15 lipca 2017

Subiektywne zestawienie opowieści naj-.

Zauważyłam, że przy okazji letniego rozleniwienia na różnych grupach fb pojawiają się luźne pytania o czytelnicze sympatie. Administratorzy pytają o: najciekawsze trylogie czy serie, o przeczytane książki najśmieszniejsze, najulubieńsze, najgrubsze i najcieńsze… Idąc tym tropem, prezentuję moje subiektywne zestawienie książkowych historii  naj-. Zacznę oczywiście od książki najważniejszej, a przy pozostałych tytułach to już kolejność przypadkowa. Może moje zestawienie okaże się zbieżne z zestawieniem kogoś z Was? A może macie zupełnie inne, diametralnie różniące się od mojego? Wydaje mi się nawet, że takie spisy mogą się okazać czytelniczą inspiracją dla literacko niezdecydowanych. Oto moje spontaniczne i jak najbardziej prywatne zestawienie.


- KSIĄŻKA NAJWAŻNIEJSZA to oczywiście „Mistrz i Małgorzata” – ci, którzy dość regularnie przeglądają te zapiski, wiedzą, że od lat zajmuje szczyt mojej listy; nie jest to pierwsza przeczytana przeze mnie tzw. dorosła książka (pierwszą były „Wichrowe Wzgórza”), ale jest pierwszą, która mi pokazała, że tekst ważny, rozrachunkowy, rozliczeniowy, dodatkowo osadzony w autentycznych realiach społecznych, historyczno-kulturowych, politycznych, a nawet w biografii autora, dotykający istotnych problemów etycznych, ekonomicznych, religijnych, może również bawić i być źródłem rozrywki. Bo powieść Bułhakowa jest powieścią ważną, trudną w odbiorze, wielopoziomową, pozbawioną jednego klucza interpretacyjnego, ale jest również powieścią zabawną, ironiczno-groteskową, prześmiewczą, obdzierającą człowieka z jego złudzeń o własnej przebiegłości i bystrości. I to wszystko, co mi powiedziała o świecie, jego kondycji, o ludziach i mnie samej sprawia, że wciąż jest najważniejszym przeczytanym przeze mnie tekstem.
Okładka książki Mistrz i Małgorzata

- OPOWIEŚĆ NAJSMUTNIEJSZĄ jest mi trudno wybrać. Bo przecież historie Łyska, Anielki, niewidomej dziewczynki, oszalałej Danuśki, wykrwawiającego się Kuby do wesołych nie należą. Jednak najbardziej wciąż uderza mnie rozpisana na losy kilku pokoleń historia kobiet z „Drogi do domu”. Ta pozbawiona subtelności i delikatności, ale operująca plastycznym językiem książka o niewolnictwie i sytuacji czarnej ludności na rozległych plantacjach USA sprawia, że czytelnik nie może otrząsnąć się z przygnębienia i szoku, że aż tak przedmiotowo można traktować innych, nie widzieć w człowieku człowieka, lecz jedynie twarde narzędzie pracy (jak motykę czy ścierkę – co jednak różne jest od podejścia III Rzeczy, która inne narody, klasy, grupy najpierw pozbawiła praw, samodzielności, samostanowienia, swobód, a później potraktowała jak darmową siłę roboczą; niewolnicy natomiast nigdy nie mieli za grosz swobody i samodzielności, gdyż z definicji nie byli traktowani jak rozumne istoty ludzkie). I im głębiej wchodziłam w fabułę, tym mocniej czułam (całkiem subiektywnie i w oparciu o intuicję, bez odniesienia do jakiejkolwiek wiedzy naukowo-politycznej), że Stany nie rozliczyły się nawet przed sobą ze zjawiska nazywanego „niewolnictwo”.
Okładka książki Droga do domu

- KSIĄŻKĄ NAJTRUDNIEJSZĄ zdecydowanie było dla mnie „Ferdydurke” Gombrowicza. Ten język, narracja, budowa powieści, dywagacje teoretycznoliterackie, rozbudowane frazy, pozorny brak logiki i związku przyczynowo-skutkowego sprawiły, że do dziś nie mogę się do niej przekonać. Rozumiem problematykę (nota bene istotną i wciąż aktualną), dostrzegam wagę artystyczną, nowatorskość, ale sposoby podania, opowiadania, nawiązywania kontaktu z odbiorcą sprawiają, że wciąż nie mogę się do niej przekonać (być może już wnet ulegnie to zmianie, bo - z przyczyn zawodowych – czeka mnie kolejne z nią spotkanie) i nie sposób mi lekko przebić się przez język.
Okładka książki Ferdydurke

- Z KSIĄŻKĄ NAJZABAWNIEJSZĄ problemów nie mam. To „Nowe przygody Mikołajka” :-) Te króciutkie opowieści prowadzone z punktu widzenia kilkuletniego chłopca obdarzonego bystrym umysłem i ciętym językiem sprawiają, że dorosły żałuje, że jest już dorosły, a drugiej strony wstyd mu za swoją grupę społeczną – bo diagnozy Mikołajka na temat świata dorosłych są miażdżące. Okazuje się, ze w oczach dziecka jesteśmy banalni, dziwni, pozbawieni polotu, schematyczni, niewiarygodni, niesłowni, dosłowni, dziwnie sztywni, pozbawieni poczucia humoru, dystansu do siebie i świata, pełni pozorów i sprzeczności… Jednym słowem: dorosły niczego dobrego o sobie się nie dowie, ale na pewno zaleje się łzami – płacząc nad własną niedorzecznością J    
Okładka książki Nowe przygody Mikołajka. Tom 1

-  NAJWIĘKSZYM ZASKOCZENIEM do dziś pozostaje kilka tytułów. Na przykład „Czekając na Godota” – bo czytając, tuż po maturze, nie mogłam zrozumieć dlaczego tak późno, bo po raz pierwszy oszołomił mnie ten ścisły związek fabuły, problematyki i budowy utworu; „Uciekinierka” Munro za rozwiązanie fabularne, ten niesamowity zwrot akcji, odwrócenie opowieści, nieoczekiwane zakończenie – tak bardzo niczym wcześniej niezapowiedziane. Jednak w tej grupie niepowtarzalnie od kilkunastu lat króluje „Władca pierścieni”. Ci, którzy znają moje upodobania literackie wiedzą, że nie czytam fantastyki. Może jestem zbyt banalna, przyziemna, dosłowna, logiczna, ale nie umiem oderwać się od „tej” rzeczywistości, by czytelniczo przenieść się do innej. Jednak temu przyzwyczajeniu wymknęła się trylogia Tolkiena. Symbolika tekstu, aluzje kulturowe, literackie, tempo narracji, jej język, opowieść o ideałach, wartościach wyższych, mężnych – mimo prób – postawach, istocie przyjaźni, tym, co fundamentalne, a o czym tak łatwo dziś zapomnieć sprawia, że tekst – choć już pokolenia się na nim wychowały - wciąż jest uniwersalny, ani przez chwilę nie traci na aktualności i podoba się nawet tym wychowanym w dobie globalnej wioski.
Okładka książki Władca Pierścieni

- Tekstem NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCYM W PAMIĘĆ dla każdego może być trylogia Simons o Tatianie i Aleksandrze. Ta rozbudowana historia rozpoczynająca się w przeddzień II wojny światowej jest nie tyle romansem, co opowieścią o zwykłych ludziach uwikłanych w wiry polityki i prądy historii, przed którymi nie są w stanie się obronić. Wybuch wojny, blokada Leningradu, głód, przesuwający się front, wewnątrzrosyjskie rozrachunki z więźniami politycznymi, surowość Syberii to jedynie namiastka tego, czym wielka polityka może człowieka „obdarować”. A to wszystko opowiedziane dynamicznie, z zachowaniem historycznej wiarygodności, ale bez ciężkości typowej dla szkolnych podręczników czy opracowań naukowych. Nie będę ukrywać – 3. część może rozczarować (zbliża się do banalnej, babskiej obyczajówki), ale i tak nie przyćmi dwóch wcześniejszych.
Okładka książki Tatiana i Aleksander

- Książką, która budzi mój NAJWIĘKSZY PODZIW to bez wątpienia „Księgi Jakubowe”. Tekst jest efektem wieloletniej pracy, jest wielowymiarowy, doskonale opracowany, historycznie i kulturowo wiarygodny, dopieszczony pod względem edytorskim, redakcyjnym, a nawet ikonograficznym,  porusza - jak zwykle u Tokarczuk – istotne dla zbiorowej pamięci i świadomości kwestie (tym razem na przykład korzeni kulturowych). A już sam fakt, że opublikowanie książki stało się początkiem fali niesmacznej, często pozbawionej merytorycznego argumentowania, krytyki, jakiej doświadczyła autorka, sprawia, że należy po nią sięgnąć.   
Okładka książki Księgi Jakubowe

Tak oto przedstawia się mój dzisiejszy subiektywny ranking książek naj-. Na pewno każdy z Was ma podobny i na pewno nic dziwnego też w tym, że różni się od tego czynionego jakiś czas temu – a i za lat kilka również i ten ulegnie zmianie. Czytajmy, rozwijajmy się, szlifujmy upodobania literackie – i chwalmy się nimi :-).          
ps okładki książek pochodzą z lubimyczytac.pl.  

13 lipca 2017

To historia utrzymana w stylistyce realizmu magicznego

Okładka
    "Czerwone dziewczyny" wciąż są przede mną. Bardzo mi przykro, że powieść utknęła wśród wielu innych tworzących czytelniczy stosik, tym bardziej, że odkąd się ukazała robi furorę wśród blogerów, zawodowych recenzentów, księgarzy i zwyczajnych, typowych czytelników, pasjonatów dobrej książki, których przecież nie brakuje. Nic więc dziwnego, że spotkanie z autorką - Kazuki Sakuraba - kiedy ta przyjechała pod koniec czerwca do polski na Big Book Festival cieszyło się ogromną popularnością. 

      
      Wydawnictwo Literackie, tak to relacjonuje: 
   W dniach 23-25 czerwca br. Kazuki Sakuraba, autorka sagi Czerwone dziewczyny, była gościem Wydawnictwa Literackiego i Big Book Festival. Na spotkanie z pisarką, które znakomicie poprowadziła Katarzyna Boni, ściągnęły tłumy czytelników. Brakowało krzeseł, sala dosłownie pękała w szwach. Uczestnicy festiwalu wymieniają je najczęściej wśród najwyżej ocenianych spotkań, dla wielu osób było ważnym przeżyciem. Autorka porwała publiczność błyskotliwą opowieścią o Japonii, zaskakując przy tym odwróceniem ról – odpowiadając na zadawane pytania, sama formułowała pytania do zebranych. Po spotkaniu – dwie godziny (!) upłynęły niczym kilka sekund – do stolika, przy którym Kazuki Sakuraba rozdawała przepięknie kaligrafowane autografy (w social media pod hasztagami #kazukisakuraba #czerwonedziewczyny można zobaczyć wiele przykładów) ustawiła się długa kolejka chętnych. Spośród 320 tytułów dostępnych w festiwalowej księgarni Czerwone dziewczyny były trzecim najlepiej się sprzedającym. 
    Oprócz spotkań z czytelnikami i dziennikarzami pisarka znalazła czas na zwiedzanie warszawskiej Starówki, muzeów i miejsc pamięci związanych szczególnie z Fryderykiem Chopinem, a także spacer w Łazienkach. Odwiedziła też Auschwitz i Kraków, gdzie zachwyciły ją harce Lajkonika. Do Tokio wróciła z listą klasyki polskiej literatury i wyrazistym wspomnieniem polskich smaków, gdyż Polskę poznawała nie tylko od strony historii, kultury i ludzi, ale też od strony tradycji kulinarnej. Nasze żurki, pierogi, placki ziemniaczane, barszcze, gołąbki i pączki bardzo przypadły jej do gustu. Pośród tych wszystkich zajęć i atrakcji Kazuki Sakuraba wystąpiła w dwóch nagraniach video przygotowanych z myślą o polskich czytelnikach. Zapraszam serdecznie do obejrzenia tego materiału.
     Jakie znaczenie kryje się w pseudonimie literackim Kazuki Sakuraba i co łączy ród Akakuchibów z klanem Kennedych? - odpowiedź tutaj
     Jaka jest rola kobiet w japońskim społeczeństwie i czy historia Manyo, Kemaris i Toko odzwierciedla historię rodzinną samej autorki? - opowieść tu. 
     Dodatkowe, równie pasjonujące, często zaskakujące, bo o rzeczach tak obcym nam, Europejczykom, opowieści znajdziecie w tekście recenzenckim opublikowanym przez "Rzeczpospolitą" (tu) oraz w wywiadzie, jaki autorka udzieliła dla WP (tutaj). 
     Nie będę ukrywać: z jednej strony żal mi, że lektura musi jeszcze trochę poczekać, bo wszystko, co o niej czytam - że realizm magiczny, że podobne do "Stu lat..", że siła kobiet, że panorama społeczna, że napisane z rozmachem i to wiarygodnie - kusi i wabi, w dodatku bardzo, ale z drugiej się obawiam, czy aby nie zawiedzie, czy mój gust faktycznie podobny do gustów wielu innych czytelników... Nic to, czas pokaże :-)   

11 lipca 2017

Przeszłość jej nie określała (s. 196) – Perła w piasku, Tessa Afshar

     W starotestamentalnej Księdze Jozuego są słowa: „Jozue powiedział dwu wywiadowcom, którzy wybadali kraj: "Wejdźcie do domu owej nierządnicy i wyprowadźcie stamtąd tę kobietę wraz ze wszystkimi, którzy do niej należą, jak jej przysięgliście". Weszli więc młodzi ludzie, wywiadowcy, i wyprowadzili Rachab, jej ojca i matkę, jej braci i tych wszystkich, którzy do niej należeli. Również wszystkich jej krewnych wyprowadzili i umieścili ich poza obozem izraelskim. Następnie miasto i wszystko, co w nim było, spalili, tylko srebro i złoto, jak i sprzęty z brązu i żelaza oddali do skarbca domu Pańskiego. Nierządnicę Rachab, dom jej ojca i wszystkich, którzy do niej należeli, pozostawił Jozue przy życiu. Zamieszkała ona wśród Izraela aż po dzień dzisiejszy, ponieważ ukryła wywiadowców, których wysłał Jozue, by wybadali Jerycho” (6, 22 - 25). A w Księdze Rut czytamy: „Amminadab był ojcem Nachszona, Nachszon był ojcem Szalmona. Szalmon był ojcem Booza, Booz był ojcem Obeda. Obed był ojcem Jessego, a Jesse był ojcem Dawida” (4, 20 -22). 
       One wszystkie stały się kanwą do opublikowanej wiosną przez Świat Książki powieści „Perła w piasku”. 
    Jest to skonstruowana z rozmachem fikcyjna, ale oparta na autentycznych, wiarygodnych i historycznie dowiedzionych fundamentach, opowieść o mieszkance Jerycha, która wraz z rodziną - za zasługi dla Izraelitów zdobywających po opuszczeniu Egiptu Kanaan - uniknęła śmierci w podbitym Jerychu. Opowieść o ukryciu zwiadowców, oblężeniu Jerycha, ocaleniu Racheb i jej rodziny czy ich późniejszym przyłączeniu się do Izraela „Perła w piasku” traktuje jako punkt wyjścia do kolejnych opowieści – o klęsce pod Aj, o złamaniu przymierza, o ukamieniowaniu Akana, o ponownej walce o Aj, o ślubie Szalmona. Powieściowa wersja tych wszystkich wydarzeń jest zgodna ze starotestamentowym zapisem, ale jednocześnie wypełnia białe plamy – próbuje uzupełnić luki, dopowiada, co przemilcza Biblia, opowiada całościowo, obdziera historię z niesamowitości typowej dla tekstów księgi świętej i czyni ją przede wszystkim opowieścią nie o sile i potędze wszechmocnego Boga, a tekstem o wyjątkowych i niesamowitych ludziach, którym przyszło żyć w przełomowych czasach, a których wciąż można podziwiać za niezachwianą wiarę. 
   Swą książką Tessa Afshar uczyniła, jak dla mnie, rzecz niesamowitą – tych ludzi przedstawianych przez Biblię niczym postacie posągowe, nieskazitelne, wzorcowe i przykładne, trochę bezmyślne i marionetkowe ubrała w typowe ludzkie cechy: oni też się boją, też mają dylematy, również czują się niepewnie, czasem samotnie, na pewno tęsknią, potrzebują drugiego człowieka, pragnął nawet namiętności, co może przerażać i onieśmielać, ale tym, co ich wyróżnia jest wiara i konsekwentne kroczenia drogą prawa, którego wypełnianie jest ich nadrzędnym zadaniem. Dzięki „Perle w piasku” na ten kawałek biblijnej opowieści spojrzałam jak na opowieść o zwykłych ludziach, których niesamowitością nie jest to, że stali się narzędziem w ręku Boga i ślepo kroczyli za jego zamiarem, ale to, że nie zwątpili i byli w stanie, mieli siłę, ten plan wykonać – postacie, o których Biblia mówi jako o patriarchach, głowach rodów, protoplastach, będących dumą dla wielu późniejszych pokoleń okazują się być postaciami osobowościowo i psychologicznie złożonymi, nie jednowymiarowymi i – choć szlachetnymi – nie pozbawionymi wad czy ułomności. I może się mylę, ale tym nowatorskim przypomnieniem starej historii o ludzie od lat błąkającym się po pustymi (parafraza urywku powieści), tym odbrązowieniem postaci mających uchodzić za wzorcowe, będących narzędziem w rękach tryumfującego swą potęgą Boga autorka nie pomniejszyła ich zasług czy roli, a sprawiła, że - dla osób mających się na nich wzorować - stali się bardziej ludzcy i przystępni. 
    Tym, co jeszcze udało się autorce jest uruchomienie języka dalekiego od współczesnych fraz, uruchomienie dyskretnej, nie agresywnej swą oczywistością, stylizacji biblijnej, takiej maniery językowej, która pozwoli przybliżyć język powieści do tekstu Księgi Jozuego – ale jest to na tyle delikatne, że ryzykowne byłoby porównanie narracji „Perły…” z narracją na przykład apokryfów.
    Nie będę ukrywać – dość sceptycznie podchodziłam do tej książki. Z góry zakładałam banalizację, miałkość, nijakość, bezbarwność, tandetną tkliwość – tym bardziej, że materiały prasowe nacisk kładą na wątek miłosny. Owszem – jest, i to dość rozbudowany, ale jest jednym z wielu i nie dominuje nad całą fabułą. Więc jeśli szukacie książki, po której nie wiecie czego się spodziewać, „Perła w piasku” doskonale się do tego nadaje. Myślę, że wielu może zaskoczyć.                     

ZA EGZEMPLARZ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

7 lipca 2017

(…) nasi przodkowie nauczyli się jeść absolutnie wszystko! (s. 210) – „Manu świata” Jacek Pałkiewicz

Zgodnie z tym, co głosi „Słownik języka polskiego” podróż polega na przebyciu „drogi do jakiegoś odległego miejsca”- człowiek wyrusza z punktu A i dociera do – wcześniej sobie wyznaczonego lub przypadkowego – punktu B. Idąc za tą definicją można się łatwo domyślić, że po drodze może doświadczyć pewnych nowych dla niego sytuacji (przeżyć przygody), spotkać nieznanych sobie ludzi, może usłyszeć obcy język, odczuć walory innego klimatu, poznać niuanse kulturowe charakterystyczne dla danego  regionu, ujrzeć dziwne zwierzęta. Może również poznać obce mu do tej poru posiłki i upodobania kulinarne.
O tym właśnie – o poznawanie świata poprzez kuchnię – jest niedawno opublikowany przez Świat Książki tekst Jacka Pałkiewicza „Menu świata”.
Autor – podróżnik, odkrywca źródeł Amazonki, dziennikarz, reportażysta, nauczyciel surwiwalu, doradca sił zbrojnych, oznaczany przez Benedykta XVI, Bronisława Komorowskiego, przyjmowany przez Jana Pawła II, Lecha Wałęsę, Andrzeja Dudę – wraz ze swym „Menu świata” zabiera czytelnika nie w gwarne ulice Nowego Jorku, slumsy Brazylii, klimatyczne kawiarenki Paryża, roześmiane ulice Rzymu czy kolorowe dzielnice Meksyku. Wraz z nim udamy się do dżungli brazylijskiej, głębokiej Syberii, odległych Indochin i Indonezji, w dalekie prowincje Wietnamu, spotkamy mieszkańców Kara-Kum, dowiemy się, jak (i co) można do syta zjeść podczas rejsu na Jangcy, gdzie polna mysz jest rarytasem, gdzie walutą były skompresowane bryłki herbaty, dowiemy się, których ludów obyczaje kulinarne sięgają tradycji koczowników, gdzie na ulicy grilluje się szaszłyki z baraniny, gdzie z gościnności i szacunku dla przybysza podaje się sfermentowane mleko wielbłąda, gdzie do zupy dodaje się suszony twaróg, który w innych sytuacjach można potraktować jak coś na kształt cukierka, który lud z przyczyn czysto praktycznych nauczył się jeść ogon barania, a który potrafi w ciągu jednego posiłku podać kilka dań z tego samego składnika głównego (łososia), tak by zupełnie odmiennie smakowały, kto podaje zupę „(…) z rozgotowanych jelit, żołądka, żył, ścięgien i mięśni”, gdzie z upodobaniem jada się świerszcze, pająki, skorpiony, tarantule, larwy chrząszcza mącznika…    
Wszystkie te opowieści okraszone są sporą dawką humoru, językiem kpiącym, ironizującym, czasem wręcz sarkastyczno-prześmiewczym. Ale nie w stosunku do  obyczajów i upodobań tubylców, lecz w stosunku do reakcji tzw. ludzi cywilizowanych, którzy przyjechali z ugładzonej Europy i wydaje im się, że posiadają patent na wszystko – nawet na ciężkie warunki koczowniczo-mieszkalne. W sytuacjach skrajnych okazuje się, że ich nawyki zawodzą i należy oddać się w ręce gospodarzy, którzy wiedzą, że jeść, spać, pracować, uprawiać ziemię, przerabiać mięso, przyjmować gości, obcować z innymi muszą jak pokolenia wcześniejsze – bo to one wypracowały najlepsze sposoby radzenia sobie w skrajnym mrozie, przy wdzierającym się do nozdrzy piasku, podczas zmiennych temperatur.        
Zapewne nie wszystkie rozdziały książki (a jest ich dwanaście (plus wprowadzenie)) przeczytacie ze spokojem i profesjonalizmem czytelnika, który z nie jednym tekstem miał już do czynienia. Ja nie byłam w stanie spokojnie przebrnąć przez część poświęconą jedzeniu psów w Chinach (szacuje się, ze rocznie 10 milionów tych zwierząt trafia na ubój), a i fragment o insektowych smakołykach w Birmie do przyjemnych nie należał.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Menu świata” jest pozycją ważną – i to z wielu powodów. Redefiniuje pojęcia „podróż” i „podróżnik” – sprawia, ze zbliżamy się do wypraw Malinowskiego czy Nowaka, a odchodzimy od schludności proponowanej przez biura podróży, uświadamiamy sobie, że na schematycznie przygotowywanej kuchni „cywilizowanego” świata świat się nie zatrzymał, że, choć jesteśmy tzw. starym kontynentem, nie mamy patentu a każdą przyprawę, potrawę i jej składnik główny, a już na pewno nie wolno nam mówić, że nasza kuchnia jest najlepsza.
Ta książka jest w stanie zrzucić z wyżyn pewności własnych sądów każdego, kto uważa, że w dobie globalnej wioski nic – nawet jedzenie – nie jest w stanie zaskoczyć. Oto inne spojrzenie na świat – od strony kuchni. I szybko się okazuje, że wcale - jakby niektórym się wydawało - tak dobrze tego świata nie znamy. 



ZA EGZEMPLARZ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ 

6 lipca 2017

Dotarłam na koniec świata - Catherine Poulain

Wczoraj swoją datę premiery miała opublikowana przez Wydawnictwo Literackie książki "Wielki marynarz" - książki, która otrzymała 8 nagród literackich, 300 000 sprzedanych egzemplarzy, nominacja do Nagrody Goncourtów. Literackie odkrycie we Francji. Dojrzały debiut pisarski pięćdziesięcioparoletniej kobiety, która całe życie trudniła się pracą fizyczną, zaskoczył krytyków literackich i zachwycił rzesze czytelników. Catherine Poulain była barmanką w Hongkongu, pracowała w wytwórni konserw na Islandii, przy produkcji syropu klonowego w Kanadzie i połowach ryb na Alasce. Świetnie odnalazła się w męskim świecie alaskańskich rybaków i marynarzy, co w szorstkim, godnym Hemingwaya stylu opisała w powieści "Wielki marynarz". Dziś Catherine Poulain pracuje dorywczo przy winobraniach w Médoc i na alpejskich łąkach wypasa stado 700 owiec. I, jak twierdzi, ma w planie kolejne książki.

Oto fragment wywiadu, który w całości można przeczytać na stronie kultura.gazetaprawna.pl 
(zdjęcie ze strony: http://bibliobs.nouvelobs.com/sur-le-sentier-des-prix/20160517.OBS0717/6-prix-et-30-500-euros-pour-catherine-poulain.html)  
7 prix et 30.500 euros pour Catherine PoulainWielkim marynarzu opisałaś doświadczenia z nielegalnego pobytu i pracy na Alasce. Spędziłaś tam 10 lat i nie byłaś jedyną, którą przyciągnęła tam jakaś nieznana siła.

Alaska to taki „Ostatni Przystanek”. To jest przyczyna, dla której ten olbrzymi stan nabiera znamion mitycznych. Dzikość i oddalenie od „cywilizowanego” świata sprawiają, że masz wrażenie, że możesz tu zacząć wszystko od nowa. Jest to miejsce ekstremalne i trzeba być przygotowanym na ekstremalne doświadczenia. Ściąga tu wielu dziwaków, nastolatków, którzy marzą o znalezieniu własnej drogi, także popaprańców, którzy dopiero co wyszli z jakiegoś życiowego zakrętu i chcą walczyć z widmami przeszłości, konfrontując się z siłami przyrody. Przejeżdżają też zwykli awanturnicy szukający przygody i wyzwań. I, najczęściej, po prostu ludzie, którzy chcą żyć z rybołówstwa i „pracować na krawędzi”.

Tak jak ty. Ciężko jest kobiecie żyć na takim „końcu świata”?

Czy ciężko? Nie wiem. Dla mnie życie na Alasce było łatwiejsze niż w Europie. Wiesz, chodzi o to, że nie ma tu żadnej zabawy w pozory, role i zasady. To nie istnieje. Byłam tutaj sobą, miałam prawo do szaleństwa, pod warunkiem, że w pracy dam z siebie wszystko, a kiedy kończyłam dniówkę miałam czas na przesiadywanie w barze. Nie było tam wiele kobiet. (…)

W 2003 roku amerykański urząd imigracyjny odesłał cię do Francji. Co wtedy czułaś?

To był koniec wszystkiego. Totalna katastrofa. Szarpałam się z ludźmi, którzy po mnie przyszli. Próbowałam wskoczyć do morza. To straszne, gdy chcesz rozbić głowę o ścianę, a musisz iść dalej, bo twoje osobiste małe dramaty nie znaczą nic.

Pracujesz teraz na południu Francji. Strzeżesz stada owiec, a od czasu do czasu zatrudniasz się dorywczo do pracy przy winorośli. Ostatni Przystanek to coś jeszcze przed tobą?

Ostatnia granica jest zawsze przed nami. Mam nadzieję, że pewnego ranka, wyruszę stąd razem z moim psem, by dotrzeć do mojego wymarzonego Point Barrow.

Okładka

5 lipca 2017

Pragnę cygańskiego marzenia (s. 112) – „Żółta tabletka plus” Anna Sakowicz


Okładka książki Żółta tabletka plus       Wydaje mi się, że opowiadanie to jedna z najtrudniejszych form literackich. Wymaga dyscypliny. By – nawet przypadkiem – nie wprowadzić zbyt wiele tematów, postaci, problemów, a nawet by zbytnio nie rozbudować świata przedstawionego. Wątek musi się zamknąć najlepiej w kilku stronach i jeszcze należy odpowiednim językiem zbudować mu napięcie. 
      Z takim problemem zmierzyła się Anna Sakowicz. Całkiem niedawno wydawnictwo Szara Godzina wznowiło jej tom opowiadań „Żółta tabletka plus”. Jest to zbiór 18 tekstów osadzonych w różnych realiach – wśród intelektualistów, nizin społecznych, rodzin, singli, osób poważnych, spontanicznych, przeżywających ważne momenty w życiu osobistym, rodzinnym, zawodowym. Ktoś chce wydać powieść, ktoś potrącił autem zwierzaka, ktoś zapomniał o urodzinach dziecka, ktoś jest zdradzaną żoną, ktoś walczy z niechęcią dziecka do literatury, ktoś chce zrobić karierę sportowca – i tak dalej... 
       Ale oni wszyscy stają się ofiarą jednego – poczucia humoru: losu, swojego własnego, opowiadacza, innych ludzi. Z nich wszystkich zadrwiło, zakpiło czyjeś poczucie humoru – a tym samym sam czytelnik ich wyśmiewa – jak los, któremu podlegali. Sakowicz swoją „Żółtą tabletką plus” uzyskała niesamowity efekt: wykazała, że każdą sytuację, nawet najbardziej trudną, można wyśmiać, każda ma w sobie jakiś pierwiastek zabawności, prawie każda udowadnia, że życie bywa śmieszne, ironiczne, czasem sarkastyczne, daje pstryczek w nos i jedynie to my, ludzie, bywamy czasem tak śmiertelnie poważni, że aż śmieszni w tym nie-dostrzeganiu zabawności życia - życia, które potrafi zrzucić człowieka z piedestału jego powagi, dostojeństwa i majestatu. 
       Nie będę ukrywać – to ironizowanie z człowieka, wykazywanie jego śmieszności i absurdów, w które sam niejednokrotnie się wplątuje, są potężnym atutem tego zbioru.
    Kolejnym jest język – bo to nie mała sztuka umieć tę ironię, sarkazm, uszczypliwość, drwinę i kpinę oddać słowem. 
      Następnym walorem okazuje się być wniosek - bo jak dla mnie wszystkie te teksty mają jedno wspólne przesłanie: czasem na trudną, pozornie beznadziejną sytuację sposobem jest śmiech, on może być ratunkiem – kiedy wykpimy problem, przestaje on nim być. 
      W skrócie: „Żółtą tabletkę plus” polecam na pewno tym, którzy nie boją się śmiać z samych siebie i potrafią na siebie spojrzeć niczym na odbicie w krzywym zwierciadle – bo zapewne w nie jednej postaci znajdziecie siebie.  

ZA EGZEMPLARZ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
Wydawnictwo Szara Godzina 2017

4 lipca 2017

„Pozorni królowie życia” (s. 132) – Agata Kołakowska, „Kolejny rozdział”.

Okładka książki Kolejny rozdział
      Czy ktoś z was, nie pracując „w książkach”, zastanawiał się, jak wygląda praca pisarza, poszukiwanie tematów, negocjacje z wydawcą, reakcje na naciski tego ostatniego, powolna droga na szczyt i zachłyśnięcie się sławą? Takie niuanse można spotkać w ostatniej książce Agaty Kołakowskiej „Kolejny rozdział”. 
     Bohaterami powieści są Kalina – ciesząca się zawodowym sukcesem autorka kryminałów, która w życiu osobistym przeżywa ciężkie chwile oraz Maciej – wydawca Kamili, samotny mężczyzna w średnim wieku, który obraził się na życie i nawet za swoją pracą nie przepada. Każde z nich miota się z winnych powodów i z różnym powodzeniem zjednuje sobie sympatię i (lub) antypatię innych osób. Tych dwoje łączy przede wszystkim oczywiście relacja służbowa – a w szczególności niepowodzenie ostatniej książki Kamili, jej kryzys pisarski i groźba niedotrzymania terminu wydawniczego przy kolejnej powieści. Ale i nie tylko to. 
    Łączą ich również niepokojące e-meile otrzymywane od tajemniczego „Ktosia”, który - niby w kolejnych partiach swej debiutanckiej powieści i przy pomocy wykreowanych przez siebie bohaterów - odsłania i analizuje najbardziej intymne, trudne, czasem nawet wstydliwe momenty z życia tych dwoje. Początkowo wiadomości wydają się być intrygujące, później irytujące, aż w końcu stały się niepokojące – za dużo było tych zbiegów okoliczności, podobieństw do realnych wydarzeń, za dużo prywaty a już na pewno wszystko niebezpiecznie gmatwało rodzinne relacje, nastroje, emocje, rozbijało codzienność, nakazywało spotkać się z własnymi, dawno uśpionymi, przeżyciami i traumami. Od pierwszych stron „Kolejnego rozdziału” czytelnik zastanawia się, kto jest tym regularnie przysyłającym wiadomości XYZ (bo odpowiedź na pytanie „dlaczego to robi” wydaje się dość oczywista) i kiedy zdołał zebrać aż tyle pikantnych szczegółów z życia Kamili i Macieja. 
       By zbudować tę misterną sieć powiązań, aluzji, niedopowiedzeń i luk fabularnych posłużyła się autorka budową szkatułkową – umieściła powieść w powieści, a później nałożyła na to jeszcze jedną warstwę narracyjną, wprowadziła drobne retrospekcje i kilka punktów widzenia, co wszystko razem wzięte uczyniło z „Kolejnego rozdziału” lekturę intrygującą, kuszącą i budzącą ciekawość w czytelniku. I muszę przyznać, że dawno nie miałam do czynienia z powieścią o takiej strukturze narracyjnej.
      Jedynie czego mi w niej brakowało to większej dawki napięcia, tego nasilenia emocji, dramatyzmu i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jak dla mnie tok opowieści jest tutaj zbyt lekki, prosty, zbliżony do banalnej obyczajówki. 
    Niemniej czas z „Kolejnym rozdziałem” nie uważam za czas stracony. Jak dla mnie ta powieść Agaty Kołakowskiej jest znacznie lepiej rozpisana niż „Niewypowiedziane słowa” (tu). 

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka