21 maja 2017

(…) nigdy nie żyła z demonami, ani pod dachem, ani w sercu (s. 224). – Agnieszka Olszanowska, Tajemnica dziesiątej wsi

          Kiedy pół roku temu przeczytałam „Listy z dziesiątej wsi” (tu), moją pierwszą reakcją był spontaniczny e-mail do Wydawcy z zapytaniem o ewentualną kontynuację, bo instynktownie czułam, że tak to się skończyć nie może – niby jednoznacznie, ale z wieloma niewiadomymi, niby wszystko się wyjaśniło, ale nic konkretnie i czytelnik pozostawał ze sporym niedosytem. 
       I tak, jest kontynuacja – „Tajemnica dziesiątej wsi”. W tej części spotykamy bohaterów dobrze znanych z poprzedniego tomu - co nie znaczy, że lubianych: Beatę, Pawła, Zefiryna, ciotkę Zośkę, Kubę, ale i pojawiają się nowi: choćby Tadeusz i jego żona czy Małgośka. Mamy też do czynienia z taką samą narracją: retrospekcjami, opowieściami prowadzonymi z perspektyw kilku bohaterów, a co najciekawsze: wątki, sceny czy tematy tej części (a obce poprzedniej), spotykają się z tymi z tomu wcześniejszego - ale ich nie powtarzają, lecz traktują skrótowo i z perspektywy kogoś innego (np. wątek przyjęcia Beaty do pracy w fast foodzie w części pierwszej przedstawiono z perspektywy jej samej, a w drugiej z punktu widzenia pracodawcy, z kolei motyw sprzątania rodzinnego domu w pierwszej potraktowano raczej neutralnie, a w drugiej scenę tę oglądamy oczami Pawła). Takim sposobem czytelnik ma wrażenie, że niektóre opowieści stykają się z sobą, by zaraz się oddalić i wejść w interakcje z innymi – jak pasma warkocza: niby są osobnymi elementami, ale przeplatając się, tworzą całość. Również fabularnie ta część spójna jest z poprzednią: dotyka mieszkańców Zwierzyńca i Starszego Folwarku. W pierwszej części poznajemy ich dzięki Beacie – powracającej do rodzinnego domu matki dwójki chłopców a zdradzonej przez męża i przeoranej przez życie młodej kobiecie, a w tej za sprawą Pawła - życiowego, duchowego i moralnego rozbitka, który chcąc nie chcąc musi osiąść na wsi. I jak tamta odsłaniała kulisy oraz niuanse życia protoplastów rodów ze Zwierzyńca i Starszego Folwarku – i to życia osadzonego w głębokiej komunie niechętnej wszystkim niezaangażowanym w idee, tak ta odkrywa pełne antagonizmów, zawiści, niechęci i złośliwości układy łączące mieszkańców tych dwóch posiadłości. A z tego wszystkiego wyłania się mroczna opowieść z przeszłości, która zaczyna żyć nowym życiem w umysłach żyjących – opowieść o szalonym Zefirynie i jego demonicznych obsesjach, których ofiarą był nie on jeden. Z kolejnymi rozdziałami czytelnik próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie: Jak bardzo jesteśmy podobni do przodków i ile z nich nosimy w sobie? I czasem, patrząc na reakcje Pawła i naiwność Beaty, wydaje się, że całkiem sporo. 
           Nie będę udawać, że „Tajemnica z dziesiątej wsi” nie ma cech negatywnych. Ta histeryczna osobowość głównej bohaterki, ckliwe zakończenie (ten dosłownie ostatni akord), zbyt skrótowe potraktowanie niektórych wątków (na przykład relacji Pawła z siostrą) mogą rozczarowywać, ale nie przytłaczają tych zdecydowanie dopracowanych i wiarygodnie rozwiniętych elementów konstrukcji narracyjnej i fabularnej. 
          Całościowo „Tajemnica dziesiątej wsi” okazuje się być jedną z wielu ostatnio bardzo popularnych powieści obyczajowych, ale ze względu na ciekawy i nietypowy tok snucia opowieści, ten motyw warkocza – w narracji i fabule – czynią spotkanie z powieścią Agnieszki Olszanowskiej ciekawym przeżyciem. I choć nie jestem zafiksowaną fanką tego typu książek, na pewno sięgnę po tom trzeci. Bo zapewne się ukaże.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ   
    

16 maja 2017

„Polska, szalona i radosna z odzyskanej wolności, leży dziś między Rosją bolszewicką i zrewolucjonizowanymi, socjaldemokratycznymi Niemcami” (s. 42) – Warszawa literacka w okresie międzywojennym, Piotr Łopuszański


(…) I tłum na ulice wylegnie, 

Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie 
Świętować wiosną w mieście, 
Świętować jurne święto. 
I Ciebie się pochwali, 
Brzuchu na biodrach szerokich 
Niewiasto! (…)


     Takie oto słowa w 1918 poddawał ostatniej korekcie młody Tuwim. Kiedy jego „Wiosna. Dytyramb” dotarła do licznych odbiorców w społeczeństwie zawrzało. „Zaprotestowali studenci, grzmiała prasa. O młodym poecie zaczęło się mówić w środowisku literackim. I o to chodziło. (…) Cała warszawska prasa komentowała wybryk poety. Redaktor odpowiedzialny pisma, Edward Boyé, ustąpił ze stanowiska. Odszedł również opiekun pisma, profesor Juliusz Kleiner. W kolejnym numerze ukazał się list otwarty byłych współpracowników pisma, którzy napisali: „Nie znamy w poezji utworu bardziej obrażającego estetyczne uczucia czytelnika”. Koledzy studenci pisali, że Wiosna to „ Dzieje grzechu w miniaturze”. (…) Tuwim nie przejął się tą opinią i skandalem. Postanowił dalej „epatować filistra”. Na wykładzie profesora Józefa Kallenbacha oświadczył głośno, że „takie wykłady są zniewagą dla literatury polskiej”. Nie wyjaśnił, co mu się nie podobało. Poza tym sam żadnych studiów nie ukończył” (s. 32).
     Pełno tego typu opowieści i anegdot w opublikowanej niedawno przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka  książce „Warszawa literacka w okresie międzywojennym” Piotra Łopuszańskiego. Ale książka nie jest jedynie zbiorem barwnych czy pikantnych opowieści z życia literackiego półświatka (a stanowią one zasadniczy atut tej pozycji), które wyznawało na przykład zasadę, że Pod Picadorem: „Zabraniano wstępu osobom zbyt trzeźwym oraz odgadywania rymów” (s. 45). 
    Bo „Warszawa literacka…” próbuje wykazać liczne związki literatury z modą, gustami, upodobaniami, szerokim rozumieniem słowa „obyczajowość”, z polityką, wielką historią, przemianami społecznymi, teatrem, radiem a przede wszystkim z biurem cenzur. Z książki Łopuszańskiego wynika, że dwudziestolecie to epoka pisarzy modernistycznych oraz twórców średniego i młodego pokolenia, którzy totalnie różnili się manierą mówienia o rzeczywistości, poglądami, usposobieniami, ale jedno jest pewne: potrafili oni wszyscy zająć jasne i wyraziste stanowisko względem zachodzących zmian oraz odbudowującego się kraju. Pracownicy urzędów, wykładowcy, prelegenci, dziennikarze, twórcy kawiarń, teatrów, kabaretów czy autorzy odczytów o roli literatury w wolnym kraju – oni wszyscy próbowali się ustosunkować do otrzymanej wolności, odbudowywania się państwowości, do wcześniejszych okresów rusyfikacji i niemieckiej dominacji, późniejszego przewrotu majowego i sanacji. Imprezowanie Lechonia, wariactwa i romanse Witkacego, pełne powagi uwagi Dąbrowskiej, dygresje Nałkowskiej mieszają się w „Warszawie literackiej…” z licznymi statystykami, opowieściami o codziennych bolączkach, niedostatkach i oczekiwaniach przeciętnych warszawiaków, z czego jasno wynika, jak, mimo trudności w organizacji codzienności, ważne były swoboda twórcza i możliwość wypowiadania się – nawet jeśli treść wypowiedzi nie każdemu przypadała do gustu. 
    Nie mogę powiedzieć, że książka Łopuszańskiego nie ma niedociągnięć, bo ma. Częste przeskakiwanie z wątku-na-wątek, brak spójności, fragmentaryczność, niedopowiedzenia (niedoprecyzowania) (jak na przykład w tym fragmencie: „(...) autor na stronie tytułowej napisał odręcznie wierszyk o córkach Marszałka i książkę z owym wierszem przesłał Józefowi Piłsudskiemu. Marszałek zrewanżował się, przesyłając przez adiutanta „Moje pierwsze boje”. W swojej twórczości poetyckiej nawiązywał do poetów młodopolskich, Langego, Tetmajera oraz do Leśmiana i skamandrytów” - i ja się pytam, kto nawiązywał? Piłsudski?) sprawiają, że ma się wrażenia czytania wersji jeszcze roboczej, bez ostatecznej korekty – co może być prawdą, gdyż ja korzystam z EGZEMPLARZA PRASOWEGO. Mam nadzieję, że wersje premierowe są już doszlifowane i dopieszczone, gdyż autor, który innym zarzuca błędy merytoryczne i niedokładność sam nie może sobie na nie pozwolić. 
     Ale nie ulega wątpliwości, że anegdoty, wycieczki w prywatę i półoficjalność, szczypta pikanterii, intymności  i spora dawka humoru oraz ta próba znalezienia wspólnej nici między najbanalniejszą – nawet polityczną - codziennością a potrzebą literackości i sztuki są potężnym walorem „Warszawy literackiej…” Łopuszańskiego.      

10 maja 2017

"Nasz świat jest światem pozbawionym mapy, zagubiliśmy się" - Mathias Énard.

WL szykuje się do wydania kolejnego tytułu, który znalazł się w finale przyznawanej co dwa lata Międzynarodowej Nagrody Bookera. Po "Wszystko, co lśni", "Ścieżkach Północy", "Krótkiej historii siedmiu zabójstw" przychodzi kolej na kipiącą od problemów współczesnego świata "Busolę".  

Okładka

        Wydawca potrafi zachęcić i skusić potencjalnego czytelnika: wielka miłość, konflikt syryjski, relacja: Europa-Orient, malowniczość i fanatyzm - oto podstawowe hasła reklamowe. 
I by naświetlić fabułę wystarczy powiedzieć: Wiedeń, przed północą. Muzykolog, Franz Ritter, po raz kolejny sięga po opium. Jest chory, ciężko chory i chce uciec przed bólem. Narkotyk pobudza jego wyobraźnię i podczas tej kolejnej nocy spędzonej samotnie Franz majaczy o niespełnionej miłości – Sarze. Niedawno otrzymał od niej list, dający nadzieję na podjęcie romansu, który połączył ich na jedną noc dawno temu, w Teheranie... 
Sara jest uznanym naukowcem, orientalistką zafascynowaną obrazem Wschodu w relacjach podróżników z Europy oraz jego ciemną stroną, czarną magią. We wspomnieniach i obsesyjnych wizjach Franza te orientalne wątki – sam również kocha tę kulturę – wtapiają się w miłosne reminiscencje. Zdaniem recenzentów ta erudycyjna i pełna melancholii powieść jest najlepszą odtrutką na obraz Wschodu, budowany przez współczesne wydarzenia. 
       A i wypowiedzi samego autora sprawiają, że "Boston" intryguje: 
Od wielu lat chciałem napisać o Syrii (spędziłem tam cztery lata). Nie jest to takie łatwe. Dramat, który rozgrywa się w Syrii, jest niewyobrażalny. Przesiedlono miliony osób. Jestem smutny i bezradny. Chciałem napisać o tym kraju inaczej niż przez pryzmat wojny. Wolałem to zrobić przez pryzmat relacji między Orientem i Europą, pokazując, dlaczego tak wielu ludzi fascynuje się kulturą Syrii i jej pejzażami.

Chciałem w „Busoli" pokazać pewną wspólnotę losów, wspólną konstrukcję Zachodu i Wschodu. Wiele rzeczy z Iranu, Turcji, Syrii, Libanu przyszło do Europy i wiele tym krajom zawdzięczamy. Równocześnie, te kraje zmieniały się w kontakcie z nami. Należy to przypominać, i to oczywiście ma ewidentnie wymiar polityczny.

Nasz świat jest światem pozbawionym mapy, zagubiliśmy się. Musimy odnaleźć sens rzeczy. „Busola" pozwala odnaleźć Wschód, tzn. przypomnieć to, co zawdzięczamy tamtej części świata, przypomnieć o współzależności naszych losów. Zapomina się, że w stronę Wschodu ukierunkowane są kościoły w Europie, że patrząc z perspektywy Paryża, Mekka jest właściwie w tym samym kierunku co Jerozolima.

Zapominamy, że islam to kultura, która ma swoją filozofię, swoją wizję świata inną niż tylko przemoc. Tego nie chcemy widzieć. Wolimy skupiać uwagę na ekstremistach i fanatykach.

Książka, niestety, jest gestem politycznym. Projekt „Busoli" powstał dawno, nie było jeszcze  wtedy mowy o Państwie Islamskim, ale pisałem ją, wiedząc już o horrorze tej wojny. Musiałem pokazać po pierwsze, że islam i Orient nie powinny być utożsamiane ze ślepą przemocą i bezbrzeżną głupotą, i po drugie, że wszyscy jesteśmy trochę orientalni. Oczywiście, nie wolno zaprzeczać, że przemoc istnieje, że bracia Kouachi (autorzy zamachu na „Charlie Hebdo”) krzyczeli „Allahu Akbar”. Niestety, w Europie strach nie pozwala nam zobaczyć tej muzułmańskiej cząstki, która jest w nas.

7 maja 2017

Inteligencja roślin

Można być ekspertem od motocykli i roślin?
Można.
O tym, jak to się robi, 
opowiada paryżanka Anne-France Dautheville - autorka "Sekretu roślin".
Wywiad dla WL przełożył Andrzej Stańczyk. 


Okładka

Bardziej niż modą Dautheville interesuje się jednak światem roślin. Jest autorką wielu artykułów i książek na ten temat. W Sekretach roślin zebrała ponad 200 ciekawostek i anegdot z życia flory, o czym przypominamy bo pora kopania w ogródkach właśnie nadeszła!

Jako pierwsza kobieta objechała pani świat na motorze. Czy zwracała pani uwagę na roślinność poszczególnych krajów i kontynentów?

Wcale! To mnie wtedy w ogóle nie interesowało!

W takim razie jak to się stało, że skórzaną kurtkę i kask motocyklistki zamieniła pani na ogrodniczki i czapkę z daszkiem?

(śmiech) Ależ ja nigdy nie nosiłam ogrodniczek ani czapki z daszkiem!

To znaczy, że Francuzki ubierają się elegancko nawet do pracy w ogrodzie?

Hmmm… Sama nie wiem. Jeśli chodzi o strój ogrodniczy, to jeden element dla mnie jest nieodzowny. Kalosze. Inaczej naniosłabym mnóstwo ziemi i brudu do domu i musiałabym to wszystko posprzątać…

Anne-France Dautheville w Japonii (fot. archiwum autorki)


Ale od kaloszy i własnego ogródka do książek ogrodniczych chyba daleka droga?

Wszystko zaczęło się od tego, że mieszkałam w małej miejscowości na wschód od Paryża i miałam własny ogródek. Lubiłam sadzić i pielęgnować rośliny, a że moi przyjaciele wydawali niewielką gazetę, zaproponowali mi rubrykę ogrodniczą. Z dnia na dzień zaczęłam więc zgłębiać temat. Uprawiałam dalej ogródek, zastanawiałam się, dlaczego należy podlewać rośliny, albo dlaczego nie należy ich podlewać, gdy świecie słońce, dlaczego to, a dlaczego tamto i uczyłam się. Jakiś czas później zaprosił mnie do współpracy duży magazyn ogrodniczy i od tej pory zamiast 30 000 miałam  8 000 000 czytelników.

A potem wydała pani pierwszą książkę o roślinach.

Cały czas się uczyłam, coraz więcej czytałam na ten temat, trwało to jakieś 4 albo 5 lat. Dotarło do mnie, że świat się składa ze specjalistów. Potrzebujesz konkretnej porady ogrodniczej? Jest od tego specjalista. Szukasz legendy związanej z rośliną? – jest ktoś kto się w tym specjalizuje. Wszędzie specjaliści, od wszystkiego… Wiedzieli wszystko, ale tylko na jeden temat. Pracując nad pierwszą książką, połączyłam ich wiedzę, wzięłam trochę od tego, trochę od tego, trochę ze świata nauki, trochę z botaniki, trochę z literatury. Sięgałam po to to, co mnie szczególnie intrygowało, ciekawiło i bawiło.

Domyślam się, że pani ogród też w przez te lata się zmieniał.

Na początku był to po prostu kawałek ziemi, na którym rosło dwanaście jabłoni, całkowicie zarośniętych jeżynami. Reszta to była łąka i nic więcej. Najpierw ustawiłam ogrodzenie, żeby barany sąsiada nie wchodziły w szkodę, a zaraz potem przystąpiłam do walki z drapiącymi krzakami. Właśnie wtedy założyłam kalosze, bo jeżyny potrafią nieźle poharatać łydki. Zasadziłam też taki naturalny płot o wymiarach 80 na 30 metrów złożony z drzewek z pobliskiego lasu. Miałam taką metodę sadzenia, że brałam kawałek gałązki z drzewa, plułam w dłoń, po czym moczyłam w ślinie końcówkę naszczepki i wsadzałam do ziemi, gdy księżyca ubywało. Dziś mój ogród to prawdziwy las…


Z ogrodu Anne-France Dautheville (fot. archiwum autorki)


Dostaje pani w prezencie sadzonki?

Często od przyjaciół. Obdarowują mnie roślinami w doniczce, przesadzam je do ziemi. W moim ogrodzie, na przykład, rośnie teraz kilka sumaków. Wyrosły z jednego małego sumaka, który dostałam od przyjaciółki 15 lat temu. Nie są to wysokie drzewa, ale ich korony tworzą wspaniale zielone sklepienie, rodzaj roślinnego igloo, które daje cudowną ochłodę podczas upałów latem. Ten sumak był świetnym prezentem. Kiedy ofiarujemy komuś roślinę, ofiarujemy życie.

A doświadczenia botaniczne? Nie korciło panią, żeby poeksperymentować z roślinami?

Kiedyś zastanawiałam się nad tym, ile jest prawdy w opowieściach o wpływie księżyca. Postanowiłam przetestować to na sałacie masłowej. Pierwszą partię zasiałam, gdy ubywało księżyca. 15 dni później, przy przybierającym księżycu, zasiałam drugą. Okazało się, że ta druga sałata wystrzeliła bardzo szybko, ale składała się głównie z łodyg i miała mało liści. Różnice były widoczne gołym okiem. To było 15 czy 20 lat temu. Później przeprowadzono badania naukowe nad relacją między roślinami a księżycem i pokazały one, że w trakcie pełni słoje drzew rozszerzają się. Obwód drzew rośnie, wszystko to z powodu przypływu płynów ustrojowych wywołanych wpływem Księżyca. Nie mając naukowej wiedzy, przez tysiące lat niepiśmienni rolnicy rozpoznawali i wykorzystywali te zjawiska.

Sekretach roślin takich zaskakujących faktów i ciekawostek jest mnóstwo.

Mnie szczególnie zafrapowała relacja między dźwiękami a roślinami i badania na temat podziemnego porozumiewania się roślin poprzez korzenie. Jest to język dźwięków przypominający sposób porozumiewania się delfinów. Rośliny, które nie mają uszu, „rozmawiają”, wydając odgłosy. Filozoficzny zawrót głowy! Zdumiewające!

Mówi się o  swoistej „inteligencji” roślin. Na czym ona polega?

Inteligencja roślin jest historią selekcji naturalnej. Weźmy przykład irysa i bizona. Jak to możliwe, że mały irys jest w stanie wystraszyć bizona, który waży 700 kg? Wydaje się to niewiarygodne. Przez miliony lat irys poszukiwał w swym genomie odpowiedzi, jak nie dać się zjeść temu zwierzęciu. Prawdopodobnie najpierw starał się je odstraszyć zapachem. To jednak nie pomogło i pewna odmiana irysa wyginęła. Być może kolejną odpowiedzią był kolor ale to też nie zdało się na wiele. Ostatecznie przetrwała ta odmiana irysa, która znalazła w swoim genomie możliwość zamknięcia ziarenek w okrywie. Wprawiane w ruch przez wiatr, obijają się o jej ścianki i wydają odgłos podobny odgłosowi grzechotnika. Przestraszony bizon woli zejść z drogi.

Anne-France Dautheville w Turcji (fot. archiwum autorki)

Czy to znaczy, że możemy tu mówić o pewnego rodzaju „psychologii”? W świecie roślin obserwujemy różne rodzaje samoobrony, rozmaite antypatie, jak te między koprem i papryką. Rośliny mają uczucia?

Nie, nie sądzę. A może mają, tylko ja tego nie wiem (śmiech)? Nigdy nie rozmawiałam z rzodkiewką i nie wiem, co myśli ogórek. Eksperymenty pokazały, że pewne rośliny są bardzo zaborcze terytorialnie, anektują teren i dostępne na nim substancje odżywcze, dlatego też sąsiadów, wstrzykując do ziemi korzeniami truciznę i hamując ich rozwój. Na przykład, ligustr pospolity nie powinien być sadzony w pobliżu ogródka warzywnego, bo nic w nim nie wyrośnie. Należy tu jednak mówić o mechanice, nie o psychologii. Mamy wystarczająco dużo problemów ze współżyciem między ludźmi więc jeśli mielibyśmy się jeszcze mierzyć z kompleksem Edypa i odchyleniami paranoicznymi wśród roślin, byłoby to trudne do zniesienia… Może jednak kiedyś nasz umysł dokona skoku poznawczego w tej kwestii. Wszyscy hipisi będą szczęśliwi.

5 maja 2017

(…) była pierwszą więźniarką zamordowaną w Ravensbrück” (s. 78) - „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet”, Sarah Helm

        Są historie, okresy dziejowe, o których nie wolno nam zapomnieć. Ludzkość ma moralny obowiązek o nich pamiętać, przypominać, opisywać, badać i rozdrapywać. Ku przestrodze i dla upamiętnienia ofiar – bo szacunek i pamięć są jedynymi, co możemy im dziś dać. Mimo, że często - tak zwyczajnie, na ludzki sposób - nie jesteśmy w stanie z tymi opowieściami sobie poradzić, przetrawić, nie da się ich przeżyć, ani zrozumieć. Tak się sprawa ma z okrucieństwem wypraw krzyżowych – szczególnie tej z udziałem dzieci, z przebiegiem rewolucji we Francji, z rzezią galicyjską, z rewolucją lutową i październikową, a przede wszystkim z bestialstwem wojen – dwóch światowych i „pomniejszych”, lokalnych. Bo jakie by nie były, ofiarami są nie tylko wojskowi i żołnierze zasadniczej służby, ale i cywile - dzieci, kobiety, starcy.
   Taką rozdrapującą i demaskującą książką są „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet” Sary Helm. To nie jest książka, którą „się czyta”. To książka, którą się przeżywa, czuje, która pulsuje, zalega w głowie i nie chce jej opuścić - robisz przerwy w lekturze, a coś przyzywa i każe czytać o okrucieństwie blokowych, nikczemności nadzorczyń, szyderstwie strażników, sadyzmie nadzorujących, agresji specjalnie szkolonych psów, częstej solidarności więźniarek i sposobach na przeżycie – nawet jeśli ocalenie własnej godności graniczyło z niemożliwym. To nie jest książka, która próbuje jedynie wyjaśnić, jak to było w Ravensbrück. To książka, która demaskuje i obnaża funkcjonowanie całej machiny obozowej wymyślonej (lub perfekcyjnie udoskonalonej) przez III Rzeszę – od obozów jenieckich, przejściowych, obozy pracy przymusowej po obozy koncentracyjne i zagłady, od podobozów po komanda zewnętrzne. Książka Sary Helm pokazuje, co z Ravensbrück było typowego dla każdego innego obozu i co go wyróżniało spośród innych (według Biuletynu Komisji do Badania Zbrodni Niemieckich w samej Polsce obozów niewolniczych było 435[1]), pokazuje cały wachlarz przemian politycznych i skrupulatnie wprowadzanych dyrektyw, które przyczyniły się do powołania i rozwoju machiny obozowej: walka o czystość razy, zwalczanie komunizmu, niwelowanie prostytucji, ograniczanie bezdomnych i społecznie niedostosowanych, obostrzenia względem kryminalnych – jak widać, nie tylko antysemityzm i późniejsze działania zbrojne były podstawą powołania obozowej rzeczywistości. 
        „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet” zawierają szereg wspomnień byłych więźniarek o więźniarkach i „pracownikach” obozowych. Za tymi jednostkowymi opowieściami, historiami konkretnych kobiet o konkretnych osobach, skrywa się cały system funkcjonowania i udoskonalania obozu. W tekst wplecione są zastraszające dane statystyczne, liczby, konkretne, zliczone, dowody na bestialstwo, ale są tam też opowieści o próbach ratowania własnej godności i człowieczeństwa – przez solidaryzm, ludzkie odruchy, wewnętrzną dyscyplinę, a nawet namiastki codzienności (jak potajemne czytani postępem zdobytej powieści Tołstoja). Bo cóż innego pozostało podczas niewolniczej pracy, w karnej izolatce, w konfrontacji z sadystyczną, kopiącą, bijąca, oblewającą na mrozie zimną wodą nadzorczynią („Pod koniec 1939 roku w obozie było 55 strażniczek, a pod koniec wojny już 330” (s. 49))? Okaleczenia, karny karcer, głodówki, niewolnicza praca na rzecz III Rzeszy, wszechobecna propaganda, poniżanie, maltretowanie – to codzienność Ravensbrück. A to, co czytamy w „Prologu”: „W szczytowym punkcie w Ravensbrück więziono 45 tysięcy kobiet; przez ponad sześć lat istnienia obozu przez jego bramy przeszło około 130 tysięcy kobiet; były bite, głodzone, zamęczone pracą na śmierć, trute, rozstrzeliwane i zagazowywane” (s. 9) jest tylko wprowadzeniem do tego, z czym przyjdzie się zmierzyć czytelnikowi, a co było obozową rzeczywistością dla „(…) 8 tysięcy Francuzek, tysiąc Holenderek, 18 tysięcy Rosjanek i 40 tysięcy Polek” (s. 12), które szybko Ravensbrück nazwały obozem śmierci, a po którym na lata została trauma (niektóre, już po wyzwoleniu, nawet na widok białego lekarskiego kitla wpadały w szał i panikę). 
    Zebrane przez Sarę Helm opowieści są bardzo rzeczowe, precyzyjne, często neutralne, pozbawione tkliwości, wrażliwości czy ckliwości, jakby rozmówczyniom chodziło przede wszystkim o precyzję, wiarygodność świadka a nie ewentualne współczucie ze strony czytelnika – bo trzeba opowiedzieć najlepiej jak się da, w przypływie sentymentu, rzewności nie zgubić istoty, ocalić, ile się da, mówić za tych, którzy już nie przemówią i wskazać ludzkości drogę, którą na pewno iść nie wolno. 
       „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet” to książka, którą długo będę odchorowywała. A przecież nie pierwsza i jedyna, jaką przyszło mi przeczytać na temat II wojny światowej, III Rzeszy, obozów. Książka ważna, potrzebna, krzyk w sprawie poniżonych i maltretowanych. Książka dla osób o stalowych nerwach i wrażliwym sercu… Choć i tak, ile by się nie powiedziało, ile stron by się nie zapisało, słowa nie oddadzą tego bólu i cierpienia, które rozlały się w Ravensbrück.             

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


1 maja 2017

Aby przechytrzyć wrogów, człowiek musi przednio poznać ich gierki (s. 67) – E. Chadwick, Pieśń królowej

     
      Powstanie państwa kościelnego, narodziny islamu, schizma, zdobycie Jerozolimy, wyprawy krzyżowe, wojna stuletnia, zjazd gnieźnieński, rozbicie dzielnicowe, unia z Litwą, konflikt z Krzyżakami, upadek Konstantynopola to jedynie kilka najważniejszych wydarzeń historycznych średniowiecza. A Otto III, Bolesław Chrobry, Karol Wielki, Wilhelm IX, Ludwik VII, Tybald z Szampanii, Bernard z Clairvaux, Hanryk II, Henryk VI, Jagiełło, Witold, Jan bez Ziemi czy Ryszard Lwie Serce to jedne z najbardziej rozpoznawalnych w naszym kręgu kulturowo-historycznym postaci historycznych. Ale średniowiecze to nie tylko era silnych i dominujących mężczyzn (choć mit mówi, że tylko ich) – była spora grupa równie wpływowych i świadomych społecznie czy politycznie kobiet: Joanna d'Arc, Klara Hatzerlin, Christine de Pisa, Hildegarda z Bingen, Anna z Rusi, księżniczka Dobrawa, Świętosława, Jadwiga, Eleonora (Alienor) Akwitańska. 
       I dziś będzie o tej ostatniej – Eleonorze, matce Jana bez Ziemi i Ryszarda Lwie Serce. Była córką Wilhelma X, umiała czytać, uzyskała gruntowne wykształcenie z zakresu muzyki i literatury, posługiwała się łaciną, ceniła sobie szeroko pojęte piękno – lubiła otaczać się ładnymi (nie tylko praktycznymi) rzeczami. Ale przede wszystkim do perfekcji opanowała umiejętność manewrowania w świecie mężczyzn, forsowania swoich pomysłów, głośnego wypowiadania swojego zdania, osiągania celu, cichej i delikatnej – ale skutecznej – perswazji. Była sprawnym graczem politycznym, duchem i cieniem najważniejszych wydarzeń politycznych Akwitanii, Francji i Anglii, podziwiana, wysłuchiwana i odporna na manewry swej pierwszej teściowej potrafiła wszczynać konflikty zbrojne czy spiski - jak i im zapobiegać. Zdradzana odpowiadała buntem, a doceniana reagowała wyrozumiałością. Była silnym kobiecym głosem w męskim świecie. Ceniła sobie życie rodzinne, ojciec był wzorem, a młodsza siostra – choć jeszcze naiwne i prostolinijne dziecko – stała się powiernicą oraz oparciem, które przypominało o silnych korzeniach. 
        Tak została przedstawiona w książce Elizabeth Chadwick „Pieśń królowej”. Jak zauważa sama Chadwick, książka ta stara się pozostać w granicach prawdopodobieństwa – choć to nie podręcznik a jedynie powieść, autorce zależało na wiarygodności historycznej i kulturowej. By tak się stało, oparła się na kronikach, annałach, licznych artykułach, szkicach biograficznych a nawet plotkach zapisanych w pieśniach trubadurów. 
       Nie mnie oceniać, na ile ta opowieść jest wierna zapisowi historycznemu, a w których punktach autorkę poniosła fantazja. Mnie się po prostu „Pieśń królowej” bardzo dobrze czytało. Dzięki lekkiemu stylowi, doskonałej pracy tłumaczki, wiarygodności opisów i zachowania klimatu epoki jest to jedna z tych książek, które średniowiecze, ludzi epoki i jej atmosferę czynią bliższą, bardziej zrozumiałą i rozjaśniają okres nazwany kiedyś „ciemnym i mrocznym”.

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ