26 grudnia 2014

...

(adres zdjęcia: https://forum.butwbutonierce.pl/topic/1235-dobrze-ubrany-m%C4%99%C5%BCczyzna/page-30)

Stanisław Barańczak 1946 - 2014




25 grudnia 2014

Czarowanie....

Jak w jednym z komentarzy zauważyła Fibula, miast śniegu mamy błotko, chlupot kałuż oraz deszcz... Takim sposobem zimowy świr jak ja nadal zaczarowuje rzeczywistość - Let it snow odmieniam sobie przez różne aranżacje i wykonania:) Za śniegiem tęsknie chyba bardziej niż mój śnieżny pies:)
A że dziś Wielkie Święto, wyszperałam jeszcze:


To były muzyczne czasy!!

I może to jakaś mała magia się dzieje, ale otworzyłam rano bloga, a tam ponad 13000 odsłon - takie to miluśkie cudeńko - zważywszy, że ja zaległości mam feeeessss i pewnie prędko z nich się nie wygrzebię:(:(
Wszystkiego dobrego na ten wyjątkowy dzień Wam życzę:)!!

23 grudnia 2014

KONKURS ŚWIĄTECZNO-NOWOROCZNY

Z racji, że w sumie jakoś rok temu wpadł mi do głowo pomysł, by początkowo kulawy oraz niewyraźny blog uczynić okołoliterackim i dziś właściwie czuję się już wśród Was zadomowiona, postanowiłam ogłosić Konkurs:)
To moja pierwsza tego typu inicjatywa, więc proszę o wyrozumiałość:)!

Oto jego zasady i warunki:
          1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Zielono Mi. Ona również jest fundatorem nagród, którymi są nowe, nieużywane książki:
- Uciekinier,
- Gdybyś mnie teraz zobaczył,
- Siedem kobiet.
Dodatkowo Zwycięscy (miejsca od 1 – 3) mogą liczyć na drobiazgi-niespodzianki. 
       2. Konkurs trwa od 23.12.2014 do 2.01.2015 roku do 23.59. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 6.01.2015 roku.
        3. By wziąć w nim udział należy: zostawić w komentarzach pod tym wpisem odpowiedź na pytanie/zadanie konkursowe oraz podać swój adres meilowy; dodatkowo: zostać obserwatorem bloga (w komentarzu proszę podać imię/pseudonim) i na swoim blogu umieścić konkursowy baner (a jeśli nie jest się autorem bloga – na fb, google+).
WZÓR:
- odpowiedź na pytanie,
- adres meilowy,
- informacje o obserwowaniu oraz banerze.
4. W zabawie mogą wziąć udział osoby, które podadzą jedynie polski adres korespondencyjny (w celu wysłania nagród).
5. Pytanie/zadanie konkursowe:
Jakie jest Twoje najbardziej szalone/nietypowe/odważne życzenie noworoczne?
6.   Konkurs nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
7.   O książkach-nagrodach można przeczytać tu:
Zapraszam do konkursu!
Będę zaszczycona gościć Was podczas tej zabawy! 

A oto jakże krzykliwy baner (proszę się nie śmiać - to też mój kolejny "techniczny" debiut:)):


I zdjęcie nagród:

Życzę miłej zabawy:)! 

ŚWIĄTECZNIE!

Ten wszechobecnie panujący duch Świąt (u mamy dzień spod znaku ubierania choinki i projektowania stroików, a u Rodziców P. pierwsze przymiarki do Wigilii:)) udzielił się i nam. Więc choinka - tradycyjnie żywa, a jakże - stanęła już wczoraj i od początku do końca ubrana została przez Męża mego. A na niej: czerwone światełka, czerwone oraz "złote" bombki i takież kokardki (oryginalnie nie jesteśmy, wiem); a do tego: lukrowane pierniki i plastry pomarańcza. Nie jest tego dużo, nie ugina się od ciężaru dodatków, ale może właśnie dzięki temu widać jej urok i czuć cudny zapach przyprawy piernikowej oraz cytrusów.
Tutaj galeria (zdjęcia profesjonalne nie są, choinka modelowa również - ale nasza i cieszy:)):



A tu jej lustrzana siostra...

... i gałązka z detalem:

Patrzę na to ostatnie zdjęcie i przypomina mi się ten najpiękniejszy okres dzieciństwa - w starym drewnianym domku moich Dziaków. Magia a nie wspomnienia!!

A że to również czas pakowania prezentów - jest i coś na ten temat.
Mam Koleżankę, która bajecznie wręcz pakuje upominki! Ma w dłoniach to coś i potrafi to wykorzystać. Mikołajkowy prezent dostałam owinięty w tradycyjny papier, który ozdobiony został żywymi gałązkami iglaków, leśnymi szyszkami i ususzonym plastrem jabłka - takie zwykłe, a takie cudne! Nie miałam sumienia tego wyrzucić, więc ozdobom dałam nowe życie. Na kuchennym parapecie (wraz ze sztucznie złotą gałązką-podstawką). Oto one:


Czy ktoś jeszcze lubi takie naturalne ozdoby zrobione własnymi siłami i jakże tanim kosztem:)?

A na czas wypieków i ozdabiania domów piosenka. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę wyobrazić sobie Bożego Narodzenia bez śniegu!

19 grudnia 2014

Liebster Blog Award - mój wkład:)


Jak wyjaśnia Ola: "Nominacja do zabawy Liebster Blog Award ta jest otrzymywana od innego blogera, w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań, wyznaczyć kolejne osoby i zadać im 11 swoich pytań".

Wytypowana przez Olę dopiero dziś mam ciut chwilki, by odpowiedzieć na jej pytania.
No to zaczynamy:
1.      Która książka kojarzy Ci się z Twoim domem rodzinnym?
Hmmm… takich książek mam cztery… Po pierwsze to Pan Tadeusz – egzemplarz wydany przez Czytelnika w 1989 roku; był czas, kiedy moja mama czytała go rok w rok, zima nie była zimą, jeśli mama nie brała tej książki do ręki i nie zasiadała z nią przy kuchennej żarówce. Druga książka to któraś z części Trylogii (niestety byłam tak mała, że nie zakodowałam która) wydane przez PIW (czarna seria) zaczytywana przez dziadka. Trzecia (wiąże się z drugą) to Kolumbowie… czytana przez babcię w tym samym czasie i tym samym pokoju (wszystko trzeba rozumieć tu dosłownie) co Trylogia przez dziadka; i mam takie wspomnienie: babcia na tapczanie, dziadek na kanapie, każde w swoim kącie pokoju, niby czytają te swoje książki (tu nr 2 i 3), a co chwilę spozierają zza okładki swojej książki i jedno drugie popędza, by się „streszczało”, bo chce zabrać książkę „przeciwnika”; te literackie wyścigi musiały zrobić na mnie-dziecku ogromne wrażenie, skoro je do dziś pamiętam... A czwartą to Ballady i romansie Mickiewicza – i to nie konkretne wydanie, ale tekst sam w sobie – kiedy moje rodzeństwo było małe, tata wieczór w wieczór Z PAMIĘCI deklamował Powrót taty, Świteź, Świteziankę, a jak się zapędził to i Trzech Budrysów:) Tak mi to weszło w krew, że Powrót… do dziś pamiętam… I jak miałam skończyć inne studia:)? Od dziecka byłam naznaczona:):)
2.      Czy pamiętasz ten moment, gdy stwierdziłaś/eś, że książki to Twoja największa pasja?
Tak. Wtedy, gdy skończyłam Akademię Pana Kleksa i poczułam ból w sercu, że to już koniec… Ten żal do dziś odczuwam, kiedy rozstaję się z książką, która wywierła wrażenie.
3.      Jaką pełnisz rolę w blogosferze?
W sumie to nie wiem:) Czytam sobie książki, współpracuję z dwoma Wydawnictwami, szlifuję swój język mówienia o literaturze, podglądam blogi – niektóre cudowne i bardzo dojrzałe, przy czytaniu aż zazdrość ściska, że ja tak nie umiem – innych, ale w tym wszystkim nie jestem chyba nikim ważnym… A już na pewno nie super-opiniotwórczym:) Ale uwielbiam to, na co jakichś rok temu się zdecydowałam:)
4.      Czym pisarz może Ci naprawdę zaimponować?
Na pewno wykreowaną sytuacją, sceną, ale przede wszystkim językiem, jakim operuję… Ilekroć czytam Poświatowską, Tokarczuk, Myśliwskiego zachwyca mnie ich zwięzłość słowa, składnia i lekkość, z jaką się nimi posługują. Zgrabny, przemyślany język to jest to!
5.      Czy jest taka książka, której nie pozwoliłabyś/nie pozwoliłbyś przeczytać swemu dziecku?
Nie ma. Każdą książkę można przeczytać – nawet jeśli nie jest wysokich lotów – byleby osiągnąć odpowiedni do niej wiek, by nie zszokowała treścią, językiem i by ją zrozumieć.  
6.      Którą z Twoich książek uważasz za najpiękniej wydaną?
Jej.. To trudne pytanie… Ale to chyba trzytomowe wydanie Władcy… od Muzy, w etui z reprodukcjami obrazów. Następnie 33xTrójka, Historia Piękną, Historia Brzydoty i Niedenthal. Ale to lista tak na szybko wymyślona… Odpowiedź zupełnie nieprzemyślana:(
7.      Który współczesny pisarz/pisarka polski według Ciebie rokuje największe nadzieje?
Nie mam pojęcia… Ci, których cenię i „w ciemno” kupuję już są docenieni oraz ważni, a tych, którzy zaczynają nie czytam… Bo ja w ogóle bardzo mało czytam polskich debiutantów… Wstyd mówić… To musi się zmienić w nadchodzącym roku… I takim sposobem mam postanowienie na nowy rok;)
8.      Którą książkę przeczytałaś/eś najwięcej razy i dlaczego do niej wracasz?
Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Tam jest wszystko, co wiąże się z życiem każdego człowieka… Pisałam o tym tu
9.      Jaki humor Cię śmieszy? Czy pamiętasz jakąś naprawdę zabawną scenę książkową?
Komizm sytuacji i postaci. Język nie zawsze, bo czasem śmieszyć ma coś, co jest brutalne/wulgarne/dosadne…
10.  Która książka w tym roku zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Księgi Jakubowe! Mistrzostwo! Autorka przeszła samą siebie. Pisałam o tym w swoich Dawkowaniach i następującej po niech recenzji.
11.  Książka, którą chciałabyś/ chciałbyś znaleźć pod choinką?
Blogger chyba nie jest jednak nieskończony, by taką listę pomieścić… Ona się nie kończy:)

A oto moje pytania/hasła wywoławcze:
1.      Która z dotychczas przeczytanych książek jest największym rozczarowaniem i dlaczego?
2.      Która z przeczytanych książek jest całkowicie pozytywnym zaskoczeniem i dlaczego?
3.      Które miejsce w Twoim domu/pokoju najbardziej zachęca i nastraja do czytania?
4.      Jaka muzyka (piosenka, utwór) kojarzy Ci się z ulubiona książką?
5.      Z którym pisarzem/-ką chciałbyś/-łabyć zjeść kolację i dlaczego z nim (nią)?
6.      Pomysł na prowadzenie bloga zrodził się.. – podaj okoliczności.
7.      Gdybym nie prowadził/-ła bloga, czas wolny spożytkowałbym/-łabym na… - uzasadnij wybór.
8.      Której książki chciałbyś być autorem – i dlaczego?
9.      W książkowej blogosferze najbardziej lubię… a najbardziej nie lubię….
10.  Pierwszą myślą po przeczytaniu naprawdę interesującej i dopracowanej książki jest…
11.  Moje postanowienie noworoczne brzmi:… Jeśli możesz – rozwiń te myśl.
 Ze swojej strony proszę o odpowiedź twórców blogów:

13 grudnia 2014

Kuchnia od kuchni

Nie spotkałam człowieka, który byłby specem od WSZYSTKIEGO, który znałby się na wszystkim… Osobiście nie znam się na wielu rzeczach i bardzo wielu rzeczy nie umiem (i wcale się tego nie wstydzę – np. tego, że nie prowadzę auta, po umyciu szyb wciąż mam na nich smugi a w moim ogrodzie to tu to tam wyrasta chwast)… Ale najdziwniejsze jest chyba to (dla mnie samej również), że nie umiem gotować, nie lubię tego, nie mam ochoty się uczyć i nieraz kombinuję (zapytajcie P.) jakby tu ominąć kuchnię szerokim łukiem…
W tej sytuacji dziwi fakt, że zgodziłam się przyjąć od WL książkę Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu. Bo co o książce „żywieniowej” może napisać osoba, która nie lubi kuchni? Ale ją przyjęłam i… Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu to książka niezwykła!


Nie jest książką kucharską – choć zawiera przepisy: od sposobu na babeczki, mizerii, grog z whisky, zupę rybną po ravioli z wołowiną a to wszystko uwieńczone kilkoma subiektywnymi listami najlepszych win.
Nie jest to też poradnik jak żyć, choć znajdziemy tam całą gamę pomysłów na ciekawą, spokojną i owocną codzienną – od recepty na wspólnie z bliskimi przeżywanie poranków, wyciszenie w szumnej pracy, po wytchnienie przy rodzinnym stole.
Nie jest to też prezentacja życia w blichtrze, przepychu, na wysokiej stopie, kiedy - mając wiele czasu wolnego - można przygotować, a później delektować się wyszukanymi i drogimi potrawami.
Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu to książka o tym, jak gotowanie, kuchnia, jedzenie mogą cieszyć, dawać satysfakcję. Z perspektywy tej pozycji jedzenie nie jest „odżywianiem”, wzmacnianiem organizmu, podtrzymywaniem funkcji życiowych (do czego sprowadza się w moim przypadkuJ). Chodzi w niej o to, by w stole, posiłkach dostrzec sposób zacieśniania więzi rodzinnych, by wykrzesać radość ze wspólnego przebywania, kontynuowania tradycji, pogłębiania bliskości – by stół nie kojarzył się z posiłkiem jako takim, lecz z dobrym duchem, który zespala i jest źródłem radości. Dla bohaterów tej książki ważne jest, by w tym szybkim, zwariowanym, nastawionym na komercję i przepych świecie nie zgubić tego, co dobrego mamy od przodków, tej prostoty i oczywistości, by nawet smaki oczyścić z naleciałości innych kultur i sięgnąć po fundamenty dawno przez przodków opisane. Bo najlepsze jedzenie to to lokalne i najbliższe. I może być najspokojniejszym momentem dnia. Dlatego powinniśmy je kontemplować i się nim cieszyć.
Książka ta ułożona jest  w cykl wywiadów Łukasza Modelskiego z największymi specjalistami „od kuchni”. Z tych 13 rozmów dowiadujemy się czym jest dla nich jedzenie samo w sobie, jedzenie jako potrawa oraz jego przygotowanie; co w tym jednym z podstawowych aktów człowieka może być/powinno być pięknego i wyjątkowego. Rozmówcy Modelskiego to osoby, które o jedzeniu oraz składnikach spożywczych wiedzą naprawdę bardzo dużo i mogą o nich ciekawie opowiadać; których kuchnia cieszy i z gotowania są w stanie uczynić święto; to osoby, dla których kuchnia to pasja, a nie jeden z codziennych obowiązków. I zapewne dzięki tej pasji niejedna z tych osób osiągnęła zawodowy sukces.
Więc może i ja się czegoś od nich nauczę! 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


12 grudnia 2014

Spontanicznie

Nieoczekiwanie kupiłam dziś trzy książki - dwie dla Siostry, bo prezent mikołajkowy okazał się niezbyt dopasowany, więc odzyskane pieniądzu upłynniłam w sposób wiadomy.


Kiedyś rozczytywała się w Roberts ale mam nadzieję, że tego nie zna. A romansami też nie gardziła, więc liczę, że choć ten prezent okaże się odpowiedni:)
A dla siebie wygrzebałam perełkę wręcz!! Popatrzcie:


Książka jest KOSMICZNA - jej format, sposób wydania (nawet papier), bogata ikonografia, szczegółowa bibliografia skłaniają do tego, by coś więcej Wam o niej powiedzieć:) I na pewno opowiem:)! 

Tak bardzo lubię spontaniczne chwile w dziale z książkami:)! 
A Wy:)?

Paczkowo

Że to szalony czas pewnego jegomościa z torbą pełną paczek i paczuszek, pora bym pokazała swoje drobiazgi:













(ten kociak to wdzianko, które ma zimowe noce uczynić znioślejszymi, lakiery do paznokci - wiadomo, moja wizytówka, a kartki/zakładki oraz kreatywny dziennik to pomysł Dagi i Gicia)...

Kiedy ten zwariowany (i chyba raczej majętny) Pan sobie przeszedł, wjechała do domu paczka od Darii.


Poza wygraną w konkursie książką Islandia jak z bajki zawierała: album z czterema pora roku na tejże wyspie, dwie bajeczne czekolady, cukierki, ciacha, węża-klejmordkę (to to ze słonikiem), od którego muszę odganiać Męża i przepiękną kartkę z obłędnymi widokami:):)!!
I już wiem, że w Keflaviku jest międzynarodowe lotnisko i kusi tamtejsze muzeum etnograficzne...;-).
Dziękuję:):):):):)!!!!!!!!!

Pozdrawiam!

I would like to apologize...

... za moje blogowe milczenie.
Za nieodwiedzanie Waszych stron, nie czytanie wpisów, recenzji; przepraszam za brak komentarzy i pozostawanie w tyle – od prawie miesiąca… Czasem jedynie okiem rzucę tu czy tam (stąd wiem o kolejnym wywołaniu do tablicyJ - u Oli - tu)…
Życie gna, problemy się mnożą, obowiązki – krótkotrwałe/długotrwałe – co jakiś czas wypływają, a pasje schodzą na dalszy plan… Więc i moje wpisy są rzadkie, czasem bez spójności…
Wieczorami coś sobie do poduszki czytuję - ale droga do końca tekstu bywa długa… - i czas do recenzji się wydłuża…
Mam nadzieję, że wybaczycie mi to zaniedbanie – obiecuję, że się poprawię i może w przerwie świątecznej zaległości nadrobię…
A w tym roku nawet nie mam pomysłu na te Święta, nie mam energii, by myśleć o pieczeniu, dekorowaniu, sprzątaniu… A rok temu były pierniki, cykl „Piosenka na dziś” – z pomocą Trzeszczących płyt Kaczkowskiego, dziecięce wypatrywanie śniegu…
Ej… życie…

ps – a wiosenny akcent tej zoomy ma już towarzystwo:



To czekam jeszcze na dwa kolejne hiacynty i... 14 krokusów... - tyle cebulek kiełkuje:)

10 grudnia 2014

To tak, jakby zostawił swój cień (...). ciała nie ma, ale cień pozostał.

Jest taka grupa książek, od których trudno się oderwać, o których – w codziennym zamieszaniu – trudno nie myśleć. To takie książki, które wsysają się w myśli i uparcie tam tkwią. I mogą to być teksty dokumentalne, reportażowe, biograficzne – całkowicie zanurzone w konkretną rzeczywistość, autentyczne osoby, których historie wręcz bolą – Imperium, Papusza, Poniedziałkowe… Są również doskonałe historie literatury klasycznej, jak Lalka, Zbrodnia i kara, Mistrz i Małgorzata, Ludzie bezdomni... Mogą to być obłędne historie miłosne, jak Mistrz i Małgorzata, Co się zdarzyło…, Anna Karenina… Mogą to też być teksty obyczajowe, które mają w sobie jednak ziarenko intrygi, napięcia oraz spójnej, przemyślanej akcji – Dom w…, Czekolada, Cukiernia… Ale nie od dziś wiadomo, że historiami, które najwięcej bazują na emocjach, nerwach czytelników, które budują napięcie, dawkują wydarzenia i informacje, a stopniowania emocji nie ma końca są kryminały i thrillery.
I dziś o jednym takim tekście.  
Fabuła Człowieka, który zostawił po sobie cień jest jednocześnie i prosta i zawiła.
Bo mamy oto bajecznie bogatego Joela, ożenionego z niezwykle piękną, młodą i wykształconą Angelą, który pewnego dnia - po dość typowej kłótni z żoną - znika, nie zostawiając wiarygodnej informacji, co i tak pozwala policji przypuszczać, że zrobił sobie odpoczynek od rodziny oraz firmy i nie ma mowy o porwaniu czy morderstwie. A dość zawiła przeszłość Joela każe się poważnie zastanowić, czy ktoś, komu kiedyś porwano młodszego brata a pogrążeni w żałobnym alkoholizmie rodzice popełnili samobójstwo miałby jeszcze w sobie tyle szaleństwa, by sfingować własne porwanie?
Mamy tu też Dannyego Katza – eksnarkomana, eksbezdomnego, ekswięźnia skazanego za dość brutalny (i nietypowy) napad na swoją dziewczynę, eksuczestnika wojskowego szkolenia dla wybitnie zdolnych lingwistów, ekspracownika służb zbrojnych - obecnie tłumacza, czasem parającego się hakerstwem. Z profesją prywatnego detektywa niewiele ma raczej wspólnego, ale i tak podjął się próby odszukania starego przyjaciela Joela Klingberga.
Tylko czy ten eksprzestępca wciąż balansujący na granicy prawa i bezprawia, jest w stanie wejść w świat handlu międzynarodowego, blichtru i przepychu, by poznać najnowszą tajemnicę kolegi?
I już na początku okazuje się, że sprawa nie ogranicza się do Dannyego, Joela i jego żony. Szybko na arenie pojawia się tajemniczy policjant, który tak naprawę okazuje się być dość dociekliwą panią prokurator (a czemuż tak ją interesuje to zniknięcie-nie-zniknięcie?), głuchy młodociany narkoman, emerytowana sprzątaczka-lesbijka, dyrektor prywatnego biura ochrony, przestępca-najemnik, przypominający zombie, szamanka voodoo, biznesmen-tyran, dość kochliwy śledczy i płatny włamywacz, któremu można przypiąć etykietkę „szlachetny”.
Człowiek, który… to doskonały thriller kryminalny. Jest tu wszystko, co pasjonaci tego gatunku lubią: napięcie, gwałtowne zmiany akcji, ewolucje poważnie popapranych bohaterów, liczne wątki, które niejednokrotnie z drugorzędnych stają się głównymi, niemało - wymuszających uwagę – detali, a nawet wiarygodne opisy. Tempo zmian akcji, pojawianie się kolejnych szczegółów i wątków, brak posągowych - jednoznacznie dobrych oraz jednoznacznie złych - postaci, mroczna, mglista i tajemnicza atmosfera sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem, nie sposób się od niej oderwać, jak dla mnie to gotowy scenariusz filmowy – i to w mistrzowskim stylu przypomina szwedzkie Forbrydelsen.
Polecam!

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU

6 grudnia 2014

Wiosna zimą!

Nie mogę powiedzieć - Mikołaj w tym roku był nader hojny! Znalazł coś dla mego ciała, jak i duszy:)
A i matka-natura nie poskromiła swych łask! Choć mamy grudzień w pełni, obdarowuje mnie swymi kolorami. Dziś o tym, jak pięknie kwitnie pewien hiacynt, a za czas jakich będzie o morzu krokusów (myślę, że przy Nowym Roku niektóre będą już znacznej postury:)).
Więc oto niesforny kolega w okolicach 26.11:
'

Oto ten sam kwiat 30.11 - 1.12:

Tu z kolei mamy 3.12:

I na koniec obraz, który zastałam dziś wieczorem po powrocie z pracy:

Przyroda też może dostarczać niemało prezentów:)! 




29 listopada 2014

(...) ci, którzy nie mają horyzontów, pragną zniszczyć nasze. (s. 394)

Z trzech jakże różnorodnych tekstów kultury: Córki Rembrandta, Dziewczyny z perłą oraz licznych obrazów Vermeera wyłania się Amsterdam kolorowy, bogaty, pełen blasku, przepychu, bogobojny i mimo wielu kontaktów z innymi kulturami, czy obyczajami – wciąż tradycyjny i zamknięty społecznie; to miasto długich sukien i wyjątkowo przyciasnych gorsetów, koszul zapinanych pod szyję i długich płaszczy, jak i miasto wielodzietnych rodzin, kobiet, których dzieci bardziej chowane były w trumnach niż w kołyskach i mężczyzn, którzy za punkt honoru wzięli sobie wyżywienie rodziny; a już na pewno Amsterdam był miastem ciężkiej pracy, pracy, pracy – czy to malarza, czy ucznia – czeladnika - terminującego u mistrza, czy cukiernika, gońca, sprzątaczki, pomywaczki. Patrząc na artystyczny obraz tego miasta, ma się wrażenia, że tam wszyscy i zawsze pracowali, a słowa „lenistwo” i „odpoczynek” nie istniały w słowniku siedemnastowiecznych mieszkańców Amsterdamu. 
Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się kolejna pozycja o Amsterdamie XVII wieku – Miniaturzystka. Jej Autorka, raptem 32-ltnia Brytyjka, to raczej sporych rozmiarów dzieło pisała (niejednokrotnie w godzinach pacy, potajemnie, wykorzystując każdą wolną chwilę) przez 4 lata, 17 razy je przeredagowywała, a ten perfekcjonizm doprowadził do sytuacji, kiedy to w 2013 roku podczas Targów Książki w Londynie prawa do druku powieści kupiło prawie 30 krajów i otwarła się perspektywa sfilmowania historii. Nie powiem – pisarka z przytupem i w wielkim stylu weszła w świat wydawniczy! 

A i sam debiut spokojnie można zaliczyć do tych udanych!


Pomysł na napisanie powieści zrodził się podczas pobytu autorki w Amsterdamie, kiedy to w Rijksmuseum – tuż obok największych holenderskich malowideł – zauważyła mebel z kręgu rzemiosła artystycznego: drewniany miniaturowy domek-kredens, który w najdrobniejszym szczególe każdego z elementów odzwierciedlał ten rzeczywisty. W głowie autorki zrodziła się cała seria pytań: kim była jego właścicielka? jak wyglądała jej codzienność? jak zrodziło się w niej to nietypowe dziś zamiłowanie do kompletowania zabawkowej wręcz miniatury swego domu? kim był autor tych drewnianych (i nie tylko) figurek?
Ale książka nie jest jedynie literacką wersją fragmentu biografii Petronelli Oortman, czy historią jej prawie zabawkowego domku.
Jak dla mnie ta powieść osnuta jest wokół dwóch głównych tematów: losów Petronelli i tej nowej rodziny, której członkiem stała się po ślubie z Johannesem Brandtem oraz panoramy miasta w epoce największego jego rozkwitu.
Amsterdam Butron zamieszkany jest przez całą rzeszę anonimowych, nieznanych z imienia czy nazwiska postaci; to: stróżowie prawa, burmistrzowie, kupcy, czeladnicy, handlarze, dozorcy, rzemieślnicy. Jak w Lalce Prusa, tworzą oni zwarte tło, budują atmosferę tego gęstego od emocji i tłocznego od ludzi miasta, kreują przestrzeń dla głównych bohaterów dramatu: Petronelli, jej męża i szwagierki, ich dwojga oddanych, wiernych i pełnych wdzięczności służących, pewnego posłańca-byłego aktora, zawziętych starych przyjaciół, którzy z przyjaźnią i wiernością nie mają już nic do czynienia, pary cukierników, którzy okazali się sprzymierzeńcami, kiedy ci wysoko postawieni i wcześniej oddani zdawałoby się przyjaciele, zawiedli w chwili próby oraz anonimowego twórcy-rękodzielnika, który miniatury przysyłał, nie przyjmując zapłaty.
Choć paleta czołowych postaci jest raczej uboga, dzięki szerokiemu oglądowi, zmieniających się perspektyw czy poziomów opowieści, zmiennych miejsc akcji, kilku drobnym retrospekcjom czy próbie wprowadzenia mowy pozornie zależnej, czytelnikowi wydaje się, że bohaterów tej powieści nie sposób zliczyć, że jedne milczą, gdy inne mówią, by wnet ucichnąć i pozwolić mówić kolejnym – nawet matka Petronelli, która nie wypowiada w powieści ani zdania, zdaje się wysyłać kolejne małżeńskie rady, a urojone wizje w szalonej głowa Agnes aż huczą od zgorzknienia i oskarżeń. Ten chwyt z konstrukcją postaci przypomina trochę teatr Szekspira – pierwszy plan wypełnia raczej niewiele osób i gdyby nie to rozbudowane, wielopoziomowe tło, nie byłyby tak istotne oraz wyraziste.
W tej tak szerokiej, perspektywicznej powieści widzimy, jak Petronella – młodziutka, początkowo dość prostolinijna, naiwna i delikatna, ale wielce bystra mieszkanka wsi zmienia się w stanowczą, zdecydowaną, konsekwentną, odważną i upartą gospodynię, orędowniczkę interesów męża, tolerancyjną, pozbawioną uprzedzeń i generalizowania żonę oraz pracodawczynię; Petronella z powieści Butron to zawsze kobieta delikatna i rozważna w wypowiadaniu sądów, ale i obiektywna, samodzielnie myśląca, krytyczna i szybko przystosowująca się do nowych warunków, wtapiająca się w atmosferę i reguły dyktowane przez Amsterdam. Jednym słowem: szybko stała się dzieckiem swojej nowej małej ojczyzny; szybko przestała być dzieckiem, które oszałamia koloryt miasta, a stała się godną żoną najbogatszego kupca, członka Kompani Wschodnioindyjskiej. I jak jej mąż zwiedzał cały świat, nie bał się wypraw w najdziksze rejony, tak ona zrozumiała, że ich dom musi odbijać ten wielki mężowski świat. Stąd pełno tam map, gobelinów z najdalszych zakątków globu, czaszek dzikich zwierząt, przypraw rozsiewających czasem wręcz duszny zapach. Z podziwem należy patrzeć, jak ta kobieta szybko weszła w orientalny świat męża.
Wszystkie te powieściowe historie o: nietypowej miłości małżeńskiej, nieoczywistej sympatii między żoną a siostrą Johannesa, smutnych losów ich służących, zaplątania się Brandta w tragiczne, toksyczne wręcz relacje, obłudy i pozorności w wyznawaniu wiary czy wartości, jaką jest lojalność, przedstawione są językiem barwnym, dopracowanym, pełnym odniesień do maniery stylistycznej języka siedemnastowiecznego (np. zmieniony szyk wyrazów w zdaniu; myślę tu o polskim tłumaczeniu). Autorka wplotła w swą opowieść wyrażenia typowe dla ówczesnej kultury (kuchni!) czy ducha epoki, co nie pozwala czytelnikowi zapomnieć, w jakim okresie się znajduje. Wszystkie te zabiegi świadczą o dopracowanym pod względem faktograficznym i historycznym warsztacie pracy. Opisy są barwne, szczegółowe, oddają koloryt, ducha i manierę epoki jakby obrazy holenderskich mistrzów przekuto na słowa.
I myliłby się ten, kto sądzi, że tytuł odnosi się do głównej bohaterki, upodobaniu, z jakim kompletowała swój minidomek, treści, które chciała wyczytać z miniaturowej wersji jej rodziny. To nie Petronella jest tytułową postacią, a dziewczyna (sic!), która dla niej wykonywała te drewniane cudeńka. To w postaci anonimowej kobiety skumulowały się jedne z największych przewinień siedemnastowiecznej Europy: zakaz zawodowej pracy kobiet, represje wobec niestosujących się do tej zasady i tych, którzy z nimi sympatyzują, prześladowania względem wyznawców nowatorskich poglądów, zabobonność, lęk przed obcymi, czasem przybyszami z niewiadomo-skąd. Ale choć tak nietolerowana, później wręcz zaszczuta, miniaturzystka mocno wryła się w świat bohaterów Burton; choć całkowicie usunięta na margines społeczeństwa, nie dała o sobie zapomnieć, nie przestała mówić swoimi figurkami, stając się czymś nawet na kształt wyrzutu sumienia, świadkiem największych z przewinień (z przyjacielską zdradą na czele) czy zawiedzionych nadziei i marzeń.
Warto zauważyć, że mamy w tej powieści kilka miniatur. Dom Brandtów jest miniaturą wielkiego świata podróżników i kupców. Zabawka-kredens jest miniaturą domu małżonków, a i ta szafa ma swoją mini-wersję, która może zmieścić się nawet do kieszeni. Skoro zabawkowa wersja domu wcale nie dowodziła istnienia idealnego świata bez skazy; skoro ten realny świat okazał się pełen obłudy, zakłamania, fałszu, pozorności, interesowności i potęgi pieniądza, jako wartości nadrzędnej, jej dom musiał schylić się ku upadkowi, a zabawka poddać się zniszczeniu. Jak początek powieści, jest pełen kolorytu i bajecznego przepychu, tak jej finał to raczej gorzka prawda o tym, kim jest człowiek i jaki koniec może spotkać prawdziwych marzycieli czy kreacjonistów (wystarczy spojrzeć na Brandta czy miniaturzystkę).  
Wbrew początkowym przypuszczeniom to wcale nie jest historia o znudzonej życiem bogatej mieszczki, która dla zabicia czasu kompletuje domek dla lalek, a historia tego, jak nie stać się konformistą i nie zwariować w świecie pełnym obłudy, pozorów i powierzchowności. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


ps - teraz mogę przeczytać wszystkie zaległe Wasze recenzje tej książki:)

18 listopada 2014

Wszyscy pisarze to pasożyty (…). s. 286.

Kanał filmowy ale kino+ co jakiś czas podsyła widzowi kolejny serial kryminalny – jedne bywają lepsze, inne gorsze (w moim odczuciu), jedne trzymają w napięciu i są mroczne, inne w ogóle i jak dla mnie suną jedynie po temacie, nie budując klimatu tak pożądanego w tym gatunku.
Jednym z seriali pokazywanym w tej stacji jest ten o błyskotliwej i ekspresywnej Verze Stanhope. Wydaje mi się, że oglądnęłam wszystkie filmy z tego cyklu i wszystkie one wywarły na mnie ogromne wrażenie – wyraziste postacie, stopniowo budowane napięcie, zwroty akcji w nieoczekiwanym momencie i nieprzewidziane finały.

Dlatego z dreszczykiem emocji sięgnęłam po kolejną książkę z cyklu o Verze, którą tej jesieni wydało Wydawnictwo AMBER.
(źródło zdjęcia: http://www.wydawnictwoamber.pl/kategorie/literacki-kryminal/szklany-pokoj,p1611)

 Szklany pokój to historia zbrodni (a mówiąc ściślej – dwóch) popełnionych w ekskluzywnym Domu Pisarza podczas jednego z kursów organizowanych dla początkujących twórców. Pierwszą ofiarą był Tony Ferdinand – wykładowca akademicki i łowca talentów, który mógł niektórym początkującym pisarzom otworzyć drogę do wydawców oraz sławy, a drugą: Miranda Barton – sławna swego czasu autorka, właścicielka i kierowniczka Domu Pisarza oraz matka zdziwaczałego Alexa. Od samego początku krąg podejrzanych jest zawężony. Znajdują się w nim kursanci i wykładowcy: były policjant, były więzień, doceniony pisarz, wykładowczyni-pisarka, hippiska o zachwianej kondycji psychicznej i jej mąż, syn Mirandy, a niedługo do tego grona dołącza inny szkoleniowiec-wydawca. I to cała lista potencjalnych zabójców. Tylko dlaczego te zbrodnie zostały popełnione? I dlaczego oprawca wykorzystał sceny z kilku opowiadań osób związanych z Domem Pisarzy? I jak do tego ma się włamanie do Niny, rytualny mord na kocicy-Otheli i rudziku, pojawienie się polityka z Parlamentu Europejskiego, rekwizyty rodem z najważniejszych brytyjskich sztuk teatralnych, szantaż oraz wzmianka o studentce-heroinistce? Vera i jej ekipa – Joe, Holly, Charli – mieli sporo pracy, by z gąszczu różnych informacji wyłonić te istotne i kluczowe. I to wszystko w konfrontacji ze środowiskiem dość specyficznym, hermetycznym, niejednokrotnie brutalnym, kierującym się swoimi regułami, zaprzyjaźnionym głównie ze słowami „sukces” i „komercja”, w którym empatia to niejednokrotnie obce słowo. Więc finał i rozwiązanie sprawy mogą zaskoczyć – choć nie mnie, bo nie byłabym sobą gdybym wcześniej nie zagadnęła na ostanie strony:(. I to był mój błąd – sporo straciłam, nie było już tego dreszczyku emocji i podekscytowania!
Jeśli chodzi o warstwę językową i strukturę powieści, to w tej kwestii mam mieszane uczucia. W pierwszym przypadku czegoś mi tu brakowało – ale nie umiem powiedzieć czego, nie umiem tego braku wychwycić i nazwać. Co nie zmienia faktu, że humor i dyskretny cynizm tytułowej bohaterki jest sporym atutem powieści. Jak i narracja, sposób opowiedzenia historii. W pierwszej chwili czytelnikowi wydaje się, że w rozwiązaniu zagadki będzie podążał za policjantami, będzie chodził za nimi krok w krok, pozna wszystkie ich hipotezy, snute sugestie, ich weryfikacje, techniki pracy, aż po finał. Ale zaraz po tym, jak się oswoi z tym sposobem opowiadania, rzucony zostanie w przestrzeń osób podejrzanych – ujawnione zostaną ich codzienne nawyki, życie prywatne i stosunek do wydarzeń, których stali się uczestnikami. I to nie z punktu widzenia policji, lecz samych zainteresowanych. Taki chwyt będzie już do końca – czytelnik jest raz z policją, raz z potencjalnym mordercą. I kiedy odbiorca ma już swojego podejrzanego, kiedy wydaje mu się, że poznał jego motywy – hipoteza zostaje obalona. I w momencie kulminacyjnym, kiedy przy pomocy dedukcji oraz dowodów dostarczonych przez współpracowników Vera łączy w całość elementy układanki, czytelnik jest wraz z innymi na przyjęciu pożegnalnym - a nie w centrum operacyjnym policji; niczym jeden z podejrzanych rozwiązanie zagadki poznaje z nimi, a nie ze śledczymi. Te zmienne perspektywy oglądu sytuacji, różne punkty widzenia danej sprawy wpływają na nastrój książki, na konsekwentnie stopniowane napięcie i zmusza czytelnika to uważnego śledzenia fabuły. Nie można się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu, bo zaraz zostanie się z niego brutalnie wyrwanym i rzuconym w inną perspektywę.
Sporym atutem książki są też: miejsce zbrodni, jego dość klaustrofobiczne otoczenie, odizolowanie wszystkich bohaterów dramatu, sugestywne opisy surowości wybrzeża zimą, pogmatwane losy każdej z postaci - bez nich fabuła nie byłaby tak mroczna i pełna napięcia. Ta początkowo ograniczona przestrzeń od razu nasunęła mi skojarzenia z kryminałami Agathy Christie, której bohaterowie zazwyczaj przebywali z zamkniętym środowisku (a to pociąg, a to wyspa, lub hotel), co ograniczało pole manewru i krąg podejrzanych.
W Szklanym pokoju również postać inspektor jest dość ciekawa. Z jednej strony to osoba raczej cyniczna, bezpośrednia, niecierpliwa, racjonalna, niechlujna, bez wyrzutów zaglądająca do kieliszka, ale posiadająca też umiejętności: wczucia się w drugiego, wychwycenia jego nastrojów i przejawiania troski – ale oczywiście w granicach rozsądku.   
Podsumowując wystarczy powiedzieć, że ta książka warta jest uwagi. To dobrze rozpisany, chwilami przejawiający cechy powieści polifonicznej, sięgający do korzeni gatunku kryminał. Jest i w nim klasyczne już pytanie: kto (i dlaczego) zabił? oraz paleta przeróżnych, ale nie banalnych postaci. To też swego rodzaju diagnoza półświatka wydawniczego i pisarskiego. A w tle tego przenikliwe zimno brytyjskiej późnej jesieni i wrodzona niecierpliwość bezpardonowej pani inspektor. Godziny z tym tytułem mogą być miłym sposobem na spędzenie długiego zimowego popołudnia. 

A na koniec próbka filmu:



ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU


17 listopada 2014

Muzyczne szaleństwo

Moja wzmianka o Islandii wywołała kilka komentarzy, a w nich pojawiły się sugestie innych muzycznych ciekawostek. Postawiłam je tu zaprezentować - może znajdą kolejnych sympatyków. A i od siebie dołożę jeszcze jedną artystkę - jej pięć utworów.










Kto jeszcze lubi taką muzykę - połączenie muzyki folkowej/etno z popem, lub melodyjnym rockiem?
Dziś chyba nastąpi jej przedawkowanie:-D
Dziewczyny, dziękuję!

Spełniając życzenia

Na prośbę Agaty jeszcze kilka piosenek:







Powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze może być ich sympatykiem:) Bo ja uwielbiam! 

Pochmurny poniedziałek


Po co dodawać coś więcej?

14 listopada 2014

Ja i Islandia

U Darii konkurs na temat Islandii.
To może przyszła pora, bym i ja opowiedziała, co dla mnie znaczy słowo „Islandia”.
W skrócie: mam hopla, obsesję, świra na punkcie tego państwa. Od prehistorii wręcz (właściwie zanim wyspa została odkrytaJ!) oglądam jego mapy, wciskam oko w dorobek literacki, zachwycam się pejzażami i maltretuję męża, by mnie tam wreszcie zabrał w ramach kolejnej podróży poślubnejJ.
Wszystko zaczęło się od tego, jak pod koniec podstawówki – jeszcze nie-dorosła, ale już nie-dziecko – zaczytywałam się w banalnej i raczej płytkiej Sadze o Czarnoksiężniku. Dziś wstyd się do tego przyznać, ale w tam pokazanym obrazie Islandii było coś magicznego, nastrojowego a przede wszystkim dzikiego i nieogarniętego. I właśnie ta nieuchwytność, to oddziaływanie na zmysły odcisnęły się na mojej wrażliwości.
Czyli – po pierwsze: Saga

(źródło zdjęcia: http://sprzedajemy.pl/sandemo-saga-o-czarnoksiezniku-komplet-1-15,15780812)

Następnie - wręcz z impetem - Islandia wkroczyła do mojej świadomości na studiach, kiedy to postanowiłam na własną rękę przyjrzeć się bliżej jej kulturze – a zwłaszcza literaturze. Więc biegałam do biblioteki, spisywałam rewersy i taszczyłam do domu książki – niestety, nie moje, jedynie pożyczone. Na dowód tego zachowałam sobie mini-książeczkę z tymi sygnaturami – zdjęcie poniżej niech zaświadczy:


Wspomniany okres studiów to też czas, gdy zasypiałam z mapą wyspy nad głową (zdjęcie tej samej mapy poniżej – oko wtajemniczone zauważy, że to wersja z któregoś tomu Sagi o…). 


Próbowałam też zbliżyć się do kina islandzkiego – może  byłam na kilku seansach, ale do dziś pamiętam Noi Albinói - scena z odkopywaniem wejścia do domu z fałd zaspy przejedyna!

(źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/Noi.Albinoi)

Już po studiach, w ramach wydawania zaskórniaków, kupiłam sobie profesjonalną książkę o państwie – tego, ile razy była otwierana poniższe zdjęcia nie zobrazują. Wystarczyć musi moje zapewnienie, że zdjęcia, grafika, i poszczególne partie tekstu nie raz były przyswajane (a czy prawdą jest to, że w stolicy sporo śniegu jest od listopada do marca? Czy może na przestrzeni lat to się zmieniło?).





 Mniej więcej w tym samym czasie w TRÓJCE popularny był projekt Trójka przekracza granice (o nim trochę tu). W jednej z jego odsłon Michał Nogaś (ten od „Z najwyższej Półki”:)) prowadził nas przez gąszcz islandzkiego życia i atmosfery kraju. Wtedy to chyba po raz pierwszy spotkałam się z nastrojową muzyką Sigur Ros i dowiedziałam się kim dla Islandczyków był Polak - Szymon Kuran (o reportażu - tu).







A na dowód tego, że moja miłość do kraju nie umarła, pokażę co mam w zasobach komputera i telefonu - historia niesamowita, a informacje praktyczne nadają jej pełni!



Jak widać, Islandię kocham miłością wielką i beznadziejną – to też ten rozdaj miłości, która nigdy nie może być zaspokojona.
Pozdrawiam!