich smutnych głowach, albo z arogancją i butą potwierdzają swoje o wiele za wysokie mniemanie o sobie. Więc czytelnik poznaje zmagającą się z żałobą właścicielkę pensjonatu na wyspie, młodego męża alkoholiczki, zarozumiałego agenta nieruchomości, rozwódkę rozpoczynającą nowy etap w życiu swoim i swoich dwóch synów, młodą dziewczynę z lękiem przestrzennym – a także pewną terapeutkę, która wszystkie opowieści tych osób łączy w jedną historię. I rodzą się pytania, gdzie jest granica obowiązku zawodowego, gdzie kończy się terapia, a rozpoczyna daleko idąca ingerencja, gdzie urywa się wywiad psychologiczny, a zaczyna zwyczajne i prymitywne wścibstwo. I gdyby Kołakowska dopracowała swoją powieść, gdyby zwróciła uwagę na kilka wątłych detali (skąd z rana na „jednoobejściowej” wyspie zasapana biegaczka? jakim sposobem tam przybiegła?) i naiwność niektórych scen, można by spokojnie potraktować słowa z „Martwych dusz” Gogola – Nie ma takiego bólu, którego nie można by wypłakać.” – jako motto do „Pokrewnych dusz”. A tak, powstała powieść mogąca być co najwyżej przerywnikiem miedzy innymi, ważniejszymi tekstami. Nic przełomowego czy zaskakującego.  
             
                                            
Po czwarte: „Sekrety i śmierć”. Lekki, łatwy do przyswojenia kryminał pozbawiony przesadnego brutalizmu a nawet wulgaryzmów (co w książce o pracy policji może dziwić :-)). Jest błyskotliwa policjantka, zgrabna pani patolog, elegancki mąż tej pierwszej i trup, który zaległ w ekskluzywnym holu wytwornego baru wspomnianego męża. Ta trójka wspomagana dzielnymi policjantami i prywatnymi kanałami męża-biznesmena szuka początku tej tragicznie kończącej się opowieści o nieugiętej pani dziennikarz. I byłby to może kryminał jak każdy z tych zbudowanych na pytaniach: kto zabił? jak? ofiara przypadkowa czy zbrodnia starannie zaplanowana? gdyby nie fakt, że zamordowana od samego początku nie budzi sympatii – ani w policjantach ani w czytelniku. Nikt jej nie współczuje. Nikt nie prowadzi dochodzenia w imię sprawiedliwości czy zadośćuczynienia, a jedynie z zawodowego obowiązku. I nie jest tego całkiem bezsensowny powód. Powiem tyle – denatka naprawdę się napracowała, by nie być lubianą, by jej nie współczuć i by wielu po jej śmierci odetchnęło z ulgą.

                                                      Książka Ten jeden dzieÅ„ Kaira Rouda
Po piąte: „Ten jeden dzień”. Powieść rozgrywająca się jeden dzień to uczuciowa odyseja, która prowadzi do wnętrza serca i głowy Mii oraz jej idealnego związku u boku uroczego Paula. Jadąc na planowany od dawna weekend tylko we dwoje, odbywają podróż do początku swojej znajomości. Praca w jednej firmie, pierwsza randka, wspólnie spędzany czas, plany na przyszłość, ślub, dzieci, (Paula) awanse zawodowe i powiększający się stan konta. Tylko czy to możliwe, by tak łatwo wieść spokojne i spełnione życie? Wystarczy stabilne zaplecze? Komfort materialny to większa część sukcesu? Bo w końcu Paul ma swoje ugruntowane miejsce w firmie, a Mia dom pełen dzieł sztuki i ogród z ukochanymi truskawkami. Tylko rodzą się pytania: dlaczego wnuki mało znają dziadków? dlaczego taka krótka jest lista tzw. przyjaciół domu? dlaczego Mia tak często choruje? dlaczego odsunęła się od koleżanek ze studiów czy niedawnej jeszcze pracy? I czy rzeczywiście trzeba jechać aż do domku nad jezioro, by spędzić wspólny weekend? „Ten jeden dzień” to powieść, która demistyfikuje. Pokazuje, jak cienka jest granica między prawdą a złudzeniem oraz między pozorem a autentykiem. Autorce wyszedł całkiem zgrabny demaskatorski thriller.

                                              
Po szóste: na zakończenie również saga rodzinna – „W labiryncie wspomnień”. O części pierwszej pisałam tu. Część druga też nie znudzi. Anne Jacobs ponownie wprowadza czytelnika do rodziny fabrykanta Melzera i jego rodziny. Tylko że – teraz, kiedy Europę niszczy szaleństwo I wojny światowej, większość mężczyzn w sile wieku (nawet lokaj) dostało powołanie na front, a w Augsburgu roi się od jeńców wojennych narodowości rosyjskiej – dotychczasowe życie tej rodziny stanęło na głowie. Głód, brak zamówień na tekstylia, wizja bankructwa, napływ złamanych i załamanych inwalidów wojennych, wewnętrzne zatargi – to wszystko każe odnieść się do nowej sytuacji i jej sprostać. Więc sprawy w swoje ręce biorą kobiety. Jedne organizują w posiadłości tymczasowy szpital, inne zostają w nim sanitariuszkami lub pielęgniarkami, inne czuwają nad domowym budżetem, by (choćby gulaszem z brukwi) wyżywić rodzinę i rekonwalescentów, a jeszcze inne nowatorskimi metodami próbują postawić fabrykę na nogi... Nie można nie zauważyć, że to wszystko dość sprawnie wpisuje się w realia początku XX wieku. Autorka ma plan, by opowiedzieć o wpływowej rodzinie na tle najważniejszych przemian dziejowych. I skoro udaje jej się do tego zbudować wiarygodne opisy, staranne dialogi, zróżnicowane postacie i rysy charakterologiczne - do mnie taka historia przemawia. Rozrywka jak się patrzy.      

31 marca 2019

(...) rozsypywałam się na miliard małych kawałeczków (...) - K. A. Figaro, Prosty układ

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
PREMIERA - 3.04.2019


         W niektórych kręgach aż huczy od niedawno opublikowanych statystyk na temat czytelnictwa w Polsce. Niektórzy nie czytają, niektóry czytają sporadycznie, niektórzy nie mają nawet jednej książki – poza (ewentualnie) szkolnymi podręcznikami. Ale ja czytam. Wciąż i niezmiennie. Choć tego tutaj nie widać. 
Okładka książki Prosty układ
      Ale dziś mam książkę, o której chcę mówić. Nie jest wywrotowa, nie jest przełomowa, nie jest odkrywcza, nie zachwyca opisami, filozoficznymi przemyśleniami, spektakularnymi zwrotami akcji czy nietuzinkową historią. Nawet język miejscami mi nie odpowiada. A fabuła taka, jak w niejednej ostatnio opublikowanej książce. 
     Ona – młoda, trochę naiwna, ze średniej klasy społecznej, jeszcze niedoświadczona życiowo. On – ciut starszy, silny, męski, dominujący, władczy i chyba majętny. Wiele ich dzieli, sporo łączy. I może właśnie dlatego nie są w stanie się ignorować. A może i nie chcą. Spotykają się przy partyjce bilardu. Im bardziej on jest nachalny, tym gwałtowniej ona mu się wyrywa; ona sprytnie się wymyka, on zawzięcie jej szuka. Wmawiając sobie, że to tylko fizyczny pociąg, ratuje ją przed innym, bierze odwet za jej cierpienie i, jakby mimochodem, wdziera się do grona jej znajomych. 
     „Prosty układ” to książka o pożądaniu, namiętności, imprezach, zaniechanych obowiązkach, zapomnianych przyjaciołach i dzikim seksie – takim bez zobowiązań, szybkim, namiętnym, przepełnionym bólem, ale nie strachem. Ten przychodzi później. Takich opowieści jest ostatnio sporo – wystarczy wspomnieć te o uległej, przystojnym mafiosie czy bajecznie bogatym Gideonie – więc nie można nie zauważyć realizacji pewnego schematu, szkieletu. Wydawnictwa lubią książki o dominacji mylonej z miłością, o napastliwości mylonej z troską czy szacunkiem. Ale jest w tej schematycznej i przewidywalnej opowieści coś, czego nie da się nie zauważyć: jakaś nić tajemnicy, zagadka ukryta za serią aluzji, niedopowiedzeń, bo i te początkowo naiwne szablony nie mogą być aż tak oczywiste, banalnie skonstruowane – jak choćby ten o mężczyznach wyjątkowo czułym i wybitnie oschłym (bo czyż poza bajką zdarzają się osoby tylko i wyłącznie krystalicznie szlachetne i te paskudnie mętnie?). Ta opowieść na pewno będzie miała ciąg dalszy (już chyba podejrzewam, w którą stronę zmierza), bo dawno nie czytałam powieści, która by się tak gwałtownie urwała, jakby w pół zdania, otwierające w dodatku kilka drzwi fabularnych. 
     Tak. To nie jest książka wywrotowa, odkrywcza czy poruszająca wrażliwe struny. Ale to książka, która mnie zaskoczyła zakończeniem bez nawet połowicznego finału (pojęcie „kompozycja otwarta” nabiera tu zupełnie szerszego znaczenia – bo tu nie ma „otwartości”, lecz zaistniała „wyrwa” zakamuflowana tylną okładką ;-)) i językiem – miejscami wulgarnym, obscenicznym, dosadnym i soczystym. Czy w dzisiejszych czasach o seksie i erotyzmie nie można inaczej mówić jak tylko sprośnie i lubieżnie? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.    



ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE WERSJI PRASOWEJ DZIĘKUJĘ

GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy

27 października 2018

(…) to, co złe, już się dzieje i nie trzeba na to dłużej czekać (s. 120) - M. Warda, Dziewczyna z gór


    Małgorzata Warda od lat oswaja czytelników z trudnymi tematami: śmiertelny wypadek, ucieczka, pobicie, gwałt, porzucenie, choroba psychiczna… Nie inaczej jest z jej najnowszą książką – „Dziewczyna z gór”. 
   Na kartach tej powieści pojawia się zamożna rodzina z nastoletnią córką i zwariowaną, ale budzącą zaufanie ciotką Wandą, złamany przez życie, nieufny a chwilami nawet agresywny Jakub  oraz niedoświadczona jeszcze policjanta Anna. Ich wszystkich na długie lata połączy - i im wszystkim na zawsze zmieni życie - jedno króciutkie wydarzenie, mające miejsce pewniej późnosierpniowej nocy. Od tego momentu już nic nie będzie takie samo. Olga nie będzie spełniającą się matką, Michał realizującym się ojcem, Wanda ciotką-przylepką, Nadia dzieckiem udającą dorosłą kobietę, a Jakub zdolnym rysownikiem. Tamta noc jest nocą zerową – w niej się wszystko skończyło i wiele zaczęło.
        Swoją powieścią Warda dowodzi, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje, człowiek niejednokrotnie gra – nawet przed sobą i rzadko kiedy otwartymi kartami, relacje międzyludzkie splecione są delikatnymi nićmi, których porwania nie chce się ujrzeć; swoją opowieścią wali prosto między oczy, obnaża tajemnice, obdziera z pozorów, krzyczy w imieniu tych, których nikt nie chce wysłuchać; pokazuje, że nikomu nie jest obca mistyfikacja, kuglarstwo czy sztuczki w pozorowaniu prawidłowych relacji międzyludzkich: tu każdy każdym manipuluje, urabia do swoich racji – tylko powody bywają różne. Więc nastolatka nie jest bezradna, jakby się wydawało, mąż wcale nie daje oparcia, żona raczej nie jest w nim zakochana, sierota to nie tylko skrzywdzony przez dorosłych, bezduszny system i surowe paragrafy chłopak, a policjantce jedynie się wydaje, że widzi wszystkie elementy układanki. 
     Choć to krótka powieść, pisana wartkim stylem, nie przedłużana zbędnymi opisami czy dywagacjami natury psychologiczno-filozoficznymi, już od pierwszych stron wprawia w osłupienie, gra na emocjach, podsyła pytania i obdziera z naiwnych złudzeń, że będzie dobre zakończenie – bo nie będzie, taka historia dobrze skończyć się nie może, ofiary muszą być: choćby uczuciowe i emocjonalne. 
    To jest zdecydowanie książka dla osób o mocnych nerwach, które nie boją się ciężkich tematów, trudnych pytań i prawdy, że nie ma ludzi całkowicie dobrych – bo człowiek to istota bardzo skomplikowana.         

ZA WERSJĘ PRASOWĄ DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i ska logo

17 października 2018

(…) może naprawdę jesteśmy jak dzikie zwierzęta (…) - „Silva rerum II”, Kristina Sabaliauskaitė


OkÅ‚adka książki Silva Rerum II    Co łączy „Lalkę”, „Bunt chimery”, „Miasto świateł”, „Silva rerum II”, Córki Wawelu”, „Dzielnym będzie.. .”, „Królewską heretyczkę”? A no to, że bohaterem ich wszystkich jest miasto – wielkie, tłoczne, gwarne, w ważnym dla siebie momencie, a postacie pojawiają jedynie, by opowiedzieć historię tego miasta, snuć opowieść o Warszawie wieku XIX, Paryżu przełomu wieków, Londynie u progu renesansu czy w czasie niemieckich nalotów lub Wilnie wieku XVIII.
 Właśnie temu ostatniemu poświęcone jest „Silva rerum II” litewskiej historyczki sztuki i pisarki Kristiny Sabaliauskaitė. 
    Na kartach tej 400ta stronicowej powieści powróciła autorka do modnego w kulturze staropolskiej gatunku sylw, które – zgodnie z definicją – są tekstami obejmującymi „(…) niejednorodne formalnie teksty zapisywane "na gorąco" i wyróżniające się różnorodną tematyką. Sylwy staropolskie przybierały postać dwoistą – były (…) zbiorami, w których obok prozaicznych zapisków z życia codziennego autora rękopisu przeważały teksty o charakterze literackim bądź refleksyjnym. Sylwy były również zwane "Bibliami domowymi", pośród wielu zapisków o charakterze informacyjnym (np. narodziny członków rodziny, śmierci, wydarzenia w okolicy, wyniki sejmów i spotkań samorządowych) znajdowały się również zapisy literackie. Sylwy były również zbiorami zasłyszanych dowcipów czy też przepisów kulinarnych. Dzięki sylwom zachowały się wiersze m.in. Daniela Naborowskiego i J.A. Morsztyna. Mogą znaleźć się w niej nie tylko wspomnienia o ślubach czy narodzinach, ale także pamiątki (…). Bardzo często umieszcza się również drzewo genealogiczne rodu (rodziny)”. 
    W jej „Silva rerum II” spotkać można Wilno niedługo po najeździe Szwedów, przez nich spalone, dziesiątkowane przez głód, brud, choroby przenoszone przez szczury; to miasto zabobonów, niechcianych ciąż, syfilityków, dzieciobójczyń, kanibalów, ale i miasto wielokulturowe, w którym Żyd-lekarz prowadzi swoje badania, leczy gojów i tworzy elitę społeczności, sieroty z dobrych rodzin znajdują opiekę (a później mężów) na dworach magnackich czy szlacheckich. Ta książka to barwna opowieść o baroku pełnym dysonansu – przepych i rozrzutność jednych miesza się tu ze skrajną biedą drugich, religijność przeplata się z przesądami, chrześcijaństwo spotyka się z judaizmem, bogobojność z namiętnościami ciała (i nie ważne, że gorszym oskarżeniem niż cudzołóstwo może być zdrada stanu oraz spoufalanie się z grabiącym okoliczne wsie najeźdźcą). Magnaci, żołnierze, mieszczanie, urzędnicy, chłopi, lokaje, gwardziści, rada miasta, złodzieje, mordercy – to jedynie pionki w fabule „Silva rerum II”, którzy mają opowiedzieć losy miasta, koleje jego świetności i upadku, mają również sobą głosić historię sporego skrawka Rzeczpospolitej Obojga Narodów. 
     Ale nie tylko to zasługuje tutaj na uwagę. Również język powieści, który jest barwny, wartki, zrytmizowany, dynamiczny, zbliżony do gawędy, kończącej się nie tam, gdzie autor postawił kropkę, ale tam, gdzie nie ma się już nic do powiedzenia, gdzie historia się dopełnia i zamyka. Stąd te zdania - długie, wielokrotnie złożone, przypominające monologi ogarniętego pasją szaleńca. To one sprawiają, że postacie stają się autentyczne, z krwi i kości, ogarnięte obsesjami, namiętnościami, lękami, nadziejami, wątpliwościami. To nie są osoby pomnikowe, jednowymiarowe, do jakich przyzwyczaił czytelników na przykład Sienkiewicz, ale to ludzie ukształtowani przez historię, okoliczności, rodzinę, powinności względem niej, własnej płci czy funkcji. 
    A że autorka „Silva rerum II” nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania, nie domknęła swej barwnie opowiadanej historii, pozostaje cierpliwie czekać na część III.     

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
 Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie logo