20 grudnia 2017

Życie zawsze było dla mnie jednym ciągłym zadziwieniem (…) – R. Flanagan, Śmierć przewodnika rzecznego

Okładka książki Śmierć przewodnika rzecznego     „Richard Flanagan to australijski powieściopisarz pochodzący z Tasmanii, uważany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli swojej generacji. Zajmuje się także reżyserowaniem filmów i pisaniem scenariuszy. Laureat prestiżowych nagród: Commonwealth Writers' Prize, Queensland Premier's Prize, Western Australian Premier's Prize i Tasmania Book Prize oraz Nagrody Bookera, którą otrzymał w 2014 r. za powieść Ścieżki Północy, nad którą pracował 12 lat”. 
    Tyle w temacie oficjalnego biogramu. Sama opisywałam tutaj wszystkie dotychczas wydane w Polsce książki tego autora. Dziś pora na „Śmierć przewodnika rzecznego”. Głównym bohaterem jest organizator niebezpiecznych spływów rzeką Franklin. „Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini (…) tonie. Ostatnie chwile życia stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii”. 
     Po raz kolejny autor oddał do rąk czytelnika książkę, w której fabuła jest jedynie pretekstem do rozważań o naturze człowieka i kondycji świata, w której pyta o to, co ma sens, co stanowi wykładnię człowieczeństwa, co w sytuacji tej najbardziej granicznej – w momencie śmierci – okazuje się istotne, co nas wcześniej kształtuje, co rzeczywiście zapamiętujemy i na co sami mieliśmy wpływ. Jak zawsze u Flanagana odbywa się swoista mityzacja rzeczywistości, próba zrozumienia świata z sygnałów przez niego wysłanych, chęć pokazania działającej w świecie siły sprawczej, magii rutyny, powtarzalności czy stabilizacji, konieczność definiowania, odkrywania i nazywania zjawisk trudnouchwytnych – z samym sobą na czele. Nie brak też opowieści o ludziach okaleczonych przez historię, odwołań do epok minionych, które są tłem do pokazania losów bohaterów na pozór prostych i zwyczajnych. 
      Nie ma co ukrywać – „Śmierć przewodnika rzecznego” nie jest lekturą łatwą ani przyjemną, nie jest powieścią do pociągu, poduszki czy chwilę wytchnienia – co wytchnienia nie da. Każe się zastanawiać i ciężką, powolną, snutą niczym gawędziarska opowieść narracją karze tych, którym do refleksji daleko. To zdecydowania powieść dla wymagających i cierpliwych czytelników.                  

15 grudnia 2017

(…) o morderstwie w hotelu, w którym jest (…) surrealistyczna atmosfera (s. 594) – S. Zientek, Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty

Okładka książki Hotel Varsovie. Klątwa lutnistyPowieść – fabularna petarda.
Powieść – palce lizać.
Powieść – cud-miód.
Powieść – czysta rozrywka w najlepszym z możliwych wydań.
Powieść – prosta, ale nie banalna, a już na pewno nie tandetna.
  Powieść rozbudowana, wielowątkowa, prowadzona w różnych perspektywach czasowych (wiek XVII, wiek XIX i XXI), z całą gamą przeróżnych postaci, którzy może i nie są zbyt rozbudowani psychologicznie, ale na pewno są przedstawicielami swoich klas, grup, profesji oraz epok, w których przyszło im żyć. 
      Mamy tu do czynienia z muzykiem orkiestry królewskiej, który z trudem – ale jednak – realizuje marzenie o dobrze prosperującym własnym zajeździe - i mógłby w sumie uznać się za człowieka spełnionego, gdyby nie zbyt postępowe córki, nieudany syn, wredny pasierb – jeden, a drugi – kaleka i wstyd rodziny oraz nieodwzajemniona miłość drugiej żony…. Jest i szacowna, bystra, inteligentna i obdarzona dobrym sercem panna na wydaniu, która bardziej niż skandalami z udziałem ojca czy starszego brata przejmuje się podupadającym hotelem… Jest i ekscentryczna Polka, która po latach na obczyźnie przypomniała sobie o pozostawionym w kraju majątku. Ich wszystkich łączy nie tylko pewna działka przy Długiej w Warszawie, ale licznie przelana przez przodków krew innych – i nie ważne, czy była to krew złoczyńców, gwałcicieli, złodziei, krzywoprzysięzców, bezdomnych, i nie istotne, czy zbrodni dokonano w ciemnym zaułku, na wiślanych nieużytkach, czy w trakcie honorowego pojedynku – grunt, że trup siał się gęsto, a i teraz zdaje się śmierć nie odpuściła. 
      Powieść ta nie zaskoczy techniką narracyjną, nie porusza uniwersalnych problemów, nie rozdrapuje przyschniętych ran, nie jest głosem w  sprawie…, nie stawia diagnoz, nie daje recept, niczego nowatorskiego o świecie czy człowieku się z niej nie dowiemy – to nie powieść rozrachunkowa, a doskonała powieść rozrywkowa, przy pisaniu której autorka zadała sobie sporo trudu, by zachować wiarygodność historyczną i obyczajową, nie oszukiwać czytelnika, a z siebie nie uczynić łgarzem.  
    Zientek oddała do rąk czytelnika nie tyle powieść o wielopokoleniowej familii hotelarzy, którzy bez względu na różne okoliczności próbują za wszelką cenę zatrzymać biznes w rękach rodziny, ale to powieść o ukochanym mieście – Warszawie. „Klątwa…” to historia nie tylko ludzi oddanych swoim marzeniom, pasji, zagmatwanych w przeróżne namiętności i zbrodnie, ale przede wszystkim to opowieść o tętniącej życiem, tłocznej, często brudnej, nękanej przeróżnymi klęskami (pożary, epidemie, najazdy), zmieniającej się i zaplątanej w polityczne zawirowania Warszawie. W opowieść o swoich bohaterach wplotła Zientek opowieść o topografii miasta, postępującej urbanizacji, plotkach, którym żyli jego mieszkańcy, modach, którym ulegali czy stereotypach, przed którymi nie umieli (nie chcieli?) się uchronić.
   Rzetelność pracy Sylwii Zientek, wiarygodność historyczna, umiejętne, pozbawione karkołomności, lawirowanie pomiędzy fikcją literacką a prawdą dziejową, liczne, wprowadzające niejednokrotnie spore zamieszanie, postacie drugoplanowe czy epizodyczne czynią z „Klątwy…” powieść doskonałą na długie, zimowe wieczory czy popołudnia niemocy. To doskonała zabawa na wysokim poziomie!       


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
GWFoksal.pl - tanie książki, muzyka, filmy

14 grudnia 2017

(…) przezwyciężyłam to (s. 152). – J. Bennett, Mój Alex

Mój Alex    Nie ulega wątpliwości, że liczne instytucje okołoksiążkowe biją na alarm co do słabego czytelnictwa w Polsce. A jeśli chodzi o popularność książek wśród dzieci i młodzieży - podobno nie istnieje takie zjawisko. Z tego powodu wydawnictwa prześcigają się w prezentowaniu książek dla młodych czytelników – chcąc między innymi zachęcić ich do sięgnięcia po słowo pisane. 
     Jaka w takim razie powinna być „dobra”, kusząca i zadowalająca książka dla młodego człowieka? Wydaje mi się, że nie może być nudna czy monotonna, ani z bohaterami zbytnio rozbudowanymi psychologicznie, powinna opisywać ciekawą intrygę, w którą bohaterowie zaplątują się coraz bardziej, nie zaszkodzi spora dawka humoru (nawet czarnego). Zakończenie powinno być jednoznacznie (no chyba, że ma się do czynienia z serią) i może nawet szczęśliwe (lub pozytywne). Ciekawym pomysłem jest również nutka budującej napięcie tajemniczości czy seria pomyłek, niedomówień, które tworzą swoistą sieć wokół głównego tematu.
      Niektóre z tych cech zawiera opublikowana całkiem niedawno powieść „Mój Alex”. I by rozwiać wątpliwości, należy od razu zaznaczyć, ze to powieść bardziej dla dziewczyn niż chłopców. W tym prowadzonym w pierwszej osobie tekście jest sporo z tego, co dzisiejsza młodzież lubi i ceni – porozumiewanie się za pomocą komunikatora internetowego, próba usamodzielnienia się, walka o niezależność, ochrona własnej przestrzeni, ostrożność w nawiązywaniu nowych znajomości, zatracanie się w hobby i potrzeba szczerej bliskości. 
     Bohaterką książki jest Bailey – córka rozwiedzionych rodziców, która w obliczu kolejnego rozstania matki przenosi się do ojca. Chce również być bliżej swego wirtualnego przyjaciela, z którym już od dłuższego czasu omawia w sieci swoją pasję do starych filmów a teraz przyszła pora, by spotkać się w realu i wspólnie obejrzeć jeden z kultowych filmów Hitchcocka. Tylko, że nastolatka ta ma jeden problem – chroniczną niechęć (lub nieumiejętność) do budowania głębszych relacji, jakichkolwiek więzi, nie mówiąc już o otwieraniu się przed drugim człowiekiem. A najlepiej odczuwa to Porter – chłopak sezonowo pracujący z nią w muzeum, który (przez swoje bezpośrednie i dość złośliwe komentarze) już od pierwszego dnia staje się jej wrogiem numerem jeden. Takim sposobem przeprowadzka, nowe miejsce, nowi ludzie, nowe sytuacje i wyzwania wymuszą na Bailey zajęcie konkretnego stanowiska wobec nowej rzeczywistości, która ma szansę stać się niekoniecznie szarą rzeczywistością. 
      Czytający znajdzie w tej książce pierwsze zauroczenie, pierwsze wybory, dylematy, mniej i bardziej poważne konflikty. Wraz z bohaterką spróbuje rozszyfrować, co jest prawdą a co udawaniem – a wśród niedomówień i lakoniczności informacji otrzymywanych przy pomocy sieci może się to okazać dość trudne.
      Może i jest to naiwna powieść, zbyt prosta, prowadzona językiem na wskroś młodzieżowym, ale to książka zdecydowanie dla młodych (również duchem) i słusznie, że w takim duchu została oddana do rąk potencjalnych czytelników.       

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
  Wydawnictwo AMBER

12 grudnia 2017

Nagle wystawiam myśl na pokaz (s. 546) - Jacek Kaczmarski, Między nami. Wiersze zebrane



Któż nie zna słów:
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany, połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

nie wie, kto jest ich autorem, w jakich okolicznościach tekst powstał i czym stał się dla mas słuchających? Wśród dojrzałych odbiorców popkultury chyba nie ma nikogo takiego. 
     Bo wykonawca i autor – Jacek Kaczmarski – dał się poznać szerszej publiczności na różnego rodzaju festiwalach, recitalach, przeglądach piosenki, a jego utwory – często bez intencji twórcy- okazywały się być hymnami, wezwaniem i manifestem pokoleń. Dlaczego tak się stało? Bo te utwory – zmetaforyzowane, pełne odwołań do tekstów literackich, malarskich, do wydarzeń historycznych – aż na wskroś zdawały się mówić o sprawach istotnych tu-i-teraz. 
    Takim sposobem Kaczmarski stał się literacko-artystycznym głosem sprzeciwu, bardem opozycji antykomunistycznej, mimowolnym wyrazicielem poparcia i solidarności z Solidarnością. Ale jego teksty to nie tylko te szybko żyjące od premiery lub pierwszego wydania własnym życiem „Mury”, „Obława” czy „Rejtan…”. To cała masa mniej znanych, ale równie ważnych utworów. Okazuje się, że ich słowa, niektóre frazy zostały na przestrzeni lat zmienione – bo zmiany bardziej pasowały do ogólnej wymowy tekstu, albo stawały się bardziej spójne z aktualnymi wydarzeniami lub po prostu opinia publiczna oswoiła się z raz zasłyszaną wersją. 
   I właśnie te utwory – znane, docenione, spopularyzowane i pozostające w pamięci świadomych odbiorców oraz mniej rozpowszechnione i słabiej rozpoznawalne – znalazły się w wydanym niedawno przez Prószyński i S-ka obszernym zbiorze utworów Jacka Kaczmarskiego. Tego czwartego już zestawienia dokonał Krzysztof Nowak – wieloletni znajomy i współpracownik poety. Poprzednie antologie ukazały się w 1994, 2002 i 20012 roku, ale to – jak zapewnia redaktor wydania – jest najbardziej rzetelne: powstało przy ścisłej współpracy z Kaczmarskim, uwzględniono ostateczne, zaakceptowane przez muzyka, wersje, wzięto pod uwagę wyjściowy zapis tekstowy utworów, całościową wymowę utworu, cykliczność czy programowość dzieł, a temu wszystkiemu przyświecał „szacunek dla intencji autora” (s. 9). Znalazły się tu wiersze młodzieńcze, piosenki przełomu, poetyckie komentarze, głosy w sprawie historii, ale odrzucono kilkadziesiąt tekstów, których nie dopuścił do druku sam muzyk. 
     Co powstało z tego zbioru, jaka myśl główna przyświeca całej poezji Kaczmarskiego – tej śpiewanej, melorecytowanej i deklamowanej – dowiedzą się ci, którzy tę liczącą ponad 1100 stron pracę wezmą do ręki. A jest co czytać i nad czym się zastanawiać. Zachęcam do refleksji – nad przewrotnością świata i natury ludzkiej.        


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WYDAWNICTWU PRÓSZYŃSKI I S-KA

27 listopada 2017

(…) mogłoby to być i nawet Twoje milczenie, byleby przy mnie (s. 147) –Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan, Tylko mnie pogłaszcz... Listy do Haliny Poświatowskiej


       A jednak potrzeba mi twoich słów i trzeba twojej pamięci. Pamiętaj o mnie, dobrze? Może będę się mniej bała, może będę usypiała spokojniej... Oraz: Są takie noce, przyjacielu, kiedy świat się kończy. Świat odchodzi i zostawia nas z rozszerzonymi źrenicami i bezradnie opuszczonymi rękoma
     Tak w wydanej po raz pierwszy w 1967 roku, nakładem krakowskiego WL, „Opowieści dla przyjaciela” zanotowała Poświatowska – filozof, poetka, tłumaczka, autorka kilku dramatów i całej masy listów, które z uporem do licznych znajomych pisała przez całe swoje krótkie życie. Tym tajemniczym, tytułowym „przyjacielem” jest Ireneusz Morawki – polonista, literat, którego Poświatowska poznała jeszcze w czasie swojego „częstochowskiego” okresu. Ich emocjonalna zażyłość, ostudzona przez pobyt Poświatowskiej w USA i późniejszy wyjazd do Krakowa, stała się przyczynkiem do tego autobiograficznego przekazu. Ale nie tylko ta pozycja świadczy o uniwersalizmie czy sile ich relacji. Poza nią są jeszcze listy. Cała masa listów – bo Poświatowska z nich „słynęła”. 
        I całkiem niedawno nakładem Prószyńskiego i S-ka ukazał się zbiór listów – „Tylko mnie pogłaszcz…(…)” - jakie przez lata wysyłał do poetki Morawski. Były one nie tylko odpowiedzią na jej wiadomości, ale są również „dowodem” na „epistolarne inicjatywy” autora „Spotkania z Marią”. W zbiorze tym są listy i długie i krótsze, poważne i o lżejszej tematyce, okraszone aluzjami politycznymi i literackimi (ta jest rozbrajająca: „Szkoda, że nie było Pani na tym zjeździe. Rewelacyjne wiadomości. muzyka skończyła się definitywnie jeszcze w dziewiętnastym wieku. Znalazł się także pewien optymista, który dość hałaśliwie obwieszczał nieśmiertelność jedynie poezji. Sam starał się być poetą. Idąc dalej, określił on nawet charakter przyszłej twórczości poetyckiej. Mieliśmy ubaw do pasa. Stwierdził on, że domeną w poezji jest pointa, a największe poematy za lat sto czy dwieście to będą tylko trzy pointy: na początku pointa, w środku pointa i na końcu też. Ciekawe? Potem ryczał szerokim gardłem: – Ja sobie nie życzę, żeby ktokolwiek zrozumiał moje wiersze, bo moje wiersze muszą być mózgowe. – Mój komentarz: Najgorzej, to jak się komu pomiesza mózg z siedzeniem”), są nawiązania do domowego zacisza, pracy zawodowej, akademickiej, a nawet sytuacji zdrowotnej – bo problemy z nim są jednym z kilku tematów, które połączyły tych literatów. 
      Z tekstów tych wyłania się Morawski-erudyta, sypiący aluzjami literackimi, bawiący się konwencją gatunkową listu, chętnie sięgający po powiedzenia i łacińskie aforyzmy, prowadzący grę słowną (oto jej przykład: „(…) jest taki Polski [sic!], Poświatowski Pazur. Trzy P. Przepraszam Panią. Teraz lepiej, bo pięć”), otwarcie mówiący o swojej pracy literackiej, jak i wypowiadający się na temat sukcesów oraz planów Poświatowskiej. Uważny czytelnik z łatwością wychwyci ton szacunku, dyskrecji, koleżeńskiego zaufania; zauważy przejście z formy oficjalnej na intymną i przyjacielską. 
     Z przedmowy można się dowiedzieć, że przez lata Poświatowska – widząc kunszt , artyzm we frazowaniu i w literackości ujmowania w słowa własnych myśli i emocji -  namawiała Morawskiego do opublikowania tych tekstów, jednak on uporczywie odmawiał, a wydaną przez poetkę „Opowieść…” potraktował ze sporą rezerwą, co dobitnie świadczy o znacznym ochłodzeniu ich relacji. Dlatego niniejsza pozycja mogła ukazać się dopiero po śmierci prozaika, z inicjatywy jego żony i Marioli Pryzwan – jednej z ważniejszych polskich biografek. 
      I ja, pasjonatka pióra Poświatowskiej, muszę śmiało przyznać, że dzięki „Tylko mnie pogłaszcz…(…)” mam pełniejszy, jaśniejszy obraz poetki; kilka plam powoli się zapełnia.           


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

23 listopada 2017

(…) słowa nie są materią logiczną, precyzyjną ani konsekwentną (s. 6) - 1000 słów, Jerzy Bralczyk

Okładka książki 1000 słów

   Profesor Bralczyk bez wątpienia jest jednym z największych polskich autorytetów w dziedzinie językoznawstwa. Zna reguły języka polskiego, wie, jak je stosować, uczy tego już kolejne pokolenie Polaków, nie jest mu też obcy rodowód poszczególnych słów czy zwrotów. Między innymi o tym mówi jego wydana niedawno przez Agorę oraz Prószyński i S-ka książka „1000 słów”.
      Autor zawarł w niej dokładnie 1001 pojęć (i jak sam zaznacza, każdy z czytelników może sobie usunąć to jedno niepasujące, według niego nieodpowiednie), które omawia, wyjaśnia ich użycie, przytacza pochodzenie i zmiany funkcjonalne. 
     I nie są to słowa dowolnie wybrane ani ułożone zgodnie z fantazją autora. Ten leksykon ma swój klucz konstrukcyjny i sam dyktuje klucz interpretacyjny – a są nimi kategorie, na jakie podzielono omawiane w nim wyrazy. 
     Są to „Słowa obiecujące” – które niosą sobą jakieś zapewnienie, magię, niesamowitość i zdecydowanie mają pozytywny wydźwięk, jak na przykład: hart, łaska, optymizm, serce, zaloty (i tego typu słów jest najwięcej). Później to „Słowa niepokojące”, jak: arogancja, chuligan, klęska. Kolejne - „Słowa, którym na nas nie zależy” – to pojęcia odnoszące się do zjawisk funkcjonujących niezależnie od człowieka, a nasza zasługa ogranicza się jedynie do nadania tym zjawiskom (np. deska, gen, wiosna, zapach, zioło) nazw. Następne to „Słowa stwarzające świat”. I tu z kolei mamy do czynienia z pojęciami przywołującymi (…) do istnienia coś w jakiś sposób przez nas wymyślonego i to wymyślonego wraz z nazwą (s. 271). Bo okazuje się, że człowiek ma również zdolność kreowania zjawisk czy stanów i dodatkowo jeszcze je nazywa. W tej grupie profesor umieścił określenia typu: bezmiar, inteligencja, karykatura, wola, żart. Najciekawsze wydają mi się „Słowa, które znaczą coraz więcej. Tutaj są „Terminy prawne i socjologiczne, słowa nazywające coraz ściślej otaczające nas nowe rzeczy i zjawiska brzmią czasem tajemniczo, czasem wręcz zagrażająco. (…) stare, poczciwe słowa zaczynają zyskiwać jakieś nowe odniesienia (…). Konkrety się uabstrakcyjniają, codzienności instytucjonalizują... (s. 369). To z tego powodu znalazły się tu słowa typu: debata, kasować, okno, powód, system. Warto również wspomnieć o „Słowach milowych” – typu: Herod, Arkadia, ikona – które określają stopień rozwoju kultury. Nie mogło również zabraknąć całej listy słów-zapożyczeń: czat, online, punk, spam
        I jak zaznacza sam Bralczyk, w tym bogatym zestawie nie chodzi o ich ładne brzmienia czy popularność wśród użytkowników, a o podstawowe znaczenie w życiu człowieka. Bo czy ktoś sobie wyobraża posługiwanie się językiem bez pojęć takich jak: rodzina, szaleństwo, zero, człowiek, sen? Czy bylibyśmy w stanie opisać świat bez terminów typu: instynkt, miejsce, śmiech, zdrada? Czy bylibyśmy w pełnie sprawni językowo, gdybyśmy nie operowali nazwami typu: kamień, księżyc, woda, zapach? A skoro już są takie ważne, nadrzędne, to mamy pewność, że posługujemy się mini prawidłowo? Że wraz z nimi tworzymy zgodne z normami stylistycznymi i językowymi konstrukcje zdaniowe? 
       I nad tymi wszystkimi kwestiami pochyla się autor „1000 słów”. I daleki jest od mentorskiego, dydaktycznego tonu. W tej pozycji spotykamy nie Bralczyka-profesora-wykładowcę, a Bralczyka-użytkownika języka, który ma świadomość, jak ważne jest sprawne posługiwanie się językiem – niekoniecznie dlatego, że erudycja świadczy o naszym wykształceniu czy poziomie intelektualnym, ale dlatego, że świadczy o naszym człowieczeństwie, jest tym, co nas wyróżnia z rzeszy innych stworzeń. I właśnie temu obniżeniu mentorskiego tonu służą liczne anegdoty, prześmiewczy ton, ironie, kpina – nie z użytkowników słów, a z samych pojęć, określeń – bo tak się rozsiadły, rozpanoszyły i rozzuchwaliły w polskim słowniku. I już one mogą być najlepszą reklamą tej książki – książki dla każdego. 
    Bo to książka, która oswaja z językoznawstwem, polską gramatyką, regułami języka, a przy okazji pokazuje, jak świetnie można się bawić słowem, jak bardzo język może stać się rozrywką – bo bywa zagadką do odszyfrowania.    

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

6 listopada 2017

Tarantula może przez dwa lata nic nie jeść.

Okładka


Od pewnego czasu pozycje książkowe o sile przyrody, cichym życiu, które się w niej toczy, a którego świadkami jesteśmy są bardzo popularne. A to drzewa, a to kwiaty, a to szeroko rozumiane rośliny… Tym razem przyszła pora na zwierzęta. WL podsyła na te chłodne i często mgliste wieczory jesienne książkę magiczną – bo o tajemnicach…. Zapraszam na spotkanie z „Sekretami zwierząt”, jej autorką i tymi, którzy pozycją już się zachwycili.

Tak Fleur Daugey opowiada o pracy nad „Sekretami zwierząt”, zaangażowaniu w projekty ochrony przyrody i konserwacji gatunków zagrożonych, zagrożeniach naturalnych, zadziwiającej faunie Paryża, miejskich legendach i rajskich zakątkach: Myślę, że przyroda jest niewyczerpanym źródłem naszego zachwytu. Bez przerwy nas czymś zaskakuje. Nowe odkrycia dokonywane przez naukowców w świecie roślin i zwierząt niezmiennie wprawiają mnie w zdumienie i podsycają przekonanie, że wszystkie żyjące stworzenia, a także rzeki, góry i pustynie, winniśmy otaczać najwyższym szacunkiem. Muszę przyznać, że bardzo rozbawiła mnie anegdota o jaszczurce z Australii, która ma niebieski język i pokazuje go drapieżnikom, żeby je odstraszyć! (śmiech) Przyrodzie nie zbywa na dobrym humorze!

Sięgając po książkę, można tam znaleźć takie oto opisy:
Na ławie oskarżonych
Od czasów średniowiecza do XVIII wieku kara publicznej egzekucji na stosie lub szubienicy groziła nie tylko ludziom. Zwierzęta również bywały oskarżane o przestępstwa i za swoje uczynki trafiały przed oblicze sądu. Takie procesy zdarzały się rzadko, mogły jednak stać się udziałem owadów, gadów, ptaków i ssaków, a nawet zwierząt morskich. Głównym powodem oskarżeń było zabójstwo, w następnej kolejności kradzież oraz wejście w szkodę.
W 1120 roku po raz pierwszy zostały obłożone ekskomuniką polne myszy i gąsienice, którym zarzucano zniszczenie upraw. W 1266 roku wieprz oskarżony o pożarcie dziecka stał się pierwszym zwierzęciem, które skorzystało z dobrodziejstw prawdziwego procesu. Osioł powalony strzałem z arkebuza, powieszony wół, żywcem spalona klacz – wyroki były bezlitosne. Zoofilia karana była śmiercią na stosie, co dotyczyło zarówno sprawcy, jak i zwierzęcia, które padło jego ofiarą.
Owady i gryzonie, które nie mogły być pozwane indywidualnie, sądzone były całymi gatunkami. W 1554 roku pijawki podejrzewane o zdziesiątkowanie ryb w rzece zostały ekskomunikowane przez biskupa Lozanny. W 1585 roku wikariusz generalny Walencji postawił przed sądem gąsienice. Miały prawo do adwokata, ale to nie uchroniło ich przed skazaniem na opuszczenie diecezji.

Krowy melomanki
Psycholodzy z brytyjskiego uniwersytetu w Leicester sprawdzili, jaki wpływ ma muzyka na mleczność krów rasy holsztyńskiej. Odkryli, że gdy muzyka jest powolna i spokojna – w rodzaju Symfonii Pastoralnej Beethovena albo piosenki Everybody Hurts grupy R.E.M. – zwiększa się ilość wytwarzanego przez krowy mleka. Muzyka o szybszych rytmach nie przynosiła żadnego efektu pod tym względem.

Umrzeć ze śmiechu
Legenda głosi, że około 207 roku p.n.e. stoicki filozof Chryzyp zobaczył podczas biesiady osła jedzącego figi ze stołu. Zaczął się tak strasznie śmiać, że się zakrztusił i umarł.

Pisanki na żądanie
Kury ras ameraucana i araucana znoszą jajka zielone i niebieskie.

Jasnowidzące zwierzęta
Zwierzętom często przypisuje się zdolność przepowiadania katastrof. Nie ma w tym zapewne nic nadzwyczajnego. Ich zmysły zdolne są odbierać informacje, na które my pozostajemy głusi i ślepi. Reagują na znaki zapowiadające kataklizmy, ponieważ potrafią wyczuwać zmiany w swoim środowisku. Słonie odbierają fale sejsmiczne poprzez specjalne receptory w stopach. Pierwsze oznaki trzęsienia ziemi nie są więc dla nich zaskoczeniem. Ryby rozpoznają zmiany prądów morskich i dość łatwo mogą uciec przed nadchodzącym tsunami. Ptaki natomiast wyczuwają ziemskie pole magnetyczne i wykorzystują je do orientacji w terenie. Zbliżające się wstrząsy sejsmiczne wywołują prawdopodobnie jakieś zaburzenia fizyczne, których nie jesteśmy w stanie percypować, a które mogłyby stanowić sygnał alarmowy. Naukowcy wciąż powtarzają, że trzęsienia ziemi nie da się przewidzieć. A może wystarczy badać zachowanie zwierząt?
Najedzona
Tarantula może przez dwa lata nic nie jeść.
Opiekuńcze zwierzęta
Profesor Erika Friedmann ze swoim zespołem z uniwersytetu w Pensylwanii badała wpływ zwierząt domowych na zdrowie ludzi. Okazało się, że chorzy hospitalizowani z powodu chorób serca, którzy posiadają jakieś domowe zwierzę, żyją dłużej niż ci, którzy czworonożnych przyjaciół nie mają. Towarzystwo takiego kompana daje nawet lepsze rezultaty niż obecność współmałżonka czy pomoc rodziny.

Potwór pod ochroną
Potwór z Loch Ness na mocy ustawy o ochronie zwierząt z 1912 roku jest w Szkocji uznawany za gatunek chroniony.

Danie ubogich
W XVIII wieku w Nowej Anglii było tyle homarów, że karmiono nimi świnie. W amerykańskim stanie Massachusetts służący w bogatych domach musieli jeść homary praktycznie codziennie. Nie mogli już na nie patrzeć. Obrzydły im tak bardzo, że wytoczyli proces swoim panom. Sąd orzekł, że nie wolno podawać homarów służbie domowej częściej niż trzy razy w tygodniu.

Nawet autorytety w dziedzinie przyrodoznawstwa dostrzegają urok tej książki: To niesamowite i zadziwiające bestiarium, to florilegium autorstwa Fleur, ucieszy z pewnością każdego miłośnika przyrody. Są tu i deszcze żab lecące prosto z nieba, i grzyby atakujące mrówki, i niezwykłe dzieje owczarka Rintintina, i karłowate słonie śródziemnomorskie, a do tego opowieści o zdumiewającej pamięci ryb, o boginiach-wężach, o stworzeniach odpornych na zamarzanie, o inteligencji ośmiornicy – pałac odkryć, przez który prowadzi nas Fleur Daugey, wydaje się nie mieć końca. Oby ta książka przyczyniła się do tego, że na nowo rozpalimy w sobie zainteresowanie dla dzikiej przyrody i dla żywych, wolnych zwierząt.
Marc Giraud, przyrodnik, pisarz i autor audycji radiowych.


ZA MATERIAŁY PRASOWE DZIĘKUJĘ 
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie

4 listopada 2017

Wszyscy jesteśmy ofiarami wojny, w której nie braliśmy udziału – M. Bunda, Nieczułość

Okładka

      Oto saga o wielkiej historii i kobietach, które jako jedyne potrafią stawić jej opór. Powieść o mocy kobiet i ich solidarności.
     O czym? O kobietach. Rozela samotnie wychowuje trzy córki: Gertę, Trudę i Ildę. Mieszkają w domu położonym na samym szczycie Dziewczej Góry, małej wsi na Kaszubach, krainie, o którą co chwila upomina się historia. Kobiety dzielnie stawiają czoło kolejnym kataklizmom: najpierw wojnie, która każe płacić wysoką cenę za przetrwanie, a potem nowej, komunistycznej władzy. By przeżyć, nie okazują uczuć. Nieczułość ma być ich tarczą przed złem i przeciwnościami losu. Mimo to kochają, rodzą i wychowują dzieci. Wszystkie są ze sobą bardzo mocno związane i nieważne, jak daleko zapuszczają się w świat, zawsze wracają do Dziewczej Góry. Po wsparcie i bliskość. 
      Jaki problem? Martyna Bunda stworzyła wielowymiarową sagę, dziejącą się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, która zadziwia nastrojem, kompozycją i wyrazistością bohaterów. Dotyka niezabliźnionych ran, ale nie robi tego dla efektu. Nieczułość to wspaniały hołd złożony matkom, babkom, ciotkom i przyjaciółkom, jednym słowem: kobiecej solidarności, która jako jedyna siła jest w stanie pokonać tryby historii. 
        Według Autorki: „Wszyscy jesteśmy ofiarami wojny, w której nie braliśmy udziału. Dźwigamy bagaż poprzednich pokoleń. Traumatyczne doświadczenia są jak lód: trzeba w jakimś sensie zamarznąć, żeby przeżyć. A jednak wygojenie takich ran jest niemożliwe bez czucia. Napisałam książkę o kobiecej empatii, która leczy, z nadzieją, że opowiadanie polskich historii w ten sposób trochę pomoże nam wszystkim”.
     Martyna Bunda – od 18 roku życia reporterka prasowa, co z perspektywy czasu okazało się dla niej najważniejszą szkołą. Oznaczało setki odwiedzonych domów (Polacy lubią, gdy zdejmuje się buty), godziny rozmów prowadzonych z ludźmi – nierzadko w krańcowych, szczególnych sytuacjach.
Od 2012r. kierowniczka działu krajowego w tygodniku „Polityka”. Praca redaktorska przyniosła kres autorskiemu pisaniu i otworzyła przestrzeń do zajęcia się książką. Niezrealizowana gitarzystka po szkole muzycznej. Matka dwóch córek. Urodzona w dzień kobiet, w światowym roku kobiet (według ONZ), za osiem ósma – co stanowczo musi coś oznaczać. Wychowana na Kaszubach. Powieść Nieczułość to jej debiut literacki. 
          O książce tej dobrze mówi nie tylko Wydawca, ale również giganci pióra – jak choćby Krzysztof Varga. 
      Swój tekst zaczyna on od dość podstawowego pytania:  Gdzie autorka była wcześniej, czemu dopiero teraz daje nam tę opowieść, z jakiej przyczyny tak długo się przed nami skrywała?” A dalej jest już obszerniej: „(...) nie mam wątpliwości, że właśnie warsztat reporterski dał jej umiejętność okiełznania języka i pisania w sposób barwny, sugestywny, lecz wyzbyty zupełnie efekciarstwa, raczej opisowy niźli metaforyczny. Zaś doświadczenie redaktorskie dało jej dystans do własnego tekstu i świadomość, że język literacki czasami trzeba trzymać na smyczy, zaś świetna opowieść nie potrzebuje wcale kwiecistości, by być wiarygodną i przejmującą. „Nieczułość” – swoją drogą kapitalny tytuł – jest powieścią skonstruowaną, owszem, ze znanych elementów, przywodzącą na myśl święcącą triumfy w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku prozę mitograficzną, ale jednocześnie daje nam, osobliwie na tle współczesnej literatury, kojący powiew. Otóż najważniejszą dla mnie zaletą tej książki – jakkolwiek to brzmi – jest absolutny brak w niej najmniejszego szantażu emocjonalnego. Literatura zahaczająca bowiem o wojenną traumę, powojenną biedę, komunistyczną opresję, literatura zajmująca się niedolą samotnych kobiet, bądź kobiet doświadczonych traumatycznymi przeżyciami osobistymi może nieświadomie nawet, a często niestety z premedytacją, popaść w rodzaj epatowania cierpieniem. Nie ukrywajmy – żyjemy w czasach, kiedy nieszczęście ludzkie bywa atrakcyjną przynętą na czytelnika – tutaj nie ma ani grama takiego myślenia i ani jedno zdanie nie powstało po to, aby nami cynicznie wstrząsnąć, z zamysłem nas przejąć, sprytnie wycisnąć łzę wzruszenia. Ta historia kaszubskich kobiet z powieściowej Dziewczej Góry, gdzieś koło Kartuz, skąd przecież pochodzi autorka, jest szczera i paradoksalnie radosna. Kartuzi to zakon o niebywale surowej regule, zdaje mi się, że Martyna Bunda z iście kartuską dyscypliną podeszła do pisania tej książki, nie pozwalając sobie na poddanie się pokusie łatwości, uwodzenia czytelnika (choć przecież mamy do czynienia z prozą wielkiej urody), prowadzenia gry znaczonymi kartami, w tej historii kaszubskich kobiet nie ma też żadnego błysku melodramatyzmu, żadnego kiczu, który zdarza się w takich mitograficznych opowieściach aż nazbyt często. Jest Bunda już pisarką w pełni świadomą swych możliwości, panującą nad materią słowa z mistrzowską precyzją i z pełną świadomością wszelkich pułapek czyhających na każdego, kto porywa się na pisanie rodzinnej sagi. A dzięki sprawności pisarki, jej usunięcia się na bok, tak by autor nie był widoczny, nie przypominał nam nieustannie o swoim istnieniu, „Nieczułość” się nawet nie tyle dobrze czyta, ile płynie się przez nią, jak przez spokojne morze – bezkresne, ale nie sztormowe. Jedna rzecz mnie w „Nieczułości” ujęła i wzruszyła tak, jak żadna książka ostatnio. Ma Bunda niebywały dar pisania o zwierzętach: sceny ze zwierzętami, często przecież brutalne, jak świniobicie, ukazane są tu z jednej strony z niesamowitym humorem, delikatnością, ale z drugiej strony też bez sentymentów: śmierć świni jest przejmująca, opis trzymania umierającego zwierzęcia za ryjek rozdziera serce, ale też w dziwny sposób uspokaja i umiemy nawet uwierzyć w to, że biednemu stworzeniu lżej się umierało. Historia bujającej się w koszu kury – iście bajkowa. Dzieje stadka pawi – zabawne i szalone, rozpacz samicy z powodu śmierci jej partnera: tak ludzka jak nawet nieczęsto zdarza się samym ludziom. Każde zwierzę byłoby szczęśliwe, gdyby Bunda o nim napisała. W każdym razie gdybym ja był zwierzęciem, czy to domowym, czy hodowlanym, marzyłbym o tym, aby Martyna Bunda opisała mój los, nawet jeśli miałby on być tragiczny". 

       Nie wiem jak Wy, ale ja czuję się bardzo zachęcona!

ZA MATERIAŁY PRASOWE DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie

2 listopada 2017

Potrzebujemy tylko, żeby kilku z nich umarło (s. 321) – S. Bolton, Już jesteś martwa

KSIĄŻKA Z MOIM PATRONATEM MEDIALNYM 

Już jesteś martwa     Znajdujący się w północno-wschodniej Anglii Park Narodowy Northumberland zajmuje prawie ¼ powierzchni hrabstwa Northumberland, jego atrakcją są między innymi rozległe wrzosowiska i rzymski wał obronny - Mur Hadriana, a symbolem został Kulik wielki – duży brodzący ptak z dość długim i specyficznym dziobem.
    W takiej scenerii Sharon Bolton – znana choćby z powieści „Małe mroczne kłamstwa”, „Stokrotka w kajdanach” czy „Mroczne przypływy Tamizy” – umieściła początek swej najnowszej książki: „Już jesteś martwa”. Oto piękne krajobrazy: zieleń, lasy, łąki, torfowiska, lawendowe wrzosy, niebieskość wody, a nad tym oni – pasażerowie wycieczkowego balonu wznoszącego się ponad cudami przyrody i podziwiający sprawczą siłę Matki Natury. Balon powoli sunie, kilkanaście osób się relaksuje, wymienia opinie, robi zdjęcia, dwie siostry zacieśniają więzi, rodzina księgowego celebruje wspólny czas, a małżeństwo w średni wieku i emerytowany dziennikarz odprężają się wiecznym czasem wolnym… 
       A w dole, tuż pod nimi rozgrywa się dramat młodej kobiety – biegnie, gna, a tuż za nią podąża silny, gibki mężczyzna i mierzy do niej z broni palnej. Kobieta upada, mężczyzna celuje, strzela. W balonie zaczyna panować chaos, całkowite zamieszanie, jedni wycieczkowicze próbują robić tragedii zdjęcia, inni chcą złapać zasięg telefoniczny, by o zajściu powiadomić władzę. Bezskutecznie. Nikt nie jest w stanie utrzymać emocji na wodzy. Sytuacja znacznie pogarsza się, kiedy mężczyzna zauważa wycieczkowiczów, celuje w stronę balonu i pilotowi odstrzeliwuje głowę. Kilka chwil później rozpętuje się koszmar – sceny niczym z Dantego: krzyki, próba przejęcia przez wycieczkowiczów kontroli nad balonem, pościg ze strony mordercy, kolejne salwa strzał, zderzenie pojazdu z drutami wysokiego napięcia i wybuch… Właściwie wszyscy giną – dwanaście osób. Cudem udało się przeżyć jednej – kobiecie. I w tym momencie rozpoczyna się gra – między myśliwym i jego ofiarą. 
     Zapraszam na pościg, który sporo wspólnego ma z wydarzeniami zaistniałymi nawet ponad dwadzieścia lat wcześniej. Dlaczego? Odpowiedzi dostarczy prawie 400ta stronicowa powieść Bolton – „Już jesteś martwa”. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER

28 października 2017

Dosłowność zabija sztukę – Wojciech Jerzy Has

     KSIĄŻKA Z MOIM PATRONATEM MEDIALNYM 

Obrazy i fotografie niemożliwe, które nie mogły powstać, a istnieją Kategorie
     „Obrazy i fotografie niemożliwe…” – nie jest to na pewno typowa książka z pogranicza historii sztuki i analizy dzieła plastycznego. 
     Choć są w niej liczne analizy obrazów, odkryć archeologicznych, próby wykazania związku plastyki z literaturą, uwiarygodniające odwołania do wypowiedzi autorytetów naukowych, przymiarki do ulokowania omawianych dzieł sztuki w konkretnym czasie i przestrzeni kulturowej, to najistotniejszy jest tutaj dobór artefaktów – nietypowych, tajemniczych, z którymi uniwersytecka myśl nie może sobie poradzić, bo miejsce ich znalezienia, okoliczności odkrycia czy tematyka nie przystają do okresu datowania. 
    I już w tym punkcie okazuje się, że prace archeologów czy antropologów kulturowych, świeże podejście do ich odkryć są w stanie zmienić ugruntowany, czasem wręcz stereotypowy i schematyczny, stosunek do dorobku cywilizacyjnego – bo potrzeba artyzmu czy próby uzasadnienia niektórych zjawisk - przejawia(ła) się nie tylko w z łatwością rozpoznawalnej dziś „Ostatniej wieczerzy”, ale również w - przedstawiającym wielkie, tajemnicze czarne i poruszające się z ogromną prędkościom kule -  drzeworycie z drugiej połowy XVI w., czy wizerunku Madonny z UFO. To z czym nie jest w stanie zmierzyć się ograniczony rozum ludzki, próbowały (próbują) opowiedzieć oraz uzasadnić sztuki plastyczne. I nad tym pochyla się autor niniejszej książki. 
    Decyduje się on na dystans wobec utartych stereotypów, na nowatorstwo poszukiwań i badań, nie boi się narazić na śmieszność, rozbudza w sobie i innych ciekawość – bo raz za razem w czytelniku rodzi się pytanie: A może faktycznie pewne kody interpretacyjne należałoby przeorganizować?, nie raz przekonuje, że niektórych elementów kulturowych nie można zracjonalizować, że na przestrzeni lat definicja artysty uległa przeobrażeniom. Książka ta przytacza i omawia typowo artystyczne przejawy ludzkiej aktywności, jak i te z pogranicza nauki (np. „kalkulatory astronomiczne”), pochyla się nad granicami sztuki i kiczu, pyta o pobudki czystoestetyczne, potrzeby wyrażania siebie, nie odchodzi od prac sakralnych, czy tych z pogranicza szamanizmu, omawia tajemnicze wizerunki związane z chrześcijaństwem, nieznane, kontrowersyjne malowidła i obrazy, nietypowe dla czasu i miejsca znalezienia obrazy próbując unaukowić ich cel oraz funkcję, demaskuje niektóre powtarzane od lat zakłamania, sięga po legendy i średniowieczny ethos rycerza.
     Takim sposobem książka „Obrazy i fotografie…” zawiera spory łyk historii sztuki – od malowideł naskalnych po fotomontaże komputerowe, przytacza różne sposoby datowania prac a już na pewno dowodzi, że sztuka – nawet ta odległa, może jeszcze zaskakiwać czy zadziwiać. 

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER

26 października 2017

Krzyczała (…) na wspomnienie bólu i z bólu. – Dziewczyny w wodzie, V. Jenkins

    KSIĄŻKA Z MOIM PATRONATEM MEDIALNYM

Dziewczyny w wodzie

    Ona - anonimowa w tłumie, z długą listą pseudo-przyjaciół, odseparowana (na własne życzenie) od rodziny, bez korzeni, przynależności do kogokolwiek i jakiegokolwiek miejsca (bo nawet praca wydawała się mało istotna).
   On – fałszywy przyjaciel, sadysta o chorych oczekiwaniach względem innych, lubujący się w torturach, przemocy i poniżaniu.
    Coś ich kiedyś połączyło. Teraz jemu to dodaje mocy, a ją upadla. Jej przybliża śmierć, a jemu pozwala zabić. „Nie miała już nadziei, nie miała przyszłości”.

    … ta pierwsza to był wypadek. Wcale nie zamierzał jej zabijać. Ale kiedy tylko spojrzał na jej martwe ciało, już wiedział, że będzie następna… W mroźny zimowy poranek w rzece w parku zostaje znalezione zmasakrowane ciało dwudziestoletniej dziewczyny. Detektyw Alex King i jej nowa podwładna Chloe Lane rozpoczynają śledztwo. Kilka dni później znika kolejna dziewczyna. Obie ofiary miały za sobą trudną przeszłość. Obie należały do tej samej grupy wsparcia dla osób z problemami emocjonalnymi. Kim jest potwór, który poluje na dziewczyny poturbowane przez życie? A Alex i Chloe same przeszły już niejedno… Kiedy zaczynają pościg za mordercą, Chloe odkrywa, że ona też jest w niebezpieczeństwie. Ktoś przysyła jej tajemnicze maile. Wie, kim kiedyś była. I postanawia, że teraz za to zapłaci. Ktoś, kto rozsmakował się w zadawaniu śmierci…
Oto  początek nowej niezwykle oryginalnej serii łączącej kryminał policyjny z thrillerem psychologicznym: dwie młode policjantki ścigają przerażającego seryjnego mordercę, a je ściga ich przeszłość.

VICTORIA JENKINS, młoda brytyjska poetka, zadebiutowała jako pisarka w 2017 roku powieścią Dziewczyny w wodzie – pierwszym tomem serii. Tom drugi ukaże się w Wielkiej Brytanii jeszcze w 2017 roku.

ZA INFORMACJE PRASOWE DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER

Plany rewolucjonistów były wzniosłe, ale ich metody nierzadko godne potępienia – E. Durschmeid, Najsłynniejsze rewolucje i zamachy stanu, s. 369.


NAJSŁYNNIEJSZE REWOLUCJE I ZAMACHY STANU
KSIĄŻKA Z MOIM 
PATRONATEM MEDIALNYM
     
  Słowo „rewolucja” nie jest dziś nikomu obce. Wydaje się być odmieniane przez wszystkie przypadki i używane we wszystkich możliwych kontekstach – rewolucja kulturowa, gastronomiczna, edukacyjna, naukowa, gospodarcza, a nawet seksualna. Ale przede wszystkim – o czym niektórzy wydają się zapominać – należy je na pierwszym miejscu odnosić do tzw. trwałych przemian społecznych (które nie zawsze, jak pokazuje historia, przebiegały pokojowo i ze sporą dozą dyplomacji). Takie rewolty z definicji są przeciw czemuś (i)lub komuś. I zawsze zmieniają porządek rzeczy – najczęściej porządek społeczny. 
     Z próbą oddania mechanizmów ich powstawania, przebiegu i ugruntowywania się nowej rzeczywistości zmierzył się Erik Durschmied. Zgodnie z tym co mówi podtytuł, książka ta nie tylko skupia się na rewolucjach. Jest w niej również mowa o buntach oraz zamachach, które swą wagą mogłyby się przeobrazić w niejeden zamach stanu. „Przemierzając” za tymi przewrotami cały świat – od Rosji po Meksyk, od Niemiec po Kubę, od Stanów Zjednoczonych po Japonię, zahaczając nawet o Iran – autor dowodzi, że wielkie czyny i wyraziste osobowości czy postawy rodzą się w skrajnych, nie zawsze chlubnych i pełnych chwały, okolicznościach, a ludzie rewolucji nie jeden raz ubrudzili sobie ręce nieczystą grą i krwią niewinnych, przypadkowych świadków.
   Książka ta daleka jest od spiskowej teorii dziejów, sentymentalnych porywów, mitologizujących i „pomnikotwórczych” podrygów czy też laudacji na cześć wielkich postaci. Autor rzeczowo – choć przy pomocy licznych anegdot, barwnych opowieści snutych żywym, emocjonalnym i często pełnym napięcia językiem – przedstawia przyczyny, przebieg i skutki (nawet te odległe w czasie) kilku, zdawałoby się najbardziej przełomowych, przewrotów. Jak już wspomniano, interesują go nie tylko te oczywiste dla Europejczyka – jak Wielka Rewolucja Francuska i zamach na Hitlera, ale również te dość odległe i „egzotyczne” – jak irańska z 1979 czy bunt w Japonii z 1945. Autora w równym stopniu interesują ci, którzy je wzniecali lub stawali się bezpośrednimi ofiarami – jak i ci, którzy stawali się mimowolnymi świadkami, anonimowym tłumem, któremu nakazywano żyć w społeczeństwie o nowym porządku, bo: „Kiedy w grę wchodzi jedność narodowa, wszystko stawało się dozwolone, w tym również zbrodnie przeciwko ludzkości” (s. 369). Dowodzi to temu, że droga do ugruntowanego później (czasem, choć nie zawsze) ładu społecznego bywa usłana wieloma trupami. Wiarygodności tym opowieściom dodaje również fakt, że Durschmeid skupia się nie tylko na doniesieniach historyków czy zapiskach korespondentów agencji prasowych, ale również na własnych doświadczeniach – jak spotkanie z Fidelem Castro, z premierem irańskim Freydounem Hoveydą czy ajatollahem Chomeinim. 
     I to również dzięki takiemu rysowi wspominkowemu, książka zyskuje na rzeczowości oraz prawdziwości. Staje się nie tylko kolejną nudną pracą okołohistoryczną, ale ma szanse stać się oryginalnym zaproszeniem na wyprawę po krwawych meandrach przeszłości. 


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Wydawnictwo AMBER

8 października 2017

3 egzemplarze książki...

..."Dobrzy ludzie....", które wraz z Wydawnictwem AMBER rozdawałam, mają nowe domy. 
Wędrują do: Marcina-Wojciecha, Gosi i Małgorzaty Kubach. 
Liczę, że historia tam opisana Was nie zawiedzie.  
Miłej zabawy!

Dobrzy ludzie muszą umrzeć   

1 października 2017

Wszyscy tkwili w pułapce (…) – H. Filelds, Dobrzy ludzie muszą umrzeć, s.22.

Dobrzy ludzie muszą umrzećKSIĄŻKA Z MOIM 
PATRONATEM MEDIALNYM
    
  Trzy trupy. Zaginięcie. Porwanie. Wolontariusz w noclegowni dla bezdomnych, pielęgniarka w hospicjum, bibliotekarz-pasjonat o społecznym zacięciu, „lizakowa pani”, prawniczka specjalizująca się w prawach człowieka. Co ich łączy? - praca na rzecz innych. Wszystko wskazuje na to, że sprawców jest dwóch: kobieta i mężczyzna. Porozumiewają się przy pomocy graffiti pozostawianych na miejskich murach. Punkty wspólne mordów: brutalizm oraz bestialstwo dokonane z  niewątpliwą znajomością ludzkiej anatomii i chirurgiczną precyzją. Obok tego hakerski atak na finanse lokalnych prominentów. Edynburg został sparaliżowany. Wszyscy stracili kontrolę nad światem realnym i wirtualnym. A praca śledczych od samego początku przypomina taniec ślepca. 
    Autor już od pierwszego akapitu, tych kilku zdań wstępu wprowadza czytelnika w niesamowitą, trzymającą w napięciu intrygę, która z każdym kolejnym zdaniem przyspiesza, dostarcza nowych informacji, istotnych szczegółów, dość szybko odpowiada na te banalne, podstawowe pytania. Ale ani o krok nie przybliża do znalezienia i ukarania sprawców, którzy mieli czelność w sposób  przemyślany, w każdym szczególe dopracowany i niezmiernie brutalny zabić. 
    W gąszczu pytań i niewiadomych rozpoczyna się wyścig z czasem i mordercami. Kto się wykaże większym sprytem i pomysłowościom? Komu puszczą nerwy? Kto zachowa czujność i otwarty umysł? Sprawcy grają solo, każdy na własny rachunek, czy ktoś im przewodzi, dyryguje mini? I czy uda się udzielić odpowiedzi na pytanie „dlaczego”? Oto zagadki, z którymi zmierzają się śledczy: często sami poranieni, w trudnych sytuacjach rodzinnych, na życiowych zakrętach, balansujących na granicy prawa oraz czytelnik.
       Książki z tej serii niewątpliwie trzymają poziom. Jest zagdaka, są ci źli i ci dobrzy - ale i ich nie zawsze rozrysowuje się na jednostki krystaliczne. Jedne opowieści są bardziej skomplikowane i złożone, inne mniej, ale niewątpliwie chce się czytać do końca. Jedynie co mnie w nich razi to język. Bardzo prosty, czasem na granicy błędu. Często są powtórzenia, dziecinnie proste składnie językowe, nie do końca precyzyjne opisy/wprowadzenia w scenę, których treści czytelnik musi się bardziej domyślić, niż ją wyczyta. Jakby tłumaczowi czy redaktorowi spieszyło się z wydaniem bez troski o staranność i estetykę. A to psuje ostateczny efekt. Szkoda – bo to naprawdę bardzo dobre fabuły są. Żal jedynie, że po przetłumaczeniu gubią czasem ducha literackości.  

ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
                  Wydawnictwo AMBER


Wraz z Wydawnictwem AMBER mam do rozdania 3 egzemplarze książki 
„Dobrzy lidzie muszą umrzeć”.
Aby otrzymać jeden z nich, należy w komentarzu poniższej spróbować odpowiedzieć na pytanie: 
Dlaczego to akurat dobrzy ludzie z książki Fields musieli umrzeć
Dodatkowo proszę podać swój adres meilowy (by później ustalić szczegóły ew. wysyłki nagród).
Trzy osoby, które napiszą 
najciekawsze, 
najbardziej pomysłowe lub najbliższe rozwiązania fabularnego 
odpowiedzi, 
otrzymają po jednym egzemplarzu powieści.
Fundatorem nagród jest Wydawnictwo AMBER.
Czas trwania zabawy: do 7.10.17, do 23.59. 8.10.17 podam nazwiska/pseudonimy zwycięzców i drogą elektroniczną skontaktuję się z nimi, by ustalić szczegóły wysyłki. 
9.10.17 podam Wydawcy adresy zwycięzców, do których zobowiązuje się On wysłać nagrody. Książki wysyłane będą jedynie do osób posiadających polski adres korespondencyjny.
Miłej zabawy:-)