5 czerwca 2017

"Świat polityki, finansów i niezupełnie legalnie działających organizacji (...)" - s. 111. B. Gałczyńska-Szurek, Wieczność bez ciebie

        Zamość - miasto kamienic ormiańskich, umocnień obronnych, zabytkowego Ratusza, podcieni, Książnicy Zamojskich wpisane w 1992 na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miasto, w którym spotykały się wielka polityka i wielka kultura, świat wielkich problemów i tych lokalnych, które ostatecznie ogólnokrajowymi okazywały się być.          W tak urokliwym miejscu Bożena Gałczyńska-Szurek – muzyk, prozatorka i autorka komedii kryminalnej – umieściła swoją powieść „Wieczność bez ciebie”. W tej dość krótkiej opowieści (tekst liczy sobie 252 strony) udało się jej umieścić wszystko, co dobra literatura kobieca lubi: wątek miłosny (już na początku spotykamy dwie całkiem odmienne pary zakochanych), obyczajowy (wprowadzany przez obdarzoną dość ekscentryczną osobowością starszą panią i jej całkiem niemało wścibską gosposię), jest wątek kryminalny (już po kilku kartkach mamy do czynienia z trupem), są rodzinne napięcia, tajemnica z przeszłości, osobiste dylematy, niejasne układy, zatargi, zapomniane samobójstwo, wielkie pieniądze i małe, prymitywne zazdrości. A zarzewiem tego wszystkiego jest ślub hrabiego Adama – potomka cenionego w Zamościu rodu z poznaną w Londynie zdolną panią adwokat. I jak już wspomniano, tłem tych przeróżnych międzyludzkich napięć i animozji jest piękny, stary Zamość, któremu nieobce wciąż żywe legendy oraz pamięć o wielkiej historii (jak choćby okoliczności jednej z największych miłości polskiej historii – Jana III Sobieskiego i jego pięknej Marysieńki). 
        Autorka starała się bohaterów „Wieczności bez ciebie” zaopatrzyć w przeróżne cechy charakterów i typy osobowości. Z jednymi udało się jej całkiem nieźle (osobiście sympatią pałam do przypominającego małego chłopca na wakacjach u cioci Greka, obdarzonej ciętym językiem gosposi, czy pełnej staroszlacheckiej charyzmy Anny), a z innymi mniej. Niemniej nie ma dwóch identycznych osobowości, szablonowych postaci i takich zachowań – w historycznym mieście spotkało się kilka pokoleń i przedstawicieli różnych grup, by raz na zawsze wyjaśnić pewne stare niedopowiedzenia i zagadki. 
         Dla kogo w takim razie jest ta powieść z pogranicza obyczajówki i kryminału? Na pewno dla tych, którzy chcą dać głowie odpocząć, którzy po intelektualnym wysiłku potrzebują relaksu – ale nie tandetnie banalnego, lecz intrygującego i budzącego ciekawość. To powieść w sam raz na letnie plażowanie :-)           

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
Wydawnictwo Szara Godzina 2017

21 maja 2017

(…) nigdy nie żyła z demonami, ani pod dachem, ani w sercu (s. 224). – Agnieszka Olszanowska, Tajemnica dziesiątej wsi

          Kiedy pół roku temu przeczytałam „Listy z dziesiątej wsi” (tu), moją pierwszą reakcją był spontaniczny e-mail do Wydawcy z zapytaniem o ewentualną kontynuację, bo instynktownie czułam, że tak to się skończyć nie może – niby jednoznacznie, ale z wieloma niewiadomymi, niby wszystko się wyjaśniło, ale nic konkretnie i czytelnik pozostawał ze sporym niedosytem. 
       I tak, jest kontynuacja – „Tajemnica dziesiątej wsi”. W tej części spotykamy bohaterów dobrze znanych z poprzedniego tomu - co nie znaczy, że lubianych: Beatę, Pawła, Zefiryna, ciotkę Zośkę, Kubę, ale i pojawiają się nowi: choćby Tadeusz i jego żona czy Małgośka. Mamy też do czynienia z taką samą narracją: retrospekcjami, opowieściami prowadzonymi z perspektyw kilku bohaterów, a co najciekawsze: wątki, sceny czy tematy tej części (a obce poprzedniej), spotykają się z tymi z tomu wcześniejszego - ale ich nie powtarzają, lecz traktują skrótowo i z perspektywy kogoś innego (np. wątek przyjęcia Beaty do pracy w fast foodzie w części pierwszej przedstawiono z perspektywy jej samej, a w drugiej z punktu widzenia pracodawcy, z kolei motyw sprzątania rodzinnego domu w pierwszej potraktowano raczej neutralnie, a w drugiej scenę tę oglądamy oczami Pawła). Takim sposobem czytelnik ma wrażenie, że niektóre opowieści stykają się z sobą, by zaraz się oddalić i wejść w interakcje z innymi – jak pasma warkocza: niby są osobnymi elementami, ale przeplatając się, tworzą całość. Również fabularnie ta część spójna jest z poprzednią: dotyka mieszkańców Zwierzyńca i Starszego Folwarku. W pierwszej części poznajemy ich dzięki Beacie – powracającej do rodzinnego domu matki dwójki chłopców a zdradzonej przez męża i przeoranej przez życie młodej kobiecie, a w tej za sprawą Pawła - życiowego, duchowego i moralnego rozbitka, który chcąc nie chcąc musi osiąść na wsi. I jak tamta odsłaniała kulisy oraz niuanse życia protoplastów rodów ze Zwierzyńca i Starszego Folwarku – i to życia osadzonego w głębokiej komunie niechętnej wszystkim niezaangażowanym w idee, tak ta odkrywa pełne antagonizmów, zawiści, niechęci i złośliwości układy łączące mieszkańców tych dwóch posiadłości. A z tego wszystkiego wyłania się mroczna opowieść z przeszłości, która zaczyna żyć nowym życiem w umysłach żyjących – opowieść o szalonym Zefirynie i jego demonicznych obsesjach, których ofiarą był nie on jeden. Z kolejnymi rozdziałami czytelnik próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie: Jak bardzo jesteśmy podobni do przodków i ile z nich nosimy w sobie? I czasem, patrząc na reakcje Pawła i naiwność Beaty, wydaje się, że całkiem sporo. 
           Nie będę udawać, że „Tajemnica z dziesiątej wsi” nie ma cech negatywnych. Ta histeryczna osobowość głównej bohaterki, ckliwe zakończenie (ten dosłownie ostatni akord), zbyt skrótowe potraktowanie niektórych wątków (na przykład relacji Pawła z siostrą) mogą rozczarowywać, ale nie przytłaczają tych zdecydowanie dopracowanych i wiarygodnie rozwiniętych elementów konstrukcji narracyjnej i fabularnej. 
          Całościowo „Tajemnica dziesiątej wsi” okazuje się być jedną z wielu ostatnio bardzo popularnych powieści obyczajowych, ale ze względu na ciekawy i nietypowy tok snucia opowieści, ten motyw warkocza – w narracji i fabule – czynią spotkanie z powieścią Agnieszki Olszanowskiej ciekawym przeżyciem. I choć nie jestem zafiksowaną fanką tego typu książek, na pewno sięgnę po tom trzeci. Bo zapewne się ukaże.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ   
    

16 maja 2017

„Polska, szalona i radosna z odzyskanej wolności, leży dziś między Rosją bolszewicką i zrewolucjonizowanymi, socjaldemokratycznymi Niemcami” (s. 42) – Warszawa literacka w okresie międzywojennym, Piotr Łopuszański


(…) I tłum na ulice wylegnie, 

Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie 
Świętować wiosną w mieście, 
Świętować jurne święto. 
I Ciebie się pochwali, 
Brzuchu na biodrach szerokich 
Niewiasto! (…)


     Takie oto słowa w 1918 poddawał ostatniej korekcie młody Tuwim. Kiedy jego „Wiosna. Dytyramb” dotarła do licznych odbiorców w społeczeństwie zawrzało. „Zaprotestowali studenci, grzmiała prasa. O młodym poecie zaczęło się mówić w środowisku literackim. I o to chodziło. (…) Cała warszawska prasa komentowała wybryk poety. Redaktor odpowiedzialny pisma, Edward Boyé, ustąpił ze stanowiska. Odszedł również opiekun pisma, profesor Juliusz Kleiner. W kolejnym numerze ukazał się list otwarty byłych współpracowników pisma, którzy napisali: „Nie znamy w poezji utworu bardziej obrażającego estetyczne uczucia czytelnika”. Koledzy studenci pisali, że Wiosna to „ Dzieje grzechu w miniaturze”. (…) Tuwim nie przejął się tą opinią i skandalem. Postanowił dalej „epatować filistra”. Na wykładzie profesora Józefa Kallenbacha oświadczył głośno, że „takie wykłady są zniewagą dla literatury polskiej”. Nie wyjaśnił, co mu się nie podobało. Poza tym sam żadnych studiów nie ukończył” (s. 32).
     Pełno tego typu opowieści i anegdot w opublikowanej niedawno przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka  książce „Warszawa literacka w okresie międzywojennym” Piotra Łopuszańskiego. Ale książka nie jest jedynie zbiorem barwnych czy pikantnych opowieści z życia literackiego półświatka (a stanowią one zasadniczy atut tej pozycji), które wyznawało na przykład zasadę, że Pod Picadorem: „Zabraniano wstępu osobom zbyt trzeźwym oraz odgadywania rymów” (s. 45). 
    Bo „Warszawa literacka…” próbuje wykazać liczne związki literatury z modą, gustami, upodobaniami, szerokim rozumieniem słowa „obyczajowość”, z polityką, wielką historią, przemianami społecznymi, teatrem, radiem a przede wszystkim z biurem cenzur. Z książki Łopuszańskiego wynika, że dwudziestolecie to epoka pisarzy modernistycznych oraz twórców średniego i młodego pokolenia, którzy totalnie różnili się manierą mówienia o rzeczywistości, poglądami, usposobieniami, ale jedno jest pewne: potrafili oni wszyscy zająć jasne i wyraziste stanowisko względem zachodzących zmian oraz odbudowującego się kraju. Pracownicy urzędów, wykładowcy, prelegenci, dziennikarze, twórcy kawiarń, teatrów, kabaretów czy autorzy odczytów o roli literatury w wolnym kraju – oni wszyscy próbowali się ustosunkować do otrzymanej wolności, odbudowywania się państwowości, do wcześniejszych okresów rusyfikacji i niemieckiej dominacji, późniejszego przewrotu majowego i sanacji. Imprezowanie Lechonia, wariactwa i romanse Witkacego, pełne powagi uwagi Dąbrowskiej, dygresje Nałkowskiej mieszają się w „Warszawie literackiej…” z licznymi statystykami, opowieściami o codziennych bolączkach, niedostatkach i oczekiwaniach przeciętnych warszawiaków, z czego jasno wynika, jak, mimo trudności w organizacji codzienności, ważne były swoboda twórcza i możliwość wypowiadania się – nawet jeśli treść wypowiedzi nie każdemu przypadała do gustu. 
    Nie mogę powiedzieć, że książka Łopuszańskiego nie ma niedociągnięć, bo ma. Częste przeskakiwanie z wątku-na-wątek, brak spójności, fragmentaryczność, niedopowiedzenia (niedoprecyzowania) (jak na przykład w tym fragmencie: „(...) autor na stronie tytułowej napisał odręcznie wierszyk o córkach Marszałka i książkę z owym wierszem przesłał Józefowi Piłsudskiemu. Marszałek zrewanżował się, przesyłając przez adiutanta „Moje pierwsze boje”. W swojej twórczości poetyckiej nawiązywał do poetów młodopolskich, Langego, Tetmajera oraz do Leśmiana i skamandrytów” - i ja się pytam, kto nawiązywał? Piłsudski?) sprawiają, że ma się wrażenia czytania wersji jeszcze roboczej, bez ostatecznej korekty – co może być prawdą, gdyż ja korzystam z EGZEMPLARZA PRASOWEGO. Mam nadzieję, że wersje premierowe są już doszlifowane i dopieszczone, gdyż autor, który innym zarzuca błędy merytoryczne i niedokładność sam nie może sobie na nie pozwolić. 
     Ale nie ulega wątpliwości, że anegdoty, wycieczki w prywatę i półoficjalność, szczypta pikanterii, intymności  i spora dawka humoru oraz ta próba znalezienia wspólnej nici między najbanalniejszą – nawet polityczną - codziennością a potrzebą literackości i sztuki są potężnym walorem „Warszawy literackiej…” Łopuszańskiego.      

10 maja 2017

"Nasz świat jest światem pozbawionym mapy, zagubiliśmy się" - Mathias Énard.

WL szykuje się do wydania kolejnego tytułu, który znalazł się w finale przyznawanej co dwa lata Międzynarodowej Nagrody Bookera. Po "Wszystko, co lśni", "Ścieżkach Północy", "Krótkiej historii siedmiu zabójstw" przychodzi kolej na kipiącą od problemów współczesnego świata "Busolę".  

Okładka

        Wydawca potrafi zachęcić i skusić potencjalnego czytelnika: wielka miłość, konflikt syryjski, relacja: Europa-Orient, malowniczość i fanatyzm - oto podstawowe hasła reklamowe. 
I by naświetlić fabułę wystarczy powiedzieć: Wiedeń, przed północą. Muzykolog, Franz Ritter, po raz kolejny sięga po opium. Jest chory, ciężko chory i chce uciec przed bólem. Narkotyk pobudza jego wyobraźnię i podczas tej kolejnej nocy spędzonej samotnie Franz majaczy o niespełnionej miłości – Sarze. Niedawno otrzymał od niej list, dający nadzieję na podjęcie romansu, który połączył ich na jedną noc dawno temu, w Teheranie... 
Sara jest uznanym naukowcem, orientalistką zafascynowaną obrazem Wschodu w relacjach podróżników z Europy oraz jego ciemną stroną, czarną magią. We wspomnieniach i obsesyjnych wizjach Franza te orientalne wątki – sam również kocha tę kulturę – wtapiają się w miłosne reminiscencje. Zdaniem recenzentów ta erudycyjna i pełna melancholii powieść jest najlepszą odtrutką na obraz Wschodu, budowany przez współczesne wydarzenia. 
       A i wypowiedzi samego autora sprawiają, że "Boston" intryguje: 
Od wielu lat chciałem napisać o Syrii (spędziłem tam cztery lata). Nie jest to takie łatwe. Dramat, który rozgrywa się w Syrii, jest niewyobrażalny. Przesiedlono miliony osób. Jestem smutny i bezradny. Chciałem napisać o tym kraju inaczej niż przez pryzmat wojny. Wolałem to zrobić przez pryzmat relacji między Orientem i Europą, pokazując, dlaczego tak wielu ludzi fascynuje się kulturą Syrii i jej pejzażami.

Chciałem w „Busoli" pokazać pewną wspólnotę losów, wspólną konstrukcję Zachodu i Wschodu. Wiele rzeczy z Iranu, Turcji, Syrii, Libanu przyszło do Europy i wiele tym krajom zawdzięczamy. Równocześnie, te kraje zmieniały się w kontakcie z nami. Należy to przypominać, i to oczywiście ma ewidentnie wymiar polityczny.

Nasz świat jest światem pozbawionym mapy, zagubiliśmy się. Musimy odnaleźć sens rzeczy. „Busola" pozwala odnaleźć Wschód, tzn. przypomnieć to, co zawdzięczamy tamtej części świata, przypomnieć o współzależności naszych losów. Zapomina się, że w stronę Wschodu ukierunkowane są kościoły w Europie, że patrząc z perspektywy Paryża, Mekka jest właściwie w tym samym kierunku co Jerozolima.

Zapominamy, że islam to kultura, która ma swoją filozofię, swoją wizję świata inną niż tylko przemoc. Tego nie chcemy widzieć. Wolimy skupiać uwagę na ekstremistach i fanatykach.

Książka, niestety, jest gestem politycznym. Projekt „Busoli" powstał dawno, nie było jeszcze  wtedy mowy o Państwie Islamskim, ale pisałem ją, wiedząc już o horrorze tej wojny. Musiałem pokazać po pierwsze, że islam i Orient nie powinny być utożsamiane ze ślepą przemocą i bezbrzeżną głupotą, i po drugie, że wszyscy jesteśmy trochę orientalni. Oczywiście, nie wolno zaprzeczać, że przemoc istnieje, że bracia Kouachi (autorzy zamachu na „Charlie Hebdo”) krzyczeli „Allahu Akbar”. Niestety, w Europie strach nie pozwala nam zobaczyć tej muzułmańskiej cząstki, która jest w nas.

7 maja 2017

Inteligencja roślin

Można być ekspertem od motocykli i roślin?
Można.
O tym, jak to się robi, 
opowiada paryżanka Anne-France Dautheville - autorka "Sekretu roślin".
Wywiad dla WL przełożył Andrzej Stańczyk. 


Okładka

Bardziej niż modą Dautheville interesuje się jednak światem roślin. Jest autorką wielu artykułów i książek na ten temat. W Sekretach roślin zebrała ponad 200 ciekawostek i anegdot z życia flory, o czym przypominamy bo pora kopania w ogródkach właśnie nadeszła!

Jako pierwsza kobieta objechała pani świat na motorze. Czy zwracała pani uwagę na roślinność poszczególnych krajów i kontynentów?

Wcale! To mnie wtedy w ogóle nie interesowało!

W takim razie jak to się stało, że skórzaną kurtkę i kask motocyklistki zamieniła pani na ogrodniczki i czapkę z daszkiem?

(śmiech) Ależ ja nigdy nie nosiłam ogrodniczek ani czapki z daszkiem!

To znaczy, że Francuzki ubierają się elegancko nawet do pracy w ogrodzie?

Hmmm… Sama nie wiem. Jeśli chodzi o strój ogrodniczy, to jeden element dla mnie jest nieodzowny. Kalosze. Inaczej naniosłabym mnóstwo ziemi i brudu do domu i musiałabym to wszystko posprzątać…

Anne-France Dautheville w Japonii (fot. archiwum autorki)


Ale od kaloszy i własnego ogródka do książek ogrodniczych chyba daleka droga?

Wszystko zaczęło się od tego, że mieszkałam w małej miejscowości na wschód od Paryża i miałam własny ogródek. Lubiłam sadzić i pielęgnować rośliny, a że moi przyjaciele wydawali niewielką gazetę, zaproponowali mi rubrykę ogrodniczą. Z dnia na dzień zaczęłam więc zgłębiać temat. Uprawiałam dalej ogródek, zastanawiałam się, dlaczego należy podlewać rośliny, albo dlaczego nie należy ich podlewać, gdy świecie słońce, dlaczego to, a dlaczego tamto i uczyłam się. Jakiś czas później zaprosił mnie do współpracy duży magazyn ogrodniczy i od tej pory zamiast 30 000 miałam  8 000 000 czytelników.

A potem wydała pani pierwszą książkę o roślinach.

Cały czas się uczyłam, coraz więcej czytałam na ten temat, trwało to jakieś 4 albo 5 lat. Dotarło do mnie, że świat się składa ze specjalistów. Potrzebujesz konkretnej porady ogrodniczej? Jest od tego specjalista. Szukasz legendy związanej z rośliną? – jest ktoś kto się w tym specjalizuje. Wszędzie specjaliści, od wszystkiego… Wiedzieli wszystko, ale tylko na jeden temat. Pracując nad pierwszą książką, połączyłam ich wiedzę, wzięłam trochę od tego, trochę od tego, trochę ze świata nauki, trochę z botaniki, trochę z literatury. Sięgałam po to to, co mnie szczególnie intrygowało, ciekawiło i bawiło.

Domyślam się, że pani ogród też w przez te lata się zmieniał.

Na początku był to po prostu kawałek ziemi, na którym rosło dwanaście jabłoni, całkowicie zarośniętych jeżynami. Reszta to była łąka i nic więcej. Najpierw ustawiłam ogrodzenie, żeby barany sąsiada nie wchodziły w szkodę, a zaraz potem przystąpiłam do walki z drapiącymi krzakami. Właśnie wtedy założyłam kalosze, bo jeżyny potrafią nieźle poharatać łydki. Zasadziłam też taki naturalny płot o wymiarach 80 na 30 metrów złożony z drzewek z pobliskiego lasu. Miałam taką metodę sadzenia, że brałam kawałek gałązki z drzewa, plułam w dłoń, po czym moczyłam w ślinie końcówkę naszczepki i wsadzałam do ziemi, gdy księżyca ubywało. Dziś mój ogród to prawdziwy las…


Z ogrodu Anne-France Dautheville (fot. archiwum autorki)


Dostaje pani w prezencie sadzonki?

Często od przyjaciół. Obdarowują mnie roślinami w doniczce, przesadzam je do ziemi. W moim ogrodzie, na przykład, rośnie teraz kilka sumaków. Wyrosły z jednego małego sumaka, który dostałam od przyjaciółki 15 lat temu. Nie są to wysokie drzewa, ale ich korony tworzą wspaniale zielone sklepienie, rodzaj roślinnego igloo, które daje cudowną ochłodę podczas upałów latem. Ten sumak był świetnym prezentem. Kiedy ofiarujemy komuś roślinę, ofiarujemy życie.

A doświadczenia botaniczne? Nie korciło panią, żeby poeksperymentować z roślinami?

Kiedyś zastanawiałam się nad tym, ile jest prawdy w opowieściach o wpływie księżyca. Postanowiłam przetestować to na sałacie masłowej. Pierwszą partię zasiałam, gdy ubywało księżyca. 15 dni później, przy przybierającym księżycu, zasiałam drugą. Okazało się, że ta druga sałata wystrzeliła bardzo szybko, ale składała się głównie z łodyg i miała mało liści. Różnice były widoczne gołym okiem. To było 15 czy 20 lat temu. Później przeprowadzono badania naukowe nad relacją między roślinami a księżycem i pokazały one, że w trakcie pełni słoje drzew rozszerzają się. Obwód drzew rośnie, wszystko to z powodu przypływu płynów ustrojowych wywołanych wpływem Księżyca. Nie mając naukowej wiedzy, przez tysiące lat niepiśmienni rolnicy rozpoznawali i wykorzystywali te zjawiska.

Sekretach roślin takich zaskakujących faktów i ciekawostek jest mnóstwo.

Mnie szczególnie zafrapowała relacja między dźwiękami a roślinami i badania na temat podziemnego porozumiewania się roślin poprzez korzenie. Jest to język dźwięków przypominający sposób porozumiewania się delfinów. Rośliny, które nie mają uszu, „rozmawiają”, wydając odgłosy. Filozoficzny zawrót głowy! Zdumiewające!

Mówi się o  swoistej „inteligencji” roślin. Na czym ona polega?

Inteligencja roślin jest historią selekcji naturalnej. Weźmy przykład irysa i bizona. Jak to możliwe, że mały irys jest w stanie wystraszyć bizona, który waży 700 kg? Wydaje się to niewiarygodne. Przez miliony lat irys poszukiwał w swym genomie odpowiedzi, jak nie dać się zjeść temu zwierzęciu. Prawdopodobnie najpierw starał się je odstraszyć zapachem. To jednak nie pomogło i pewna odmiana irysa wyginęła. Być może kolejną odpowiedzią był kolor ale to też nie zdało się na wiele. Ostatecznie przetrwała ta odmiana irysa, która znalazła w swoim genomie możliwość zamknięcia ziarenek w okrywie. Wprawiane w ruch przez wiatr, obijają się o jej ścianki i wydają odgłos podobny odgłosowi grzechotnika. Przestraszony bizon woli zejść z drogi.

Anne-France Dautheville w Turcji (fot. archiwum autorki)

Czy to znaczy, że możemy tu mówić o pewnego rodzaju „psychologii”? W świecie roślin obserwujemy różne rodzaje samoobrony, rozmaite antypatie, jak te między koprem i papryką. Rośliny mają uczucia?

Nie, nie sądzę. A może mają, tylko ja tego nie wiem (śmiech)? Nigdy nie rozmawiałam z rzodkiewką i nie wiem, co myśli ogórek. Eksperymenty pokazały, że pewne rośliny są bardzo zaborcze terytorialnie, anektują teren i dostępne na nim substancje odżywcze, dlatego też sąsiadów, wstrzykując do ziemi korzeniami truciznę i hamując ich rozwój. Na przykład, ligustr pospolity nie powinien być sadzony w pobliżu ogródka warzywnego, bo nic w nim nie wyrośnie. Należy tu jednak mówić o mechanice, nie o psychologii. Mamy wystarczająco dużo problemów ze współżyciem między ludźmi więc jeśli mielibyśmy się jeszcze mierzyć z kompleksem Edypa i odchyleniami paranoicznymi wśród roślin, byłoby to trudne do zniesienia… Może jednak kiedyś nasz umysł dokona skoku poznawczego w tej kwestii. Wszyscy hipisi będą szczęśliwi.

5 maja 2017

(…) była pierwszą więźniarką zamordowaną w Ravensbrück” (s. 78) - „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet”, Sarah Helm

        Są historie, okresy dziejowe, o których nie wolno nam zapomnieć. Ludzkość ma moralny obowiązek o nich pamiętać, przypominać, opisywać, badać i rozdrapywać. Ku przestrodze i dla upamiętnienia ofiar – bo szacunek i pamięć są jedynymi, co możemy im dziś dać. Mimo, że często - tak zwyczajnie, na ludzki sposób - nie jesteśmy w stanie z tymi opowieściami sobie poradzić, przetrawić, nie da się ich przeżyć, ani zrozumieć. Tak się sprawa ma z okrucieństwem wypraw krzyżowych – szczególnie tej z udziałem dzieci, z przebiegiem rewolucji we Francji, z rzezią galicyjską, z rewolucją lutową i październikową, a przede wszystkim z bestialstwem wojen – dwóch światowych i „pomniejszych”, lokalnych. Bo jakie by nie były, ofiarami są nie tylko wojskowi i żołnierze zasadniczej służby, ale i cywile - dzieci, kobiety, starcy.
   Taką rozdrapującą i demaskującą książką są „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet” Sary Helm. To nie jest książka, którą „się czyta”. To książka, którą się przeżywa, czuje, która pulsuje, zalega w głowie i nie chce jej opuścić - robisz przerwy w lekturze, a coś przyzywa i każe czytać o okrucieństwie blokowych, nikczemności nadzorczyń, szyderstwie strażników, sadyzmie nadzorujących, agresji specjalnie szkolonych psów, częstej solidarności więźniarek i sposobach na przeżycie – nawet jeśli ocalenie własnej godności graniczyło z niemożliwym. To nie jest książka, która próbuje jedynie wyjaśnić, jak to było w Ravensbrück. To książka, która demaskuje i obnaża funkcjonowanie całej machiny obozowej wymyślonej (lub perfekcyjnie udoskonalonej) przez III Rzeszę – od obozów jenieckich, przejściowych, obozy pracy przymusowej po obozy koncentracyjne i zagłady, od podobozów po komanda zewnętrzne. Książka Sary Helm pokazuje, co z Ravensbrück było typowego dla każdego innego obozu i co go wyróżniało spośród innych (według Biuletynu Komisji do Badania Zbrodni Niemieckich w samej Polsce obozów niewolniczych było 435[1]), pokazuje cały wachlarz przemian politycznych i skrupulatnie wprowadzanych dyrektyw, które przyczyniły się do powołania i rozwoju machiny obozowej: walka o czystość razy, zwalczanie komunizmu, niwelowanie prostytucji, ograniczanie bezdomnych i społecznie niedostosowanych, obostrzenia względem kryminalnych – jak widać, nie tylko antysemityzm i późniejsze działania zbrojne były podstawą powołania obozowej rzeczywistości. 
        „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet” zawierają szereg wspomnień byłych więźniarek o więźniarkach i „pracownikach” obozowych. Za tymi jednostkowymi opowieściami, historiami konkretnych kobiet o konkretnych osobach, skrywa się cały system funkcjonowania i udoskonalania obozu. W tekst wplecione są zastraszające dane statystyczne, liczby, konkretne, zliczone, dowody na bestialstwo, ale są tam też opowieści o próbach ratowania własnej godności i człowieczeństwa – przez solidaryzm, ludzkie odruchy, wewnętrzną dyscyplinę, a nawet namiastki codzienności (jak potajemne czytani postępem zdobytej powieści Tołstoja). Bo cóż innego pozostało podczas niewolniczej pracy, w karnej izolatce, w konfrontacji z sadystyczną, kopiącą, bijąca, oblewającą na mrozie zimną wodą nadzorczynią („Pod koniec 1939 roku w obozie było 55 strażniczek, a pod koniec wojny już 330” (s. 49))? Okaleczenia, karny karcer, głodówki, niewolnicza praca na rzecz III Rzeszy, wszechobecna propaganda, poniżanie, maltretowanie – to codzienność Ravensbrück. A to, co czytamy w „Prologu”: „W szczytowym punkcie w Ravensbrück więziono 45 tysięcy kobiet; przez ponad sześć lat istnienia obozu przez jego bramy przeszło około 130 tysięcy kobiet; były bite, głodzone, zamęczone pracą na śmierć, trute, rozstrzeliwane i zagazowywane” (s. 9) jest tylko wprowadzeniem do tego, z czym przyjdzie się zmierzyć czytelnikowi, a co było obozową rzeczywistością dla „(…) 8 tysięcy Francuzek, tysiąc Holenderek, 18 tysięcy Rosjanek i 40 tysięcy Polek” (s. 12), które szybko Ravensbrück nazwały obozem śmierci, a po którym na lata została trauma (niektóre, już po wyzwoleniu, nawet na widok białego lekarskiego kitla wpadały w szał i panikę). 
    Zebrane przez Sarę Helm opowieści są bardzo rzeczowe, precyzyjne, często neutralne, pozbawione tkliwości, wrażliwości czy ckliwości, jakby rozmówczyniom chodziło przede wszystkim o precyzję, wiarygodność świadka a nie ewentualne współczucie ze strony czytelnika – bo trzeba opowiedzieć najlepiej jak się da, w przypływie sentymentu, rzewności nie zgubić istoty, ocalić, ile się da, mówić za tych, którzy już nie przemówią i wskazać ludzkości drogę, którą na pewno iść nie wolno. 
       „Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet” to książka, którą długo będę odchorowywała. A przecież nie pierwsza i jedyna, jaką przyszło mi przeczytać na temat II wojny światowej, III Rzeszy, obozów. Książka ważna, potrzebna, krzyk w sprawie poniżonych i maltretowanych. Książka dla osób o stalowych nerwach i wrażliwym sercu… Choć i tak, ile by się nie powiedziało, ile stron by się nie zapisało, słowa nie oddadzą tego bólu i cierpienia, które rozlały się w Ravensbrück.             

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA 
WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


1 maja 2017

Aby przechytrzyć wrogów, człowiek musi przednio poznać ich gierki (s. 67) – E. Chadwick, Pieśń królowej

     
      Powstanie państwa kościelnego, narodziny islamu, schizma, zdobycie Jerozolimy, wyprawy krzyżowe, wojna stuletnia, zjazd gnieźnieński, rozbicie dzielnicowe, unia z Litwą, konflikt z Krzyżakami, upadek Konstantynopola to jedynie kilka najważniejszych wydarzeń historycznych średniowiecza. A Otto III, Bolesław Chrobry, Karol Wielki, Wilhelm IX, Ludwik VII, Tybald z Szampanii, Bernard z Clairvaux, Hanryk II, Henryk VI, Jagiełło, Witold, Jan bez Ziemi czy Ryszard Lwie Serce to jedne z najbardziej rozpoznawalnych w naszym kręgu kulturowo-historycznym postaci historycznych. Ale średniowiecze to nie tylko era silnych i dominujących mężczyzn (choć mit mówi, że tylko ich) – była spora grupa równie wpływowych i świadomych społecznie czy politycznie kobiet: Joanna d'Arc, Klara Hatzerlin, Christine de Pisa, Hildegarda z Bingen, Anna z Rusi, księżniczka Dobrawa, Świętosława, Jadwiga, Eleonora (Alienor) Akwitańska. 
       I dziś będzie o tej ostatniej – Eleonorze, matce Jana bez Ziemi i Ryszarda Lwie Serce. Była córką Wilhelma X, umiała czytać, uzyskała gruntowne wykształcenie z zakresu muzyki i literatury, posługiwała się łaciną, ceniła sobie szeroko pojęte piękno – lubiła otaczać się ładnymi (nie tylko praktycznymi) rzeczami. Ale przede wszystkim do perfekcji opanowała umiejętność manewrowania w świecie mężczyzn, forsowania swoich pomysłów, głośnego wypowiadania swojego zdania, osiągania celu, cichej i delikatnej – ale skutecznej – perswazji. Była sprawnym graczem politycznym, duchem i cieniem najważniejszych wydarzeń politycznych Akwitanii, Francji i Anglii, podziwiana, wysłuchiwana i odporna na manewry swej pierwszej teściowej potrafiła wszczynać konflikty zbrojne czy spiski - jak i im zapobiegać. Zdradzana odpowiadała buntem, a doceniana reagowała wyrozumiałością. Była silnym kobiecym głosem w męskim świecie. Ceniła sobie życie rodzinne, ojciec był wzorem, a młodsza siostra – choć jeszcze naiwne i prostolinijne dziecko – stała się powiernicą oraz oparciem, które przypominało o silnych korzeniach. 
        Tak została przedstawiona w książce Elizabeth Chadwick „Pieśń królowej”. Jak zauważa sama Chadwick, książka ta stara się pozostać w granicach prawdopodobieństwa – choć to nie podręcznik a jedynie powieść, autorce zależało na wiarygodności historycznej i kulturowej. By tak się stało, oparła się na kronikach, annałach, licznych artykułach, szkicach biograficznych a nawet plotkach zapisanych w pieśniach trubadurów. 
       Nie mnie oceniać, na ile ta opowieść jest wierna zapisowi historycznemu, a w których punktach autorkę poniosła fantazja. Mnie się po prostu „Pieśń królowej” bardzo dobrze czytało. Dzięki lekkiemu stylowi, doskonałej pracy tłumaczki, wiarygodności opisów i zachowania klimatu epoki jest to jedna z tych książek, które średniowiecze, ludzi epoki i jej atmosferę czynią bliższą, bardziej zrozumiałą i rozjaśniają okres nazwany kiedyś „ciemnym i mrocznym”.

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
       

21 kwietnia 2017

Latem 1939 roku zoo wyglądało naprawdę okazale (s.24) – A. Żabińska, „Ludzie i zwierzęta”.

        Kampania wrześniowa, Holocaust, front wschodni, powstanie w getcie, rzeź Woli, powstanie warszawskie, barykady, 14.09, Generalne Gubernatorstwo, Oświęcim, Brzezinka, Katyń, Al. Szucha, Pawiak, karuzela  – oto pojęcia/określenia, które przeciętnemu Polakowi kojarzą się (lub powinny)  z okresem II wojny światowej. W tym czasie pożogi, zawieruchy, kiedy człowiek człowiekowi wilkiem był, a ludzie ludziom potrafili ciężki los zgotować nie brakowało silnych osobowości i niesamowitych jednostek – Starzyński, Kolbe, Karski, Korczak, Sendlerowa, Anders i wielu, wielu innych. 
       Ostatnio, za sprawą amerykańskiego filmu „Azyl” (a wcześniej książki o tym samym tytule) świat mógł usłyszeć o Antoninie i Janie Żabińskich, którzy na terenie warszawskiego zoo zorganizowali tajną i jedynie wtajemniczonym znaną enklawę dla uciekinierów z getta. Wielu filmowi zarzucało infantylizm, prostotę, banalizację, stereotypowość, ale na szczęście historię Żabińskich, ich rodziny, przyjaciół i podopiecznych - ludzkich czy zwierzęcych – możemy poznać również (lub przede wszystkim) dzięki autobiografii Antoniny Żabińskiej „Ludzie i zwierzęta”.     
             Książka ta to nie tylko opowieść o tych kilku ciężkich, traumatycznych i nieludzkich latach wojny. Obejmuje ona okres już przedwojenny, kiedy Żabińscy – jako cenieni i doświadczeni zoologowie – udoskonalali warszawskie zoo, współpracowali z dyrektorami licznych zachodnioeuropejskich (w tym oczywiście niemieckich) ogrodów zoologicznych, przyczyniali się do rozwoju badań nad zaginionymi gatunkami czy gatunkami egzotycznymi, jak na przykład: „(…) udało się skrzyżowanie zebry Chapmana z zebrą Hartmanna, w wyniku czego okazało się, że produktem tej krzyżówki jest… zebra Warda, do tej pory uważana za odrębny gatunek (…) – s.23”, stawali się poważanym i słuchanym głosem w swoim środowisku i nie bali się nowatorskich, jak na tamte czasy, metod. Jako oddani swojej pracy fachowcy i pasjonaci mieszkali na terenie zoo, czuwali nad każdą z podejmowanych tam inicjatyw, czuli się związani tak z pracownikami, jak i zwierzętami, którym niejednokrotnie nadawali ludzkie imiona. Ta koegzystencja skończyła się wraz z wkroczeniem Niemców do miasta, kiedy to część zwierząt trzeba było odstrzelić, gdyż na wolności (klatki zostały zniszczone przy bombardowaniu) zagrażały bezpieczeństwu ludzi, inna grupa po prostu uciekła, sporą część Niemczy wywieźli do III Rzeszy, a jeszcze inna partia stała na przeszkodzie niemieckim planom, zgodnie z którymi zoo miało się stać świńską chlewnią założoną na potrzeby wojska (a później jeszcze ogródkami działkowymi). I mniej więcej wtedy Żabińscy zezwolili na wykorzystanie zaplecza zoo do celów transportowych i przerzutowych ludności żydowskiej. Takim sposobem rozpoczęło się równoległe życie ogrodu i jego mieszkańców – życie podziemne, tajne, w ukryciu i ciemności; pełne napięć, obaw i konspiracji, kiedy to każdemu trzeba było wypracować w sobie sporą dozę dyscypliny, dyplomacji a nawet talentu aktorskiego serwowanego odwiedzającym ogród Niemcom... Książka nie pomija również kwestii rewitalizacji i rekonstrukcji zoo – bo okazało się, że powojenna odbudowa miasta to nie tylko odbudowa mieszkań, naprawa infrastruktury, reorganizacja zaplecza biurowo-urzędniczego. To również konieczność przywrócenia miastu choć szczypty normalności – a zoo okazało się być jej synonimem. 
        Wspomnienia Żabińskiej napisane są językiem lekkim, bardzo prostym, czasami wręcz infantylnie dziecięcym. Ale ta  nieskomplikowana, pozbawiona obróbki językowej opowieść bardzo mocno oddziałuje na czytelnika, sprawia, że staje się ona bardziej wiarygodna i autentyczna, bliska życiu, realnym problemom realnych ludzi, którym przyszło zająć konkretne stanowisko w konkretnych wojennych realiach – daleko jej do wygładzonej, wykreowanej literatury. Być może to właśnie czyni „Ludzi i zwierzęta” tak mocnym głosem w sprawie Holocaustu i okupacji: bo niepotrzebni, gorsi, niżej postawieni – ludzie i zwierzęta – stali się dla siebie wsparciem i schronieniem. 
         Literatura do tej pory nie raz i nie dwa podejmowała tematy eksterminacji, komór gazowych, AK, prześladowań czy czystości rasy, ale nikt do tej pory tak głośno i wyraźnie nie mówił, nie zauważał, że obok cierpiących, samotnych, zaszczutych ludzi były też i zwierzęta – oszołomione oraz otumanione. Co zdecydowanie czyni książkę Żabińskiej pozycją dla osób o silnych nerwach. Mnie nie raz serce zadrżało!      

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

3 kwietnia 2017

(…) on był reżyserem filmowym, a ja reżyserowałam nasz związek (s. 74) – K. Cierniak-Morgenstern, "Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia"

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA




       Oto fragmenty jednego z najbardziej popularnych i rozpoznawalnych filmów Janusza Morgensterna. Od premiery minęły dziesięciolecia, a oglądani tam Cybulski, Tuszyńska, Polański, Fedorowicz, Kowalski wciąż są ikonami kina polskiego. I nie ważne, czy zasłynęli jedną silną rolą, czy całą plejadą dobrze odegranych postaci – istotne jest, że wpisali się w świadomość kulturową Polaków a dzięki pracowitości jeszcze za życia przypięto im chlubną łątkę profesjonalistów. 
      O takich kultowych postaciach polskiego kina powojennego i polskiej szkoły filmowej wspomina w swojej książce „Nasz film. Sceny z życia z Kub. Wspomnienia” Krystyna Cierniak-Morgenstern. Piszę „wspomina”, bo książka ta nie jest kroniką kina polskiego ani historią rozwoju polskiej kinematografii powojennej.
      To nostalgiczna, miejscami rzewna, smutna i melancholijna opowieść o ponad pięćdziesięciu latach małżeństwa słynnego reżysera z docenianą autorką gobelinów. A że małżeństwu temu cały czas towarzyszyły traumatyczne echa wojny, atmosfera kolejno powstających filmów i rodzących się projektów, w książce Cierniak-Morgenstern aż roi się od postaci takich jak Polański, Kutz, Wajda, Kawalerowicz, Osiecka, Komeda, Has, Konwicki, Holoubek, Tyrmand, Dygat, Hłasko, Janda, Jędrusik, Przybora...
    Niewątpliwie wielkim atutem „Naszego filmu…” są anegdoty tyczące się ich samych jak i ich bliskich, przyjaciół, rodzin tych przyjaciół, ale z zachowaniem dyskrecji, ze sporą dozą szacunku tak obcym wielu książkom wspominkowym. Innym walorem tekstu jest autentyczność myśli, przeżyć – są one tak pełne celnych ripost, wielu skojarzeń, czasem gorzkich uwag czy wniosków, że nie mogą być udawane. Autorka uchyla również drzwi do domowych pieleszy, by pokazać zaplecze tworzenia filmów, zmagań z cenzurą lub jej powolną ścieżkę sukcesu na poletku związanym z rękodziełem. I okazuje się, że ten najbardziej prywatny i intymny film, ten ich osobisty film, w których główne role grali oni oraz rzesza indywiduów połowy XX wieku wcale nie był kolorowy, „sitkomowy”, zawsze ze szczęśliwym zakończeniem każdej chwili.
    Więc okazuje się, że „Nasz film…” to również panorama przemian społecznych, ekonomicznych, obyczajowych i politycznych w Polsce. Bo nie mówić o sobie w oderwaniu od tego, co obok.  Co rusz czytamy słowa typu: „Był PRL, biednie i niewesoło, a czasem strasznie. Ale my przeżyliśmy wojnę, dla nas wszystko, co potem, było już tylko lepsze” (s. 128). Lub: „Miałam mu trochę za złe, że nie bierze na warsztat tematów, które otworzą jego kino na świat, przyniosą  szansę na międzynarodowe nagrody. Było go stać na taki film” (s. 119). A w innym miejscu: „(…) po wojnie wiek liczyło się inaczej. Wojna odebrała mu młodość, więc w wieku trzydziestu siedmiu lat był tak młody, jak nie jest młody żaden dzisiejszy chłopak” (s. 75). 
     W finale książka Cierniak-Morgenstern okazuje się być książką nie tylko o kinie, aktorstwie, reżyserowaniu fikcyjnych, ale bliskich życiu, opowieści. To też książka o długim i szczęśliwym małżeństwie, które miało ciekawą, intrygującą pracę, wykonywaną z ciekawymi ludźmi, któremu co jakiś czas wiatr wiał w oczy co raz za razem ich umacniało i scalało. Polecam. Nie tylko fanom kina.


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA 

27 marca 2017

(...) dostrzegała dziwne rzeczy, niedostępne innym (...). - K. Sakuraba, Czerwone dziewczyny

Nie jestem fanką kultury japońskiej i nigdy nie czułam potrzeby, by dowiedzieć się czegoś więcej. 
Ale cenię sobie dobre historie, dobrze skrojoną fabułę i ciekawie opowiedziane intrygi. 
Dlatego rekomendowane przez WL "Czerwone dziewczyny" wydają się książką dla mnie.
A dla Was?

Saga rodzinna,
historia kryminalna,
baśń o Japonii lat 1953–2000

W wiosce Benimidori mściwe duchy powodują wypadki w hucie żelaza. Nadchodzą trudne czasy. Czy „dziewczyna  z gór”, Manyō, która widzi przyszłość, będzie w stanie stawić im czoło?



Gdy pewnego ranka wiele, wiele lat temu tajemniczy ludzie z gór porzucili małą dziewczynkę w japońskiej wiosce Benimidori, niewielu jej mieszkańcom mogło przyjść do głowy, że pewnego dnia poślubi ona zamożnego dziedzica fortuny rodu Akakuchibów i stanie się potężną matroną w czerwonej posiadłości na wzgórzu. Jej córka, Kemari, nieokiełznana niczym yamaoroshi, porywisty, dmący wiatr, zaszokuje wszystkich, przyłączając się do wojowniczego gangu motocyklowego, a potem stanie się kultową autorką mang. Toko, trzecia w kolejności przedstawicielka rodu właścicieli wielkiej huty żelaza, jest zupełnie zwyczajna. To jednak jej babka wyzna na łożu śmierci, że ma na swoim sumieniu morderstwo…. Oto opowieść Toko.

Fragment książki
Pewnego lata dziesięcioletnia Manyō Akakuchiba — moja babka — zobaczyła na niebie latającego człowieka. Ponieważ zdarzyło się to, zanim wżeniła się w wiekowy majątek rodziny Akakuchibów z regionu San’in, wciąż była prymitywną wiejską dziewuchą i nie miała nazwiska. W wiosce wołano na nią po prostu Manyō.
Wyrosła na dużą, mocno zbudowaną kobietę o długich do pasa włosach, czarnych jak mokre skrzydła wrony — choć, jak nietrudno się domyślić, gdy doczekała sędziwego wieku, przybrały śnieżnobiałą barwę — która czasem mrużyła powieki i w zamyśleniu wpatrywała się w odległe szczyty górskie. Miała świetny wzrok, a odkąd sięgała pamięcią, dostrzegała dziwne rzeczy, niedostępne innym.
Opowieść o tym, jak uznano ją za wieszczkę domu Akakuchibów, zostawię sobie na później, skupiając się teraz na jej najmłodszych latach; już w czasach jej dzieciństwa nikt nie wątpił, że Manyō potrafi zaglądać w przyszłość. Wizje te przyjmowały najróżniejszą postać, od spontanicznej zmiany porządku atramentowych liter, starannie naniesionych na zwoje wiszące w tradycyjnym salonie, aż po duchy zmarłych osób, które przychodziły do jej pokoju i gestami przekazywały swe proroctwa. Widywała także obrazy, których znaczenie było dla niej niejasne Manyō nie rozmawiała o tych sprawach z mieszkańcami wioski; uważano ją za dziwne, obce dziecko, a ona z niejaką dumą, ale i niepokojem przyjmowała fakt, że jest inna niż wszyscy.
Tamtego lata 28 roku okresu Shōw — w kalendarzu zachodniego świata był 1953 rok — Manyō miała najprawdopodobniej dziesięć lat. Piszę „najprawdopodobniej”, ponieważ nikt w wiosce nie znał jej daty urodzenia, nawet ona sama. Pojawiła się któregoś dnia w tym dalekim regionie Japonii, znanym pod nazwą San’in — wąskim paśmie lądu wciśniętym pomiędzy czarny łańcuch Gór Chūgoku a szary bezmiar Morza Japońskiego — zupełnie jakby stoczyła się z jednej z wysokich grani. Manyō tego nie pamiętała, ale cudzoziemcy porzucili ją w wiosce, gdy miała niespełna trzy lata.
„Cudzoziemcy” to nazwa, na którą przystałam, pisząc tę opowieść. Ludzie z regionu San’in — a zatem nasi przodkowie — przez długi czas ukrywali się głęboko w górach. W odróżnieniu od nas, którzy mieszkaliśmy w wiosce, nie mieli oni żadnej nazwy; mówiono o nich „oni”, „tamci” lub „ludzie z gór”. W ostatnim czasie folkloryści określają ich jako lud Sanka, Nobuse lub Sangai, lecz nazwy te nie były wówczas używane — a już z pewnością nie w wiosce Benimidori w zachodniej prefekturze Tottori, gdzie żyjemy.
W każdym razie ludzie ci kryli się w sercu gór, gdzie wiatr targał ich długie kruczoczarne włosy od co najmniej setek lat, a pewnie i znacznie dłużej. Wyróżniali się karnacją ciemną jak garbowana skóra i mocną sylwetką. Często zmieniali miejsce pobytu. Pomieszkiwali to tu, to tam, w zależności od pory roku. Nie płacili rocznych danin, nie zwoływali narad i nie słyszeli o podatkach, a ponieważ nie mieli państwa, musieli sami o siebie zadbać.
Nikt w Benimidori ani w odległych osadach Izumo czy Tottori nie widział ich od około pięćdziesięciu lat, trudno więc powiedzieć, czy wciąż żyją w Górach Chūgoku. Tak czy inaczej mała Manyō przybyła do Benimidori mniej więcej sześćdziesiąt pięć lat temu z dorosłymi przedstawicielami swojego ludu, ostatniego pokolenia, które odwiedziło wioskę. Z niewiadomych przyczyn cudzoziemcy przed powrotem w góry porzucili między domami trzyletnią dziewczynkę.
Ponieważ większość miejscowych, którzy mogli pamiętać tamto wydarzenie, dołączyła już do grona zmarłych, nie znam jego szczegółów, tym niemniej w ciągu ostatnich kilku wieków, kiedy w wiosce brakowało rąk do pracy, cudzoziemcy zstępowali z gór niczym czarny wiatr i oferowali pomoc. Z wszystkich ważnych ceremonii — czuwań i ślubów, świąt i obrządków wstąpienia w dorosłość — najbardziej potrzebni byli akurat przy pogrzebach.
Gdy w wiosce wskutek samobójstwa ginęła młoda osoba, fioletowy dym. Cudzoziemcy przybywali wówczas nocą, żeby pomóc w przygotowaniach pogrzebowych. Ścinali drzewo niezbędne do wykonania skrzyni, a o świcie łamali z trzaskiem zesztywniałe nogi nieboszczyka w udach i piszczelach, by wcisnąć go do kwadratowego pojemnika. Uporawszy się z tym zadaniem, zabierali skrzynię i ciskali ją w przepaść głęboko w górach, nucąc inkantacje. Gdy cudzoziemcy przychodzili, a mieszkańcy wioski czekali cierpliwie, aż odejdą z ciałem zmarłego, nawet najwyższy kapłan świątyni nie miał prawa zakłócać tego wydarzenia.
Właśnie dlatego tamtego ranka jakieś sześćdziesiąt pięć lat temu, kiedy porzucili Manyō, w wiosce musiał umrzeć ktoś młody. Do dziś nie jestem pewna, czy ciało z połamanymi nogami zamykano w ciasnym pojemniku, aby zapobiec jakiejś transformacji lub ucieczce zmarłego i czy idealnie sześcienny kształt skrzyni miał znaczenie mistyczne. Te pytania pozostawmy jednak badaczom folkloru. Istotne jest to, że kiedy „oni” w końcu zniknęli z zapakowanymi zwłokami, zostawili po sobie małą dziewczynkę — moją babkę o ciemnej karnacji, mocnej sylwetce i czarnych włosach, a zatem niewątpliwie cudzoziemkę. Siedziała na ziemi, nieopodal powojów, oparta o studnię przed czyimś domem niczym lalka albo wiadro owinięte pnączami o różowych kwiatach.

26 marca 2017

(...) Kiedy się do książki bierze (...) - M. Konopnicka

Już jakiś czas minął, od mojego ostatniego spisu "stosikowego". 
Dziś taki będzie, a jakże - choć nie dużo nowości zagościło na moich półkach (co nie idzie w parze z ich objętością) i nie wszystkimi jestem w stanie się pochwalić - część już w obiegu po rodzinie ;-)
Więc zaczynamy....

Tutaj efekt współpracy z wydawnictwami i zaprzyjaźnioną Autorką:
O "Królewskiej heretyczce" pisałam tutaj; o "Listach..." - tu, tekst na temat "Tandemu" możecie znaleźć w tym miejscu, przedpremierowa opinia o "Dzisiaj rozmawiamy o Pani" jest tu, z kolei o moim pierwszym spotkaniu z pisarstwem Małgorzaty Wardy tutaj. Pozostałe dwie książki jeszcze przede mną, ale "Nasz film" już zaczęłam i wiem, że to będzie liryczna opowieść o prawdziwej historii skrojonej przez życie na miarę nietuzinkowego filmu. 

A teraz moje własne zakupy. 
Oczywiście literatura polska - od tej poważnej, z najwyższej półki, po raczej lekką, od fikcyjnej po dokumentalną. 
Wiadomo - czytanie zaczęłam od klasyki (z obowiązków zawodowych nikt mnie nie zwolni) i naprawdę uważam, że "Wesele" ma w sobie to coś - i to w warstwie fabuły, jak i języka.  
  
Podobnie ma się sprawa z tekstami zagranicznymi: jest poważnie i lekko, a nawet krytycznieliteracko (z Tolkienem zaprzyjaźniłam się stosunkowo późno, już po studiach, ale kiedy to nastąpiło, przerodziło się w moją bezkrytyczną miłość, która przejawia się na przykład w skupywaniu książek-kluczy próbujących otworzyć drzwi tajemnic jego fabuł), znalazło się nawet coś na kształt pracy krytycznej na temat relacji sacrum-profanum:

Choć nowe nabytki cieszą głowę, serce i oko, nie znaczy, że moja literacka lista "chciejek" się wyczerpała - co to, to nie... ;-)

22 marca 2017

(…) fikcja wynikająca z najprawdziwszej prawdy (s. 82). Richard Falanagan, Pragnienie


      Co to znaczy, że człowiek pragnie? W jakich  pokładach rodzą się te pragnienia? Czego one się najczęściej tyczą? Czy kultura i cywilizacyjna ogłada mogą je zredukować? A pragnąc czegoś dla innych, faktycznie chcę im bezinteresownie coś ofiarować, czy może zaspokoić swoje prymitywne ambicje? 
        Z tymi pytaniami próbuje się uporać Richard Flanagan w swej ostatniej książce „Pragnienie”. 
      Jak w poprzednich tytułach, mamy tu do czynienia z dwutorową narracją, z niby dwoma opowieściami, które łączą się w jedną, z prostą historią podszytą niejednoznacznością i nieoczywistością, której diagnoza może zaniepokoić. Bohaterów w tej opowieści jest kilku: zasłużony dla korony brytyjskiej podróżnik sir John Franklin, jego żona, ich podopieczna – Aborygenka Mathinna, jest Charles Dickens a nawet jedna z aktorek w jego trupie teatralnej - Nelly. Wszystkich ich połączy  pewien moment historyczny – a nawet dwa, które dadzą jedną opowieść.
       Wspomniany już Franklin i jego żona – kobieta ekscentryczna, do przesady ambitna i zawzięcie napędzająca karierę męża – osiadają w kolonii karnej, na Ziemi van Diemena. I jak mąż próbuje się dostosować do nowych warunków, zorganizować swoją pacę w obcych dla siebie realiach i narzucić swój głos dyplomaty tubylcom czy innym kolonizatorom, tak żona za punkt honoru wzięła sobie realizację misji ukulturalniania, szerzenia cywilizacji, zaszczepiania dobrych – bo europejskich – obyczajów i walki z cudownościami rdzennych mieszkańców. A dowodem na jej talent dydaktyczno-wychowawczy ma być „ucywilizowanie” Mathinny.
        Ale zanim dziewczynka da się okiełznać, zanim wypleni się z niej aborygeńskiego dzikusa i aborygeńskie zwyczaje, wydarzy się pewien wypadek, który przyczyni się (pośrednio lub i bezpośrednio) do zorganizowania przez Franklina kolejnej wyprawy ekspedycyjnej – tym razem na Biegun Północny. Ale że ona nie zakończy się sukcesem (bo podróżnicy nie powrócą i  słuch po nich zaginie), a w Anglii wybuchnie skandal, wobec którego nieobecni nie będą mogli się ustosunkować, pani Franklin całą swą energię poświęci obronie dobrego imienia męża i jego osiągnięć zawodowych. Sojusznikiem swoim uczyni Dickensa, jego talent pisarski i autorytet, jakim się cieszył – bo ocalenie godności i honoru zasłużonego dla korony to nie byle sprawa. A oskarżyć o kanibalizm kogoś, kto jeszcze stosunkowo niedawno niósł europejski kaganek ziemi zapomnianej przez Boga i niedostępnej wielu ludziom jest zbrodnią. 
       Jak widać w swej ostatniej książce – o konflikcie cywilizacji, wyższości jednej kultury nad drugą, o tolerancji i jej granicy, o wadze słowa mówionego i pisanego, o prawie do ingerencji w życie drugiego, o tym, gdzie się kończy cywilizacyjna ogłada a uruchamia się instynkt, o człowieczeństwie, honorze, godności i sumienności, o arogancji i o zaspokajaniu swoich potrzeb kosztem rodziny czy bliskich – Flanagan umieścił całą paletę barwnych postaci, autentycznych, historycznie potwierdzonych i fikcyjnych.         Ale to nie te osoby są najistotniejsze, lecz diagnoza, jaka się dzięki nim wyłania. I w sumie nic wiele dobrego o człowieku się nie dowiadujemy. Flanagan swoją opowieścią znów rozdrapuje, znów cicho pyta: co to właściwie znaczy być człowiekiem? I każdy sam  musi zrobić użytek z nasuwającej się odpowiedzi. 

TA OPÓŹNIONA RECENZJA MOGŁA POWSTAĆ DZIĘKI
WSPÓŁPRACA

15 marca 2017

Nie usłyszy pani ode mnie nic nowego. (s. 167) – A. Nabrdalik, „Dzisiaj rozmawiamy o Pani”

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA - 
PREMIERA: 16.03

 


            Jak sugeruje tytuł, najnowsza książka Nabrdalik (wcześniejsza była współautorstwem i zawierała świadectwa więźniów obozów koncentracyjnych) jest wywiadem – i to nie jednym, bo zbiorem siedmiu wywiadów – z mądrymi, zaradnymi, wrażliwymi i odważnymi kobietami, które stały obok swoich sławnych, często niepokornych, zapracowanych i odnoszących spektakularne sukcesy mężów. 
         I okazuje się, że niejednokrotnie kobiety te w ogromnym stopniu przyczyniły się do tych sukcesów, były ich cichymi sojuszniczkami, a już na pewno je umożliwiły czy ułatwiły. Na długie lata rezygnowały ze swoich aspiracji lub je ograniczały, godziły obowiązku, zapominały o próżności i egoizmie. 
           Zacytowane w tytule słowa wypowiedziała Anna Religa – wdowa po senatorze, ministrze zdrowia, a przede wszystkim charyzmatycznym kardiochirurgu Zbigniewie Relidze. A że stały się one wstępem do długiego, wielowątkowego oraz nasyconego różnymi emocjami wywiadu, szybko okazały się nie mieć pokrycia w rzeczywistości. Bo Anna Religa – jak inne rozmówczynie – odsłania niuanse, prostuje pogłoski, przedstawia swój punkt widzenia, a przede wszystkim mówi o sobie, swojej pracy, roli u boku męża, wkładzie w jego sukcesy i kibicowaniu kolejnym przedsięwzięciom. Choć wiele tych kobiet różni (wiek, upodobania, pochodzenie, wykształcenie, aktualna aktywność zawodowa), jedno je łączy: stopień zaangażowania w sprawy męża bez gwarancji, że ktoś to zauważy lub nawet doceni i rezygnacja/ograniczenie własnych aspiracji. Szybko okazuje się, że gdyby nie te skłonne do poświęceń i kompromisów kobiety, nie jednego sukcesu by nie byłoby lub nie zostały odpowiednio zauważony. Takim sposobem np. wspomniana już Anna Religa, Wacława Myśliwska, Jolanta Pawlik czy Alicja Kapuścińska wychodzą dziś z cieni mężów i mogą pochwalić się swoim sukcesem – bo sukces męża jest i ich sukcesem. A co ciekawsze – one same prowadzą/prowadziły po cichu intrygujące życie zawodowe/swoje kariery (nie były/nie są TYLKO żoną TEGO pana) i wreszcie przyszła pora, że mogą o tym opowiedzieć i że „świat” chce je słuchać. Nie powiem, chwilami było mi smutno – w ich imieniu smutno: bo tyle lat czekały, bo tak długo były w cieniu, bo kiedyś trzeba im było weryfikować swoje plany czy potrzeby, ale z książki Nabrdalik wyłaniają się kobiety szczęśliwe, spełnione (choć i zmęczone) oraz świadome swojej wartości. 
           Nie jest tajemnicą, że uwielbiam wywiady, kocham literaturę faktu, noszę w sobie jakiś pierwiastek feminizmu (choć bez popularnej dziś agitacji czy wojowniczości), więc „Dziś rozmawiamy o Pani” czytało mi się wyśmienicie – z emocjami (często uczuciem buntu: w imieniu tych kobiet…), ze zniecierpliwieniem, ze rozumieniem, a za chwilę z irytacją, a już na pewno z zachwytem – że całkiem blisko są osoby, które mają coś istotnego do powiedzenia i wystarczy słuchać, by mądrą lekcję życia wyciągnąć. Książkę polecam. Nie tylko kobietom. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

(...) cel naszej misji zmienia się. - Morten A. Strøksnes

Jutro nakładem WL ukaże się "(...) Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze rokuTo reportaż z wyprawy na Lofoty, archipelag wysp uznany przez redakcję „National Geographic” za trzeci najpiękniejszy na świecie. Celem wyprawy był wielki rekin polarny. Mierzy 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jednak książka nie jest zwykłą relacją rybacką – to opowieść o skarbach, które kryją morza i oceany, niezwykłych morskich stworzeniach i tajemnicy życia, wreszcie o przyjaźni oraz drzemiącej w nas odwiecznej tęsknocie za przygodą". 
A ja przytaczam wywiad z Autorem, jaki redakcja WL przygotowała na okoliczność polskiej premiery książki. Zachęcam do czytania i cieszenia oko dołączonymi do tekstu cud zdjęciami. 


Dwa lata temu wyprawił się pan z przyjacielem na Lofoty, by złowić rekina polarnego.

To była wyprawa w moje ojczyste strony. Zupełnie jakbym jechał do domu. Na tym polegała główna trudność. Musiałem zobaczyć to miejsce nowymi oczami, wyalienować się z kontekstu, którego byłem częścią, stać się kimś obcym, kimś spoza.

I co nowego udało się panu zobaczyć?
Zbierając materiały do książki, często wypływałem na morze, by zdobyć pożywienie. Czytałem też na okrągło książki o morzu. Dzięki temu otworzyła się przede mną zupełnie nowa rzeczywistość, nowy wszechświat. Wspaniały wielki ocean z cudownymi formami życia, zwłaszcza tymi, które kryją się w jego największych głębinach. Uświadomiłem sobie, że to, co nazywamy oceanem, co pokrywa prawie 70 procent naszej planety, jest czymś w rodzaju odrębnej planety, która rządzi się własnymi prawami ewolucji.


A wy chcieliście upolować jedno z najstarszych jego stworzeń…

To bardzo tajemniczy rekin. Nie wiemy, na przykład, w jaki sposób poluje i jest w stanie złapać znacznie szybszą od siebie rybę. Dawniej norwescy rybacy poławiali wiele tego rodzaju ryb, ale teraz już tego nie robią. Rekin polarny stracił na handlowej wartości.

Dlaczego złowienie go jest aż takim wyzwaniem?

Przede wszystkim trzeba go przynęcić. Jest prawie całkowicie ślepy więc trzeba go przywabić zapachem. Wykorzystywaliśmy różne rodzaje śmierdzącego padła, jak na przykład szczątki byka i inne temu podobne. A kiedy w końcu masz tego rekina, a waży on 1200 kilogramów i ma 8 m długości, jak złowić go z małej łódki? To też jest problem.

Tak się zastanawiam, czy w tej wyprawie naprawdę chodziło o rekina. Dla mnie bardziej jest to opowieść o oceanie, jego bogactwie, a także o przyjaźni, bo przecież towarzyszył panu najlepszy przyjaciel...

To prawda. Z czasem rekin staje się coraz z mniej istotny, a cel naszej misji zmienia się. Zaczynamy kwestionować to, co robimy. Zastanawiamy się, czy jesteśmy mężczyznami typu macho na morzu. Nie, to nie jest książka tego typu. Stawia daleko ważniejsze i bardziej interesujące pytania niż polowanie na rekina. Można przeczytać dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, może nawet czterdzieści stron i nie znajdzie się na nich nawet wzmianki o rekinie. To był punkt wyjścia, pewna rama. Jest pewna misja do wykonania, jest coś, co mamy zrobić. W książce jednak przede wszystkim skupiam się na fantastycznej zawartości morza. W mitologicznym, poetyckim, a także biologicznym sensie.



Czego morze albo ocean mogą nas nauczyć?

To trudne pytanie. Ocean pokazuje nam, jak jesteśmy mali, znikomi i mało istotni. Morze jest nie tyle naszym nauczycielem co bardziej naszym ojcem. Kreacjoniści nie zgadzają się z darwinistami, którzy uważają, że naszymi przodkami są małpy. Cóż, w tym mają rację, tak naprawdę, nie pochodzimy od małp – naszymi przodkami są ryby, jesteśmy takimi „przerobionymi” rybami. Życie na naszej planecie pochodzi z morza. Ten żywioł to nasza kolebka. Mówi się, że powinniśmy być mili dla morza, bardziej się o nie troszczyć, ja jednak uważam, że to morze troszczy się o nas. Większość tlenu wytwarzanego na ziemi pochodzi z morza, jest tam więcej życia niż gdzie indziej, są tam różne gazy więc jeśli morze ma kłopoty, to my też je mamy. Lasy deszczowe są ważne ale ocean jest ważniejszy.

Pan wiele podróżuje. Był pan też w Afryce. Czy da się porównać samotność na morzu do samotności na pustyni? Dla wielu osób doświadczenie pustyni jest przeżyciem mistycznym, jeśli nie religijnym. Jak to jest z morzem?

Oczywiście, są pewne podobieństwa. Tym punktem wspólnym jest odczucie bezmiaru, otwarcia, widok nieba i światło. Pustynia jest miejscem religijnych czy mistycznych doświadczeń, ale morze już nie tak bardzo. Jest zbyt duże, zbyt poruszone, zbyt niebezpieczne. W ładny dzień możesz odczuwać spokój umysłu, ale, jak pokazuję to w książce, nie zdarza się to często. Musisz być bardzo uważnym, zwracać uwagę na to, co robisz. To bardziej niebezpieczne środowisko niż pustynia, o ile będąc na niej masz przy sobie wodę.



Morten A. Strøksnes (ur. 1965) – norweski dziennikarz, pisarz, historyk, fotograf. Studiował w Oslo i w Cambridge. Wydał cztery bardzo dobrze przyjęte książki reportażowe. Najsłynniejsza – Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku – została wyróżniona Nagrodą Bragego oraz Nagrodą Krytyków, a prawa do jej wydania sprzedano do 14 krajów.
(fot. na grafikach - Morten A. Strøksnes)


premiera: 16 marca