21 kwietnia 2017

Latem 1939 roku zoo wyglądało naprawdę okazale (s.24) – A. Żabińska, „Ludzie i zwierzęta”.

        Kampania wrześniowa, Holocaust, front wschodni, powstanie w getcie, rzeź Woli, powstanie warszawskie, barykady, 14.09, Generalne Gubernatorstwo, Oświęcim, Brzezinka, Katyń, Al. Szucha, Pawiak, karuzela  – oto pojęcia/określenia, które przeciętnemu Polakowi kojarzą się (lub powinny)  z okresem II wojny światowej. W tym czasie pożogi, zawieruchy, kiedy człowiek człowiekowi wilkiem był, a ludzie ludziom potrafili ciężki los zgotować nie brakowało silnych osobowości i niesamowitych jednostek – Starzyński, Kolbe, Karski, Korczak, Sendlerowa, Anders i wielu, wielu innych. 
       Ostatnio, za sprawą amerykańskiego filmu „Azyl” (a wcześniej książki o tym samym tytule) świat mógł usłyszeć o Antoninie i Janie Żabińskich, którzy na terenie warszawskiego zoo zorganizowali tajną i jedynie wtajemniczonym znaną enklawę dla uciekinierów z getta. Wielu filmowi zarzucało infantylizm, prostotę, banalizację, stereotypowość, ale na szczęście historię Żabińskich, ich rodziny, przyjaciół i podopiecznych - ludzkich czy zwierzęcych – możemy poznać również (lub przede wszystkim) dzięki autobiografii Antoniny Żabińskiej „Ludzie i zwierzęta”.     
             Książka ta to nie tylko opowieść o tych kilku ciężkich, traumatycznych i nieludzkich latach wojny. Obejmuje ona okres już przedwojenny, kiedy Żabińscy – jako cenieni i doświadczeni zoologowie – udoskonalali warszawskie zoo, współpracowali z dyrektorami licznych zachodnioeuropejskich (w tym oczywiście niemieckich) ogrodów zoologicznych, przyczyniali się do rozwoju badań nad zaginionymi gatunkami czy gatunkami egzotycznymi, jak na przykład: „(…) udało się skrzyżowanie zebry Chapmana z zebrą Hartmanna, w wyniku czego okazało się, że produktem tej krzyżówki jest… zebra Warda, do tej pory uważana za odrębny gatunek (…) – s.23”, stawali się poważanym i słuchanym głosem w swoim środowisku i nie bali się nowatorskich, jak na tamte czasy, metod. Jako oddani swojej pracy fachowcy i pasjonaci mieszkali na terenie zoo, czuwali nad każdą z podejmowanych tam inicjatyw, czuli się związani tak z pracownikami, jak i zwierzętami, którym niejednokrotnie nadawali ludzkie imiona. Ta koegzystencja skończyła się wraz z wkroczeniem Niemców do miasta, kiedy to część zwierząt trzeba było odstrzelić, gdyż na wolności (klatki zostały zniszczone przy bombardowaniu) zagrażały bezpieczeństwu ludzi, inna grupa po prostu uciekła, sporą część Niemczy wywieźli do III Rzeszy, a jeszcze inna partia stała na przeszkodzie niemieckim planom, zgodnie z którymi zoo miało się stać świńską chlewnią założoną na potrzeby wojska (a później jeszcze ogródkami działkowymi). I mniej więcej wtedy Żabińscy zezwolili na wykorzystanie zaplecza zoo do celów transportowych i przerzutowych ludności żydowskiej. Takim sposobem rozpoczęło się równoległe życie ogrodu i jego mieszkańców – życie podziemne, tajne, w ukryciu i ciemności; pełne napięć, obaw i konspiracji, kiedy to każdemu trzeba było wypracować w sobie sporą dozę dyscypliny, dyplomacji a nawet talentu aktorskiego serwowanego odwiedzającym ogród Niemcom... Książka nie pomija również kwestii rewitalizacji i rekonstrukcji zoo – bo okazało się, że powojenna odbudowa miasta to nie tylko odbudowa mieszkań, naprawa infrastruktury, reorganizacja zaplecza biurowo-urzędniczego. To również konieczność przywrócenia miastu choć szczypty normalności – a zoo okazało się być jej synonimem. 
        Wspomnienia Żabińskiej napisane są językiem lekkim, bardzo prostym, czasami wręcz infantylnie dziecięcym. Ale ta  nieskomplikowana, pozbawiona obróbki językowej opowieść bardzo mocno oddziałuje na czytelnika, sprawia, że staje się ona bardziej wiarygodna i autentyczna, bliska życiu, realnym problemom realnych ludzi, którym przyszło zająć konkretne stanowisko w konkretnych wojennych realiach – daleko jej do wygładzonej, wykreowanej literatury. Być może to właśnie czyni „Ludzi i zwierzęta” tak mocnym głosem w sprawie Holocaustu i okupacji: bo niepotrzebni, gorsi, niżej postawieni – ludzie i zwierzęta – stali się dla siebie wsparciem i schronieniem. 
         Literatura do tej pory nie raz i nie dwa podejmowała tematy eksterminacji, komór gazowych, AK, prześladowań czy czystości rasy, ale nikt do tej pory tak głośno i wyraźnie nie mówił, nie zauważał, że obok cierpiących, samotnych, zaszczutych ludzi były też i zwierzęta – oszołomione oraz otumanione. Co zdecydowanie czyni książkę Żabińskiej pozycją dla osób o silnych nerwach. Mnie nie raz serce zadrżało!      

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

3 kwietnia 2017

(…) on był reżyserem filmowym, a ja reżyserowałam nasz związek (s. 74) – K. Cierniak-Morgenstern, "Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia"

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA




       Oto fragmenty jednego z najbardziej popularnych i rozpoznawalnych filmów Janusza Morgensterna. Od premiery minęły dziesięciolecia, a oglądani tam Cybulski, Tuszyńska, Polański, Fedorowicz, Kowalski wciąż są ikonami kina polskiego. I nie ważne, czy zasłynęli jedną silną rolą, czy całą plejadą dobrze odegranych postaci – istotne jest, że wpisali się w świadomość kulturową Polaków a dzięki pracowitości jeszcze za życia przypięto im chlubną łątkę profesjonalistów. 
      O takich kultowych postaciach polskiego kina powojennego i polskiej szkoły filmowej wspomina w swojej książce „Nasz film. Sceny z życia z Kub. Wspomnienia” Krystyna Cierniak-Morgenstern. Piszę „wspomina”, bo książka ta nie jest kroniką kina polskiego ani historią rozwoju polskiej kinematografii powojennej.
      To nostalgiczna, miejscami rzewna, smutna i melancholijna opowieść o ponad pięćdziesięciu latach małżeństwa słynnego reżysera z docenianą autorką gobelinów. A że małżeństwu temu cały czas towarzyszyły traumatyczne echa wojny, atmosfera kolejno powstających filmów i rodzących się projektów, w książce Cierniak-Morgenstern aż roi się od postaci takich jak Polański, Kutz, Wajda, Kawalerowicz, Osiecka, Komeda, Has, Konwicki, Holoubek, Tyrmand, Dygat, Hłasko, Janda, Jędrusik, Przybora...
    Niewątpliwie wielkim atutem „Naszego filmu…” są anegdoty tyczące się ich samych jak i ich bliskich, przyjaciół, rodzin tych przyjaciół, ale z zachowaniem dyskrecji, ze sporą dozą szacunku tak obcym wielu książkom wspominkowym. Innym walorem tekstu jest autentyczność myśli, przeżyć – są one tak pełne celnych ripost, wielu skojarzeń, czasem gorzkich uwag czy wniosków, że nie mogą być udawane. Autorka uchyla również drzwi do domowych pieleszy, by pokazać zaplecze tworzenia filmów, zmagań z cenzurą lub jej powolną ścieżkę sukcesu na poletku związanym z rękodziełem. I okazuje się, że ten najbardziej prywatny i intymny film, ten ich osobisty film, w których główne role grali oni oraz rzesza indywiduów połowy XX wieku wcale nie był kolorowy, „sitkomowy”, zawsze ze szczęśliwym zakończeniem każdej chwili.
    Więc okazuje się, że „Nasz film…” to również panorama przemian społecznych, ekonomicznych, obyczajowych i politycznych w Polsce. Bo nie mówić o sobie w oderwaniu od tego, co obok.  Co rusz czytamy słowa typu: „Był PRL, biednie i niewesoło, a czasem strasznie. Ale my przeżyliśmy wojnę, dla nas wszystko, co potem, było już tylko lepsze” (s. 128). Lub: „Miałam mu trochę za złe, że nie bierze na warsztat tematów, które otworzą jego kino na świat, przyniosą  szansę na międzynarodowe nagrody. Było go stać na taki film” (s. 119). A w innym miejscu: „(…) po wojnie wiek liczyło się inaczej. Wojna odebrała mu młodość, więc w wieku trzydziestu siedmiu lat był tak młody, jak nie jest młody żaden dzisiejszy chłopak” (s. 75). 
     W finale książka Cierniak-Morgenstern okazuje się być książką nie tylko o kinie, aktorstwie, reżyserowaniu fikcyjnych, ale bliskich życiu, opowieści. To też książka o długim i szczęśliwym małżeństwie, które miało ciekawą, intrygującą pracę, wykonywaną z ciekawymi ludźmi, któremu co jakiś czas wiatr wiał w oczy co raz za razem ich umacniało i scalało. Polecam. Nie tylko fanom kina.


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA 

27 marca 2017

(...) dostrzegała dziwne rzeczy, niedostępne innym (...). - K. Sakuraba, Czerwone dziewczyny

Nie jestem fanką kultury japońskiej i nigdy nie czułam potrzeby, by dowiedzieć się czegoś więcej. 
Ale cenię sobie dobre historie, dobrze skrojoną fabułę i ciekawie opowiedziane intrygi. 
Dlatego rekomendowane przez WL "Czerwone dziewczyny" wydają się książką dla mnie.
A dla Was?

Saga rodzinna,
historia kryminalna,
baśń o Japonii lat 1953–2000

W wiosce Benimidori mściwe duchy powodują wypadki w hucie żelaza. Nadchodzą trudne czasy. Czy „dziewczyna  z gór”, Manyō, która widzi przyszłość, będzie w stanie stawić im czoło?



Gdy pewnego ranka wiele, wiele lat temu tajemniczy ludzie z gór porzucili małą dziewczynkę w japońskiej wiosce Benimidori, niewielu jej mieszkańcom mogło przyjść do głowy, że pewnego dnia poślubi ona zamożnego dziedzica fortuny rodu Akakuchibów i stanie się potężną matroną w czerwonej posiadłości na wzgórzu. Jej córka, Kemari, nieokiełznana niczym yamaoroshi, porywisty, dmący wiatr, zaszokuje wszystkich, przyłączając się do wojowniczego gangu motocyklowego, a potem stanie się kultową autorką mang. Toko, trzecia w kolejności przedstawicielka rodu właścicieli wielkiej huty żelaza, jest zupełnie zwyczajna. To jednak jej babka wyzna na łożu śmierci, że ma na swoim sumieniu morderstwo…. Oto opowieść Toko.

Fragment książki
Pewnego lata dziesięcioletnia Manyō Akakuchiba — moja babka — zobaczyła na niebie latającego człowieka. Ponieważ zdarzyło się to, zanim wżeniła się w wiekowy majątek rodziny Akakuchibów z regionu San’in, wciąż była prymitywną wiejską dziewuchą i nie miała nazwiska. W wiosce wołano na nią po prostu Manyō.
Wyrosła na dużą, mocno zbudowaną kobietę o długich do pasa włosach, czarnych jak mokre skrzydła wrony — choć, jak nietrudno się domyślić, gdy doczekała sędziwego wieku, przybrały śnieżnobiałą barwę — która czasem mrużyła powieki i w zamyśleniu wpatrywała się w odległe szczyty górskie. Miała świetny wzrok, a odkąd sięgała pamięcią, dostrzegała dziwne rzeczy, niedostępne innym.
Opowieść o tym, jak uznano ją za wieszczkę domu Akakuchibów, zostawię sobie na później, skupiając się teraz na jej najmłodszych latach; już w czasach jej dzieciństwa nikt nie wątpił, że Manyō potrafi zaglądać w przyszłość. Wizje te przyjmowały najróżniejszą postać, od spontanicznej zmiany porządku atramentowych liter, starannie naniesionych na zwoje wiszące w tradycyjnym salonie, aż po duchy zmarłych osób, które przychodziły do jej pokoju i gestami przekazywały swe proroctwa. Widywała także obrazy, których znaczenie było dla niej niejasne Manyō nie rozmawiała o tych sprawach z mieszkańcami wioski; uważano ją za dziwne, obce dziecko, a ona z niejaką dumą, ale i niepokojem przyjmowała fakt, że jest inna niż wszyscy.
Tamtego lata 28 roku okresu Shōw — w kalendarzu zachodniego świata był 1953 rok — Manyō miała najprawdopodobniej dziesięć lat. Piszę „najprawdopodobniej”, ponieważ nikt w wiosce nie znał jej daty urodzenia, nawet ona sama. Pojawiła się któregoś dnia w tym dalekim regionie Japonii, znanym pod nazwą San’in — wąskim paśmie lądu wciśniętym pomiędzy czarny łańcuch Gór Chūgoku a szary bezmiar Morza Japońskiego — zupełnie jakby stoczyła się z jednej z wysokich grani. Manyō tego nie pamiętała, ale cudzoziemcy porzucili ją w wiosce, gdy miała niespełna trzy lata.
„Cudzoziemcy” to nazwa, na którą przystałam, pisząc tę opowieść. Ludzie z regionu San’in — a zatem nasi przodkowie — przez długi czas ukrywali się głęboko w górach. W odróżnieniu od nas, którzy mieszkaliśmy w wiosce, nie mieli oni żadnej nazwy; mówiono o nich „oni”, „tamci” lub „ludzie z gór”. W ostatnim czasie folkloryści określają ich jako lud Sanka, Nobuse lub Sangai, lecz nazwy te nie były wówczas używane — a już z pewnością nie w wiosce Benimidori w zachodniej prefekturze Tottori, gdzie żyjemy.
W każdym razie ludzie ci kryli się w sercu gór, gdzie wiatr targał ich długie kruczoczarne włosy od co najmniej setek lat, a pewnie i znacznie dłużej. Wyróżniali się karnacją ciemną jak garbowana skóra i mocną sylwetką. Często zmieniali miejsce pobytu. Pomieszkiwali to tu, to tam, w zależności od pory roku. Nie płacili rocznych danin, nie zwoływali narad i nie słyszeli o podatkach, a ponieważ nie mieli państwa, musieli sami o siebie zadbać.
Nikt w Benimidori ani w odległych osadach Izumo czy Tottori nie widział ich od około pięćdziesięciu lat, trudno więc powiedzieć, czy wciąż żyją w Górach Chūgoku. Tak czy inaczej mała Manyō przybyła do Benimidori mniej więcej sześćdziesiąt pięć lat temu z dorosłymi przedstawicielami swojego ludu, ostatniego pokolenia, które odwiedziło wioskę. Z niewiadomych przyczyn cudzoziemcy przed powrotem w góry porzucili między domami trzyletnią dziewczynkę.
Ponieważ większość miejscowych, którzy mogli pamiętać tamto wydarzenie, dołączyła już do grona zmarłych, nie znam jego szczegółów, tym niemniej w ciągu ostatnich kilku wieków, kiedy w wiosce brakowało rąk do pracy, cudzoziemcy zstępowali z gór niczym czarny wiatr i oferowali pomoc. Z wszystkich ważnych ceremonii — czuwań i ślubów, świąt i obrządków wstąpienia w dorosłość — najbardziej potrzebni byli akurat przy pogrzebach.
Gdy w wiosce wskutek samobójstwa ginęła młoda osoba, fioletowy dym. Cudzoziemcy przybywali wówczas nocą, żeby pomóc w przygotowaniach pogrzebowych. Ścinali drzewo niezbędne do wykonania skrzyni, a o świcie łamali z trzaskiem zesztywniałe nogi nieboszczyka w udach i piszczelach, by wcisnąć go do kwadratowego pojemnika. Uporawszy się z tym zadaniem, zabierali skrzynię i ciskali ją w przepaść głęboko w górach, nucąc inkantacje. Gdy cudzoziemcy przychodzili, a mieszkańcy wioski czekali cierpliwie, aż odejdą z ciałem zmarłego, nawet najwyższy kapłan świątyni nie miał prawa zakłócać tego wydarzenia.
Właśnie dlatego tamtego ranka jakieś sześćdziesiąt pięć lat temu, kiedy porzucili Manyō, w wiosce musiał umrzeć ktoś młody. Do dziś nie jestem pewna, czy ciało z połamanymi nogami zamykano w ciasnym pojemniku, aby zapobiec jakiejś transformacji lub ucieczce zmarłego i czy idealnie sześcienny kształt skrzyni miał znaczenie mistyczne. Te pytania pozostawmy jednak badaczom folkloru. Istotne jest to, że kiedy „oni” w końcu zniknęli z zapakowanymi zwłokami, zostawili po sobie małą dziewczynkę — moją babkę o ciemnej karnacji, mocnej sylwetce i czarnych włosach, a zatem niewątpliwie cudzoziemkę. Siedziała na ziemi, nieopodal powojów, oparta o studnię przed czyimś domem niczym lalka albo wiadro owinięte pnączami o różowych kwiatach.

26 marca 2017

(...) Kiedy się do książki bierze (...) - M. Konopnicka

Już jakiś czas minął, od mojego ostatniego spisu "stosikowego". 
Dziś taki będzie, a jakże - choć nie dużo nowości zagościło na moich półkach (co nie idzie w parze z ich objętością) i nie wszystkimi jestem w stanie się pochwalić - część już w obiegu po rodzinie ;-)
Więc zaczynamy....

Tutaj efekt współpracy z wydawnictwami i zaprzyjaźnioną Autorką:
O "Królewskiej heretyczce" pisałam tutaj; o "Listach..." - tu, tekst na temat "Tandemu" możecie znaleźć w tym miejscu, przedpremierowa opinia o "Dzisiaj rozmawiamy o Pani" jest tu, z kolei o moim pierwszym spotkaniu z pisarstwem Małgorzaty Wardy tutaj. Pozostałe dwie książki jeszcze przede mną, ale "Nasz film" już zaczęłam i wiem, że to będzie liryczna opowieść o prawdziwej historii skrojonej przez życie na miarę nietuzinkowego filmu. 

A teraz moje własne zakupy. 
Oczywiście literatura polska - od tej poważnej, z najwyższej półki, po raczej lekką, od fikcyjnej po dokumentalną. 
Wiadomo - czytanie zaczęłam od klasyki (z obowiązków zawodowych nikt mnie nie zwolni) i naprawdę uważam, że "Wesele" ma w sobie to coś - i to w warstwie fabuły, jak i języka.  
  
Podobnie ma się sprawa z tekstami zagranicznymi: jest poważnie i lekko, a nawet krytycznieliteracko (z Tolkienem zaprzyjaźniłam się stosunkowo późno, już po studiach, ale kiedy to nastąpiło, przerodziło się w moją bezkrytyczną miłość, która przejawia się na przykład w skupywaniu książek-kluczy próbujących otworzyć drzwi tajemnic jego fabuł), znalazło się nawet coś na kształt pracy krytycznej na temat relacji sacrum-profanum:

Choć nowe nabytki cieszą głowę, serce i oko, nie znaczy, że moja literacka lista "chciejek" się wyczerpała - co to, to nie... ;-)

22 marca 2017

(…) fikcja wynikająca z najprawdziwszej prawdy (s. 82). Richard Falanagan, Pragnienie


      Co to znaczy, że człowiek pragnie? W jakich  pokładach rodzą się te pragnienia? Czego one się najczęściej tyczą? Czy kultura i cywilizacyjna ogłada mogą je zredukować? A pragnąc czegoś dla innych, faktycznie chcę im bezinteresownie coś ofiarować, czy może zaspokoić swoje prymitywne ambicje? 
        Z tymi pytaniami próbuje się uporać Richard Flanagan w swej ostatniej książce „Pragnienie”. 
      Jak w poprzednich tytułach, mamy tu do czynienia z dwutorową narracją, z niby dwoma opowieściami, które łączą się w jedną, z prostą historią podszytą niejednoznacznością i nieoczywistością, której diagnoza może zaniepokoić. Bohaterów w tej opowieści jest kilku: zasłużony dla korony brytyjskiej podróżnik sir John Franklin, jego żona, ich podopieczna – Aborygenka Mathinna, jest Charles Dickens a nawet jedna z aktorek w jego trupie teatralnej - Nelly. Wszystkich ich połączy  pewien moment historyczny – a nawet dwa, które dadzą jedną opowieść.
       Wspomniany już Franklin i jego żona – kobieta ekscentryczna, do przesady ambitna i zawzięcie napędzająca karierę męża – osiadają w kolonii karnej, na Ziemi van Diemena. I jak mąż próbuje się dostosować do nowych warunków, zorganizować swoją pacę w obcych dla siebie realiach i narzucić swój głos dyplomaty tubylcom czy innym kolonizatorom, tak żona za punkt honoru wzięła sobie realizację misji ukulturalniania, szerzenia cywilizacji, zaszczepiania dobrych – bo europejskich – obyczajów i walki z cudownościami rdzennych mieszkańców. A dowodem na jej talent dydaktyczno-wychowawczy ma być „ucywilizowanie” Mathinny.
        Ale zanim dziewczynka da się okiełznać, zanim wypleni się z niej aborygeńskiego dzikusa i aborygeńskie zwyczaje, wydarzy się pewien wypadek, który przyczyni się (pośrednio lub i bezpośrednio) do zorganizowania przez Franklina kolejnej wyprawy ekspedycyjnej – tym razem na Biegun Północny. Ale że ona nie zakończy się sukcesem (bo podróżnicy nie powrócą i  słuch po nich zaginie), a w Anglii wybuchnie skandal, wobec którego nieobecni nie będą mogli się ustosunkować, pani Franklin całą swą energię poświęci obronie dobrego imienia męża i jego osiągnięć zawodowych. Sojusznikiem swoim uczyni Dickensa, jego talent pisarski i autorytet, jakim się cieszył – bo ocalenie godności i honoru zasłużonego dla korony to nie byle sprawa. A oskarżyć o kanibalizm kogoś, kto jeszcze stosunkowo niedawno niósł europejski kaganek ziemi zapomnianej przez Boga i niedostępnej wielu ludziom jest zbrodnią. 
       Jak widać w swej ostatniej książce – o konflikcie cywilizacji, wyższości jednej kultury nad drugą, o tolerancji i jej granicy, o wadze słowa mówionego i pisanego, o prawie do ingerencji w życie drugiego, o tym, gdzie się kończy cywilizacyjna ogłada a uruchamia się instynkt, o człowieczeństwie, honorze, godności i sumienności, o arogancji i o zaspokajaniu swoich potrzeb kosztem rodziny czy bliskich – Flanagan umieścił całą paletę barwnych postaci, autentycznych, historycznie potwierdzonych i fikcyjnych.         Ale to nie te osoby są najistotniejsze, lecz diagnoza, jaka się dzięki nim wyłania. I w sumie nic wiele dobrego o człowieku się nie dowiadujemy. Flanagan swoją opowieścią znów rozdrapuje, znów cicho pyta: co to właściwie znaczy być człowiekiem? I każdy sam  musi zrobić użytek z nasuwającej się odpowiedzi. 

TA OPÓŹNIONA RECENZJA MOGŁA POWSTAĆ DZIĘKI
WSPÓŁPRACA

15 marca 2017

Nie usłyszy pani ode mnie nic nowego. (s. 167) – A. Nabrdalik, „Dzisiaj rozmawiamy o Pani”

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA - 
PREMIERA: 16.03

 


            Jak sugeruje tytuł, najnowsza książka Nabrdalik (wcześniejsza była współautorstwem i zawierała świadectwa więźniów obozów koncentracyjnych) jest wywiadem – i to nie jednym, bo zbiorem siedmiu wywiadów – z mądrymi, zaradnymi, wrażliwymi i odważnymi kobietami, które stały obok swoich sławnych, często niepokornych, zapracowanych i odnoszących spektakularne sukcesy mężów. 
         I okazuje się, że niejednokrotnie kobiety te w ogromnym stopniu przyczyniły się do tych sukcesów, były ich cichymi sojuszniczkami, a już na pewno je umożliwiły czy ułatwiły. Na długie lata rezygnowały ze swoich aspiracji lub je ograniczały, godziły obowiązku, zapominały o próżności i egoizmie. 
           Zacytowane w tytule słowa wypowiedziała Anna Religa – wdowa po senatorze, ministrze zdrowia, a przede wszystkim charyzmatycznym kardiochirurgu Zbigniewie Relidze. A że stały się one wstępem do długiego, wielowątkowego oraz nasyconego różnymi emocjami wywiadu, szybko okazały się nie mieć pokrycia w rzeczywistości. Bo Anna Religa – jak inne rozmówczynie – odsłania niuanse, prostuje pogłoski, przedstawia swój punkt widzenia, a przede wszystkim mówi o sobie, swojej pracy, roli u boku męża, wkładzie w jego sukcesy i kibicowaniu kolejnym przedsięwzięciom. Choć wiele tych kobiet różni (wiek, upodobania, pochodzenie, wykształcenie, aktualna aktywność zawodowa), jedno je łączy: stopień zaangażowania w sprawy męża bez gwarancji, że ktoś to zauważy lub nawet doceni i rezygnacja/ograniczenie własnych aspiracji. Szybko okazuje się, że gdyby nie te skłonne do poświęceń i kompromisów kobiety, nie jednego sukcesu by nie byłoby lub nie zostały odpowiednio zauważony. Takim sposobem np. wspomniana już Anna Religa, Wacława Myśliwska, Jolanta Pawlik czy Alicja Kapuścińska wychodzą dziś z cieni mężów i mogą pochwalić się swoim sukcesem – bo sukces męża jest i ich sukcesem. A co ciekawsze – one same prowadzą/prowadziły po cichu intrygujące życie zawodowe/swoje kariery (nie były/nie są TYLKO żoną TEGO pana) i wreszcie przyszła pora, że mogą o tym opowiedzieć i że „świat” chce je słuchać. Nie powiem, chwilami było mi smutno – w ich imieniu smutno: bo tyle lat czekały, bo tak długo były w cieniu, bo kiedyś trzeba im było weryfikować swoje plany czy potrzeby, ale z książki Nabrdalik wyłaniają się kobiety szczęśliwe, spełnione (choć i zmęczone) oraz świadome swojej wartości. 
           Nie jest tajemnicą, że uwielbiam wywiady, kocham literaturę faktu, noszę w sobie jakiś pierwiastek feminizmu (choć bez popularnej dziś agitacji czy wojowniczości), więc „Dziś rozmawiamy o Pani” czytało mi się wyśmienicie – z emocjami (często uczuciem buntu: w imieniu tych kobiet…), ze zniecierpliwieniem, ze rozumieniem, a za chwilę z irytacją, a już na pewno z zachwytem – że całkiem blisko są osoby, które mają coś istotnego do powiedzenia i wystarczy słuchać, by mądrą lekcję życia wyciągnąć. Książkę polecam. Nie tylko kobietom. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIE KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WSPÓŁPRACA

(...) cel naszej misji zmienia się. - Morten A. Strøksnes

Jutro nakładem WL ukaże się "(...) Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze rokuTo reportaż z wyprawy na Lofoty, archipelag wysp uznany przez redakcję „National Geographic” za trzeci najpiękniejszy na świecie. Celem wyprawy był wielki rekin polarny. Mierzy 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jednak książka nie jest zwykłą relacją rybacką – to opowieść o skarbach, które kryją morza i oceany, niezwykłych morskich stworzeniach i tajemnicy życia, wreszcie o przyjaźni oraz drzemiącej w nas odwiecznej tęsknocie za przygodą". 
A ja przytaczam wywiad z Autorem, jaki redakcja WL przygotowała na okoliczność polskiej premiery książki. Zachęcam do czytania i cieszenia oko dołączonymi do tekstu cud zdjęciami. 


Dwa lata temu wyprawił się pan z przyjacielem na Lofoty, by złowić rekina polarnego.

To była wyprawa w moje ojczyste strony. Zupełnie jakbym jechał do domu. Na tym polegała główna trudność. Musiałem zobaczyć to miejsce nowymi oczami, wyalienować się z kontekstu, którego byłem częścią, stać się kimś obcym, kimś spoza.

I co nowego udało się panu zobaczyć?
Zbierając materiały do książki, często wypływałem na morze, by zdobyć pożywienie. Czytałem też na okrągło książki o morzu. Dzięki temu otworzyła się przede mną zupełnie nowa rzeczywistość, nowy wszechświat. Wspaniały wielki ocean z cudownymi formami życia, zwłaszcza tymi, które kryją się w jego największych głębinach. Uświadomiłem sobie, że to, co nazywamy oceanem, co pokrywa prawie 70 procent naszej planety, jest czymś w rodzaju odrębnej planety, która rządzi się własnymi prawami ewolucji.


A wy chcieliście upolować jedno z najstarszych jego stworzeń…

To bardzo tajemniczy rekin. Nie wiemy, na przykład, w jaki sposób poluje i jest w stanie złapać znacznie szybszą od siebie rybę. Dawniej norwescy rybacy poławiali wiele tego rodzaju ryb, ale teraz już tego nie robią. Rekin polarny stracił na handlowej wartości.

Dlaczego złowienie go jest aż takim wyzwaniem?

Przede wszystkim trzeba go przynęcić. Jest prawie całkowicie ślepy więc trzeba go przywabić zapachem. Wykorzystywaliśmy różne rodzaje śmierdzącego padła, jak na przykład szczątki byka i inne temu podobne. A kiedy w końcu masz tego rekina, a waży on 1200 kilogramów i ma 8 m długości, jak złowić go z małej łódki? To też jest problem.

Tak się zastanawiam, czy w tej wyprawie naprawdę chodziło o rekina. Dla mnie bardziej jest to opowieść o oceanie, jego bogactwie, a także o przyjaźni, bo przecież towarzyszył panu najlepszy przyjaciel...

To prawda. Z czasem rekin staje się coraz z mniej istotny, a cel naszej misji zmienia się. Zaczynamy kwestionować to, co robimy. Zastanawiamy się, czy jesteśmy mężczyznami typu macho na morzu. Nie, to nie jest książka tego typu. Stawia daleko ważniejsze i bardziej interesujące pytania niż polowanie na rekina. Można przeczytać dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, może nawet czterdzieści stron i nie znajdzie się na nich nawet wzmianki o rekinie. To był punkt wyjścia, pewna rama. Jest pewna misja do wykonania, jest coś, co mamy zrobić. W książce jednak przede wszystkim skupiam się na fantastycznej zawartości morza. W mitologicznym, poetyckim, a także biologicznym sensie.



Czego morze albo ocean mogą nas nauczyć?

To trudne pytanie. Ocean pokazuje nam, jak jesteśmy mali, znikomi i mało istotni. Morze jest nie tyle naszym nauczycielem co bardziej naszym ojcem. Kreacjoniści nie zgadzają się z darwinistami, którzy uważają, że naszymi przodkami są małpy. Cóż, w tym mają rację, tak naprawdę, nie pochodzimy od małp – naszymi przodkami są ryby, jesteśmy takimi „przerobionymi” rybami. Życie na naszej planecie pochodzi z morza. Ten żywioł to nasza kolebka. Mówi się, że powinniśmy być mili dla morza, bardziej się o nie troszczyć, ja jednak uważam, że to morze troszczy się o nas. Większość tlenu wytwarzanego na ziemi pochodzi z morza, jest tam więcej życia niż gdzie indziej, są tam różne gazy więc jeśli morze ma kłopoty, to my też je mamy. Lasy deszczowe są ważne ale ocean jest ważniejszy.

Pan wiele podróżuje. Był pan też w Afryce. Czy da się porównać samotność na morzu do samotności na pustyni? Dla wielu osób doświadczenie pustyni jest przeżyciem mistycznym, jeśli nie religijnym. Jak to jest z morzem?

Oczywiście, są pewne podobieństwa. Tym punktem wspólnym jest odczucie bezmiaru, otwarcia, widok nieba i światło. Pustynia jest miejscem religijnych czy mistycznych doświadczeń, ale morze już nie tak bardzo. Jest zbyt duże, zbyt poruszone, zbyt niebezpieczne. W ładny dzień możesz odczuwać spokój umysłu, ale, jak pokazuję to w książce, nie zdarza się to często. Musisz być bardzo uważnym, zwracać uwagę na to, co robisz. To bardziej niebezpieczne środowisko niż pustynia, o ile będąc na niej masz przy sobie wodę.



Morten A. Strøksnes (ur. 1965) – norweski dziennikarz, pisarz, historyk, fotograf. Studiował w Oslo i w Cambridge. Wydał cztery bardzo dobrze przyjęte książki reportażowe. Najsłynniejsza – Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku – została wyróżniona Nagrodą Bragego oraz Nagrodą Krytyków, a prawa do jej wydania sprzedano do 14 krajów.
(fot. na grafikach - Morten A. Strøksnes)


premiera: 16 marca





11 marca 2017

Co teraz będzie z naszą rodziną? (s. 128)

Bez tytułu

              W jednym ze swoich wierszy Eliza Segiet napisała:
(…)
Każdego dnia mamy bliżej,
aby przestać być człowiekiem,
a stać się
tylko ciałem
i wspomnieniem
w umysłach Figlarzy.
          Autorka dotyka tutaj motywu od-człowieczenia, od-humanienia, sprowadzenia człowieka jedynie do formy ciała, materii pozbawionej tej niewidocznej, a istotnej dla natury ludzkiej, głębi, która staje się narzędziem-marionetką dla prześmiewców i kuglarzy. 
         Do problemu tego powróciła Autorka w ostatniej swojej książce – rozpisanym na dwa akty dramacie „Tandem”. Mamy w nim do czynienia z przeciętnymi i niemłodymi już rodzicami, którzy (początkowo głównie Matka) w swoim synu – Hirusiu – chcą widzieć wybitnego poetę i zgadzają się na każde dziwactwo byleby talent syna mógł mieć odpowiedną pożywkę czy źródło rozwoju. A kiedy głuchoniema ciotka Adela wybitnie, z wczuciem, znawstwem i oddaniem podejmuje się interpretacji tejże poezji, wydaje się, że wiersze te faktycznie mają coś z Wielkiej Sztuki. I już nie tylko rodzice są nimi zachwyceni, ale i przyjaciel syna - a narzeczona czuje jakby jeszcze większe oddanie. 
          Tylko, że tu nie o wiersze tak naprawdę chodzi a o zachwyconych nimi ludzi. Poezja okazuje się być jedynie pretekstem, by spróbować odsłonić sieć fałszywych zależności, układów, ról. Szybko okazuje się, że w tej grupie nikt nie jest taki, za jakiego uchodzi i tym, kim widzą go inni; każdy kogoś gra, coś udaje, ochoczo stwarza pozory – Hiruś jest tym, kim chcą go widzieć, ciotka niby biernie zgadza się odgrywać rolę interpretatorki, a Helena - Muzy. I co wydaje się najstraszliwsze – dość, że wszyscy okłamują innych, to i chcą, by ci drudzy ich okłamywali.
       Motyw niby uszlachetniającej poezji pozwolił pokazać, gdzie ta szlachetność się kończy – bo poezja staje się wyrazicielką najintymniejszych uczuć i potrzeb (co nie znaczy, że szlachetnych), pozwala odsłonić brudy i zakłamania. A kiedy prawda wychodzi na jaw, pęka cienka bańka fałszu. I ta cisza po pozostawionym bez odpowiedzi końcowym pytaniu dźwięczy jak wyrzut oraz zapowiedź czegoś, co może być zapowiedzią Totalnego Rozpadu układu. 
    Swoimi lirykami Eliza Segiet stara się dotknąć najczulszych, najdelikatniejszych i najwrażliwszych strun ludzkich; próbuje zwrócić czytelnika w stronę tego, co zmysłowo nieuchwytne a tak fundamentalne dla człowiek, co sprawia, że wciąż może godnie pozostać tak wysoko na tej Tomaszowej drabinie bytów. Jednak swoim dramatem pokazuje, co jest w stanie sprawić, że ten dumny homo sapiens sam - własną głupotą, próżnością, zakłamaniem – strąci się z tej drabiny i skaże na poniżenie, a w najlepszym przypadku na pośmiewisko. I zapowiedź ta wcale wiele optymizmu nie pozostawia.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
AUTORCE
https://web.facebook.com/profile.php?id=100007962137277&fref=ts

8 lutego 2017

(…) powraca schizofrenia mojego życia”. – s.159. Listy miłości, Maria Nurowska

Okładka książki Listy miłości              „Zakorzeniłam się w swojej miłości i w swoim strachu. Miłość i strach stały się istotą mojego życia”. Oraz: „Tamto kłamstwo stawało się prawdą, ale ta prawda była jak szyderstwo…” A dalej: „Strach był tak blisko miłości, był z nią przemieszany”. I: „(…) wszystko jedno, co nas oddziela od ukochanego mężczyzny, krata czy prawda…”. Tak zwykła siebie, swoje przeżycia i emocje charakteryzować bohaterka „Listów miłości” Marii Nurowskiej. 
      Powieść zawiera siedem, powstałych przez szereg lat, listów, pisanych przez główną bohaterkę do ukochanego mężczyzny. Elżbieta-Krystyna: pół-Żydówka, córka profesora, głodująca i poniżana „mieszkanka” getta warszawskiego, dziewczyna do towarzystwa w jednym z tamtejszych burdeli to kobieta, której, dzięki sporej dawce sprytu oraz szczęścia, udało się stamtąd uciec i na długie lata zakorzenić w polskiej rodzinie, opiekować się seniorką rodu, jej wnukiem, synową-byłą więźniarką obozu w Oświęcimiu, a nawet szaleńczo zakochać w zaangażowanym w sprawy AK synu. 
        Choć Krystyna popełniła sporo błędów, choć nie zawsze postępowała godnie czy szlachetnie i nie jest bohaterska, posągowa, jednowymiarowa, czytelnik staje się sprzymierzeńcem jej i jej rodziny – bo podstawową zasadą zawsze była potrzeba ocalenia siebie i bliskich. I choć w tej opowieści jest sporo historii i uwikłanych w nią postaci (jest II wojna światowa, z echami powstania w getcie czy informacjami o powstaniu w Warszawie, jest czas powojennych rozrachunków z działaczami AK, jest kiełkujący komunizm z jego absurdami, podejrzliwością, szantażami i szarzyzną, są dość jednoznaczne aluzje do roku ’68, są żołnierze – z jednej jak i drugiej strony barykady, są towarzysze, wrogowie nowego ustroju, jak i zwykli śmiertelnicy próbujący nie zwariować w tym zwariowanym układzie) to „Listy miłości” są historią o głębi, zróżnicowaniu, zaplątaniu i niejednoznaczności ludzkich uczuć, pragnień, potrzeb oraz tęsknot. 
      Wykorzystując styl powieści epistolarnej, możliwości pełnej epitetów narracji metaforycznej, subtelność opisów, zbliżając się miejscami do prozy poetyckiej stworzyła Nurowska niesamowitą powieść o zwykłych potrzebach, które urastają do rangi niesamowitości, wyjątkowości i mogą przywrócić ład, stabilizację oraz nadać sens temu co bez sensu – nawet w czasach, kiedy każdy może być wrogiem każdego. 
        Jednym słowem to doskonale skonstruowana powieść z narracją, której dawno nie spotkałam, z subtelnym językiem w mówieniu o tym co ważne, fundamentalne i istotne bez względu na okoliczności; to też mocna, wpijająca się w świadomość czytelnika powieść o rozrachunku z sobą, historią, tym co jest prawdą a tym co stało się długoletnim kłamstwem. Polecam. 


ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

4 lutego 2017

Typowe dla książkomaniaka...

To oczywiście zakładki do książek. Dziś, natchniona wczorajszą prezentacją Marty, opowiem o moim zbiorze zakładek. Z racji, że zajmują sporych rozmiarów pudło, pokażę jedynie wybrane. Jak się przekonacie, mam je przeróżne - ale od lat moje preferencje się nie zmieniły :-)

Po pierwsze: zakładki typowe - kartoniki przygotowane specjalnie, by wskazywać miejsce porzucenia czytanego tekstu; te tutaj to specjalnie przywiezione mi z Włoch przez Koleżankę, której siostra na Ischii prowadzi polsko-włoską księgarnię i takież wydawnictwo :-)

Mam również zakładki ręcznie wykonane - by efekt był tak spektakularnym, jak widać poniżej, potrzeba wiele cierpliwości, staranności i czasu (o tym, jak powstają te wyklejane, możecie poczytać tu, a o tym jak ta malowana tutaj):

Posiadam również sporo otrzymanych od znajomych - a to, jako dodatki do podarowywanej mi książki, a to jako pamiątka z jakiegoś spotkania, a to jako nietypowa kartka z życzeniami (obeznani zapewne zauważą, że przeważa Edycja Świętego Pawła):

Z tych nowoczesnych - na miarę XXI wieku - mam magnetyczą (z matrasa), blaszkową (już nie pamiętam skąd, od kogo :-() oraz świecącą (od Bardzo Dobrej Koleżanki, która identyczną sprawiła swemu Mężowi - większemu ode mnie pasjonatowi literatury z najwyższej półki):

Swego czasu zbierałam pomysłowo wykonane karty telefoniczne (ktoś jeszcze poza mną w czasie studiów dzwonił przy ich pomocy do domu :-) ?) - i one również zamieszkały w książkach; mam takie z artefaktami polskiej kultury, z zabytkami architektonicznymi (jak ta poniżej) oraz ze zwierzętami pod ochroną:    

   A na koniec perełka: dowód, że zakładką może być każda ulotka, reklama i wizytówka - niekoniecznie związana z półświatkiem wydawniczym: 
  
I pora się przyznać, że choć zakładki uwielbiam, mam ich naprawdę sporo i różnego rodzaju, najczęściej posługuję się... ołówkiem... :-) 

A Wy? Co preferujecie?   

2 lutego 2017

Wszystkie wielkie rody powstały z marzeń o potędze (s. 29). – Magdalena Niedźwiecka, Królewska heretyczka.


Co powszechnie wiadomo o Elżbiecie I? Córka Henryka VIII i Anny Boleyn; siostra Marii I oraz Henryka VI; szwagierka Filipa II; królowa-dziewica; niedoszła żona Iwana IV Groźnego – lub innego wielkiego władcy (bo kandydatów do jej ręki nie brakowało); przeciwniczka polityczna  Marii Stuart; gruntownie wykształcona poliglotka o nieprzeciętnej błyskotliwości i inteligencji, która sprawnie lawirowała pomiędzy różnymi frakcjami politycznymi czy religijnymi, a obok Szekspira - wpływająca również na formę teatru nowożytnego, autorytet oraz ikona swojej epoki.

Z postacią tą spotykamy się na kartach ponad 900stronicowej powieści Magdaleny Niedźwieckiej – „Królewska heretyczka”. Powieść rozpoczyna rozmowa królowej z damami dworu oraz ukochanym Robertem Dudleyem na temat objęcia tronu francuskiego przez Franciszka II, męża Marii Stuart. I od tego momentu czytelnik wchodzi w świat intryg, dworskich plotek, animozji, sympatii, antypatii, szykan, podejrzliwości, szpiegowania i donoszenia - w tym świecie każdy człowiek ma swojego człowieka do zbierania informacji na temat ludzi innych ludzi.
Spotyka się z nie tylko z faworytem królowej - Robertem Dudleyem, zaufaną dwórką Kat Ashley, ale i wysłuchuje opinii na temat Marii de Guise, Anny Boleyn, Katarzyny Medycejskiej. Poznaje okoliczności silnych rządów Henryka VII i Henryka VIII, krwawo rozprawiających się z przeciwnikami. Raz za razem odkrywa niuanse spisku Tomasza Wyatta, który chciał zapobiec małżeństwu Marii, siostry Elżbiety, z Filipem II czy krótkiego panowania Jane Gray.
Czytelnik wędruje po Hampton Coutr, Whitehall, budynku Giełdy, bywa w Arundel w hrabstwie Suessex, w Westminsterze.
Jak żywi stają mu przed oczyma: przede wszystkim William Cecil - sekretarz stanu, książę Norfolk – wuj królowej, Thomas Radclyffe – hrabia Suessex, dyplomata francuski Michel de Castelnau, Francis Knollys – wicemarszałek dworu, Michel de Sevre – ambasador Francji, polityk Francis Walsingham, Nicolas Throckmorton - ambasador Anglii we Francji, Thomas Howard – książę Norfolk i wielu innych. Pośrednio, lub bezpośrednio, poznaje intelektualistów epoki: Edmunda Grindala, Rogera Aschama, Johna Dee - astrologa, Jamesa Burbage’a – twórcę pierwszego stacjonarnego teatru w Londynie, Marka Greena – aktora.
Ale w tych wszystkich kombinacjach, konfiguracjach i relacjach poznajemy Elżbietę- kobietę silną, stanowczą, mocno stąpającą po ziemi, nie bojącą się mężczyzn, świadomą swojej roli, wartości, pozycji i garściami czerpiącą z autorytetu, jaki z definicji przysługiwał tytułowi królowej i jaki dodatkowo swojej osobie ona sama wypracowała. Powieściowa Elżbieta zwykła mawiać: „Królowa Anglii nie uznaje niczyjego zwierzchnictwa. (…) jestem wykształcona jak mało który monarcha. Z każdy europejskim władcą mogę rozmawiać w jego ojczystym języku, więc niech Filip zacznie mnie traktować jak partnera do rozmowy i niech zacznie się bać.” Z kart powieści wyłania się też Elżbieta-znakomity polityk, który umiał obserwować, podejmować decyzje, wnioskować, wdawać rozkazy, poszukiwać kompromisów, jak choćby ten: „Podpisywała się: „królowa Anglii, Francji i Irlandii, obrończyni wiary et cetera”. (…) „Et cetera” w miejscu, gdzie pisano zawsze: „Najwyższa Głowa Kościoła”.”   
Z drugiej strony Niedźwiecka pokazuje Elżbietę-kobietę wrażliwą, emocjonalną, uczuciową, chwilami wybuchową, świadomą swej urody lubującą się w klejnotach kokietkę, która była spragniona czułości, szczerości, autentyczności i wiarygodności - tak obcych na dworach Europy; to też kobieta, która chciała kochać i być kochaną w sposób taki zwykły, powszedni nawet – a z lęku przez rolą marionetki w rękach zadufanych mężczyzn nie uległa pragnieniom o uczuciu i na zawsze pozostała samotną. To wszystko sprawia, że Elżbieta w „Królewskiej heretyczce” jest przede wszystkim kobietą – a nie jedynie monarchinią i sprawnym politykiem, który dyplomacją i otwartym umysłem stara się zapewnić stabilizację państwu.
Równoległym wątkiem jest opowieść o Philipie Sierocie - zaufanym człowieku Roberta Dudleya, który przemierza Anglię i zbiera dla pracodawcy pożyteczne informacje. Jako dość tajemnicza osoba, obdarzona sporym talentem aktorskim, bogatym słownictwem, odpowiednimi manierami, może dostosować się do niejednego miejsca i niejednego towarzystwa. To idąc za nim, czytelnik ogląda brudny, śmierdzący miejscami Londyn, widzi wiszące na Moście Londyńskim głowy skazańców, jada w szynkach, spotyka prostytutki, bierze udział w próbach teatralnych, ogląda od środka więzienie. W tym wszystkim Philip zachowuje sporą dozę anonimowości, tworzy raz za razem nową wersję swojej biografii, nie odkrywa wszystkich kart, nie zdradza prawdy o sobie, dając do zrozumienia, że tak wtedy było – każdy, kto choć trochę wykazywał się samodzielnością, błyskotliwością i sprytem, mógł choćby przed sobą udawać, że jest panem świata (przynajmniej swego własnego).
Wszystko to – bogate tło kulturowe, polityczne i społeczne, wiarygodne opisy życia na dworze, znajomość codzienności czy reguł rządzących światem szesnastowiecznej Anglii sprawia, że „Królewska heretyczka” jest rewelacyjną książką o kobiecie, o której nawet wiek XXI nie może zapomnieć. To też powieść-panorama o Londynie kupców, polityków, handlarzy, aktorów, dziwek i lordów, Londynie szynków, pałaców, karczm i rezydencji – jednym słowem to opowieść o mieście, którego już nie ma i królowej, która już tam nie przemówi.

ZA EGZEMPLARZ PRASOWY KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

30 stycznia 2017

(…) w innej skórze było jej łatwiej znieść coś, czego nie dało się znieść (s. 83). – R. Frydrych, Załatw pogodę, ja zajmę się resztą.

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
PREMIERA POWIEŚCI – 2.02.2017


      Zdecydowanie nie jestem specem od literatury obyczajowej.  Ale czasem przeczytam coś z tej kategorii. I później nie zawsze wypowiadam się w samych superlatywach. Dlatego bardzo zdziwiłam się, kiedy przez WL zostałam wytypowana do rozbudowanej akcji promocyjnej książki Renaty Frydrych. Najpierw otrzymałam fragment powieści, w ascetycznej okładce z banalnym hasłem „Po prostu przeczytaj…”, później rozsypankę, z której – po ułożeniu – wyłoniła się okładka książki o Poli Kukułce, i list z zapewnieniem, że już całkiem niedługo będzie pełnowartościowy tekst powieści. Ale zanim dotarła do mnie jej ostateczna wersja, przeczytałam ten spory fragment promocyjny i dziś słów kilka o nim.
       Bohaterką jest 27letnia wdowa, która, wychowując trójkę dzieci – jedno swoje, dwoje zmarłego męża, próbuje sobie na nowo wszystko poukładać: siebie i swą chorobliwą nieśmiałość, rytm rodziny, relacje ze starszym bratem, wizyty w ośrodku społecznym, którego pracownicy jakoś uparcie nie chcą dostrzec jej starań i prób wychodzenia na prostą. 
      Jednak po tych 200 stronach dochodzę do wniosku, że to nie do końca jest powieść o nieporadnej, emocjonalnie rozchwianej, lubiącej szyć (nawet książki dla dzieci) kobiecie, którą przerasta moment próby, samotności, a każde niepowodzenie wydaje się doprowadzać do ostateczności. Choć to babska powieść – z kobietą w roli głównej, z babskimi pytaniami, dylematami, marzeniami, potrzebami, kryzysami, ze sporą dozą humoru (tkwiąca głową w swojej czasoprzestrzeni babcia Róża i misiowato milusiński, choć niby groźnie wytatuowany, wujek Rysiek trafnie przełamują ton powagi i wisielczości) - pod tą pierwszą, może i typową dla gatunku, warstwą kryje się inna, bardziej uniwersalna. 
      Cała ta galeria barwnych postaci, „produktów” epoki – bezradna Pola, niedorastający Łukasz, nieśmiały i przytłoczony przebojowymi Paweł, zakochany w sobie manipulant Wiktor, czyniący rozrachunek z sobą zawodowy kierowca, chowający się za szorstkością i tatuażami Rysiek oraz zawadiacka Mariola – to jedynie środek do opowiedzenia tego, co czasem opowiedzieć trzeba, a chwilami nie wiadomo jak: o pokornej, ale niełatwej, zgodzie na chorobę, o żałobie przeżywanej przez dziecko, o potrzebie swego miejsca w świecie, o wytwarzaniu mechanizmu obronnego przed światem i wrednymi ludźmi, o spóźnionych wyrzutach sumienia… 
      Z tych krótkich, różnorodnych rozdzialików, podobnych do szytej przez Polę makatki, wyłaniają się bohaterowie rozbrajająco autentyczni, życiowi, prawdziwi, często wykolejeni, i tacy, którzy potwierdzają, że sława może być fasadą, za którą kryje się sławny.
       Nie wiem, jaki jest finał powieści, nie wiem, czy ta diagnoza pokolenia 30+ się utrzyma, czy realia pełne pozorów wciąż będą tymi dominującymi, ale ta powieść z przeciętną babską obyczajówką ma wspólne jedynie lekki język i dziewczynę jako główną bohaterkę. Bo choć Pola Kukułka, stawiając czoła codziennym przeciwnościom, jest dzielna i odważna, nie zamieniłabym się z nią na role. Póki co optymizmu w jej codzienności nie za wiele. 

10 stycznia 2017

Nabytki grudniowo-styczniowe

Istnieją dwa typy wpisów blogowych, które u mnie są sporadyczne – by nie powiedzieć rzadkie. To – po pierwsze – zestawienia zapowiedzi wydawniczych. A po drugie – „chwalipięctwo” – czyli co książkowo nowego zamieszkało na moich regałach. I dziś będzie ten sporadyczny wyłom – prezentacja grudniowo-styczniowych nabytków. Nie powiem, niektóre z nich nie były planowane, a te poczynione z zawodowej konieczności nie wyczerpują listy zapotrzebowani. Cóż, klasyka powoli się uzupełnia. 

Oto pełen zestaw.

Są w nim tytuły nabyte do pracy – wiadomo, nieśmiertelna klasyka. Gombrowicz, na ten przykład, językowo nie jest moim ulubieńcem, ale za to zmysłu obserwacji i trafności stawiania diagnoz nie mogę mu odmówić… To wydanie „Potopu” mogło by mieć ciut-ciut większe litery, a „Zbrodnia…” – choć na pewno nie można mnie nazwać sympatyczką tego wydawnictwa – jest obłędne! Gruby, kredowy papier, przejrzysta czcionka i te grafiki – wiarygodne i sugestywne! Z tym wydaniem do pracy na pewno nie będzie się wygodnie chodziło – jest ciężkie i duże, ale estetycznie zachwyca!

Mam też tytuły nabyte dla próżności: bo cena zachęciła, bo krytyka (i ta zawodowa, i amatorska) już dawno postawiła wysokie noty, bo lubię teksty różnorodne, nie jestem literacko monotematyczna, no i liczę na długą oraz spokojną emeryturę…;-)

Są i nabytki świąteczne – grube, zróżnicowane a już na pewno nieoczekiwane.

Na końcu przesyłki z WL. Zamówiony Flanagan (już po paru stronach widzę kilka punktów spójnych z poprzednimi jego książkami) oraz… „coś” nietypowego, nieoczekiwanego – fragment anonimowej powieści bez tytułu, której premiera będzie w lutym tego roku. W odręcznie podpisanym liście stworzonym na czerpanym papierze  Wydawnictwo prosi o wyrażenie opinii na temat tegoż fragmentu i podjęcia się „zabawy” w zgadywanie ciągu dalszego – jak zapewnia, za jakiś czas mogę się spodziewać kolejnych odsłon tajemniczej powieści. Nie powiem, czuję się zaskoczona i poniekąd uradowana – nie jestem maniaczką opowieści obyczajowych, zazwyczaj w dość wyważony sposób o nich mówię/piszę, a i tak zostałam zaproszona do wspólnej zabawy i stworzenia tego nietypowego czworoboku: Autor - jego Tekst - Wydawca i ja. Teraz drogę do pracy umilać mi będzie tekst, który mówi do mnie „Po prostu przeczytaj…”. Więc czytać będę… - a co mi tam… ;-)          


1 stycznia 2017

Jak to było w 2016...

      Niektórzy z Was na pewno już pełną piersią weszli w 2017 rok, ale u mnie jeszcze choć dziś ciut 2016. Oto moje literackie zestawienia i totalnie subiektywny wybór książki roku.
      W ubiegłym roku recenzowałam książki dla czterech wydawnictw, w kolejnym patronowałam jednej pozycji książkowej i, co oczywiste, przeczytałam kilka książek z czysto prywatnych chęci, bez relacji ja-wydawca. 
      Oto moje podsumowanie: 

RECENZJE DLA PRÓSZYŃSKI I S-KA


RECENZJE DLA WL

RECENZJE DLA AMBER

RECENZJE LUŹNE (I KILKA POZA WSPÓŁPRACĄ)


Jak widać, w tym roku przeważała współpraca z Prószyńskim i WL – po 12 tytułów. Nie ma tu wszystkich otrzymanych od nich książek, bo - niestety - nie umiem wydłużyć sobie doby, ale naiwnie zakładam, że kiedyś nadrobię te braki (na pewno uda mi się na płaszczyźnie ja-WL, a co do Prószyńskiego – dyscyplina zostanie wzmożona).
Poza tym co relacjonowałam, czytałam również pozycje analizowane w pracy: „Król Edyp”, „Dziady" cz.IV, i „Dziady" cz. III, „Kordian”, „Bajki” Kołakowskiego. A teraz przymierzam się do „Lalki”.

Jednocześnie ogłaszam w tym miejscu, że moją książką roku jest zdecydowanie „Droga do domu” Yaa Gyasi. By po nią sięgnąć, wystarczyły mi zapewnienia wydawcy: „Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Mroczne czasy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość -  Droga do domu to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji”. Ale - jak dla mnie - mówienie, że jest to powieść o kolonizacji, niewolnictwie, klasowości i niesprawiedliwości społecznej to nie powiedzenie niczego. Bo to książka, która mnie emocjonalnie przeorała! Wdziera się w umysł, uczucia i obezwładnia, paraliżuje… http://zielonomi939.blogspot.com/search?q=Droga+do+domu