23 maja 2018

Zatrzymać się...

Nie ma wątpliwości, że dzisiaj świat literacki zatrzymał się z dwóch powodów...


Pierwszy to  The Man Booker International Prize dla Olgi Tokarczuk! Już rano o tym było, cały dzień o tym myślę i długo jeszcze z mojej głowy nie wyjdzie...! 


Okładka

     Powieść Bieguni (Flights) w tłumaczeniu Jennifer Croft została wyróżniona jedną z najbardziej prestiżowych literackich nagród na świecie. 
      To z pewnością jeden z największych międzynarodowych sukcesów polskiej literatury! Powieść Bieguni Olgi Tokarczuk w znakomitym przekładzie Jennifer Croft została wyróżniona The Man Booker International Prize, na stałe zapisując się w historii.
Flights — bo taki tytuł nosi anglojęzyczne wydanie książki — ukazała się na Wyspach Brytyjskich w maju 2017 roku nakładem wydawnictwa Fitzcarraldo Editions. Międzynarodowy sukces powieści, która w 2008 roku została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike, zbiegł się w czasie z niedawną polską premierą Opowiadań bizarnych.

      The Man Booker International Prize ustanowiono w 2005 roku jako dopełnienie The Man Booker Prize for Fiction, najbardziej prestiżowej nagrody literackiej za powieść anglojęzyczną. Międzynarodowa Nagroda Bookera przyznawana jest za najlepszą powieść przetłumaczoną na język angielski.


Tokarczuk z Bookerem!


Druga wiadomość przyszłą kilka godzin później. I jest wiadomością smutną.  

W wieku 85 lat odszedł dziś w nocy zdobywca Pulitzera, laureat Man Booker International Prize i jeden z głównych pretendentów do literackiego Nobla – Philip Roth. 




        Na swoim koncie miał najważniejsze wyróżnienia, poczynając od nagrody Amerykańskiego Stowarzyszenia Historyków za Spisek przeciwko Ameryce, przez Nagrodę Pulitzera za Amerykańską sielankę, a na Man Booker International Prize za całokształt pracy twórczej kończąc. Od lat wymieniany jako jeden z głównych kandydatów do Nobla, regularnie zamykał krótką listę zakładów bukmacherskich. Sam jednak nie wierzył, że kiedykolwiek otrzyma to najwyższe z literackich wyróżnień. W wieku 85 lat odszedł dziś w nocy Philip Roth.
      „Czy gdybym zatytułował swoją powieść "Orgazm" w czasach pazernego kapitalizmu zamiast "Kompleks Portnoya" zdobyłaby ona uznanie Akademii Szwedzkiej…” – zastanawiał się w wywiadzie dla „Svenska Dagbladet", przedrukowanym przed dwoma laty przez „Książki. Magazyn do czytania”. Nie należał do literatów zdyscyplinowanych i pokornych. Uwielbiał jątrzyć, drążyć i wywoływać „trzęsienia ziemi”. Oskarżany o „kalanie własnego gniazda”, wyklęty przez konserwatywne środowiska żydowskie, uchodził za kulturowego i religijnego skandalistę. Za nic miał sobie dobry smak i polityczną poprawność. Brutalny w sądach, cięty w języku, nieokiełznany w opisywaniu ludzkiej seksualności, nie ustawał równocześnie w pytaniach o tożsamość uwikłanych w sieć rozmaitych uzależnień bohaterów swoich powieści.
      Niezwykle ważnym i wciąż powracającym w twórczości Philipa Rotha tematem była też kondycja pisarza, jego związek z dziełem, granica między prawdą a literacką fikcją. Błędem byłoby jednak widzieć w najsłynniejszym chyba bohaterze książek zdobywcy Pulitzera, Nathanie Zukermanie, samego autora. Nie powinno się też utożsamiać jego sądów z sądami występującego na kartach kilku książek pisarza o znajomo brzmiącym nazwisku – Philip Roth.
      „Ci, którzy szukają przekonań autora w myślach i słowach jego postaci, szukają nie tam, gdzie trzeba. Wyławianie ‘myśli’ pisarza oznacza niszczenie bogactwa tej mieszanki, która jest najistotniejszą cechą powieści (...). Narzędziem myśli pisarza jest skrupulatność jego stylu. Tu właśnie, w tych wszystkich elementach, kryje się potencjalna wielkość myśli pisarza” – mówił autor Kompleksu Portnoya. W amerykańskiej trylogii opisywał rewoltę obyczajową i polityczny terroryzm lat 60. (Amerykańska sielanka), szydził z maccartyzmu i antykomunistycznej histerii lat 50. (Wyszłam za komunistę) oraz politycznej poprawności końca XX wieku (Ludzka skaza).
        A co myślał o współczesnej Ameryce?
       „Mało prawdy, wszechobecność antagonizmów, dużo gry na najniższych instynktach, gigantyczna hipokryzja, brak jakichkolwiek płomiennych uczuć na horyzoncie, powszechna brutalność, która bije w oczy, kiedy tylko włączy się telewizję, broń masowego rażenia w rękach szuj, całe litanie budzących absolutną grozę aktów przemocy, nieustające wyniszczanie biosfery w imię zysku, przerost inwigilacji, który wróci jeszcze do nas jak upiór, koncentracja bogactw, dzięki którym finansowane są najbardziej niedemokratyczne akty, analfabeci naukowi po 89 latach odgrzewający "małpi proces" wytoczony w 1925 r. nauczycielowi głoszącemu teorie Darwina w Tennessee, nierówności gospodarcze rozmiarów Ritza, depczące wszystkim po piętach zadłużenie, rodziny niezdające sobie sprawy z tego, jak zły obrót mogą przybrać sprawy, wyciskanie pieniędzy ze wszystkiego przy każdej okazji. Oraz, co nie jest nowością, rządy - sprawowane nie przez ludzi wybranych drogą demokratyczną, ale przez wielkie finansowe grupy interesów. Nasza stara amerykańska plutokracja w wydaniu gorszym niż kiedykolwiek”.
        Na literacką emeryturę przeszedł zresztą kilka lat temu. Przeczytał wówczas swoje książki raz jeszcze, żeby sprawdzić, czy jego praca miała sens i z czystym sumieniem, w ślad za swoim idolem z czasów młodości, amerykańskim bokserem, Joe Louisem stwierdził: „Zrobiłem wszystko, co tylko mogłem, środkami, jakie miałem do dyspozycji".
        Jego dzieła nie odejdą w niepamięć. Obrazowy język sprawia, że chętnie sięgają po nie hollywoodzcy filmowcy. W 2003 roku na ekrany kin, jako Piętno, weszła ekranizacja Ludzkiej skazy z Anthony’m Hopkinsem, Nicole Kidman oraz Edem Harris’em w rolach głównych. Pięć lat później mieliśmy okazję obejrzeć filmową wersję Konającego zwierzęcia (hollywoodzki tytuł - Elegia) z kreacjami Penélope Cruz oraz Bena Kingsleya. Do tego grona w 2017 roku dołączyła ekranizacja Amerykańskiej sielanki, w której u boku Ewana McGregora (po raz pierwszy również w roli reżysera!) wystąpiły: Dakota Fanning oraz Jennifer Connelly.


ZA MATERIAŁY PRASOWE DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

17 maja 2018

(…) najlepiej krzyczeć o dziwności czy dramatyzmie niektórych sytuacji – Eliza Segiet

Dziś kolejny z rzadkich tu wywiadów. Ponownie swoimi refleksjami o pisaniu, spotkaniu z czytelnikiem, zmaganiu się z poetyckimi intuicjami czy oswajaniu tematów opowie Eliza Segiet. Spotkałyśmy się przy okazji jej ostatniego tomiku - "Magnetyczni". 





M.G. - Jak długo poeta „dojrzewa”, by zdecydować się pisać o tak traumatycznych wydarzeniach jak Zagłada? Jak długo nosi w sobie te obrazy i tematy? Bo trudno mi sobie wyobrazić, że miałaby to być decyzja jednej minuty.

E.S. To jest bardzo trudne pytanie. Prawdopodobnie gdzieś w podświadomości nosiłam w sobie te obrazy. Pierwszy wiersz z tak zwanych wojennych „przyszedł” do mnie nocą. Wstałam i po prostu go zapisałam. Później powstało jeszcze kilka wierszy o tej tematyce (są zamieszczone w „Chmurności”). W pewnym momencie zrozumiałam, że muszę „wykrzyczeć” ten okrutny czas, w którym przyszło żyć ofiarom wojny. Zrobiłam to w „Magnetycznych”, ale zdaję sobie sprawę, że nie da się w kilkudziesięciu wierszach opisać czasu, w którym ludzie niejednokrotnie tracili wiarę w człowieka.

- Czy pisząc tak osobiste wiersze, tak głęboko zakorzenione w przeżyciach rodzinnych, myśli się o potencjalnym odbiorcy i o jego interpretacji? A może raczej nadrzędne staje się wyrażenie własnych uczuć i przeżyć?

Piszę wiersze, bo lubię to robić. Czy myślę o interpretacji potencjalnego odbiorcy?
W literaturze i w sztuce piękne jest to, że każdy ma prawo do własnej interpretacji. Nie zawsze odbiorca widzi, czuje to, co autor miał do przekazania. Odbiorca ma możliwość własnej analizy, swojego odbioru każdego dzieła, czy jest to utwór literacki, czy obraz, rzeźba…
Kiedy kończę pisać wiersz, zastanawiam się, czy jest czytelny. Staram się pisać tak, aby każdy był w stanie zrozumieć przekaz. Oczywiście nie zawsze się tak staje. Na przykład moje „wojenne” wiersze, inaczej „przemawiają” do kogoś kto przeżył ten koszmar, a inaczej do kogoś kto tę historię zna z filmów, literatury czy opowieści. Zresztą podobnie jak ja. Mogę być tylko przekaźnikiem zasłyszanych sytuacji z tamtego okrutnego czasu, które mocno we mnie się zakorzeniły.

- Jaki jest Twój sposób radzenia sobie z dramatycznymi wydarzeniami i traumatycznymi przeżyciami, nawet jeśli dotyczą one doświadczenia zbiorowego, nie odosobnionego, wybitnie indywidualnego?

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie krzywdzą innych, nigdy nie pogodzę się z tym, że w człowieku może być tak bardzo dużo zła. Przecież każdy rodzi się dobry, a w ciągu życia doświadcza innych wartości, które potrafią go zmienić.
Jak sobie radzę? Trudno jest odpowiedzieć na takie pytanie. Wojnę znam tylko z przekazów słownych, literackich czy filmowych.
A inne przeżycia? Najczęściej zamykam się w sobie. Najbezpieczniej jest we własnym „kokonie”. Jeżeli sama jako jednostka nie jestem w stanie naprawić czegokolwiek w społeczeństwie, w świecie to nie widzę powodu, dla którego mam prowadzić jakąś walkę na słowa czy czyny. Może jak w jednym z wierszy „Na nic potrzebny krzyk / gdy wszyscy obok ogłuchli…”. W ciszy swojego „ja” najlepiej krzyczeć o dziwności czy dramatyzmie niektórych sytuacji.
A jeśli problem dotyczy mnie? Łzy! Bardzo pomagają, a później poradzenie sobie z tą konkretną sytuacją.

- Levinas, niezmiernie doświadczony przez wojnę i Holocaust francuski filozof żydowskiego pochodzenia, mówiąc o spotkaniu, kontakcie z człowiekiem, twierdził (upraszając), że odbywa się ono na gruncie etyki, że ten spotykany drugi (Inny) jawi się jako nauczyciel, staje się wyzwaniem, należy się na niego otworzyć i przyjąć go z całym jego bogactwem, trzeba „(…) siebie obalać: dokonać aktu obalenia w sensie, w jakim mówi się o obalonych królach. Obalenie tej suwerenności jest dla ja społeczną relacją z drugim, relacją bez-inter-esowną”. Ty z kolei mówisz: „Miliony,/ kiedyś wolnych ludzi/znika, musi się ukrywać” oraz: „ Moje/ wpółmartwe ja/ jeszcze ma pragnienia./ - Pójdę w stronę,/ gdzie nikt do nikogo nie strzela”. Gdzie tu jest miejsce na to „pouczające”, pełne bogactw spotkanie? A może w kontakcie z konkretnym doświadczeniem filozoficzne teorie szybo i brutalnie zostają obalone?

Jak zauważyłaś u Levinasa, „Inny” to „nauczyciel (…), na którego należy się otworzyć i przyjąć go z całym bogactwem…”. W tym kontekście nie możemy zaprzeczyć, że właśnie ten Inny – nauczyciel nauczył nas innego patrzenia na rzeczywistość, może – jak powiedziałaś – to jest „pełne bogactw spotkanie”. Może właśnie zrozumienie, że nie każdy jest przyjacielem, ale też nie wszyscy są wrogami jest najlepszą nauką wynikającą z kontaktu z Innym.
    Uważam, że Inny to zawsze indywidualny człowiek, nie ma dwóch identycznych osób. Każde spotkanie z bliźnim, każda relacja interpersonalna, konfrontacja zawsze czegoś uczą. Czasem uświadamiają nam jak dużo możemy znieść. Myślę, że tak było w tamtych czasach. To właśnie Inny uświadamiał nam czy znaczenie słowa „człowiek” dla każdego ma taką samą wymowę. W czasie wojny były Numery, Żydzi… W kontekście wszechobecnego strachu i lęku o życie własne i rodziny myślę, że odpowiedź nie jest trudna.
Choć oczywiście nie będę podważać teorii Levinasa, który – jak na początku zaznaczyłaś – był z pochodzenia Żydem (co nie jest bez znaczenia, gdy mówimy o czasach II wojny światowej), a w czasie wojny skutki wynikające z jego korzeni były dla niego bardzo bolesne.
Podstawowym poziomem podmiotowości dla Levinasa jest odpowiedzialność. Jednak przybiera ona skrajną postać – figurę zakładnika. Słowo „zakładnik” zapożyczył ze znaczenia, jakiego nabrało ono podczas II wojny światowej. Odpowiedzialność „zakładnika” za czyny ludzi, których ten w ogóle nie zna. Z tej figury Levins stworzył podstawę myślenia o etyce i podmiotowości, mówiąc „zakładnik to jest ktoś, kto umiera za innego, który jest za innego”. Nadrzędną kategorią już nie jest odpowiedzialność rozumiana jako odpowiedź na biedę, która może działać na naszą wolność w ten sposób, że jesteśmy w stanie odpowiedzieć na nią. pozbywając się własnego egoizmu i być dla Innego możemy pomagać komuś. Ta odpowiedzialność przyjmuje postać: „ja jestem za Innego”,ja jestem w miejsce Innego”.
W tle tej filozofii bardzo wyraźnie pobrzmiewa doświadczenie Holokaustu, który Levinas próbuje usprawiedliwić w kategorii odpowiedzialności, tzn. usiłuje zamienić śmierć, która z punktu widzenia obiektywnego rozumu, jawi się jako kompletnie absurdalna na coś, co nie jest bezsensowne. W warunkach urągających godności ludzkiej z rąk oprawców przychodziła śmierć. Ginęli niewinni: dzieci, starcy, kobiety, mężczyźni, ginęli ludzie. Oni ginęli tak, jak „zakładnik” – życie oddawali za innych, tak jak Chrystus. Dlatego, myśl Levinasa we wszystkich krajach, chrześcijańskich została od razu zaakceptowana. „Zakładnik” to jest taka postać ofiary, w której ten ruch odpowiedzialności przybiera charakter religijny. Całkowicie bierny, pasywny podmiot jest przygotowany do aktu ofiary. Wynika z tego, że stajemy się bytem za Innego, a nie jesteśmy bytem dla siebie, nie jesteśmy nawet wobec Innego.
Ponadto myślę, że należy dodać, że w dziełach Levinasa słowo „inny” jest niezwykle wieloznaczne. Może oznaczać na przykład: cierpienie, śmierć, jakiś byt i żywioły.
Mam nadzieję, że choć częściowo udało mi się przekazać „ułamek” z myśli Levinasa.

- Czy istnieje, według Ciebie, granica cierpienia, za którą człowiek już nie jest w stanie nic przyjąć? Co może ją stanowić?

Dla każdego cierpienie znaczy zupełnie coś innego. W czasie wojny pod wpływem tortur ludzie mówili to czego nie powinni mówić. Choć uważam, że ból fizyczny zawsze jest cierpieniem, z którym człowiekowi ciężko jest sobie radzić. Jest też psychika, jakże delikatny „instrument”, który doprowadzony do pewnego pułapu może być przyczyną śmierci (nawet takiej na „własne żądanie”).

- Jaka jest droga, co ją stanowi, do odzyskania utraconego człowieczeństwa?

Same trudne pytania. Nie wiem czy masz na myśli narody czy jednostki. Nie umiem odpowiedzieć na takie pytanie. Podobno „zło zwyciężaj dobrem”, ale jak ktoś utraci człowieczeństwo to nie jestem pewna czy jeszcze można coś z tym zrobić.

- Czy jesteś w stanie przyjąć (wyobrazić sobie) taki moment, kiedy kwestia Zagłady i Holocaustu przestanie być ważna, przestanie budzić emocje i, mówiąc brutalnie, zobojętnieje?

W dzisiejszym tak bardzo stechnicyzowanym świecie, w którym ważniejsze jest „mieć” niż „być”, oczywiście, że jestem w stanie wyobrazić sobie nawet taki moment. Nie stanie się to jednak szybko, ale kolejne pokolenia będą miały swoje nawarstwiające się problemy, a wojna, która wydarzyła się dawno, dawno temu nie będzie miała dla nich żadnego znaczenia.
Przecież mieszkańcy kraju, w którym teraz panuje wojna, będą swoim dzieciom, wnukom, prawnukom opowiadać o ich własnym koszmarze, a nie o czymś, co wydarzyło się w zamierzchłej przeszłości. Zawsze bieżące problemy są ważniejsze od tych, które są już za nami.
Pamięć o Holokauście zostanie zatrzymana na kartach historii świata, ale myślę, że kiedyś nie będzie wzbudzać takich emocji.
Obym się myliła!

- Czy, według Ciebie, świat pobrał lekcję z doświadczeń i tragedii II wojny światowej?

Lekcję pobrał, ale niekoniecznie coś z niej wyniósł. Wciąż jakieś wojny zabierają ludziom stabilizację, radość, domy, a przede wszystkim życie.

- Co w dzisiejszej przestrzeni publicznej może znaczyć zwrot „zobaczyć człowieka”?

Diogenes (ur. ok. 413r. p.n.e. zm. 323r. p.n.e. ) chodził po mieście z zapaloną latarnią mówiąc: „szukam człowieka”. Jak widać od zawsze ludzie byli różni, a czasami człowieka trzeba szukać.
Dla mnie „zobaczyć człowieka” to dostrzec w nim dobro.

- Dziękuję bardzo za tę rozmowę, niezmiernie szczery i osobisty wywiad. Korzystając z okazji, życzę Ci kolejnych sukcesów literackich, nagród oraz wiernych czytelników.    



Eliza Segiet - absolwentka studiów magisterskich Wydziału Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz studiów podyplomowych Wiedza o Kulturze i Filozofia tegoż samego Wydziału, ukończyła Podyplomowe Prawo Karne Skarbowe i Gospodarcze również na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Studium Realizacji Eksploatacji Telewizyjno-Filmowej w Łodzi. Absolwentka Studium Literacko Artystycznego UJ.
Wydała trzy tomiki poezji:
2013 r. - Romans z sobą
2014 r. - Myślne miraże
2016 r. – Chmurność
2018 r. - Magnetyczni
Oraz:
2015 r. - monodram Prześwity
2017 r. - utwór dramatyczny Tandem.
Autor miesiąca czerwca 2017 w The Year of the Poet 14 w USA.
Jej twórczość można znaleźć w antologiach i czasopismach literackich w kraju i poza granicami (m.in. Albania, Australia, Bośnia i Hercegowina, Indie, Kanada, Kosowo, Singapur, Szkocja, Szwecja, USA, Wielka Brytania).

12 maja 2018

Ten czas/ odarł mnie z normalności (s. 67) - E. Segiet, Magnetyczni

31369315_2074668929475158_3117838713887296858_n


    Okazuje się, że II wojna światowa nie była doświadczeniem wyłącznie jednopokoleniowym, lecz jej skutki dotykają również pokoleń późniejszych – szczególnie dzieci i wnuków osób udręczonych realiami Zagłady i Holocaustu. Zgodna z tą tezą jest wymowa najnowszego tomiku poezji Elizy Segiet – „Magnetyczni”. 
    Poetka po raz kolejny pochyliła się nad indywidualnym losem człowieka (każdego z osobna - stąd rodzaj męski czasowników), całkowicie swą uwagę zwracając na jego wojenne i powojenne losy. Doświadczenie wojny zawładnęło jej poetycką wrażliwością. Ten zbiór ponad 50 tekstów obdziera czytelnika ze złudzeń o humanitaryźmie, człowieczeństwie czy ludzkiej twarzy wojny i Zagłady. Każdy z tych tekstów przytacza indywidualną opowieść-relację (o kanałach, głodzie, pościgach, ucieczce, łapankach, nalotach, rozstrzelaniach, zagazowywaniach itp.), z której wyłania się doświadczenie pokoleniowe, zbiorowe. Segiet zauważa, że tamten czas był czasem odwróconego porządku (wiersz „Ordung”), zachwianego dekalogu („Jak kiedyś”, „Idealni”), klasyfikowania i sztucznych podziałów (np. „Pamiątka”, „Strona Życia i Śmierci”), zezwierzęcenia, granic człowieczeństwa i moralności (np. „Drogi”),  braku wyższych uczuć (np. ”Rosa”) czy tęsknoty za tym, co oczywiste, normalne, banalne a nawet codzienne i prozaiczne (np. „Bez gazu”). Przywołując na nowo w świadomości odbiorcy tamte sceny, przypomina autorka, że tamten świat był światem czarnym, mrocznym, spopielałym od bólu, ognia i nalotów, a jej zadaniem – i zadaniem innych – jest ocalić go od zapomnienia, poruszyć pamięć i świadomość zbiorową (nawet jeżeli służyć temu ma reinterpretacja oczywistych modlitw – „Aniele Boży”, „Ojcze nasz” – czy nadanie im nowych znaczeń) – bo ból i wyniszczenie narodu stały się faktem społecznym, historycznym i przyniosły niemało etycznych czy politycznych skutków. 
     Oszczędność słów, środków poetyckich, uboga metaforyzacja tych utworów sprawiają, że te oczywiste w obrazowaniu i przekazie utwory wprawiają w drżenie, zadumę, poruszają najdelikatniejsze struny, budzą w czytelniku być może uśpione emocje i trudno przejść obok nich obojętnie. Poruszają one problemy ważne – nie tylko oczywiste. A Segiet po raz kolejny okazała się być głosem wielu ust, serc i dusz. 
  Jak dla Kingi Młynarskiej – autorki posłowia do „Magnetycznych” – główne idee tomiku zamykają się w pojęciach „hołd” i „uniwersalizm”, tak dla mnie głównym założeniem jest hasło „ocalić od zapomnienia”, bo przecież „Jeśli zapomnę o Nich, Ty Boże na Niebie, Zapomnij o mnie!”.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE DZIĘKUJĘ
AUTORCE

(zdjęcie: http://szuflada.net/magnetyczni-eliza-segiet/)

3 maja 2018

Naznaczone zmarszczkami twarze ludzi, którzy długo nie spali (…), s. 165 – Carol Wyer, Sekrety zmarłych

Sekrety zmarłych

     Gej–dyrektor ds. personelu w ekskluzywnym spa, żyjący bez zobowiązań barman podrzędnego pubu z dość tanim piwem, emigrant z Polski-konserwator… 
     Oto pierwsze ofiary mordercy nazwanego przez lokalną prasę Lampartem z Lichfield – bo atakuje szybko, brutalnie i w ukryciu (zawsze pod osłoną mroku, na uboczu, nie tworząc nawet złudzenia cienia). A przy okazji zostawia rachunki – jakby każda z ofiar swoją śmiercią spłacała pewien dług, który właśnie się wyrównuje. Okazuje się, że w to wszystko wplątani zostają pewien zarozumiały, arogancki i nonszalancki wdowiec, przyjaciółka jego żony-filantropki i ciężarna pokojówka podmiejskiego hotelu. Liczba ciał, trudne do wyjaśnienia czy połączenia ze sobą niuanse, ogólna niechęć do policji, małomiasteczkowe nastroje, podsycana przez prasę atmosfera paniki nie pomagają śledczym powieści Carol Wyer „Sekrety zmarłych” w pracy, którzy i bez tego czują presję czasu i oczekiwań opinii publicznej. Nie pomagają również rozgrywki personalne wewnątrz komisariatu, osobiste perypetie czy tragedie policjantów, jak śmierć w rodzinie i niemożliwa do ujarzmienia żałoba komisarz Robin Carter. 
    „Sekrety zmarłych” mają w sobie wiele z tego, co mieć powinien dobrze skrojony kryminał: trup sieje się gęsto, każde kolejne morderstwo jest okrutniejsze i dowodzi bezczelności, pewności siebie oraz zawziętości sprawcy, spotykamy przenikliwą, pomysłową oraz bystrą policjantkę, występują klaustrofobiczna, podsycana mokrą i chłodną porą roku atmosfera miasta i jego okolic, jak i zagęszczające atmosferę powieści niepokoje społeczności lokalnej. 
      Ale niestety brak tej opowieści napięcia, dreszczyku niepewności, nieoczekiwanych zwrotów akcji, sukcesywnie przesuwanego punktu kulminacyjnego. Ta historia od początku prostą linią brnie ku finałowi, niczym nie zaskakując czytelnika, który już dość wcześnie może sam dopasować sobie elementy układanki. Szkoda. Bo w tej fabule jest potencjał, który z kolejnego kryminału jakich wiele, mógł uczynić kryminał świetny – a tych nigdy za dużo.                          
       
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

Wydawnictwo AMBER

2 maja 2018

(…) świat stanął do góry nogami (s. 343) - Nuri Pradas, Barcelońskie sny.


Okładka książki Barcelońskie sny

   Park Güell, Casa Milà, Sagrada Família, Pałac Muzyki Katalońskiej, Plaça d'Espanya, Plaça de Catalunya, Palau Reial Major, Barri Gòtic. To tylko niektóre atrakcje kojarzone z Barceloną – miastem kolorowym, gwarnym, tłocznym, w którym zabytki czy pamiątki przeszłości spotykają się z teraźniejszością i nowoczesnością. 
    To miasto możliwości i perspektyw stało się tłem dla debiutanckiej powieści Nuri Pradas pod tytułem „Barcelońskie sny”. 
      Z pozoru jest to opowieść o przeobrażeniach i reorganizacjach pewnego fikcyjnego barcelońskiego domu mody, który – w 1917 roku - w obliczu  śmierci dyrektora-seniora musi zmierzyć się z nowymi wyzwaniami i zmianami rynkowymi. Miejsce ojca zajmuje – jak to tradycyjnie bywa- syn, a i córka – próbująca uciec przed marazmem i żałobą matki – postanawia przydać się firmie na jej „nowej drodze”. Bo okazuje się, że zarządzanie szwalniami, szwaczkami, modystkami, modelkami, rysownikami, magazynami i licznymi dostawcami dodatków wcale nie jest łatwe. Tym bardziej, że oczekiwania klientów się zmieniają, konkurencja depcze po piętach, a i rodzina zmaga się z wewnętrznymi napięciami i problemami – żałobą, zawiedzionym zaufaniem, zdradą, romansami i groźbą skandalu, który raczej w niczym nie pomoże, a już na pewno zaszkodzić może.  
      W obliczu tych niuansów powieść o firmie odzieżowej cieszącej się sławą i zaufaniem licznych klientów o wyszukanym guście, zmienia się w powieść o tym, co się dzieje z człowiekiem, kiedy wielkie ambicje spotykają się z wielkimi namiętnościami, a konwenanse przestają się liczyć, o tym, gdzie człowieka mogą zaprowadzić niezaspokojone oczekiwania i o tym, co się staje z człowiekiem, kiedy ten przestaje nad sobą panować i się kontrolować, poddaje się nałogom, za nic mając sobie nawet lojalność czy dane słowo. „Barcelońskie sny” stają się powieścią o życiu w kłamstwach, zaprzepaszczanych szansach, mrzonkach, ryzykanctwie, naiwności, brawurze, a prawdy o postaciach czytelnik nie dowie się dzięki ich skomplikowanej konstrukcji psychicznej czy ze złożonej osobowości, lecz dzięki ich decyzjom i dokonywanym wyborom. Powieść ta nie wprowadza skomplikowanych monologów wewnętrznych, narratorskich czy odautorskich analiz, za to wartką fabułę, zmieniające się miejsca akcji  i kolorytowi postaci. 
      Więc dla kogo jest to historia? Dla każdego, kto lubi opowieści o niebanalnych ludziach, ich nieoczywistych wyborach, nieumiejętności kompromisu. I dla tego, kto lubi barwny czas schyłku modernizmu, który w znacznej części stanowi tło dla perypetii właścicieli i pracowników domu mody Santa Eulalia.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy